"Przyjaciel i wróg"
Powoli otworzyła oczy i pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła były podłużne smugi światła na białym suficie. Zamrugała kilkakrotnie i pozwoliła świadomości powrócić ze świata snów. Zadrżała i zorientowała się, że była naga. Jej ciało pokryła gęsia skórka, kiedy opuściła dłoń i wciąż na wpół śniąc, pogładziła miękką skórę na swoim brzuchu. Uśmiechnęła się do wspomnień, które przywróciły jej ciepło dłoni Akkarina i jego zapach, wciąż żywy na jej ciele. Wyciągnęła prawą dłoń i zamarła, gdy napotkała pustkę.
Odwróciła się i zmarszczyła brwi. Miejsce, w którym leżał, było jeszcze ciepłe. Rozejrzała się po pokoju, lecz nie napotkała nic, poza słońcem wdzierającym się przez szczeliny w zasłonach. Nie rozumiała dlaczego tak nagle zniknął. Przez krótką chwilę karmiła się nadzieją, że za chwilę wróci. Trwało to jednak tak długo, aż prześcieradło wystygło, a ona poczuła ukłucie bólu.
Nagle zalała ją fala gniewu. Energicznie usiadła i ze złością zagryzła dolną wargę. Głośno nabrała powietrza do płuc, gdy dotarło do niej, że znów dała się nabrać.
Głupia, naiwna dziewczyno.
Akkarin nie potrzebował jej miłości i bliskości. Miała rację, wyczuwając zmianę, w sposobie, w jaki zaledwie przed chwilą dał upust swojemu pożądaniu. Właśnie tym z jego strony była chwila namiętności między nimi, niczym więcej, jak tylko efektem pożądania. Przyszedł do niej, by zaspokoić swoje potrzeby. A ona łudziła się, że Akkarin kochał ją, chociaż w połowie tak bardzo, jak ona jego.
Czuła się wykorzystana i to wrażenie sprawiało, że miała ochotę wybuchnąć płaczem. Zacisnęła powieki i przywołała do siebie wspomnienie sprzed godziny, szukając w nim znaków, które dałyby jej podstawę do tego, by myśleć, że się myliła. Że była dla niego kimś więcej. Kimś, kim pragnęła być. Ukryła twarz w dłoniach. Sposób, w jaki jego dłonie pieściły jej ciało... Jak czule, a zarazem namiętnie całował jej usta, szyję, piersi, pozwalały jej wierzyć, że dla niego nie był to tylko cielesny akt.
Tysiące sprzecznych myśli toczyło w jej głowie walkę.
Dlaczego uciekł, co sprawiło, że tak nagle, bez żadnego słowa opuścił jej pokój? Dokąd uciekł? Z rezygnacją opadła na plecy, przekręciła się lewy bok i zwinęła się w embrion. Akkarin nie miał pojęcia, ile bólu zadał jej, opuszczając ją w takim momencie. Wiele razy znosiła jego nieobecność, nawet wtedy, gdy potrzebowała go najmocniej. Tym razem widok pustej połowy łóżka był zbyt bolesny. Westchnęła. Przytuliła do siebie kolana i cicho zaszlochała.
Zamknął drzwi do biblioteki, podszedł do stojącej pod oknem szafki, wyjął z niej butelkę ciemnego anuren i otworzył ją przy użyciu magii. Zaczął rozglądać się po pokoju w poszukiwaniu kieliszków. W myślach przeklął Takana i w akcie rezygnacji przechylił butelkę i pociągnął z niej krótki łyk. Odstawił ją z głośnym stuknięciem i skrzywił się, gdy poczuł smak swojego niegdyś ulubionego trunku. Nie pił od kilku tygodni. Po pierwsze nie miał czasu, a po drugie odkąd do rezydencji wprowadziła się Sonea, za każdym razem, gdy wyczuwała w powietrzu zapach wina, jej twarz traciła kolor, a ona sama biegła do łazienki. Co więcej, Administrator Osen podczas jednej z wielu rozmów, którą odbywali w jego mieszkaniu zauważył, że Akkarin sięgał po krwisty napój o coraz to wcześniejszej porze.
Jednak w tym momencie uznał sięgnięcie po wino za dobry pomysł. Szybko przekonał się, że był w błędzie. Alkohol w jego żyłach przywołał to, o czym nie potrafił spokojnie myśleć - ufne oczy Sonei i własny strach przed tym, co czuł. Oparł się o parapet i jęknął cicho, zaciskając powieki.
Nigdy nie sądził, że mógł okazać się tak słaby. Miał wiele słabości, lecz rozmawianie o uczuciach należało do tych, którym dotychczas nie musiał stawiać czoła.
Nauczył się ignorować swoje emocje tak samo dobrze, jak je ukrywać. Lecz odkąd w jego życiu pojawiła się ona, ta kobieta o brązowych, ciepłych oczach, Akkarin zaczął przegrywać nierówna walkę z samym sobą. Kiedy dziś zobaczył ją z Reginem, zrozumiał, że mógł stracić wszystko, jeśli nie zdobędzie się na pierwszy krok.
Usłyszał jej śmiech - wspomnienie wciąż żywe, a jednak tak nieprzyjemne, bo uśmiech na jej twarzy wywołał ktoś inny.
Otworzył oczy i w oknie zobaczył odbicie własnej twarzy.
Nie jesteś niezastąpiony, pomyślał gorzko, wpatrując się przed siebie. Sonea prędzej, czy później także to zrozumie.
Na dodatek to, jak opuścił się, zaledwie chwilę temu... Lecz gdy zbudziła się i posłała mu zranione spojrzenie, pełne obaw i niepewności, nie mógł powstrzymać się przed próbą ukazania jej tego, co czuł. Teraz rozumiał, że tak naprawdę chciał upewnić się, że wciąż miał do niej prawo.
Pragnąc udowodnić jej swoje uczucia, pogorszył sprawę. Kolejny raz okazało się, że był nikim więcej, jak zniszczonym przez przeszłość, wrakiem człowieka. Być może okłamywał sam siebie i tak naprawdę nie potrafił kochać?
Nie. To, co działo się z jego sercem z chwilą, w której Sonea patrzyła mu w oczy, było prawdziwe. Demony przeszłości znikały i Akkarin czuł, że miał szansę na miłość. Pierwszy raz od lat mógł oddychać swobodnie.
Zerknął za siebie, w stronę drzwi i zacisnął pięści. Czuł prezencję Sonei i czuł, że jeszcze spała. Miał szansę wrócić do niej i wypowiedzieć słowa, które wiele razy układał w głowie. Odepchnął się od parapetu i podszedł na środek pokoju. Zatrzymał się jednak, odwrócił na pięcie i znowu stanął przy oknie. Wplótł palce we włosy i zacisnął je mocno, jakby to miało pomóc mu zebrać się w garść.
Teraz, albo nigdy, pomyślał i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę drzwi. Zatrzymało go jednak wezwanie wysłane przez krwawy pierścień.
- Akkarin. Musisz natychmiast zjawić się w moim gabinecie – usłyszał myśli Administratora.
Akkarin podarował mu pierścień jakiś czas temu i wyraźnie zaznaczył, by Osen uzywał go tylko w wyjątkowych sytuacjach.
Czarny Mag zatrzymał się w pół kroku.
- Co się stało? – zapytał, czując niepokój rozmówcy.
- Jest u mnie Mistrz Rothen.
Akkarin poczuł, jak zimny dreszcz spływa po jego kręgosłupie. Przeklął się samego w duchu. Obiecywał sobie, że się tym zajmie. Oto, do czego doprowadził, lekceważąc byłego mentora Sonei.
Wszedł do środka i jego wzrok natychmiast powędrował w kierunku kulącej się pod oknem, zgarbionej sylwetki Rothena. Gdy ten go zauważył, odwrócił się na pięcie i rozszerzył oczy w przerażeniu. Akkarin wykrzywił usta w grymasie. Nie potrafił pohamować warknięcia, które wydobyło się z jego krtani. Zatrzasnął za sobą drzwi i ruszył w stronę starszego Maga. Rothen, czując nagły przypływ odwagi, odsunął się od okna i z wypisanym na twarzy oburzeniem, również ruszył w kierunku Czarnego Maga.
Nim zdołali obrzucić się wzajemnymi oskarżeniami, powstrzymał ich głos Administratora.
- Proszę przestańcie, zanim jeszcze zaczniecie – powiedział zmęczonym tonem.
Gdy Akkarin zerknął w jego kierunku, dostrzegł zmianę na twarzy przyjaciela. Nie widniał na niej zwykle obecny spokój i uśmiech, tylko zatroskanie i… zakłopotanie? Obrzucił Alchemika mrocznym spojrzeniem i podszedł do biurka, za którym siedział Osen.
- Jestem, jak prosiłeś. Co było na tyle pilne, by tak nagle mnie tu ściągać? – warknął niezbyt uprzejmie.
Mag w błękitnej szacie westchnął, podniósł prawą dłoń i przycisnął dwa palce do wgłębienia pomiędzy nosem, a oczami. Przez krótką chwilę zapanowała napięta cisza, której nie przerwał nawet najmniejszy szmer, aż do momentu, w którym Rothen odważył się ruszyć z miejsca i podejść bliżej. Akkarin nie oderwał jednak wzroku od twarzy Osena.
Domyślał się, dlaczego został wezwany przez Administratora. Rothen, po kilku dniach, które minęły od momentu ich rozmowy, poczuł się nieco pewniej. Wbrew ostrzeżeniom, które otrzymał, zdradził ich tajemnicę. O tyle, o ile sama prawda nie była tak bardzo niebezpieczna, to sposób, w jaki Alchemik przekazał informacje, mógł przysporzyć problemów, zarówno Akkarinowi, jak i Sonei. Ogarniała go wściekłość na samą myśl o głupocie Rothena. Jeśli wyjdzie na jaw, że Sonea zaszła w ciążę będąc Nowicjuszką, na dodatek pod jego nieformalna opieką, rozpęta się piekło. Akurat teraz, gdy był gotowy wyjawić Sonei swoje sekrety, wyznać swoje uczucia i wyprowadzić ich pokręcony związek na prostą, Rothen musiał się wtrącić i być może bezpowrotnie wszystko zniszczyć.
- Przed godziną przyszedł do mnie Mistrz Rothen. - Z zamyślenia wyrwały go słowa Osena.
Nie skończył zdania. W zamian za to, wstał i kilkoma krokami przemierzył odległość dzielącą go od okna. Posłał ponure spojrzenie w kierunku Dziedzińca. Przez chwilę obserwował sylwetki poruszających się w dole Magów i Nowicjuszy, korzystających z pierwszych, ciepłych wiosennych dni. W końcu odwrócił wzrok i wolnym krokiem powrócił do swojego miejsca, by ponownie usiąść za biurkiem. Akkarin niemal zazgrzytał zębami. Jaki był sens przedłużania tego w nieskończoność?
- Twierdzi, że łączą cię z Soneą nieodpowiednie relacje – odezwał się wreszcie i natychmiast opuścił wzrok na swoje dłonie.
Akkarin zmarszczył brwi. Sposób, w jaki Osen wypowiedział ostatnie słowa, był sygnałem. Sygnałem, że on wiedział. Domyślał się. Cały czas, podejrzewał, jednak nie interweniował. Pozwolił na to. Dlaczego? Wielokrotnie rozmawiali przecież o Sonei. Jeszcze zanim stała się Czarnym Magiem. Czyżby był nieostrożny? A być może nowy Administrator poznał go lepiej, niż mu się początkowo wydawało?
- To nie są moje słowa Administratorze! – burknął Rothen. Podszedł do biurka, oparł się o nie i utkwił w siedzącym mężczyźnie wiercące spojrzenie. – Powiedziałem, że ten człowiek zmusił Soneę…
- Do niczego jej nie zmuszałem! – warknął Akkarin. Jego głos rozbrzmiał echem, odbitym od wysokich ścian gabinetu.
Powinien był nad sobą panować, lecz słysząc podobne zarzuty z ust Rothena, ogarniała go prawdziwa furia. Na dodatek wino, które wypił przed wyjściem, skutecznie pozbawiało go większości oporów. Nigdy do niczego jej nie zmusił. Sonea rządziła się swoimi prawami, zupełnie niezależnymi od niego. Dopiero niedawno zrozumiał, jak niewielki wpływ miał na jej decyzje.
Starszy Mag wyprostował się gwałtownie. Otworzył szeroko usta, lecz zająknął się. W końcu zdołał wydobyć z siebie słowa:
- Kłamiesz! Zawsze kłamałeś i żyjesz dzięki kłamstwu!
Akkarin zacisnął mocno szczękę, bo Rothen miał rację. Kłamiąc, utrzymywał się przy życiu blisko dekadę. Po takim czasie kłamstwo stało się niemal tak proste, jak oddychanie. Mógł robić to z zamkniętymi oczami. Otoczył się fasadą zbudowaną na fałszywych słowach. Dlaczego więc te słowa zabolały go tak mocno? Skrzywił się, jednak szybko przybrał odpowiednią maskę. Maskę przerażającego Wielkiego Mistrza.
- Mów co chcesz. Możesz próbować mnie zniszczyć, ale jeśli swoją głupotą skrzywdzisz Soneę, dopilnuję, żebyś tego pożałował – powiedział spokojnym i niskim tonem, choć w piersi czuł szybkie bicie serca.
Rothen wzdrygnął się na dźwięk jego głosu. Zastraszanie było kolejną rzeczą, którą Akkarin opanował do perfekcji.
- To ty ją skrzywdziłeś! – zaatakował ponownie, gdy odzyskał resztki odwagi.
- Ja? – syknął Akkarin przez zaciśnięte zęby. – Pomyśl. Z kim Sonea udała się na wygnanie? Czy może wolała zostać z tobą? U czyjego boku walczyła przeciwko Ichanim?
- Ona… Zmusiłeś ją do tego!
- Przypomnij sobie proces, Rothenie.
- Nie, Sonea była zastraszona…
- Przejrzyj na oczy!
Stali naprzeciwko siebie. Akkarin mocno zaciskał pięści. Alchemik stopniowo odsuwał się od niego, jakby w obawie, że ten mógłby go zaatakować. Administrator nie odzywał się słowem, bacznie obserwując to jednego, to drugiego.
- Sonea nie jest dzieckiem – warknął Akkarin. – Mało tego, jest pełnoprawnym Magiem.
- Nie zmusisz jej, żeby… - zaczął słabo Rothen, który stracił już całą pewność siebie.
Akkarin zacisnął szczękę i jednym krokiem znalazł się tuż przed Alchemikiem. Rothen skulił się i Akkarin już otworzył usta, gdy za jego plecami rozległ się głos Osena:
- Dosyć!
Zmrużył oczy, posyłając Rothenowi ostatnie, ostrzegawcze spojrzenie.
– Akkarin, proszę. - Usłyszał, jak Osen ruszył w ich kierunku, więc oderwał spojrzenie od przerażonej twarzy Rothena. Przerwano im akurat teraz, gdy zaczynał mieć nad nim przewagę.
Zostali rozdzieleni przez stanowczy gest Osena, który kazał im się od siebie odsunąć. Następnie skrzyżował ramiona i przyjrzał się im, jakby byli parą nieposłusznych dzieci.
- Proponuję zaprosić tutaj Soneę – rzekł Administrator. – Teraz.
Akkarina oblał zimny dreszcz. Skrzywił się na myśl o spotkaniu się z nią, krótko po tym, jak uciekł z jej sypialni. To, co mogła powiedzieć, było dla niego zagadką, zupełnie, jak ona sama.
- Zgadzacie się? – zapytał Mag w błękitnej szacie.
Rothen kiwnął głową i wbił w Akkarina mordercze spojrzenie spod zmarszczonych brwi.
- Tak. Chyba, że Akkarin ma coś do ukrycia.
- Zgadzam się – odpowiedział mu niskim warknięciem.
Osen przytaknął i po chwili usłyszeli jego wołanie.
- Mistrzyni Soneo?
Odpowiedziała im cisza i Akkarin miał nadzieję, że dziewczyna wciąż spała, a wezwanie nie zdoła jej zbudzić.
- Mistrzu Osenie? - dał się słyszeć jej głos. Czarny Mag zacisnął powieki i odwrócił się od swoich rozmówców. Już sam dźwięk jej głosu obudził w nim poczucie winy.
- Musisz pilnie stawić się w moim gabinecie.
- Co się stało?
- To nie temat na taką rozmowę.
Przez chwilę w głowie dźwięczała mu bolesna cisza. Sonea z pewnością wyczuła zdenerwowanie swojego rozmówcy.
- Już idę.
Gdy palcami dotknęła klamki, jej myśli wypełniała setka możliwych obrazów, które mogła zastać w pokoju. Oczywiście, taką opcję również brała pod uwagę, lecz gdy ujrzała Akkarina i Rothena w jednym miejscu, poczuła uginające się pod sobą kolana.
Zakręciło jej się w głowie i natychmiast opuściła wzrok wbijając go w swoje stopy. Co tu robili? Razem. Jej serce waliło z taką siłą, że miała wrażenie, że za chwilę wyskoczy z jej piersi.
Dopiero co zbudziła się i zastała puste miejsce obok siebie, a teraz on stał przed nią i z chwilą, w której przekraczała próg, odwrócił zakłopotane spojrzenie. Z kolei Rothen kulił się pod oknem i nawet nie raczył obrócić się w jej kierunku. Poczuła ukłucie bólu na wspomnienie ich ostatniej rozmowy i sposobu, w jaki na nią patrzył, zanim opuściła jego mieszkanie. Nie mieli okazji… nie, to ona nie chciała się z nim spotkać. Minęło już tyle czasu, a ona wciąż nie była w stanie stanąć z nim twarzą w twarz, by porozmawiać. Teraz było za późno. Wiedziała dlaczego jej były mentor i Akkarin byli w jednym pokoju i znała powód, dla którego została wezwana przez Mistrza Osena.
Wzdrygnęła się, gdy drzwi zamknęły się za nią z głośnym trzaskiem, jednak nie podniosła głowy. Strach paraliżował jej ciało, uniemożliwiając racjonalne myślenie. W akcie rozpaczy zerknęła na Akkarina. Na chwilę uchwyciła jego spojrzenie. Jej serce zakuło boleśnie, gdy skrzywił się i natychmiast odwrócił wzrok. Jego zachowanie tylko potwierdzało przypuszczenia, które wysnuła tego dnia.
- Mistrzyni Soneo – z odrętwienia wyrwał ją głos Administratora. – Podejdź bliżej, proszę.
Paroma skrępowanymi przez strach krokami, zbliżyła się do biurka Administratora. Ten wstał i odprowadził ją do stojącej dalej kanapy, obitej szkarłatnym materiałem. Ten kolor już zawsze będzie jej się kojarzył z Reginem i sytuacją, która miała miejsce, gdy Marin bezczelnie podmienił jej pracę na egzaminie. Poza tym czerwień była barwą jego szat.
Usiadła i pogładziła miękkie obicie. W końcu podniosła wzrok, by zobaczyć stojących nad nią Rothena i Osena. Akkarin trzymał się z dala od niej i dwójki Magów. Krążył po pokoju i przeczesywał palcami włosy, jak miał w zwyczaju robić, gdy się denerwował.
- Wiesz dlaczego cię tu wezwałem, Soneo? – zapytał grzecznie Administrator i zajął przeciwległy fotel.
Po chwili wahania Rothen usiadł na drugim końcu kanapy, starając się utrzymać pomiędzy nimi odpowiedni dystans.
Była tak oszołomiona wydarzeniami upływającego dnia, że odparła bez namysłu, a jej ton był chłodny i pozbawiony emocji:
- Tak.
Dwójka Magów wymieniła przelotne spojrzenia. Osen westchnął, oparł łokcie na udach i splótł ze sobą palce.
- Mistrz Rothen zjawił się u mnie dziś z niepokojącymi wieściami – zaczął spokojnie. Jego wzrok powędrował w kierunku Akkarina. – Czy chciałabyś może, żeby Czarny Mag opuścił pokój?
Na dźwięk tych słów Akkarin zatrzymał się i ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. W jego mrocznych źrenicach zobaczyła strach. Pierwszy raz od dawna ujrzała w jego spojrzeniu słabość. Skarciła się w myślach. To nie ona była jego słabym punktem. Martwił się o siebie. Ona nigdy nie była na tyle ważna.
- Nie – odparła odwracając głowę.
- Dobrze – kontynuował Osen. – Według niego, ciebie i Akkarina łączyły nieodpowiednie relacje. Co więcej, uważa, że Czarny Mag mógł cię… skrzywdzić, kiedy byłaś jeszcze Nowicjuszką.
Poczuła napinający się każdy mięsień swojego ciała. Ze złością zacisnęła szczękę, aż poczuła ból.
- Mistrz Rothen przyszedł do mnie w trosce o twoje dobro. Czy twoim zdaniem miał ku temu powody?
- Nie – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
- Soneo! – wybuchnął starszy Mag, wyraźnie poirytowany jej monosylabicznymi odpowiedziami.
Odwróciła głowę w jego stronę i przyszpiliła go spojrzeniem do miejsca, w którym siedział.
- Mówiłam ci. Mówiłam ci, nie wtrącaj się – warknęła, unosząc przy tym w drapieżnym geście górną wargę.
- Wiem, że powiedziałaś to ze strachu. Ale teraz już nie musisz się bać. Możesz powiedzieć nam, jak było naprawdę! – powiedział podniesionym głosem Rothen.
- Myślisz, że się nie bałam, gdy zesłaliście nas do Sachaki? – syknęła, zrywając się z fotela.
- Wiem, że cię do tego zmusił…
- Rothenie, daj mi w końcu powiedzieć - ucięła ostro. Alchemik zamilkł, słysząc ton jej głosu.
- Poszłam za nim, ponieważ tak podpowiadało mi serce. Czułam, że moje miejsce jest przy nim i nie mogłam zostawić go samego, podczas, gdy to na moją prośbę nauczył mnie Czarnej Magii.
Mężczyźni wymienili zaskoczone spojrzenie. Osen otworzył usta, lecz Sonea już zaczęła mówić dalej.
- Wysłaliście dwóch ludzi na pewną śmierć. Przetrwaliśmy, dzięki współpracy. W tamtym miejscu to, że byliśmy dla siebie wcześniej Nowicjuszką i Mentorem, nie miało żadnego znaczenia. I nie miało, kiedy wróciliśmy do Gildii.
Rothena pochylił się i ukrył twarz w dłoniach, tłumiąc jęk.
Otowrzyła usta, gotowa mówić dalej.
- Soneo. - Niski głos tuż nad nią ukrócił słowa na czubku jej języka.
Zamarła. Powoli odwróciła się i westchnęła cicho, bo nie zauważyła, kiedy Akkarin zdążył podejść tak blisko. Przyglądał jej się intensywnie, lecz jak zwykle nie potrafiła go rozszyfrować. Jedyne, co było dla niej zrozumiałe, to ostrzeżenie, by uważała na to, co mówi.
- Widzisz? – sapnął zdenerwowany Rothen. – On robi to cały czas! Ona się go boi! Trzeba ich jak najszybciej rozdzielić. Akkarin jest niebezpieczny!
Uniosła wysoko brwi, gdy nagle Alchemik doskoczył do niej i chwycił jej dłonie. Mocno zacisnął wokół nich palce i spojrzał na nią błagalnym spojrzeniem.
- Zaopiekujemy się tobą. Jeszcze nie jest za późno. To dziecko… uzdrowiciele na pewno…
- Dziecko?! – krzyknął Administrator zrywają się z fotela. Wbił w Akkarina niedowierzający wzrok, na co ten warknął nisko i zaczął krzyczeć słowa, które dla Sonei przestały być zrozumiałe.
Rozpętało się piekło. Osen krzyczał coś w kierunku Akkarina, usiłującego przekrzyczeć Alchemika, który wciąż coś do niej mówił, nie przestając ściskać jej dłoni. Ich słowa były dla niej wyłącznie mieszanką dźwięków, zlepiającą się w dudniącą w jej uszach papkę, gdy śledziła nieobecnym wzrokiem ich twarze.
Spojrzała w dół i wyrwała dłonie z krępującego ją uścisku. Co Rothen chciał jej przed chwilą powiedzieć? Czego mogliby chcieć teraz uzdrowiciele od jej dziecka? Przecież zostało jeszcze wiele miesięcy... Chyba, że…
Zachłysnęła się powietrzem.
- Cisza! – ryknęła tak głośno, jak tylko potrafiła.
Trzy pary oczu powędrowały w jej kierunku. Po chwili poczuła ponownie na ramionach dłonie najstarszego z Magów.
- Już dobrze Soneo. Nie będziesz musiała z nim więcej przebywać – powiedział delikatnie. – Widzę, jak krępuje cię jego obecność. Na dodatek teraz musisz mieszkać z nim pod jednym dachem! To niepojęte, jak można było do tego dopuścić, przecież na początku ustalono…
Emocje zagotowały się w niej. Rothen był jednocześnie głuchy i uparty. Prawda, którą stworzył sam dla siebie była silniejsza niż cokolwiek, co starała mu się powiedzieć.
- Ja go kocham! – krzyknęła drżącym głosem.
W końcu zapanowała idealna cisza. Jedynie serce dudniło jej w uszach z ogłuszającą siłą. Otworzyła usta, lecz zamknęła je, gdy jej podbródek zadrżał. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo była wyprowadzona z równowagi, aż do tego momentu. Wydarzenia całego dnia skumulowały się wewnątrz niej i pozwoliła związanymi z nim emocjom uwolnić się w najmniej odpowiedniej chwili.
Podniosła lśniące od świeżych łez spojrzenie w kierunku Akkarina. Zdawał się ogłuszony jej słowami i po raz pierwszy w życiu wyglądał, jakby naprawdę nie widział, co zrobić. Otworzył usta, lecz nie wydobył z siebie żadnego słowa. Jego klatka piersiowa szybko unosiła się i opadała.
Nagle zamrugał, a jego twarz zmieniła się nie do poznania. Mrok w jego oczach zastąpiło światło, którego nigdy tam nie widziała. Jednocześnie, siła jego spojrzenia stała się nie do wytrzymania i Sonea opuściła głowę. Łzy stoczyły się po jej policzkach i rozbiły się podłogę z dźwiękiem.
Poczuła silny zawrót głowy i cofnęła się o krok. Jej myśli były wielką plątaniną. W tej samej chwili zastanawiała się, czy właśnie popełniła największy błąd swojego życia i czy błysk w oczach Akkarina wynikał jedynie z zaskoczenia. A może kryło się za nim to, co pragnęła dostrzec od dawna?
- Akkarin, to jest nielegalne! – jęknął Administrator. – Jakie dziecko? Przecież Sonea dopiero od dwóch tygodni jest pełnoprawnym Magiem! Skąd wiecie już o dziecku? Nie, nie, nie…
Chwycił się za głowę i zaczął się obracać w miejscu.
- Wiesz, co będzie, jeśli się wyda?! Wiesz, jaką karę przewiduje za to Kodeks?! – krzyknął.
Nagle Sonea poczuła silną falę mdłości, nie mającą niczego wspólnego z ciążą. Wciąż kręciło się jej w głowie.
Powietrza, pomyślała, jak w transie. Zataczając się, ruszyła w stronę drzwi i przez chwilę nikt nie zwracał na nią uwagi. Dopiero, gdy dotknęła klamki, usłyszała, jak Akkarin wymawia jej imię. Przełknęła ślinę i wybiegła z gabinetu Administratora, nie zważając na wzywające ją okrzyki.
Minęło klika długich chwil, zanim sytuacja uspokoiła się na tyle, by Administrator Osen przestał chodzić w kółko, a Rothen jęczeć w fotelu niezrozumiałe dla Akkarina słowa.
W jego myślach dźwięczał jedynie głos Sonei. Słodki, jak miód, pieszczący wszystkie jego zmysły. Zatracił się w świeżym wspomnieniu jej lśniących oczu i poczuł palące uczucie w głębi klatki piersiowej. Przyłożył do tego miejsca dłoń, starając się opanować szalone bicie znajdującego się pod nią serca. Gniew mieszał się z innym uczuciem, tym samym o którego niemożliwości odczuwania, był przekonany jeszcze godzinę temu.
- Ty? – z zamyślenia wyrwał go nagle głos Rothena.
W tonie Alchemika rozpoznał niedowierzanie. Spojrzał w jego kierunku, lecz ten wciąż siedział z twarzą ukrytą w dłoniach. Akkarin skrzywił się. Sposób, w jaki starszy Mag zwrócił się do niego sprawiły, że poczuł się gorzej, niż wtedy, gdy wytknął mu jego pasmo kłamstw. Pogarda w jego głosie przyprawiała go o skręt żołądka. Był na granicy wytrzymałości. Zacisnął mocniej pięści.
- Ty? – powtórzył Rothen po raz kolejny i podniósł głowę. – Nie jesteś odpowiedni, nie ty. Sonea zasługuje na…
- Na twojego syna?! – krzyknął, kompletnie wytrącony z równowagi.
- Akkarin, posłuchaj… - dotarły do niego niewyraźne słowa Administratora, jednak je zignorował.
- Nie zasługujesz na nią! – jęknął Rothen.
Krew zaczęła się w nim gotować. Nie mógł powstrzymać napływającej fali wściekłości. Wiele lat poświęcał swoje życie dla dobra Gidli. Rezygnował ze szczęścia, by chronić to, co niegdyś było dla niego największą wartością. Teraz, gdy myślał, że w końcu zazna odrobinę spokoju, okazywało się, że los tak samo, jak przez te wszystkie lata, nie miał zamiaru okazać się wobec niego łaskawym. W tamtej chwili postrzegał Rothena, Osena, jak i całą Gildię, jako agresorów, pragnących pozbawić go szczęścia. Tej niewielkiej części szczęścia, którą w końcu odnalazł. Jednak nie to było najgorsze, tylko to, że to, co mówił Alchemik, było prawdą. Nie zasługiwał na nią, w żadnym stopniu. To wyłącznie z jego winy życie Sonei stało się równie poplątane, co jego własne. Nie zawdzięczała mu nic dobrego. A mimo to, podążyła za nim, nie godząc się, by posłano go na pewną śmierć, a później niejednokrotnie ocaliła go po raz kolejny. Był jej winien więcej, niż był w stanie jej dać.
- Wybór należy do niej – warknął z rezygnacją.
- Zanim się zjawiłeś, czekała ją przyszłość z Dorrienem!
Akkarin zacisnął mocniej szczękę. Zwrócił się do Rothena plecami. Miał nadzieję, że pomoże mu to ochłonąć, lecz był w błędzie. Odwrócił się gwałtownie, na co starszy Mag cofnął się o krok.
- Twój syn nie żyje! – ryknął.
Słysząc to, Rothen pobladł, aż jego twarz stała się niemal przezroczysta. Nagle wykręciła się w bolesnym grymasie. Zacisnął usta w wąską linijkę i odwrócił wzrok.
Widząc to, Akkarin natychmiast pożałował swoich słów. Rothen jedynie bronił swojej byłej Nowicjuszki. Traktował ją jak córkę. Stracił syna po części na skutek nieodwzajemnionego uczucia, którym Dorrien obdarzył Soneę. Wykorzystanie jego śmierci, by wygrać kłótnie, było podłe i niegodne.
Alchemik ruszył nagle w kierunku drzwi, lecz te otworzyły się z impetem i do środka wszedł Wielki Mistrz. Natychmiast spojrzał na Czarnego Maga i jego usta wykręciły się w triumfalnym uśmiechu. Tuż za nim pojawiło się dwóch Wojowników odzianych w czerwone szaty i Mistrzyni Vinara.
Akkarin posłał niedowierzające spojrzenie Rothenowi. Ich oczy spotkały się na moment, lecz to wystarczyło, by dostrzegł w nich cień skruchy.
- Rothenie, powiedz mi, że to jakiś żart – powiedział, kręcąc głową.
To niemożliwe. Jak Rothen mógł być na tyle głupi, by powiedzieć o wszystkim Balkanowi?
Odwrócił się, w poszukiwaniu wsparcia na twarzy Administratora. Jego wzrok krzyczał - próbowałem cię ostrzec.
W końcu stanął twarzą w twarz z czwórką Magów. W tym momencie czuł jedynie żal. Cokolwiek go teraz czekało, miał nadzieję, że Sonea uniknie kary. Doskonale wiedział, co przewidywało w takiej sytuacji prawo.
Wyszła główną bramą. Nie zważała na zakaz opuszczania Gildii. Przestało ją to w tym momencie interesować. Pragnęła oddalić się od niej tak bardzo, jak tylko było to możliwe. Chciała spotkać się z Cerynim. Ostatnimi czasy zaniedbała ich przyjaźń. Była zbyt skupiona na sobie, by pomyśleć o spotkaniu ze Złodziejem.
Naciągnęła na głowę kaptur i nieco szczelniej owinęła wokół siebie płaszcz, tak by zakryć wystającą spod niego szatę.
Sprawnie zdołała przemknąć do slumsów. Tuż za jednym z placów, wokół którego ustawione były dziesiątki straganów, wychwyciła kątem oka ruch na dachu mijanego przez nią domu. Zwolniła i dyskretnie obejrzała się przez lewe ramię. Nie zauważyła niczego, poza dymem z komina. Na powrót przyspieszyła kroku.
Uliczki stawały się coraz bardziej zabłocone i węższe. Jej oddech był szybki i urywany. Przed oczami widziała twarz Akkarina, po tym jak wykrzyczała słowa, których nie spodziewała się powiedzieć. Co w nim dostrzegła, oprócz zaskoczenia?
Dotarło do niej dziwne brzęknięcie tuż nad głową. Błyskawicznie spojrzała w górę i zauważyła lecącą w jej kierunku doniczkę. Zanim zdołała pomyśleć, okryła się ochronną tarczą. Gliniane naczynie rozbiło się o nią i rozsypało wokół jej stóp.
Sonea zamarła i rozejrzała się dookoła. Oprócz kilku zdumionych spojrzeń, wlepionych w jej sylwetkę, dostrzegła po raz kolejny ruch na dachu tego samego domu, z którego spadła donica. Zmarszczyła brwi. Zza komina wyłoniła się postać odziana w czarny płaszcz. Jej twarz skryta była pod obszernym kapturem. Nagle tajemnicza osoba ruszyła w jej kierunku, zwinnie zeskakując w dół, lądując na parapetach. Jej wewnętrzny głos krzyknął: uciekaj. Wiedziona intuicją, zerwała się do biegu.
Gdy zerknęła za siebie, zobaczyła, jak zakapturzona postać zeskakuje na ziemię, podnosi się i pędzi w jej kierunku. Strach wykręcił jej żołądek i zmusił do większego wysiłku. Podciągnęła wyżej płaszcz i szatę, które krępowały jej ruchy. Podmuch powietrza ściągnął z niej kaptur, odsłaniając jej twarz. Wtargnęła w grupkę bylców, którzy zareagowali zduszonym okrzykiem. Skręciła w uliczkę po swojej lewej stronie, wiedząc, że znajdzie tam wejście do tuneli. Przykucnęła nad studzienką, drżącymi dłońmi odsunęła właz i wskoczyła do środka, nie bacząc na to, co znajdzie w środku. Zamknęła wejście z metalicznym stuknięciem.
Przywarła plecami do ściany i zacisnęła mocno powieki. Jej pierś unosiła się szybko z każdym nabieranym przez nią świszczącym oddechem. Usłyszała nadciągający dźwięk kroków i dłońmi zasłoniła usta. Jej prześladowca zatrzymał się. Sonea miała wrażenie, że bicie jej serca zdradzi jej kryjówkę, jednak odgłos kroków powiedział jej, że ich właściciel pobiegł dalej ulicą.
Odetchnęła z ulgą i pochyliła się by odzyskać oddech. Z miejsca tuż nad kolanem kontuzjowanej nogi promieniował tępy ból. Skrzywiła się i wysłała w jej kierunku strumień leczniczej energii. Po chwili wyprostowała się i zapaliła nad sobą maleńką kulę światła. Jej oczom ukazał się jeden z wielu podziemnych tuneli, lecz nie miała pojęcia, który. Jedno wiedziała na pewno - nie mogła teraz wyjść na górę. Kimkolwiek była tajemnicza postać, nie zachowywała się, jakby miała wobec niej przyjazne zamiary.
Podążyła przed siebie, mając nadzieję, że zauważy jakiś znak, cokolwiek, co powie jej, gdzie była. Po czasie, który wydawał jej się wiecznością, lecz równie dobrze mógł być chwilą, zatrzymała się i zrezygnowana oparła się plecami o wilgotną ścianę tunelu. Zabłądziła. Westchnęła głośno i przełknęła ślinę. Poczuła ból. Jej krtań była podrażniona od wysiłku, do którego zmusiła organizm podczas ucieczki. Zwiesiła głowę i zaklęła głośno.
Wtem zauważyła oparty o mur metalowy wytrych. Schyliła się i podniosła go, aby przyjrzeć się mu dokładniej. Doznała nagłego olśnienia, gdy jej wzrok powędrował w kierunku stalowych rur, ciągnących się wzdłuż korytarzy. Stuknęła o nie cicho. Brzdęk rozniósł się dalej, biegnąc po rurze. Poczuła iskrę nadziei. Wystukała rytm, którego niegdyś nauczył ją Ceryni, kiedy byli jeszcze dziećmi. Raz dwa, raz raz, dwa dwa. Oznaczał wołanie o pomoc. Jeśli będzie miała szczęście, sygnał dotrze do któregoś ze Złodziei i może wtedy wydostanie się z tuneli wcześniej niż za kilkanaście godzin.
Powtarzała rytm co kilka minut. Po godzinie zaczęła tracić nadzieję, lecz właśnie wtedy wychwyciła dźwięk zbliżających się kroków, wciąż zbyt odległych, by wiedzieć z której strony nadchodził ich właściciel. Wystukała sygnał mocniej. Ktokolwiek nadchodził w jej kierunku, z całą pewnością był coraz bliżej. Zgasiła swoją kulę światła i zamarła, gdy dostrzegła widmo pochodni, odbijające się od śliskich kamieni. Przez długą chwilę wpatrywała się w zbliżający się punkt, aż ten urósł do rozmiarów przeciętnego człowieka. Nie wiedząc kim była ukryta za światłem postać, przywarła plecami do muru tak mocno, jak tylko to było możliwe.
- Soneo? - usłyszała znajomy głos i natychmiast się rozluźniła.
- Cery... - odetchnęła z ulgą.
Złodziej podszedł bliżej i zatknął pochodnie w szczelinie między kamieniami. Jego twarz była spięta, a między brwiami utworzyła się pionowa zmarszczka.
- Co ty tu, do licha, robisz? - zapytał.
Dziewczyna otworzyła usta, lecz nie wiedziała od czego zacząć.
- Musiałam się gdzieś ukryć - odpowiedziała w końcu.
- Chciałaś powiedzieć, zgubić.
- Cieszę się, że mnie znalazłeś - dodała, ignorując kąśliwą uwagę.
- Poznałem nasz sygnał. Miałaś szczęście, że jesteśmy niedaleko mojej kwatery, inaczej bym cię nie usłyszał. Albo zrobiłby to ktoś inny. Wiesz, że podziemia nie są bezpiecznym miejscem - powiedział karcącym tonem.
- Wiem - odparła i zwiesiła głowę. - Cery, muszę ci o czymś powiedzieć.
- Tutaj? - zapytał, unosząc jedną brew.
Patrząc na twarz przyjaciela musiała przyznać, że się zmienił. Przestała przypominać buzię chłopca, a ostrzejsze rysy podkreśliły jego delikatną urodę. Gdyby odziać go w nieco bardziej wykwintne ubranie, mógłby uchodzić za bogatego szlachcica z Domów. Bez wątpienia przykułby uwagę każdej kobiety.
- Oczywiście, że nie tutaj - powiedziała i dała mu kuksańca w ramię. - Zabierz mnie stąd.
Jego mina pozostała naburmuszona. Sonea zmarszczyła brwi.
- O co chodzi?
- Może to ty mi powiesz? Może wytłumaczysz mi, dlaczego tuż przed tym jak usłyszałem twój sygnał, przyszedł do mnie służący Akkarina i powiedział, że wszyscy cię szukają. Podobno w twojej Gildii szaleje burza z waszego powodu, a ty zwiedzasz Ścieżkę Złodziei?
Dziewczyna pobladła i zakryła dłonią usta.
- Co? - wykrztusiła.
- Soneo, co wy znowu zrobiliście? - zapytał, tym razem z większa troską w głosie.
- Co zrobiliśmy...?
Odwróciła się od przyjaciela plecami. Ruszyła przed siebie, lecz po dwóch krokach zatrzymała się i zawróciła na pięcie.
- Ale jak to możliwe? Co się stało? Przecież byliśmy tam tylko my, Administrator i Rothen... Rothen! - jęknęła i zacisnęła pięści. Pod wpływem wrażeń zakręciło jej się w głowie i zmuszona była oprzeć się o mur. - O nie, nie, nie...
- Soneo, wytłumaczysz mi o co w tym wszystkim chodzi? Co się stało?! - zapytał Ceryni, podchodząc do niej bliżej.
- Nie tutaj - syknęła. - Zabierz mnie do swojej siedziby, tam ci wszystko opowiem - dodała naprędce i rozejrzała się dookoła, pomimo, że otaczała ich jedynie ciemność.
- Nie. Wracasz do Gildii. Miałem cię odszukać i sprowadzić do domu - powiedział stanowczo i skrzyżował ramiona na piersi.
- Nie...! - niemal krzyknęła. - Nie mogę tam teraz wrócić.
Jej oczy zabłyszczały błagalnie w słabym świetle pochodni, a jej podniesiony głos rozniósł się echem wzdłuż spowitych mrokiem korytarzy. Cery opuścił ręce i zmarszczył brwi.
- Robi się coraz ciekawiej - mruknął.
- Cery, proszę - szepnęła, łapiąc go za rękaw. - Proszę...
Złodziej przez chwilę przyglądał się jej twarzy, w końcu westchnął i powiedział:
- Dobrze. Ruszajmy.
Gdy zamknęli za sobą drzwi, Sonea odetchnęła z ulgą. Przynajmniej kwatera Cery'ego nie przypominała ani trochę Ścieżki Złodziei. Podłoga wysłana była dywanem, podobnie jak ściany. Nad ich głowami wisiał żyrandol z powtykanymi w co drugie miejsce świecami, po których ściekał wosk. Pod ścianą ustawiono nieco wytartą leżankę. Obok znajdowały się drzwi, które prowadziły do kolejnego pokoju. Centralnym elementem wystroju było biurko, wykonane z ciężkiego, ciemnego drewna, na którym piętrzyła się mała sterta wyświechtanych pergaminów, kilka piór oraz kałamarz.
Sonea nerwowo kręciła się w kółko, gdy Cery zniknął za drzwiami, w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby ją poczęstować. W końcu wrócił, niosąc w koszyku maleńkie bułeczki. Poczuła ssanie w żołądku. Ostatnim jej posiłkiem było śniadanie, które zjadła kilka godzin wcześniej. Jednak nie była w stanie przełknąć chociaż kęsa.
- No więc, opowiadaj - powiedział Złodziej, sadowiąc się w fotelu za biurkiem.
Westchnęła i opuściła wzrok. Nie była pewna od czego zacząć. Ile Cery wiedział, a ilu rzeczy się domyślał?
- Nie wiem od czego zacząć - przyznała.
- Pomogę ci. Dlaczego ty i Akkarin jesteście przyczyną kolejnego skandalu w Gildii? - zapytał mrużąc oczy.
- To nie jest takie proste.
- Ależ jest, po prostu odpowiedz.
- Ja... on... Eja! Nie traktuj mnie, jakbym była na przesłuchaniu! - burknęła.
Słysząc zwrot, którym niegdyś często posługiwali się między sobą, Cery uśmiechnął się.
- Wybacz, przyzwyczajenie - wyszczerzył się.
Sonea przewróciła oczami.
- Mów Soneo, wiesz, że możesz mi zaufać - ponaglił ją po chwili.
- Wiem... - mruknęła odwracając wzrok. - Cery, Akkarin i ja... nie byliśmy dla siebie tylko mentorem i nowicjuszką. On... to zaczęło się jeszcze przed wygnaniem, chociaż początkowo tego nie widziałam. Później, kiedy byliśmy w Sachace, rzeczy się zmieniły. A gdy już wróciliśmy... Ja...
Zamilkła. Sama nie była pewna, jak to się stało, że stali się kochankami. Było to jednocześnie nadzwyczajne, jak i zupełnie normalne. Spojrzała w oczy swojego przyjaciela i zauważyła, że się uśmiechał.
- To wszystko? - zapytał, wyraźnie rozbawiony.
- Ty... ty wiedziałeś?! - krzyknęła, nie potrafiąc ukryć zaskoczenia.
- Tak, Akkarin mi powiedział - odparł i wzruszył ramionami. Wbiła w niego oszołomione spojrzenie i mimowolnie otworzyła usta. - No, może nie zupełnie - zreflektował się, widząc wypisany na jej twarzy szok. - Dał mi to do zrozumienia. - Puścił jej oko.
- Jak...? Kiedy...?
- Pewnego razu przyszedł do mnie. Prosił mnie, żebym w razie czego zajął się twoim bezpieczeństwem, jeśli jemu coś się stanie. Bardzo mu zależało na tym, żebym obiecał cię chronić. Od razu go przejrzałem. Nie bez powodu jestem przywódcą złodziejskiej szajki - zaśmiał się cicho.
- Akkarin prosił cię o coś takiego? - wykrztusiła. - Kiedy to było?
- Ach, nie wiem - żachnął się. - Chyba tuż po walce. Zjawił się zupełnie nieoczekiwanie. Mówił, że potrzebuje jakichś ubrań... A byłem pewien, że było po was.
Sonea doskonale pamiętała tamte dwa dni, gdy ukrywali się w slumsach. I tamten moment... Czekała wtedy na niego w ręczniku, by się przebrać. Wtedy on wszedł do środka... Poczuła uderzenie gorąca na wspomnienie chwili, po której długo nie mogła zebrać się w garść. Powiedział, że chciał tylko... no właśnie, co? Może właśnie chciał powiedzieć jej o Cerynim? Kiedy później się z nim spotkali, Złodziej nie wyglądał na zaskoczonego jej widokiem. Zapytał jedynie, co zajęło im tak dużo czasu.
- Daj spokój Soneo, od razu wiedziałem, co się święci. - Posłał jej jeden ze swoich szczerych uśmiechów. - Akkarin to dobry facet, wiedziałem, że się tobą zajmie.
- Jestem w ciąży, Cery - wypaliła.
Mężczyzna zamarł. Otworzył w zdziwieniu usta, a jego oczy rozszerzyły się do granic możliwości.
- O... o - wydukał. Przełknął głośno ślinę. - A Akkarin... ?
- Oczywiście, że to jego dziecko, bałwanie - prychnęła.
- Od jak dawna wiesz?
- To będzie już drugi miesiąc - powiedziała słabo i opuściła wzrok na swoje palce.
- I...
- I właśnie z tego powodu rozpętała się ta cała awantura. Teraz pewnie wie cała Gildia.
- Nie rozumiem. To zabronione, że dwoje dorosłych ludzi... no wiesz? - powiedział, drapiąc się po głowie.
- Chodzi o to, że kiedy to się stało, byłam jeszcze Nowicjuszką - wyjaśniła. - A to właśnie jest zabronione.
Zapanowała długa chwila ciszy. Cery wciąż drapał się po głowie w zakłopotaniu, a Sonea siedziała ze wzrokiem utkwionym w swoje kolana.
- I co teraz? - zapytał w końcu.
- Nie mam pojęcia. Jestem teraz Czarnym Magiem, ale według kodeksu Akkarin popełnił przestępstwo. Nie ja, nie my. On.
Jęknęła i ukryła twarz w dłoniach. Jej ramionami wstrząsnęła nadciągająca fala płaczu.
- Cery, ja go kocham - szepnęła, przełykając łzy.
Złodziej wstał i podszedł do niej. Przykucnął obok krzesła, na którym siedziała i położył dłonie na jej własnych, teraz zaciśniętych w pięści. Po chwili otoczył ją ramieniem i mocno przytulił. Poczuła pierwsze łzy staczające się po policzkach.
- Akkarin to honorowy mężczyzna. Na pewno nie zostawi cię samej. Zaopiekuje się tobą, jak i dzieckiem - powiedział tuląc ją do siebie jeszcze mocniej.
- Oni będą chcieli je zabić...
- Co takiego?! - wykrzyknął, odsuwając się od niej.
- Tak powiedział Rothen - powiedziała, krztusząc się łzami. - Że Uzdrowiciele się tym zajmą.
- To niemożliwe, Soneo - rzekł stanowczym tonem.
Nie zdołała mu odpowiedzieć, bo rozpłakała się na dobre. Cery na powrót przytulił ją do siebie i zaczął gładzić po włosach. Po chwili poczuła, że zaczęła się uspokajać.
- Tym bardziej powinnaś wrócić tam jak najprędzej - powiedział nagle.
Podniosła na niego zaczerwienione od łez spojrzenie.
- Po co? - wychrypiała.
- Skoro Akkarin ma być traktowany jak przestępca, musisz tam wrócić i udowodnić wszystkim, że są w błędzie. Jeśli go kochasz, musisz go bronić. Tak samo siebie, jak i wasze dziecko. Nie pozwól im myśleć, że Akkarin cię skrzywdził.
Przez moment przyglądała się jego twarzy, usiłując wchłonąć chociaż część promieniującej z niego pewności siebie. W końcu pokiwała głową.
- Masz rację...
- Chodź, nie traćmy czasu - ponaglił ją.
Odprowadził ją do wyjścia z tuneli. Zatrzymał się obok kraty w murze, która z drugiej strony wyglądała jedynie na odpływ ścieków. Chwycił ją i mocno pociągnął w swoją stronę. Stalowe zawiasy zatrzeszczały żałośnie, lecz w końcu ustąpiły i Cery mógł utorować jej drogę powrotną.
- Idź - powiedział ciepło i położył dłoń na jej plecach.
Już zaczęła wdrapywać się w kierunku wyjścia, gdy nagle zatrzymała się. Odwróciła się i szybkim ruchem wtuliła w ramiona przyjaciela.
- Dziękuję, Cery. Jesteś niezastąpiony - mruknęła w jego pierś. - Wybacz mi to, jak zaniedbałam naszą przyjaźń. Nie zasługuję na ciebie.
- Nie wygłupiaj się - powiedział z czułością i odwzajemnił uścisk.
Odsunęła się od niego i postawiła jedną stopę na kamiennym schodku. Sprawnie wydostała się na zewnątrz. Cery zamknął na nią wejście.
- Soneo? - powiedział jeszcze. - Uważaj na siebie. Nie ściągaj na siebie zbyt dużej uwagi. Miasto nie jest bezpieczne.
Przytaknęła. Nagle przypomniała sobie o zakapturzonej postaci, którą wcześniej spotkała. Odwróciła się, by zapytać Cery'ego, czy wiedział coś na ten temat, lecz gdy spojrzała na zardzewiałą kratę, jego już nie było. Westchnęła i ruszyła przed siebie szybkim krokiem.
W połowie drogi wyczuła, że coś było nie tak. Na ulicach nie minęła nikogo, mimo że dopiero zbliżał się wieczór. Zwykle o tej porze miasto tętniło życiem. Poczuła ukłucie niepokoju. Rozejrzała się ukradkiem, omiatając spojrzeniem również dachy. Nie zauważywszy nic szczególnego, przyspieszyła kroku.
Nagle jej uszom dało się słyszeć huczenie sowy. Zamarła. Głos dzikich ptaków w środku Imardiu nie był niczym normalnym. Obróciła się dookoła. Bicie jej serca przyspieszyło, gdy za jednym z zaułków dostrzegła rąbek znikającego płaszcza. Był równie czarny, jak jej własny.
Nie tracąc ani chwili zerwała się do biegu. Gdy minęła jedną z uliczek, zauważyła drugą zakapturzoną postać. Strach i ból w kolanie paraliżowały jej ruchy, lecz mimo tego i tak zmusiła się do biegu. Wtem, jej drogę zastąpił kolejny nieznajomy. Zatrzymała się, wzniecając chmurę kurzu spod swoich stóp. Zawróciła i wtedy pojawiła się czwarta osoba tuż za jej plecami. Jęknęła z wysiłku i natychmiast okryła się tarczą. Czym prędzej popędziła w kierunku skrytej w mroku ulicy, widząc w niej jedyne wyjście z opresji. Nie mogła być bardziej w błędzie.
Droga, którą wybrała, okazała się ślepym zaułkiem. Zanim się spostrzegła, cztery tajemnicze postacie otoczyły ją ciasnym kręgiem.
- Kim jesteście?! - krzyknęła. - Czego chcecie!?
Za ich plecami pojawiła się piąta osoba. W ręku trzymała małą buteleczkę. Podniosła ją do góry i rzuciła w jej kierunku. Szklane naczynie rozbiło się o jej tarczę. Otoczyły ją gryzące opary. Zaczęła się krztusić. Nieprzyjemna woń wdarła się do jej nozdrzy. Opadła na kolana, z trudem łapiąc oddech. Ledwie utrzymywała resztki świadomości, pozwalające na utrzymanie tarczy. Świat zlał się w wirującą papkę, gdy ktoś pochylił się nad nią i wysyczał:
- Witaj Soneo.
