"W pułapce"
Witaj Soneo.
Zbudziła się z tępym bólem głowy. Jęknęła głośno i spróbowała się poruszyć. Natychmiast zorientowała się, że jej dłonie, podobnie jak nogi, zostały skrępowane. Zdała sobie sprawę, że leżała na prawym boku, na czymś twardym i zimnym. Otworzyła oczy i zobaczyła swoje własne nadgarstki, owinięte grubym sznurem. Szarpnęła gwałtownie, próbując wyrwać ręce z krępujących ją więzów. Bezskutecznie. Zerknęła w dół na swoje nogi, które również były spętane ciasną pętlą.
W końcu rozejrzała się wokół siebie. Znajdowała się w ciemnym pokoju bez okien. W przeciwległym kącie ustawiony był stolik, a na nim, słabym blaskiem tliła się świeca. Tuż obok zauważyła skrzynię wywróconą spodem do góry, a na niej kilkanaście maleńkich buteleczek. Sonea poczuła obezwładniający ją strach. Wydarzenia sprzed momentu, w którym straciła przytomność, powróciły nagłą falą. Na powrót skupiła się na sznurze wokół swoich kończyn i wysłała w ich kierunku wiązkę mocy... a przynajmniej taki miała zamiar. Nie wydarzyło się zupełnie nic. Spróbowała jeszcze raz, czując narastającą panikę.
Co się ze mną dzieje? Pomyślała i ponowiła próbę oswobodzenia się. Nie czuła mocy. Nie mogła jej odnaleźć. Widziała, że gdzieś tam jest, ale nie potrafiła z niej skorzystać. Serce, które i tak dudniło w jej piersi kilkakrotnie szybciej niż normalnie, zabiło jeszcze mocniej. Opierając się na zewnętrznej części dłoni, zdołała przekręcić ciało w taki sposób, że udało jej się usiąść. Pod plecami poczuła chłód muru. Zadrżała z zimna.
Kim byli ludzie, którzy ją uprowadzili? Czego od niej chcieli? I dlaczego nie mogła posłużyć się magią?! Myśli huczały w jej głowie, przyprawiając o mdłości. Ranna wcześniej noga, przypominała o sobie ostrym, promieniującym na całe udo bólem. Skrzywiła się i wyprostowała nogi. Gdy to nie pomogło, podkurczyła je tak mocno, jak tylko była w stanie.
Nagle drzwi otworzyły się, ku jej zdziwieniu nie zakłócając ciszy nawet najcichszym skrzypnięciem. Do środka weszła postać z narzuconym na głowę czarnym kapturem. Sonea zamarła. Nie mogła dostrzec twarzy zakapturzonej osoby, jednak jej sylwetka i ruchy, podpowiedziały jej, że nie był to mężczyzna. Nieznajoma podeszła do stolika, podniosła z niego spodek, na którym paliła się świeca i wolnym krokiem zbliżyła się do niej. Sonea zwinęła się w jeszcze mniejszy kłębek i wbiła szeroko otwarte oczy w ziejące pustką miejsce pod kapturem, w którym powinna znajdować się twarz.
Postać podeszła do niej i przykucnęła naprzeciwko, unosząc świecę na wysokość twarzy Sonei tak, że dziewczyna mimowolnie zmrużyła oczy. Nagle tajemnicza osoba wyciągnęła jedną dłoń i szybkim ruchem zerwała z siebie kaptur. Sonea wydała z siebie zduszony okrzyk, zasłaniając usta.
Obserwował całą sytuację, jakby zza szklanej bańki. Docierały do niego wyłącznie pojedyncze słowa. Jedyne na czym mógł się skupić, to wspomnienie jej słów: ja go kocham. Myślał, że na jej twarzy zobaczy głównie strach, lecz tym razem była to wyłącznie determinacja. Powiedziała prawdę. Kochała Akkarina. A on swoją głupotą zniszczył jej szczęście. Skoro nosiła w sobie dziecko mężczyzny, który darzył ją podobnym uczuciem, jej miejsce było u jego boku.
Jak mógł być tak ślepy? Co sprawiło, że nie dopuszczał do siebie tego, co wcześniej starała mu się powiedzieć? Czyżby był aż tak pogrążony we wspomnieniach o swoim synu, o jego niespełnionym pragnieniu miłości Sonei, że nie zauważył, że jego była Nowicjuszka wybrała dawno temu? Dorrien od dawna chciał związać swoje życie z kobietą, która prawdopodobnie nigdy nie byłaby jego. Być może na samym początku ich znajomości znaczył dla niej coś więcej... lecz była wtedy zbyt młoda.
Nie mógł dłużej żyć przeszłością, tym samym rujnując przyszłość ostatniej osoby na świecie, którą kochał. Zaślepionym troską o jej dobro, nie zauważył, że działał zupełnie odwrotnie.
- To jakiś absurd - dotarł do niego spokojny głos Akkarina.
- Czyżby? - odezwał się Wielki Mistrz.
- Nie macie żadnych dowodów. To wyłącznie wyssane z palca opowieści przewrażliwionego staruszka - odpowiedział Czarny Mag.
Od momentu, w którym Balkan, Vinara i dwójka Wojowników zjawiła się w pokoju Administratora, Rothen żałował każdej decyzji, którą podjął wcześniej i która doprowadziła do tego momentu. Po dłużej chwili, Mistrz Balkan zasiadł w fotelu i polecił swoim podopiecznym pilnować drzwi, tak by Akkarin nie mógł opuścić mieszkania. Czarny Mag stał na środku pokoju, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Wyglądał jak zwykle imponująco i przyprawiał Rothena o gęsią skórkę na karku. Akkarin od zawsze był ostatnią osobą, której chciałby się narazić. Teraz stał się jego wrogiem. Wszystko przez jego zaślepienie wiarą w to, że Sonei groziło niebezpieczeństwo.
- Radzę uważać na słowa, Czarny Magu - ostrzegł go Balkan. - Mistrzu Rothenie, czy zechciałbyś powtórzyć to, co powiedziałeś mi dzisiaj rano?
Rothen poczuł uderzenie gorąca. Akkarin wbił w niego beznamiętne spojrzenie, pod którym zadrżał.
- Ja... nie pamiętam - wymamrotał, opuszczając wzrok.
- Nie bądź śmieszny. Dalej - ponaglił go. - Powiedziałeś, że jesteś pewien.
- To znaczy... tak mi się wydawało... - szepnął słabym głosem.
- Jak coś takiego mogło ci się wydawać? - prychnął Mag w białej szacie. - Sam stwierdziłeś, że od dawna podejrzewałeś, że Czarny Mag i Sonea...
- Sonea ma już swój tytuł, Wielki Mistrzu - warknął Akkarin.
Przez moment Balkan wyglądał, jakby połknął coś niejadalnego. Dopiero po upływie dłuższej chwili jego twarz powróciła do normalnego wyrazu. Wyprostował się w swoim fotelu, ułożył łokcie na oparciu i splótł palce dłoni.
- Mistrzyni Sonea - wydusił przez zaciśnięte zęby, po czym szybko odwrócił wzrok i wbił go w Rothena. - Mówiłeś, że jesteś pewien, że Akkarin złamał prawo.
- Nie do końca - wymamrotał starszy Mag, czując jak grzęźnie w bagnie problemów, których sam był przyczyną.
- Powiedziałeś, że przekroczył granicę pomiędzy dozwolonymi relacjami Maga z Nowicjuszką! - dokończył Wielki Mistrz podniesionym głosem.
Atmosfera w pokoju była na tyle gęsta, że Rothen z trudem wziął kolejny oddech.
- Powiedziałeś mi to dzisiaj w moim pokoju, Mistrzu Rothenie. Co sprawiło, że tak nagle zmieniłeś zdanie? - ciągnął dalej Balkan. Gdy ze strony Alchemika odpowiedziała mu cisza, spojrzał w kierunku Akkarina z nieskrywaną irytacją. - Widzę Akkarinie, że twoje wpływy nie skończyły się wraz z kadencją Wielkiego Mistrza. Zamierzasz dalej zastraszać tych, którzy stoją na twojej drodze?
Czarny Mag wpatrywał się w twarz Balkana beznamiętnym wzrokiem.
- Wybacz Wielki Mistrzu, ale nie rozumiem, co masz na myśli.
- Rothen długo żył w strachu, odkąd poznał twoją tajemnicę o znajomości czarnej magii, a teraz, gdy wie co zrobiłeś Sonei... I że zrobiłeś to, gdy była pod twoją opieką...
Słysząc te słowa, Akkarin uniósł wysoko brwi. Po chwili zaśmiał się ponuro, tym samym przerywając Balkanowi w pół słowa.
- To poważne oskarżenia, Wielki Mistrzu. Czyżbyś pragnął przeprowadzić badanie prawdomówności?
- Nie narażę się na poznanie sekretów twojej brudnej magii! - wykrzyknął w oburzeniu Mag w bieli.
- Jakże bym śmiał ryzykować naruszeniem twojej nieskazitelności - syknął Akkarin.
- Nie bądź zbyt pewny siebie, Czarny Magu. Wiem, że Mistrz Rothen nie skłamałby i dopilnuję, żebyś nie uniknął kary. Byliśmy zbyt pobłażliwi w stosunku zarówno do ciebie, jak i Sonei. Od początku wiedziałem, że starszyzna podejmuje złą decyzję. W końcu nadarzyła się okazja, by ją naprawić.
Akkarin uniósł wyżej lewą brew, a jego usta wykrzywił pobłażliwy półuśmiech.
- Masz zamiar karać nas za coś, na co nie masz dowodów. To chyba nie jest zgodne z Kodeksem - zakpił.
- Jak śmiesz powoływać się na Kodeks! - wybuchnął Balkan, zrywając się z fotela. Wycelował palec w pierś Akkarina. - Ty!? Złamałeś najważniejsze prawo, nie powinno cię tutaj być. Gdyby nie wstawiennictwo Króla, skończyłbyś jak każdy inny Mag, który dopuścił się tak straszliwego czynu! Wygnanie było wręcz uśmiechem od losu!
- Może jeszcze nazwiesz to szansą na nowe życie? Gdyby Mistrzyni Sonea zostałaby wtedy w Gildii, nie przetrwałbym tam tygodnia - warknął, a w jego spojrzeniu zamigotały drapieżne iskry.
- Rozumiem, że musiałeś jej to później stosownie wynagrodzić! - ryknął Mag w bieli. - Trafił swój na swego. Przestępca i dziewucha ze slumsów!
Akkarin wydał z siebie niskie warknięcie, rozluźnił skrzyżowane na piersi ramiona i ruszył w stronę Wielkiego Mistrza. Rothen mimowolnie jęknął, widząc nieskrywaną wściekłość w spojrzeniu Czarnego Maga. Wiedział, że nie skończy się to dobrze, jeśli on lub Administrator w porę nie zareagują.
- Proszę o spokój! - zawołała Mistrzyni Vinara, tym samym odzywając się pierwszy raz, odkąd znalazła się w pokoju. Dotychczas jedynie przyglądała się badawczo Akkarinowi, słuchając jego słów. W przeciwieństwie do Wielkiego Mistrza, wyglądała na bardziej zaciekawioną, niż oburzoną.
Rothen odetchnął z ulgą.
- Wielki Mistrzu, Czarny Magu... Proszę. Utarczki słowne nie są sposobem rozwiązania tego problemu. Powinniśmy zająć się tym, jak należy. Proponuję zaczekać, aż Sonea wróci i wysłuchać tego, co ma do powiedzenia. W końcu sprawa dotyczy także jej - powiedziała spokojnym głosem.
Balkan skrzywił się, jednak po chwili przytaknął głową. Akkarin, który był w połowie drogi do tego, by rozszarpać Wielkiego Mistrza na strzępy, zatrzymał się i zerknął na starszą kobietę wzrokiem pełnym szacunku. Po chwili również skinął głową. Gdy wracał na swoje miejsce, rzucił Administratorowi mroczne spojrzenie.
- Cieszę się, że się dogadaliśmy - rzekł tamten z wymuszonym uśmiechem.
Gdy Balkan odwrócił się, by na powrót zasiąść w fotelu, Administrator wykorzystał tę chwilę, by odpowiedzieć Akkarinowi ostrzegawczym wzrokiem. Czarny Mag zmarszczył brwi i zaprzeczył ruchem głowy. Dla Rothena wyglądało to tak, jakby prowadzili między sobą mentalną rozmowę. Jednak nie słyszał ich głosów.
Krwawy pierścień! Administrator musiał taki posiadać! To tłumaczyłoby niespodziewane pojawienie się Akkarina w jego gabinecie. Dlaczego Mistrz Osen pozwalał się tak kontrolować? Jak mógł zgodzić się na noszenie narzędzia, które dawało Akkarinowi wgląd w jego nawet najpilniej skrywane myśli? ... Nie, nie robił tego z przymusu. Nowy Administrator, podobnie jak jego poprzednik, stał się przyjacielem Czarnego Maga. Kiedy ta dwójka zdążyła się tak polubić? Ile jeszcze spraw umknęło jego uwadze, gdy był zajęty rozpaczaniem po stracie syna, a później martwieniem się o Soneę?
Krzyknęła, zasłaniając usta dłonią. Nie mogła oderwać wzroku od twarzy stojącej przed nią kobiety.
- Ty?! - wydusiła z siebie słabym głosem. Odpowiedział jej śmiech.
Twarz, która dotychczas kryła się pod kapturem należała do kobiety, którą Sonea poznała ponad miesiąc wcześniej. Fioletowe ogniki w błękitnych oczach i czarne włosy nie mogły kłamać.
- Jesteś tą zielarką - powiedziała, wierząc w to, że jej słowa okażą się mylnymi przypuszczeniami. - Kalia - dodała, przypominając sobie imię, którym przedstawiła jej się w dniu, w którym ją poznała.
Zielarka zmrużyła oczy i wykrzywiła usta w drwiącym uśmiechu. Nie odpowiedziała, w zamian za to wyciągnęła dłoń i bezlitośnie zacisnęła palce wokół przedramienia Sonei, na co ta zareagowała zduszonym okrzykiem. Poczuła ukłucie, gdy paznokcie wbiły się w jej skórę. Kobieta cofnęła rękę. Na jednym palcu Sonea zauważyła krew. Zbliżyła go do ust i zlizała czerwone krople. Następnie prychnęła triumfalnie.
- Trucizna działa - powiedziała niskim tonem. Jej głos nie przypominał słodkiego tonu, którym powitała ją miesiąc wcześniej.
Sonea poczuła uderzenie gorąca.
- Trucizna...? - wyszeptała. - Czego ode mnie chcesz...? Dlaczego mnie tu przyprowadziłaś i co zrobiłaś z moją magią?
- Och, Soneo - powiedziała pieszczotliwie. - O tyle, o ile nasze pierwsze spotkanie było zupełnym przypadkiem, to o tym nie można tego powiedzieć.
- Czego ode mnie chcesz? - powtórzyła gniewniej i szarpnęła za krępujące jej nadgarstki więzy.
- Zemsty - syknęła, pochylając się w jej kierunku. - To naprawdę zrządzenie losu, że wtedy się u mnie pojawiłaś. W innym przypadku szukałabym cię znacznie dłużej.
Wybuchnęła okrutnym śmiechem.
- Widzisz Soneo, nie lubię, gdy mi się coś zabiera.
Wpatrywała się w nią szeroko otwartymi ze strachu oczami. Serce głośno dudniło w jej piersi, czuła drżenie całego ciała.
- Nie rozumiem... - wyszeptała cicho.
Nagle kobieta sięgnęła do paska spodni, szarpnęła i wyciągnęła krótki sztylet. Drugą dłonią przygwoździła ją do ściany, chwytając za szyję. Nóż przystawiła do policzka. Sonea wydała z siebie niemy okrzyk i zamarła. Czuła chłód ostrza na skórze. Gorąca smuga rozgrzała jej twarz, gdy zielarka mocniej przycisnęła nóż.
Prawie tak samo szybko, cofnęła dłoń, pozostawiając jedynie palącą ranę.
- Nie martw się. Nie zabiję cię. Zrobi to za mnie trucizna - powiedziała, wycierając błyszczące ostrze o materiał płaszcza na piersi.
Sonea poczuła falę mdłości. Nie mogła jednak odwrócić wzroku od twarzy kobiety, gdyż jej druga ręka uniemożliwiała jej jakikolwiek ruch.
- Ach, nie, nie. Masz jeszcze trochę czasu. Moje trucizny są najlepsze. Zabijają powoli - mówiąc to, wyszczerzyła rząd idealnie białych zębów w drapieżnym geście. - A skoro niedługo umrzesz, to pewnie chciałabyś poznać moje prawdziwe imię. Nazywam się Arza.
Po tych słowach rozluźniła palce, które zaciskała wokół szyi Sonei, wyprostowała się i podeszła do skrzyni, na której stały kolorowe flakony.
Skulona pod ścianą, obserwowała kobietę czujnym wzrokiem, śledząc każdy jej ruch. Nie rozumiała nic z tego, co wydarzyło się wcześniej na ulicach miasta, ani tego, dlaczego zielarka żywiła do niej tak szczególną nienawiść. Wciąż nie docierało do nie to, że została otruta. Wyciągnęła przed siebie splecione ramiona i objęła drżące kolana.
- Kim jesteś? Kim są ludzie, którzy ci pomagają? Jesteście z Sachaki? - zapytała głosem nieco silniejszym, niż wcześniej.
Na dźwięk jej słów Arza odwróciła się szybko i zmierzyła ją pogardliwym spojrzeniem.
- Ty głupia dziewczyno. Twój Akkarin nic ci nie powiedział, co? - zadrwiła. Oparła dłonie na biodrach i przekręciła głowę. Zacmokała głośno. - Zrobił ci bachora i tyle?
Sonea mocno zacisnęła pięści. Zapomniała, że zielarka wiedziała o ciąży. Wyglądało też na to, że wiedziała znacznie więcej, niż tylko to. Wbiła wzrok w swoje nadgarstki, zaczerwienione od ciasno oplatającego je sznura.
Cokolwiek Akkarin wiedział, nie powiedział jej na ten temat słowa. Zdawała sobie sprawę, że ukrywał przed nią wiele spraw, lecz nie domyślała się ich wagi. W końcu ludzie, którzy ją porwali i uwięzili, pragnęli jej śmierci. Czy Akkarin o tym wiedział? Dlaczego pozwolił jej żyć w nieświadomości? Natychmiast przywołała do siebie wspomnienie jego słów. Sądziłem, że będziesz bezpieczniejsza, żyjąc w niewiedzy. Poczuła ukłucie żalu. Oto do czego doprowadziło nie mówienie jej o niczym.
Gdyby tylko mogła się z nim jakoś skontaktować. Był jej jedyną nadzieją na wyjście żywą z rąk Arzy. o ile Uzdrowiciele będą w stanie zneutralizować krążąca w jej żyłach truciznę. To właśnie ona w jakiś sposób pozbawiła jej zdolności posługiwania się magią. Bez niej nie była w stanie zainicjować rozmowy mentalnej. Nie! Wciąż mogła to zrobić. Przecież Takan kontaktował się z Akkarinem dzięki ukrytemu krwawemu klejnotowi. Jej własny spoczywał na dnie wewnętrznej kieszeni płaszcza. Jeśli chociaż ukryje go w dłoni, Akkarin wyczuje jej obecność w swoim umyśle.
- W takim razie wypadałoby cię nieco uświadomić - z zamyślenia wyrwał ją głos Arzy. - Dobrze wiedzieć za co się umiera, hm?
Sonea poczuła ochotę by przysmażyć jej twarz palącym uderzeniem mocy.
- Poznałaś już naszego Pana, Kariko - ciągnęła dalej.
Poderwała głowę, rozbudzona dźwiękiem imienia, którego miała nadzieję nigdy więcej nie usłyszeć. Jej przypuszczenia okazywały się być prawdą. Stojąca przed nią kobieta miała coś wspólnego z Sachaką mimo, że jej uroda była typowo kyraliańska. Na dodatek nazwała Kariko swoim Panem. To mogło znaczyć tylko jedno. Gniew ścisnął jej serce. Przed oczami ujrzała Gildię usianą ciałami poległych. Wspomnienie płonącego Imardinu było tak żywe, że miała wrażenie, że poczuła swąd palącego się ciała.
- Owszem, poznałam - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Byłaś jego niewolnicą.
Zielarka doskoczyła do niej w mgnieniu oka. Chwyciła Soneę za splecione wstążką włosy, teraz potargane i zakurzone od brudnej podłogi. Pociągnęła za nie, aż dziewczyna krzyknęła z bólu i posłusznie odchyliła głowę, odsłaniając kark, do którego kobieta przystawiła sztylet. Sonea poczuła dobrze znany chłód ostrza wbijającego się w skórę jej szyi.
- Utnę ci ten język, jeśli nie przestaniesz gadać - warknęła gardłowo, po czym splunęła tuż pod jej nogi.
Sonea odsłoniła zęby w drwiącym uśmiechu.
- Moc, którą od niego zabraliśmy pomogła odbudować Gildię - odpowiedziała jej zduszonym głosem. Skóra głowy piekła ją żywym ogniem, gdy kobieta bezlitośnie ciągnęła ją na włosy. Kimkolwiek była, najwyraźniej Kariko był dla niej kimś ważnym. Dla Sonei był wyłącznie mordercą, który chciał zniszczyć wszystko co kiedyś było dla niej cenne. A przede wszystkim, niemal nie odebrał jej Akkarina.
- Zamilcz! - ryknęła tamta i uderzyła ją w skroń rękojeścią noża.
Odebrało jej tchu. W uszach słyszała przeraźliwy pisk. Wychwyciła nad sobą ruch, po czym poczuła silne kopnięcie w udo. Osunęła się na lewy bok, dławiąc kolejny okrzyk i powstrzymując się od płaczu. Odruchowo zasłoniła brzuch, zwijając się w kłębek.
- Szukałam cię, by móc pomścić jego śmierć. Jeśli się nie zamkniesz, dopilnuję, żeby twoja własna była wyjątkowo bolesna, zupełnie tak, jak na to zasługujesz!
Skąd wiedziała, że Kariko zginął z jej ręki?
- Kariko był mordercą! - jęknęła, usiłując podnieść się z ziemi. - Powinnaś być nam wdzięczna!
Arza warknęła i wymierzyła jej kolejnego kopniaka, prosto w splecione na brzuchu ramiona.
- Nie masz prawa tak mówić!
- Jest odpowiedzialny za śmierć setek ludzi! Jako jego była niewolnica, powinnaś znać jego okrucieństwo lepiej ode mnie - zaszydziła.
- Powiedziałam milcz!
Zielarka szybko znalazła się tuż nad nią, jednak zawahała się przed zadaniem kolejnego ciosu. Przez długą chwilę przyglądała jej się z nieskrywaną nienawiścią. Sonea dźwignęła się z ziemi i wbiła w kobietę badawcze spojrzenie. Powoli zaczynała rozumieć jej zachowanie.
- Nie byłaś jego niewolnicą... - powiedziała jakby do siebie.
- Nic ci do tego kim byłam i kim jestem! Zamknij się, albo pożałujesz - poleciła lekko drżącym tonem.
Po tych słowach odwróciła się i wyszła z pokoju. Gdy drzwi się uchyliły zobaczyła twarz mężczyzny, który skojarzył jej się z Takanem. Widząc Arzę, ukłonił się nisko i wymamrotał coś pod nosem. Odpowiedziała mu ostrym tonem. Nieznajomy zerknął na Soneę, po czym szybko odwrócił wzrok. Drzwi zamknęły się z głośnym trzaskiem.
Sonea poczuła odrobinę satysfakcji, że udało jej się wyprowadzić zielarkę z równowagi. Dawało jej to trochę czasu na to, by wyciągnąć krwawy pierścień z otchłani płaszcza i ostrzec Akkarina. Kobieta mogła wrócić w każdej chwili.
Po paru nieznośnie długich minutach udało jej się wydobyć klejnot z kieszeni. Zamknęła go w dłoniach i skupiła się na nawiązaniu kontaktu z umysłem Czarnego Maga. Miała nadzieję poczuć jego obecność, lecz nie doświadczyła niczego podobnego. Zupełnie jakby pierścień, który trzymała w palcach, nie posiadał swojej mocy. Nadzieja zaczęła ją opuszczać. W końcu warknęła głośno i już chciała cisnąć klejnot w kąt pokoju, lecz zawahała się i nie widząc innego wyjścia, nasunęła go na palec. Nawet jeśli zielarka go zauważy, i tak okazał się bezużyteczny.
Po krótkim czasie, drzwi otworzyły się i do środka weszła Arza, a za nią mężczyzna w czarnym płaszczu. Sonea odruchowo spięła się, widząc czerń, kolor który jednoznacznie kojarzył jej się z czarną magią. Tym razem kaptur nie zasłaniał twarzy nieznajomego, co dało jej szansę na to, by przekonać się, że niewątpliwie pochodził z Sachaki.
Nagle kobieta warknęła coś w gardłowym i ostrym języku, który dla uszu Sonei brzmiał jak sachakański. Mężczyzna skinął głową, podszedł do Sonei i chwycił za splątane sznurem nadgarstki. Dziewczyna zaprotestowała, gdy pociągnął ją w górę, jednak był od niej znacznie wyższy i silniejszy. Z łatwością podniósł ją z ziemi. Gdy jej nogi były już w pełni wyprostowane, poczuła silny ból w kolanie. Sachakanin szybkim ruchem szarpnął za linę wiążącą jej dłonie unosząc je do góry. Zaczepił pętlę na wystającym z tyłu jej głowy haku, którego nie mogła wcześniej widzieć. Gdy tylko rozumiała co się dzieję, zaczęła się wić. Nieznajomy widząc to, przemówił do niej spokojnym głosem, jakby chciał ją ostrzec. Zamarła i wbiła przerażone spojrzenie w zielarkę, która zdążyła wyciągnąć zza paska swój nóż i zacząć polerować ostrze o rękaw płaszcza.
- Byłam kiedyś bardzo podobna do ciebie - odezwała się nagle, gdy Sachakanin odsunął się posłusznie na bok.
Podeszła bliżej i zbliżyła nóż do świeżej rany na policzku Sonei. Dziewczyna napięła się i przywarła ciałem do muru, chcąc uniknąć ponownego kontaktu z ostrzem. Ku jej uldze, kobieta odsunęła się i zaczęła krążyć po małym pomieszczeniu.
- Kiedy miałam dziesięć lat zostałam porwana przez handlarzy niewolników, którzy później sprzedali mnie do Sachaki. Tak właśnie trafiłam do Dakovy.
Sonea otworzyła szeroko usta. To by tłumaczyło typowo kyraliańsko urodę jej porywaczki.
- Nie był dla mnie dobry. Bił mnie, poniżał i równie często odmawiał dziennej porcji jedzenia, jeśli nie spełniałam jego żądań. Pamiętam dzień, w którym pojawił się między nami młody mężczyzna. Był zbyt pewny siebie, i to go zgubiło.
Doskonale wiedziała, o kim mówiła kobieta. Nie rozumiała, dlaczego nagle zaczęła opowiadać jej o sobie, lecz nie miała zamiaru jej przerywać.
- Ten młodzieniec kilka lat później zabił mojego pana. Tak samo, jak wszystkich jego niewolników. Ja ocalałam, bo akurat wysłano mnie po wodę. Gdy wróciłam, zastałam pole martwych ciał. Byłam tak przerażona, że miałam ochotę rzucić się z urwiska. Od lat potrafiłam żyć tylko dzięki służeniu innym, więc moje istnienie straciło wtedy sens. Przez kilka dni siedziałam wśród gnijących ciał, czekając na śmierć, aż zjawił się Kariko. Zabrał mnie ze sobą.
Zerknęła z pogardą w kierunku Sonei, która wciąż przyglądała jej się z lekko otwartymi ustami.
- Myślisz pewnie, że byłam zrozpaczona. Otóż nie, cieszyłam się, że wcielił mnie do swojego haremu. Z początku byłam jedną z wielu, ale później się to zmieniło. Kariko docenił moją lojalność i pozwolił mi zająć alkowę tuż obok jego własnej.
Sonea uważnie słuchała słów zielarki. Nie znała zwyczajów, które panowały w obozie Kariko, jednak sądząc po nutce dumy w tonie kobiety, wnioskowała, że sypianie tak blisko pana, była ogromnym przywilejem.
- Już nigdy więcej nie traktował mnie jak swojej niewolnicy. Miałam nawet własnych służących. Byłam szczęśliwa. Lecz on żył wyłącznie chęcią zemsty za śmierć Dakovy. Dlatego spełnię jego ostatnią wolę i zrobię wszystko, by mieć pewność, że ci, którzy mu zaszkodzili, zginęli.
Po tych słowach podeszła do Sonei i wyciągnęła w jej kierunku nóż.
- A ty będziesz druga. Tuż po twoim Akkarinie - syknęła.
Strach wykręcił jej wnętrzności.
- Nie! To ja zabiłam Kariko, Akkarin nie miał z tym nic wspólnego! - krzyknęła drżącym głosem.
- Jestem pewna, że już od jakiegoś czasu szuka swojej kobiety. Możesz mieć pewność, że przyszykowałam dla niego wyjątkową pułapkę - powiedziała, uśmiechając się okrutnie.
- Akkarin nie nabierze się na twoje sztuczki, jest...
- Sprytniejszy od ciebie? - przerwała jej, przystawiając czubek ostrza do miejsca między jej piersiami.
- Jest silniejszy, niż ci się wydaje - wycedziła w odpowiedzi, mając nadzieję, że jej słowa okażą się prawdą.
Zielarka zaśmiała się gorzko.
- Zaczekaj, to sama zobaczysz.
Kilka godzin wcześniej.
Akkarin krążył po pokoju, powoli zaciskając i rozluźniając pięści. Jego myśli wirowały wokół Sonei. Spodziewał, że wróci do gabinetu Administratora po krótkim czasie, jednak czas płynął nieubłaganie, a on zaczynał się martwić. Przekazał Takanowi swoje obawy, wraz z prośbą, by poszukał Sonei na terenie Gildii, a jeśli okaże się to bezowocne, powinien poinformować Złodzieja.
Dobiegło do niego głośne westchnięcie. Wielki Mistrz uparł się, by do momentu powrotu Sonei, nikt nie opuszczał pokoju. Nie minęła nawet godzina, gdy ten zaczął wzdychać i marudzić w swoim fotelu.
Nagle wstał i znużonym głosem oznajmił:
- Jestem dziś wyjątkowo zmęczony. Degry i Jora, proszę, żebyście pilnowali Czarnego Maga tak długo, jak będzie to konieczne, nawet jeśli będzie oznaczało to towarzyszenie mu w dzień i noc.
Dwójka młodych Wojowników potaknęła gorliwie i posłała Akkarinowi spojrzenia pełne obaw.
- Słońce już zachodzi. Jutro rano zwołuję Przesłuchanie i lepiej, żeby do tego czasu Sonea się odnalazła - rzekł, lecz widząc spojrzenie Czarnego Maga, dodał naprędce z nieskrywaną niechęcią - Mistrzyni Sonea.
Gdy zamknęły się za nim drzwi, Akkarin wbił chłodne spojrzenie w twarze pomocników Balkana. Kobieta i mężczyzna w czerwonych szatach natychmiast odwrócili wzrok.
- Będziemy czekać pod drzwiami - powiedział po chwili Degry.
Nawet na nich nie zerknął, gdy opuszczali pokój. Kilkoma długimi krokami podszedł do okna i spojrzał na oświetloną pomarańczowym światłem Gildię. Gdzie podziewała się przez tyle czasu Sonea? Dlaczego nie wróciła do rezydencji i co sprawiało, że Takan miał takie problemy z jej odnalezieniem? W jego głowie zrodziły się czarne myśli, podobnie jak kilka dni wcześniej, gdy dowiedział się o fakcie zostania ojcem i później stracił z nią kontakt mentalny. Dotychczas nie próbował wezwać jej na głos, nie chcąc zwracać na siebie uwagi Magów. Miał nadzieję, że dziewczyna skontaktuje się z nim przez krwawy pierścień. Westchnął głośno. Widocznie nie chciała z nim rozmawiać. Po tym, co stało się w jej sypialni, nie wyglądała na szczególnie szczęśliwą, widząc go w gabinecie Administratora. Nie zdziwiłby się, gdyby nie miała zamiaru informować go o tym, gdzie aktualnie była.
- Akkarin? - usłyszał głos Osena.
Powoli odwrócił się w jego kierunku. Mag w błękitniej szacie wyglądał na zdezorientowanego i Akkarin wiedział, że był mu winien kilka słów wytłumaczenia. Na powrót spojrzał na Dziedziniec, nie mogąc znieść widoku żalu wypisanego na twarzy Administratora.
- Czy powiesz mi, jak to się stało, że Sonea jest w ciąży i z tego co rozumiem, to ty jesteś ojcem tego dziecka? - Pytanie Osena przerwało ciszę.
- Myślałem, że wiesz jak to się odbywa - mruknął i skrzyżował ramiona na piersi.
- Jeszcze masz nastrój do żartów? - zapytał z niedowierzaniem, lecz po chwili zmarszczył brwi, usiłując wyglądać poważnie.
Akkarin oparł się plecami o przyjemnie chłodną szybę.
- Co chciałbyś wiedzieć w takim razie?
- Kiedy to się zaczęło?
- Z czyjej strony? Mojej czy jej? Jeśli o mnie chodzi, to sam do końca nie wiem, jak to się stało. Sądzę, że jeszcze przed wygnaniem, gdy zgodziła się mi pomagać.
Administrator uniósł brwi.
- O jej prawdziwych uczuciach wiem od stosunkowo niedawna - powiedział cierpkim głosem. - Powiedziałbym nawet, że dopiero dzisiaj dowiedziałem się, że są takie same jak moje.
- A więc kochasz ją?
- Nie wiem kiedy i jak do tego doszło, ale wiem, że nie czuję się z tym źle - wyznał i wbił w Osena nieustępliwe spojrzenie, na wypadek, gdyby ten nie miał zamiaru mu uwierzyć. Ten jednak stał na środku pokoju z nieobecnym wzrokiem utkwionym przed siebie. - A ty kiedy zacząłeś się domyślać, przyjacielu? - zapytał, widząc że jego wyznanie nie wywarło na Administratorze wrażenia.
- Co? - spojrzał na niego zdumiony. Szybko jednak dotarł do niego sens słów Czarnego Maga. Opuścił wzrok czerwieniąc się. - Kiedy obserwowałem was podczas Przesłuchania - mruknął zakłopotany. - Nie sądziłem jednak, że jest to na tyle poważne - dodał szybko.
- Dlaczego miałbym traktować Soneę niepoważnie? - warknął Mag w czerni, marszcząc przy tym brwi.
- Mam na myśli to dziecko... - odparł cicho.
- Cóż, dla mnie także było to zaskoczenie - powiedział spokojnie Akkarin.
Administrator westchnął i podszedł bliżej Czarnego Maga.
- Jeśli Balkan o tym wie, rozpęta się piekło. Zrobi wszystko byś tym razem poniósł, odpowiednią jego zdaniem, karę - powiedział półszeptem, jakby w obawie, że mogą być podsłuchiwani.
- Zdaję sobie z tego sprawę - warknął Akkarin, czując złość na samą myśl o Magu w białej szacie. - Najważniejsze, żeby Sonea... - urwał nagle, gdy jego myśli wypełnił silny obraz przesyłany przez umysł Takana.
Służący znajdował się w slumsach. Poznał to po obskurnych elewacjach domów w zasięgu jego wzroku. Zgodnie z poleceniem Akkarina, udał się do Cery'ego, by ten pomógł im zlokalizować Soneę i odeskortować ją z powrotem do Gildii. Pierwszą, silną emocją, którą czuł w myślach przyjaciela, był strach. Takan był w jakimś zaułku, przyszpilony do muru przez postać, której twarzy nie mógł zauważyć, gdyż skrywana była pod głębokim kapturem.
- Przekaż swojemu panu, że jego zguba jest w naszym posiadaniu. Lepiej żeby się pospieszył, jeśli chce jeszcze kiedykolwiek zobaczyć ją żywą - warknął ostry głos i Akkarin natychmiast poczuł troskę i strach Takana.
Po tych słowach zakapturzony osobnik rozluźnił uścisk wokół szyi służącego.
- Niech spotka się z nami dokładnie w tym miejscu - rzucił nieznajomy, zanim zerwał się do ucieczki i zniknął za zakrętem.
Akkarin opuścił myśli służącego. Jedyne na czym mógł się skupić to dudniące w piersi serce i ogarniająca go wściekłość. Sonea znajdowała w niebezpieczeństwie i była to wyłącznie jego wina. Powinien powiedzieć jej prawdę dawno temu. Z trudem utrzymywał się na nogach. Musiał więc podeprzeć się obiema dłońmi o parapet, gdy Administrator podszedł bliżej i chwycił go za jedno ramię.
- Akkarin, co się stało? - zapytał zmartwiony.
- Sonea jest w niebezpieczeństwie - powiedział zduszonym głosem.
Oczy Administratora rozszerzyły się w przerażeniu. Natychmiast zerknął w stronę drzwi, za którymi stała dwójka Wojowników.
- Jak to? - wykrztusił.
- Pamiętasz gdy mówiłem ci o grupie ludzi, którą od jakiegoś czasu miałem na oku? - rzucił szybko, odrywając się od okna.
Podszedł na środek pokoju, by nagle się zatrzymać i okręcić w miejscu. Nie był w stanie uporządkować myśli, które wirowały wyłącznie wokół Sonei i tego, co mogło jej grozić.
- T...tak - wydusił z siebie Osen. - Nazwałeś ich Czarnymi Twarzami, czy jakoś tak.
- Czarnymi Płaszczami. I to nie ja ich tak nazwałem, tylko oni siebie. Od jakiegoś czasu obserwowałem ich działania, lecz nie wydały mi się one niebezpieczne. Wiedziałem, że ich przywódczyni szuka Sonei, ale muszę przyznać, że raczej zignorowałem zarówno ją, jak i jej ludzi, ponieważ z wiedziałem, że nie posługują się magią. Sądziłem, że nie stanowią zagrożenia - mówił podniesionym głosem.
Tym razem nie był w stanie ukryć zdenerwowania pod maską obojętności. Gdy w grę wchodziło życie Sonei, nie potrafił opanować emocji.
- Myliłem się - powiedział mrocznym tonem, opuszczają głowę. - Na dodatek teraz jestem pilnowany przez pół Gildii, którą zapewne Wielki Mistrz zdążył postawić już na nogi. Nie jestem nawet w stanie wyjść z pokoju, bez wzniecenia alarmu.
Mówiąc to, podszedł na powrót do okna i spojrzał w kierunku dachów bogatej dzielnicy Imardinu, za którymi rozciągały się slumsy. Ona gdzieś tam była i potrzebowała jego pomocy, podczas gdy on tkwił uwieziony w czterech ścianach. Jeśli cokolwiek było warte złamania reguł po raz kolejny, to tylko Sonea.
- Muszę się stąd wydostać - powiedział twardo, wbijając w Administratora spojrzenie nieznoszące sprzeciwu.
Powoli zaczynała tracić czucie w dłoniach. Arza wyszła z pokoju i od dłuższego czasu nie wracała. Zostawiła ją w towarzystwie sachakanina, który stał pod przeciwległą ścianą i nie podnosił wzroku z podłogi. Sonea czuła pieczenie lewego policzka i zakrzepniętą na nim warstwę krwi. Kolano dokuczało jej pulsującym bólem. Teraz gdy nie potrafiła posłużyć się magią, nie była w stanie na bieżąco znieczulać kontuzji. Jednak to nie ból przykuwał jej uwagę, lecz strach o Akkarina.
- Jesteś jej niewolnikiem, prawda? - rzuciła w stronę stojącego naprzeciwko mężczyzny, gdy nie mogła już znieść kotłujących się w jej głowie obrazów.
Tak jak się spodziewała, Sachakanin nawet się nie poruszył, ani nie spojrzał w jej kierunku.
- Nie jesteś jej własnością - ciągnęła dalej. - Masz prawo decydować o sobie. Wiem, że zmusza cię do rzeczy, których nie chcesz robić. Nie wierzę, że jesteś złym człowiekiem.
Mężczyzna drgnął, lecz nie podniósł wzroku z poziomu ziemi.
- Jeśli mi nie pomożesz, zginą dzisiaj ludzie.
Słysząc te słowa, służący wbił w nią iskrzące się spojrzenie.
- Jeśli mnie uwolnisz, obiecuję zwrócić ci twoja wolność - powiedziała poważnie.
Dostrzegła błysk w oczach mężczyzny, lecz zniknął równie szybko, jak się pojawił, ustępując miejsca rezygnacji. Sonea westchnęła, widząc, że jej próby przekupienia niewolnika, nie mają większych szans powodzenia.
- Arza mnie zabije. A ja jestem w ciąży - wyznała, mając nadzieję wzbudzić w nim litość.
Wzrok Sachakanina mimowolnie powędrował w kierunku jej brzucha, który mimo że zaczynał być lekko widoczny, był skryty pod czarną szatą. Następnie przeniósł spojrzenie na jej twarz i nim zdążyła się zorientować, wymierzył jej policzek.
Zacisnęła mocno powieki, starając się zignorować ból promieniujący od lewego policzka. Rana zapiekła ze zdwojoną siłą. Spojrzała na stojącego przed nią mężczyznę z lekkim niedowierzaniem. Nim zdążyła otworzyć usta, drzwi za jego plecami otworzyły się i do środka wtargnęły dwie postacie.
Jej serce zatrzymało się, gdy rozpoznała pierwszą z nich.
- Muszę prosić cię o pomoc - powiedział poważnie Akkarin.
Regin stał naprzeciwko z rozszerzonymi w zdziwieniu oczami.
- C...co? - wykrztusił, posyłając pytające spojrzenie w kierunku Administratora.
Ten odpowiedział mu kamienną, ściągniętą w zdenerwowaniu twarzą. Akkarin krążył po pokoju, zupełnie jak tego wieczora, gdy Sonea wpadła w kłopoty, a on odnalazł ją później przygniecioną przez osuwisko. Sposób w jaki Akkarin poruszał się po mieszkaniu, niczym drapieżnik uwięziony w klatce, nie wróżył nic dobrego.
- Ty prosisz mnie o pomoc? - dodał po chwili. - Co się stało?
Akkarin zatrzymał się nagle i posłał mu rozpalone tysiącami iskier spojrzenie.
- Sonea jest w niebezpieczeństwie - powiedział lekko drżącym tonem i Regin pomyślał, że nigdy wcześniej nie widział go tak słabego. Nawet wtedy, gdy zobaczył nieprzytomną Soneę w jego ramionach.
Przez długą chwilę wpatrywał się w twarz Czarnego Maga. Wypisany na niej strach był zbyt oczywisty. Jego własny właśnie zaczął trawić go od środka, przyprawiając o zawroty głowy. Nie liczyło się to, że stojący przed nim mężczyzna był jego wrogiem i rywalem. Kobieta, wobec której obaj żywili podobne uczucia, potrzebowała ich pomocy.
- Co mam zrobić? - zapytał poważnie.
- Akkarin... - wyszeptała, nie mogąc uwierzyć, że to naprawdę on.
Ich spojrzenia natychmiast się spotkały. Jego wzrok błyszczał tysiącami iskier. Był tak intensywny, że na krótką chwilę Sonea zapomniała, gdzie była i poczuła przyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Akkarin przesunął spojrzenie po jej twarzy i Sonea zauważyła, jak mięśnie jego szczęki zaciskają się ze złością. Akkarin odwrócił się gwałtownie w kierunku podążającej za nim kobiety.
- Mówiłaś, że jest cała i zdrowa - warknął.
- Kłamałam - odpowiedziała zielarka, ściągając z głowy kaptur.
Wtem drzwi otworzyły się po raz kolejny i do środka wtargnęło trzech rosłych mężczyzn. Rzucili kobiecie przelotne spojrzenie, na co ta skinęła głową. Kilkoma krokami podeszli do Akkarina. Gdy pierwszy z nich zadał mu cios w brzuch, Sonea wrzasnęła przeraźliwie. Czarny Mag wydał z siebie zduszone jęknięcie i zgiął się w pół.
Kolejne ciosy posypały się jak grad. Sonea krzyczała, widząc jak Akkarin osuwa się na kolana. Dlaczego się nie bronił!? Jeden z mężczyzn o płaskiej, ciemnej twarzy, uderzył Akkarina w twarz. Wtedy Arza pstryknęła palcami i trzech oprawców odsunęło się od Czarnego Maga. Klęczał na podłodze, opierając się na dłoniach i oddychał ciężko. Po chwili splunął krwią, lecz nie podniósł wzroku.
- Czyżbyś zapomniał, Akkarinie, jak to jest być zdanym na czyjąś łaskę? - zaszydził kobiecy głos.
Sonea słyszała wyłącznie szum własnej krwi i dudniące w piersi serce. Po jej twarzy płynął strumień słonych łez, który podrażniał rozcięcie na policzku. Z jej piersi wydobył się urwany szloch. Spojrzenie zielarki powędrowało w jej kierunku.
- Ach, Soneo. Widzisz, twój Akkarin zgodził się wypić tę samą truciznę, by się tutaj dostać - powiedziała melodyjnym głosem.
To tłumaczyło brak obrony przed trójką mężczyzn.
- Nie! - jęknęła, wbijając czerwone od łez spojrzenie we wciąż klęczącego na ziemi Akkarina. - Powiedz, że to nieprawda!
Po co on tutaj przyszedł? Dlaczego wypił truciznę!? Myśli huczały w jej głowie, wirując nieznośnie szybko, potęgując strach. Była na granicy wytrzymałości.
Czarny Mag podniósł głowę i wbił w nią zamglone spojrzenie. Skrzywiła się widząc głębokie rozcięcie, biegnące od górnej wargi, aż po koniec brody.
- Wszystko będzie dobrze, zaufaj mi - powiedział zduszonym głosem.
Dobiegł do nich okrutny śmiech Arzy.
- Nie byłabym tego taka pewna.
Pstryknęła palcami i Sonea już wiedziała, co to oznacza. Gdy trzech oprawców zbliżyło się do Akkarina, jej serce wykręcił nieznośny ból.
- Nie! Każ im przestać! - ryknęła, gdy padły pierwsze ciosy.
Zielarka podeszła bliżej z wyciągniętym w jej kierunku nożem. Sonea była gotowa przyjąć jakiekolwiek ból, byle tylko przerwać cierpienia Akkarina.
- To ja zabiłam Kariko, nie on! Przestańcie! - wrzasnęła przez łzy.
- Doskonale o tym wiem - syknęła, przystawiając ostrze do jej drugiego policzka. - Pomyślałam, że tak będzie zabawniej. Patrzenie na cierpienie ukochanej osoby jest boleśniejsze, niż śmierć.
- Co ty wiesz o miłości?! - warknęła, plując jej w twarz, na co ta odsunęła się, klnąc siarczyście.
Sonea drżała na całym ciele, lecz ból i wściekłość sprawiły, że poczuła nagły przypływ sił. Gwałtownie szarpnęła za sznur wokół nadgarstków i ku swojemu zdziwieniu poczuła, jak włókna powoli ustępują.
- Soneo! - usłyszała krzyk Akkarina.
Gdy spojrzała w jego kierunku zobaczyła, jak blokuje jeden z ciosów, tylko po to, by przyjąć kolejny, prosto żebra. Zakrztusił się, próbując złapać oddech.
- Schowaj się! - wydusił ze zmiażdżonych uderzeniem płuc.
- Co?! - krzyknęła, przenosząc spojrzenie na zbliżającą się w jej kierunku kobietę.
Zauważyła, że Arza podchodzi do niej, by zadać pchnięcie nożem. Strach wykręcił jej myśli, gdy szarpnęła za sznur po raz ostatni, czując jak rozrywa się na strzępy. Opadła na kolana z okrzykiem, czując przeraźliwy ból. Zielarka chybiła, raniąc jej ramię. Otrze zostawiło po sobie długie rozcięcie. Kobieta zachwiała się i niemal uderzyła w ścianę. Nim zdążyła wymierzyć kolejny cios, Sonea poczuła dziwne wibracje podłogi.
To co nastąpiło później, stało się tak nagle, że jedyne co zdążyła zrobić, to zwinąć się w kłębek i nakryć głowę ramionami. Z głośnym hukiem posypał się najpierw sufit. Tuż za nim, z przeraźliwym grzechotem osunęła się jedna ze ścian, jakby rozsadzona przez wybuch. Pył i kurz wypełnił jej płuca i nozdrza. Gdzieś obok usłyszała kolejną eksplozję. Jej uszy wypełnił wysoki pisk, po czym straciła przytomność.
Ocknęła się czując gorące powietrze na twarzy. Otworzyła oczy i pierwszym co zobaczyła, były jej własne dłonie, zaciśnięte w pięści. Podniosła się na drżących ramionach i rozejrzała wokół siebie. Otaczał ją kurz, dym i ogień. Długie, pomarańczowe płomienie wyciągały ramiona, by dotknąć i boleśnie sparzyć jej ciało. Po kilku sekundach przypomniała sobie co stało się zaledwie przed chwilą.
- Akkarin! - krzyknęła, krztusząc się dymem.
Sięgnęła do kostek i rozwiązała krepujący jej ruchy sznur. W miejscu, w którym ostatni raz widziała Czarnego Maga, leżał zawalony kawałek muru. Strach paraliżował jej ruchy, gdy powoli czołgała się w kierunku, z którego miała wrażenie, słyszała czyjeś głosy.
- Akkarin! - zawołała słabym głosem.
Drażniący pył penetrował jej płuca, a oczy zaszły łzami od gorącego powietrza. Co się stało? W szoku rozglądała się po miejscu, który niczym nie przypominało tego, którym było zaledwie przed chwilą.
Wtedy usłyszała głos, wołający jej imię. Głos należał do Regina. Zawahała się, nie do końca ufając własnym zmysłom, lecz gdy wołanie powtórzyło się, odpowiedziała zachrypniętym okrzykiem. Nie rozumiała nic z tego, co działo się wokół niej. Chciała jedynie wydostać się z pułapki, którą był grożący zawaleniem się budynek.
Nagle wychwyciła ruch po swojej prawej stronie i poczuła dłoń zaciskającą się wokół jej kostki. Czyjaś ręka chwyciła ją mocno i pociągnęła do tyłu, tak, że Sonea upadła na brzuch. Próbowała zaczepić się dłońmi o nierówną podłogę, lecz wyłącznie wbiła paznokcie w brudną ziemię. Po chwili została przewrócona na plecy i przygwożdżona ciężarem czyjegoś ciała.
- Puszczaj! - warknęła, widząc ubrudzoną twarz zielarki.
- Nie pozwolę ci uciec! - krzyknęła Arza.
- Zginiemy obie, jeśli stąd nie wyjdziemy! - odpowiedziała zachrypniętym głosem.
- Nie dbam o swoje życie. Ważne, że ty umrzesz!
Sonea zauważyła poparzenie na ramieniu Arzy i rozcięcie na łuku brwiowym, z którego obficie sączyła się krew. Szkarłatny kolor idealnie kontrastował z czernią włosów zielarki, teraz potarganych i zmieszanych z pyłem.
Kobieta chwyciła oba jej nadgarstki i przy pomocy jednej dłoni, przyszpiliła je nad głową Sonei. Drugą dłonią sięgnęła po swój nóż. Widząc błysk ostrza, Sonea zaczęła wić się pod ciężarem Arzy. Ta zamachnęła się i Sonea w ostatnim momencie zdołała zrzucić z siebie kobietę. Nóż wbił się w ziemie przy jej uchu z głuchym dźwiękiem.
Gdy Sonea próbowała podnieść się na kolana, zielarka z warknięciem złapała ją za włosy. Dziewczyna krzyknęła i ponownie upadła na podłogę. Wyciągnęła za siebie prawą rękę i zacisnęła palce na pierwszej rzeczy, na którą natrafiła. Czymś wystarczająco dużym i twardym.
- Zabiję cie! Tak samo, jak ty zabiłaś jego! - wrzasnęła Arza, wyciągając ostrze z ziemi.
Sonea zdążyła tylko dostrzec błysk metalu, gdy kobieta rzuciła się na nią z rozpaczliwym krzykiem. Odruchowo wyciągnęła przez siebie ręce, podkurczyła nogi i gdy poczuła na sobie ciężar jej ciała, kopnęła z całej siły, odpychając ją od siebie. Zielarka z krzykiem uderzyła w ścianę, która zatrzęsła się, grożąc zawaleniem. Jeden z kamieni obsunął się i spadł na jej głowę. Sonea przypuszczała, że Arza straciła przytomność, o ile nie zabiła jej spadająca cegła.
Dysząc ciężko, zaczęła przesuwać się dalej na kolanach, w kierunku, gdzie zdawało jej się, były wcześniej drzwi.
- Pomocy! - krzyknęła, z trudem wciągając do płuc ostatki tlenu pozostałe między gruzami.
Nie chciała umierać, nie tak. Strach sprawiał, czy oddychała szybciej, wdychając coraz więcej zatrutego powietrza. Spazmatyczny szloch zatrząsł jej ciałem.
- Soneo! - usłyszała głos Akkarina.
Dźwięk jego głosu obudził w niej nadzieję. Już chciała odpowiedzieć, gdy nagle poczuła czyjeś ramiona na barkach i została powalona do tyłu. Głośno uderzyła plecami o ziemię. Usłyszała dźwięk rozdzieranego nożem ciała.
Na chwilę czas stanął w miejscu. Jedynym co widziała były rozżarzone nienawiścią, fioletowe ogniki w spojrzeniu zielarki. Dopiero po chwili poczuła rozpierający ból. Opuściła wzrok i wbiła go w tkwiący w swoim brzuchu nóż. Otworzyła szeroko usta i zamrugała szybko. Po jej policzkach potoczyły się świeże łzy.
Czas wrócił do normalnego tempa.
- Jak mogłaś... kochać kogoś takiego... jak on...? - wykrztusiła, czując smak krwi w ustach.
Twarz kobiety wykrzywiła się w okrutnym uśmiechu. Wypełniła ją czysta nienawiść. Czując, że traci świadomość, statkiem sił podniosła kamień, wokół którego ciągle zaciskała palce i uderzyła zielarkę w skroń z całej siły. Arza opadła na bok, rozluźniając uścisk wokół rękojeści sztyletu.
Sonea miała wrażenie, że osuwa się w mrok. Czuła pustkę. Tuż nad głową zobaczyła pogłębiające się pęknięcie w suficie. Nie miała siły...
Z otchłani dobiegł do niej stłumiony krzyk Akkarina.
