"Post Factum"
Stał w piwnicy Rezydencji Czarnych Magów i wpatrywał się w dziesiątki skrzyń i beczek w większości wypełnionych winem. Wzrokiem powędrował w kierunku palącego się ognia w rogu. Wysoki komin rozprowadzał ciepło po całym budynku, ogrzewając pomieszczenia i wodę. Zdaniem Akkarina płomień płonął zazwyczaj cały dzień i większą część nocy, pilnowany przez Takana. W głowie usłyszał słowa Czarnego Maga - Nie dbam o rezydencję. Liczy się tylko Sonea. Skrzywił się. Za plecami usłyszał męski głos.
- Mistrzu Reginie.
Odwrócił się szybko i zobaczył przed sobą służącego Akkarina. Jego szerokie czoło było zmarszczone w oczywistym niezadowoleniu, że musiał wpuścić go do domu czarnych magów.
- Już prawie gotowe - odparł, odwracając spojrzenie w kierunku tańczących płomieni.
- Czy to naprawdę konieczne? - zapytał tamten, zmartwionym głosem.
Regin westchnął i potarł skronie. Akkarin uprzedził go, że mimo, że powiadomił o wszystkim swojego służącego, ten może zachowywać się nieco nieprzychylnie.
- Tak - powiedział stanowczo, nie chcąc tracić ani chwili dłużej. - Teraz wynośmy się stąd.
W skupieniu obserwował ceglany budynek, nieopodal którego stał w towarzystwie Takana i Rothena. Nigdy w życiu nie przypuszczałby, że wybierze się do slumsów w innym celu, niż nadzorowanie Czystki, na dodatek w takim składzie. Odszukanie Alchemika, po tym, jak w pospiechu opuścił gabinet Administratora, okazało się prostsze, niż początkowo myślał. Znalazł go w jego sali wykładowej. Gdy powiedział mu o Sonei, starszy Mag chwycił się za głowę i bez zastanowienie zgodził się im pomóc, wprawiając go w osłupienie. Nie zakładali tak dużego udziału Rothena w całej akcji, lecz skoro przystał na przedstawioną mu propozycję, postanowił wdrożyć go nieco bardziej. Dom, który obserwowali znajdował się w najgorszej części slumsów, oddalonej zarówno od centrum miasta, jak i od portu. Dzielnica, nie mogąc zyskać ani na lokalizacji, a już tym bardziej na swoim wyglądzie, była niemalże całkowicie opuszczona. Jedynie społeczne męty kręciły się w okolicy, przyprawiając go o dreszcz obrzydzenia.
- Ukryjemy się i zaczekamy na znak od Takana - polecił po krótkiej chwili dwójce swoich towarzyszy.
Znaleźli satysfakcjonujące ich miejsce przy wąskiej uliczce biegnącej obok budynku naprzeciwko. Słońce niemal zupełnie zaszło, ozdabiając Imardin długimi cieniami. Z niepokojem i głośno bijącym sercem wpatrywał się w odrapane drzwi, za którymi zniknął wcześniej Akkarin.
Czas wlekł się nieubłaganie. Co jakiś czas spoglądał na Takana, który krzywił się lekko, lub kiwał przecząco głową. Jednak nie chciał zdradzić im, co działo się za zamkniętymi drzwiami. Regin miał nadzieję, że magowie wciąż byli pochłonięci rozrywką, którą zagwarantował im wcześniej. Powinni przez jakiś czas być tak zaaferowani, że jeszcze długo nie zauważą ich nieobecności.
Plan, który obmyślili wspólnie z Akkarinem, miał wiele nieścisłości i luk. Jeżeli chociażby jedna z jego części nie wypali, każdy z nich będzie zdany na siebie. Ta świadomość sprawiała, że z trudem oddychał. Strach o życie Sonei i powodzenie ich misji, mąciły mu myśli. Więc gdy nagle usłyszał syknięcie z ust kucającego obok Takana, podskoczył gwałtownie.
- Co się stało?! - zapytał podniesionym szeptem.
- Powinniśmy się przygotować - powiedział lekko zduszonym głosem, nie podnosząc wzroku z poziomu swoich stóp.
- Takan, co się tam dzieje? - nalegał.
Służący odpowiedział mu upartym spojrzeniem miodowych oczu. Zaprzeczył ruchem głowy.
- Jeśli Pan nie wyraził takiej chęci, nie będę cię o niczym takim informował Mistrzu Reginie - odparł uprzejmie.
- A niech cię! - żachnął się. - Powiedz tylko, kiedy mamy zacząć atak.
Tuż obok usłyszał szuranie nóg o ziemię, gdy przysunął się do niego Rothen.
- To moja wina - jęknął i zwiesił głowę.
Wojownik posłał mu przelotne spojrzenie, nie chcąc odrywać wzroku od ścian budynku przed sobą.
- Nieprawda - zaprzeczył. - To nie ma nic wspólnego z tobą.
W rzeczywistości nie do końca rozumiał udział Alchemika w aferze, która rozpaliła całą Gildię. Mimo, że Wielki Mistrz zwołał Przesłuchanie na nadchodzący poranek, plotki rozprzestrzeniły się w mgnieniu oka. Prawie wszyscy magowie zdążyli usłyszeć o skandalu, który wywołał Akkarin i jego była nowicjuszka. Wieści te dotarły do Regina na pośrednictwem jego uczniów. Usłyszał ich rozmowy podczas przerwy przed swoimi popołudniowymi zajęciami z pierwszym rokiem. Nie zaskoczyły go, jedynie zezłościły. Jeśli chodziło o Rothena, mógł jedynie snuć domysły, co do jego roli w całym zamieszaniu. Sądząc po wyrazie twarzy Akkarina, kiedy pokrótce opowiadał mu o zdarzeniach całego dnia, nie była ona chlubna.
- Sprowokowałem ją do wyjścia z Gildii - powiedział Alchemik. - Więc to moja wina.
- Posłuchaj - rzekł zmęczonym tonem. - Ludzie, którzy polowali na Soneę, dopadliby ją tak, czy inaczej. Może nie tego dnia, lecz innego, jednak w końcu by się to stało. To, że doszło do tego akurat dzisiaj, nie jest twoją winą.
Starszy Mag wbił w niego osłupione spojrzenie, zdziwiony śmiałością i bezpośredniością słów Wojownika.
- W tym momencie Sonea potrzebuje twojej pomocy. Jeśli nie będziemy skupieni, plan nie wypali. Wtedy dopiero będziesz mógł zacząć się obwiniać, jeśli ona zginie - powiedział poważnie, nie spuszczając wzroku z twarzy Alchemika.
Ten po krótkiej chwili pokiwał głową w zrozumieniu.
- Wybacz. Masz rację. Chociaż nie rozumiem, dlaczego nagle gotów jesteś ryzykować własnym życiem, by ratować jej własne, lecz doceniam to - rzekł spokojnym już głosem, przyglądając mu się spod zmarszczonych brwi.
Regin uśmiechnął się gorzko i odwrócił wzrok.
- Nie musisz rozumieć moich powodów - odparł, krzywiąc się, gdy poczuł dobrze znane sobie ukłucie w klatce piersiowej. Sonea była poza jego zasięgiem...
Poderwał ich stanowczy głos Takana.
- Teraz.
Zimny dreszcz podekscytowania i strachu zbiegł po jego kręgosłupie. Posłał porozumiewawcze spojrzenie w stronę Rothena. Ten widząc to, zmarszczył brwi i odpowiedział mu skinieniem głowy. Niemal w tym samym momencie wyszli ze swojej kryjówki. Kilka sekund później powietrze rozdał dźwięk przecinającego powietrze uderzenia rozbijającego. Zgodnie z poleceniem Akkarina, miał po prostu zniszczyć budynek, w którym porywacze przetrzymywali Soneę. Zarówno ona, jak i Czarny Mag powinni się po prostu ukryć pod tarczami, które na dość długo dawały im możliwość przeżycia pod gruzami. Sam Akkarin nie był do końca usatysfakcjonowany swoim planem, jednak czas uciekał, a oni musieli mieć pewność, że zdołają ocalić Soneę nim będzie za późno.
Pierwsze uderzenie wyłącznie rozbiły się o ścianę, jednak kolejne sprawiły, że mur zatrząsł się niebezpiecznie i po chwili runął, wzbijając w powietrze chmurę pyłu. Gryząca ściana kurzu przesłoniła im widok. Wtem usłyszał za sobą krzyk Takana.
- Nie! - zawołał, kaszląc. - Przestańcie!
Coś poszło nie tak, wiedział to doskonale. Zdążył tylko wymienić przerażone spojrzenie ze stojącym nieopodal Alchemikiem. Nie tracąc ani chwili dłużej, ruszył przed siebie, wbiegając między powalone fragmenty muru.
Akkarin wyciągnął sztylet z piersi, kryjącego twarz pod czarnym kapturem, mężczyzny. Jego ciało bezwładnie osunęło się po ścianie i z głuchym dźwiękiem opadło na podłogę. Natychmiast odwrócił się za siebie, słysząc nadciągające kroki i schylił się, gdy kolejny napastnik zamierzył się na niego z wyciągniętym przed siebie nożem. Gdy mężczyzna znalazł się na jego wysokości, Akkarin chwycił go za ramiona i przerzucił przez plecy. Ten opadł z jęknięciem na ziemię i nim zdołał się zorientować, w jego sercu zanurzyło się ostrze.
Czarny Mag warknął głośno, próbując zignorować ból. Po prawej stronie klatki piersiowej czuł ucisk, który nie zwiastował nic dobrego. Przypuszczał, że było to spowodowane pękniętymi żebrami, jednak nie mógł się o tym przekonać bez pomocy magii. A nawet gdyby mógł, nie miał na to czasu.
Dotarł do niego dźwięk głosu Sonei. Jej wołanie na moment zatrzymało go w miejscu. Nie potrafił zlokalizować jego źródła, choć jego serce rwało się na pomoc. Jeszcze chwilę, wytrzymaj, proszę.
Nagle usłyszał czyjeś zbliżające się kroki. Mięśnie jego ciała spięły się w gotowości. Błyskawicznie odwrócił się za siebie. Ledwo zdołał powstrzymać atak, gdy rozpoznał Regina.
- Akkarin - powiedział tamten, cofając się o krok na widok błyszczącego ostrza, ociekającego krwią i dwóch ciał, leżących tuż u jego stóp.
- Sonea nie może posłużyć się magią. Musimy ją znaleźć jak najszybciej - wykrztusił z trudem, rozglądając się dookoła.
- Jak to!?
- Trucizna - rzucił i ruszył w stronę płonących zgliszczy. Gdy Regin nie mógł dłużej widzieć jego twarzy, zagryzł wargi niemal do krwi. Cokolwiek stało się z jego żebrami, sprawiało, że ledwie łapał kolejne oddechy.
- Czekaj! - krzyknął Regin. - Gdzie mam jej szukać?!
Akkarin odwrócił się przez ramię, siląc się na zachowanie kamiennej twarzy.
- Zajmij się resztą, ja poszukam Sonei - syknął, znikając między płomieniami.
Gdy tylko wszedł w głąb budynku, otoczyła go chmura drażniącego powietrza.
- Soneo! - zawołał, krztusząc się.
Jeszcze przed chwilą słyszał jej głos, więc dlaczego tak nagle przestała odpowiadać na jego wołanie?
- Soneo! - krzyknął, nie bacząc na ilość zatrutego powietrza, którą wciągał do płuc.
Przedzierał się między płonącymi szczątkami budynku, starając się uchronić przed poparzeniem. Nie było to jednak najważniejsze. Liczyło się wyłącznie odnalezienie Sonei. Do jego uszu dotarł kobiecy krzyk i poczuł, jak przez jego ciało przebiega dreszcz przerażenia. Po raz kolejny zawołał jej imię. Zatrzymał się gwałtownie, gdy nagle tuż przed nim spadł fragment sufitu, zmuszając go następnie do uskoku w bok, gdy kolejne płonące elementu konstrukcji zaczęły sypać się na jego głowę. Miał mało czasu. Zbyt mało.
Zza powalonej sterty gruzu dotarł do niego jej głos. Nie był pewien tego co słyszał, lecz nie miało to większego znaczenia. Bez namysłu zaczął odgarniać na bok kamienie i kawałki drewna. Miał wrażenie, jakby jego płuca zostały zmiażdżone przez jeden z kamieni, które odsuwał na bok. Z coraz większym trudem łapał oddech. W końcu zdołał utorować sobie drogę.
Zobaczył jej drobną sylwetkę leżącą na ziemi. Tym razem to strach pozbawił go tchu. Nie, nie, nie, nie, nie. Błyskawicznie doskoczył do niej i wyciągnął dłoń, by odruchowo wysłać w jej ciało badający strumień energii. Zaklął, zdając sobie sprawę z własnej niemocy. Jego wzrok przesunął się po jej ciele i zatrzymał się na krótkiej rękojeści noża, wystającego z jej brzucha. Świat zawirował szaleńczo przed jego oczami.
- Soneo... - powiedział słabo, nie mogąc wydobyć z siebie nawet krzyku.
W drżące dłonie ujął jej zadrapany nadgarstek i przycisnął dwa palce do miejsca, w którym powinna przebiegać tętnica. Wyczuł słaby puls. Schylił się nad jej ciałem i wsunął pod nią ramiona. Nie wydała z siebie żadnego dźwięku, gdy podniósł ją z ziemi. Wolałby, żeby krzyknęła. Ta cisza i bladość jej twarzy, była niemal zabójcza dla dudniącego w jego piersi serca. Mocniej przycisnął ją do siebie, uważając na tkwiący w jej ciele nóż. Wtulił twarz w jej włosy, dławiąc w krtani lęk.
- Soneo, proszę, nie rób mi tego - wyszeptał błagalnie.
Szybkim krokiem ruszył w stronę wyjścia. Powietrze było już niemal wyłącznie gryzącym dymem. Tuż za sobą usłyszał huk i gdy odwrócił się, zobaczył spadający fragment drewnianej konstrukcji dachu, w miejsce, z którego dopiero co zabrał nieprzytomną Soneę. Przyspieszył, zapominając o tym, że sam niemal się dusił.
Wyszedł na opustoszałą ulicę. W gęstym dymie nie widział nikogo.
- Regin...! - zawołał, lecz jego głos nie brzmiał tak głośno, jakby tego chciał.
- Tutaj! - dotarła do niego odpowiedź.
Spojrzał w prawą stronę i zobaczył go, gdy ten także wyszedł na zewnątrz. Połowa drzwi, przez które wytoczył się na ulicę, był trawiona ogniem, lecz Regin osłonił się tarczą. Machnął w ich kierunku i zaczął się krztusić.
- Szybciej...! - warknął, z trudem wydobywając z siebie kolejne słowo.
Pomimo dzielącej ich odległości, Akkarin zauważył, jak oczy Regina rozszerzyły się w przerażeniu na widok nieruchomej Sonei. Ruszył w ich kierunku biegiem.
Akkarin wreszcie poczuł, jak uginają się pod nim nogi. Klęknął i ostrożnie położył Soneę na ziemi. Usłyszał, jak Regin syknął, widząc sterczący z jej brzucha nóż i wciąż powiększającą się plamę krwi na jej szacie.
- Co się stało...? - wydusił z siebie, nie przestając świdrować wzrokiem rękojeści sztyletu.
- Musisz jej pomóc... ja nie potrafię - wykrztusił z siebie. - Wypiłem tę samą truciznę.
Oczy stojącego przed nim mężczyzny otworzyły się jeszcze szerzej. Opadł na kolana i wyciągnął drżącą dłoń, by przyłożyć ją do jej czoła.
- Co mam robić?! Nie jestem Uzdrowicielem! - jęknął.
- Pomóż jej. Ona nie może umrzeć - wyszeptał, bo nie miał siły na więcej.
Regin zamknął oczy, usiłując się skupić.
- Traci dużo krwi, musimy zabrać ją do szpitala.
- Nie ma czasu. Co z dzieckiem? Żyje? - zapytał słabo Akkarin, nie odrywając spojrzenia od jej nieruchomej twarzy.
- Dzieckiem...?! - wykrzyknął Wojownik, odsuwając się.
Akkarin nawet na niego nie spojrzał. Zacisnął powieki i wciągnął do płuc kolejny oddech, lecz zamiast ulgi, którą powinien nieść, poczuł wyłącznie ból. Mógłby poprosić Regina, by ten uleczył jego potłuczone żebra, ale nie miał na to czasu. To Sonea znajdowała się na granicy śmierci. Zauważył, że Regin pochylił się nad jej ciałem, chcąc wyciągnąć tkwiący w jej brzuchu nóż.
- Nie, nie rób tego - powstrzymał go, chwytając za rękaw ubrudzonej czerwonej szaty. - Możesz tylko pogorszyć jej stan. Zatamuj krwawienie.
Regin posłał mu nieobecne spojrzenie, wciąż w widocznym szoku. Skinął głową. Dotknął miejsca nad jej raną. Wtedy usłyszeli ciche jęknięcie z jej ust. Akkarin poczuł, jak serce w jego piersi podskoczyło gwałtownie. Dał Reginowi sygnał, by nie przerywał.
- Soneo? - powiedział, zbliżając twarz do jej własnej, wykrzywionej w grymasie bólu.
Dziewczyna ponownie jęknęła i uchyliła powieki. Otworzyła usta, jednak jej głos był zbyt słaby.
- Akkarin... - usłyszał, gdy przysunął się jeszcze bliżej. - Przepraszam...
Ujął jej oblepioną krwią i kurzem twarz, i przycisnął usta do jej czoła.
- Nie masz za co, wytrzymaj jeszcze tylko chwilę. Zabierzemy cię do Uzdrowicieli - powiedział szybko.
- Nie... - wychrypiała. Gdy odsunął się nieco zauważył, że zamknęła oczy.
- Nie zasypiaj, spójrz na mnie - polecił stanowczym, choć lekko drżącym głosem.
Jej powieki zatrzepotały. Z wysiłkiem uniosła jej do góry i wbiła w niego zamglone spojrzenie. Po jej policzkach potoczyły się łzy, zostawiając mokre smugi. Jej wzrok przesunął się po jego twarzy.
- Nie mam siły... - wyszeptała, zamykając oczy.
- Soneo - wyszeptał, czując w ustach smak własnej krwi. - Nie...
Dziewczyna jednak przestała odpowiadać. Akkarin chwycił obie jej dłonie. Sonea nie mogła umrzeć. Miał wszystko wyprostować, powiedzieć jej prawdę i spędzić z nią resztę życia. Miała być matką jego dziecka. Pragnął przesłać jej całą swoją moc, lecz nie mógł. Był bezsilny. Nie potrafił jej uratować.
Rothen syknął głośno, gdy młoda Uzdrowicielka przyłożyła nasączoną płynem gazę do jego skroni.
- Przepraszam - bąknęła cicho. - Proszę Mistrzu Rothenie, przytrzymaj to przez kilka minut.
Po tych słowach odwróciła się do niego plecami, by zająć się swoim kolejnym pacjentem. Alchemik podniósł wzrok z poziomu swoich kolan i wbił go w twarz siedzącego na leżance obok Regina. Wojownik rzucił mu przelotne spojrzenie zaczerwienionych oczu, po czym przeniósł je na twarz młodej Uzdrowicielki. Kobieta sprawnie zaleczyła rozcięcie na jego przedramieniu. Poleciła, by wypił napój o czerwonej barwie i wybiegła z pokoju, wzywana czyimś okrzykiem.
- Dziękuję, że zgodziłeś się nam pomóc - usłyszał głos młodego Maga.
Wzruszył ramionami i natychmiast skrzywił się, czując ból w plecach.
- Nie okazałem się zbyt pomocny - odparł.
Chwilę po tym, jak runęły pierwsze ściany, w budynku doszło do gwałtownej eksplozji. Jeden z fragmentów elewacji poszybował akurat w jego kierunku. Nim zdążył okryć się tarczą, kamień uderzył go w głowę. Stracił przytomność jeszcze zanim Regin wbiegł do środka.
- Ale zgodziłeś się. To się liczy.
- Zrobiłem to dla niej - powiedział cicho.
Regin natychmiast opuścił wzrok. Rothen poczuł rosnący ciężar na wysokości żołądka. Zbierało mu się na płacz, lecz nie mógł przecież pozwolić sobie na taką słabość w obecności innego mężczyzny.
- Jeśli Sonea... - zaczął słabo Wojownik, jednak zamilkł, słysząc krzyki na korytarzu. Wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia i ruszyli w kierunku drzwi.
- Wpuście mnie do niej - polecił stanowczo.
Upór w spojrzeniu dwóch Wojowników nie zelżał ani odrobinę. Tuż za plecami słyszał ciężki oddech Wielkiego Mistrz, który podążał za nim przez całe piętro. Na korytarzu zebrało się już kilkanaście osób, zainteresowanych rozwojem wydarzeń.
- Mam prawo tam wejść - dodał niskim warknięciem.
- Wykluczone - odezwał się głos z tyłu jego głowy.
Akkarin odwrócił się szybko i zmierzył Balkana chłodnym wzrokiem. Skrzyżował ramiona na piersi.
- Nie zabronisz mi tego - syknął.
- A jednak - odparł tamten. - Nie masz prawa jej teraz oglądać.
Czarny Mag odwrócił się i ruszył w kierunku dwójki Wojowników. Tamci spięli się i Akkarin wyczuł drżenie ich tarcz. Zatrzymał się gwałtownie, porażony ich wrogością. Chciał jedynie wejść do pokoju, w którym była Sonea. Serce w jego piersi uderzało boleśnie. Musiał zobaczyć jej twarz, inaczej oszaleje.
- To jakiś absurd! - powiedział głośno.
- Powiem ci, co jest absurdem, Czarny Magu! - krzyknął Balkan. - To, że wciąż swobodnie poruszasz się po Gildii!
Wtem drzwi za plecami dwóch Magów w czerwonych sztach otworzyły się z impetem. Oczom zgromadzonych ukazała się ściągnięta w zdenerwowaniu twarz Mistrzyni Vinary.
- Czy wyraziłam się niejasno, mówiąc, że potrzebuję ciszy i spokoju? - powiedziała ostro. Jej wzrok powędrował po twarzach zgromadzonych i zatrzymał się na Czarnym Magu. - Akkarin, myślałam, że miałeś leżeć.
Odpowiedział jej porozumiewawczym spojrzeniem.
- Proszę wszystkich o rozejście się. Akkarinie, pozwól za mną - powiedziała nieco łagodniej.
- Mistrzyni Vinaro! - wybuchnął Balkan. Jego twarz przybrał odcień głębokiej purpury.
- Spokojnie, Wielki Mistrzu - odparła delikatnie. Posłała mu poważne spojrzenie spod zmarszczonych brwi.
Mag w białej szacie fuknął oburzony i wciąż mrucząc coś pod nosem, oddalił się korytarzem.
- Dziękuję - powiedział Akkarin, zamykając za sobą drzwi.
Arcymistrzyni Uzdrowicieli uśmiechnęła się do niego ciepło i w przyjacielskim geście położyła dłoń na jego ramieniu.
Wzrokiem natychmiast odszukał drobną sylwetkę, skrytą pod białym prześcieradłem. Ze ściśniętym gardłem podszedł bliżej. Twarz Sonei była blada, lecz spokojna. Rozcięcie na jej policzku, które widział wcześniej, zniknęło. Jej długie włosy leżały rozrzucone swobodnie. Jednak to widok jej klatki piersiowej, bardzo powoli unoszącej się i opadającej, sprawił, że poczuł jak miękną mu kolana. Ostrożnie chwycił jej dłoń i zacisnął wokół niej palce. Usłyszał dźwięk zamykających się drzwi, prowadzących do pracowni Vinary. W końcu został z nią sam. Pozwolił tłumionym wewnątrz emocjom wziąć nad sobą górę. Wciąż trzymając jej dłoń, osunął się na stojące obok krzesło i oparł głowę na miękkim materacu. Zaczerpnął drżący oddech niemal z takim samym trudem, jak wtedy, gdy wynosił ją z płonącego domu.
Dotarło do niego to, jak blisko był tego, by ją stracić. I wciąż mogło się to stać, jeśli Sonea nie zacznie walczyć. Czy naprawdę to wszystko musiało się wydarzyć, by uświadomił sobie ile dla niego znaczyła? Stała się jego ostoją, szczęściem i światłem, które przegnało mrok wokół jego serca. Kiedyś zawsze był sam. Nie potrzebował nikogo, by wieść życie oparte na kłamstwach i dręczących go nocami wspomnieniach. Lecz teraz poznał, czym było życie z nią i nie potrafił wyobrazić sobie innego świata. Był gotów zrobić wszystko, byle tylko stać się jej wart.
- Soneo - wymówił w pościel jej imię, choć wiedział, że nie mogła mu teraz odpowiedzieć.
W zamian za to wsłuchał się w jej cichy oddech, czując jak ten dźwięk koi jego rozszarpane w strzępy serce.
- Akkarin? - powiedziała Mistrzyni Vinara, stając w drzwiach.
Przeniósł na nią zmęczone spojrzenie.
- Nie musisz tu siedzieć cały czas - powiedziała spokojnie. - Jeśli coś się zmieni, zawołam cię.
Zaprzeczył ruchem głowy.
- Nie. Chcę tu być, kiedy się ocknie - rzekł uparcie, zupełnie jak dzień i trzy kolejne wcześniej.
Arcymistrzyni westchnęło głośno. Podeszła bliżej i położyła dłoń jego plecach.
- To już cztery dni i żadnej poprawy...
- Sonea się obudzi - przerwał jej.
Kobieta zawahała się, lecz po chwili pokręciła przecząco głową i wróciła do swojego miejsca za biurkiem. Od kilku dni obserwowała Akkarina, gdy ten wytrwale spędzał całe dnie przy łóżku nieprzytomnej Sonei. Uśmiechnęła się gorzko. Kilka razy próbowała powiedzieć Akkarinowi prawdę, lecz on nie chciał o tym słuchać, jakby tym samym mógł zmienić stan Sonei. Jakby chciał oszukać samego siebie. W przeciwieństwie do niego, Uzdrowiciele nie byli podobnie pozytywnie nastawieni.
Odgonił od siebie kolejną falę znużenia posyłając odrobinę leczniczej energii w głąb ciała. Całe szczęście, trucizna, którą wypił, okazała się nie mieć szans wobec wiedzy Uzdrowicieli. Równie sprawnie uporali się z obrażeniami Sonei. Ich umiejętności pozwoliły uratować dziecko. Mówili, że miało wiele szczęścia, bo nóż wbity w ciało Sonei przeszedł tuż obok. Wystarczyłoby kilka centymetrów, by oboje zginęli na miejscu.
Westchnął głośno. Mistrzyni Vinara dowiedziała się jako pierwsza z Uzdrowicieli opiekujących się Soneą. Poleciła swoim podopiecznym milczeć, dopóki nie porozmawia z Czarnym Magiem. Jednak co mógł jej powiedzieć? Że dowiedział się zaledwie tydzień temu? Że był podobnie zaskoczony?
Nie dbał o to, że lada dzień dowie się cała Gildia. Nie liczyło się to. Mogli go znowu wygnać do Sachaki, pozbawić wszelkich przywilejów, byle tylko ona się obudziła. Miał jej tyle do powiedzenia. Wiele niewypowiedzianych wcześniej słów, zbyt wiele tajemnic. Był odpowiedzialny za to, co się stało i świadomość tego, że naraził jej życie, była boleśniejsza, niż jakakolwiek kara, którą mogła wymierzyć mu Starszyzna. Odwrócił wzrok od bladej twarzy Sonei, niezmiennie pogrążonej w głębokim śnie. Dlaczego się nie przebudzała? Uzdrowiciele mówili, że straciła dużo krwi, a jej organizm poświęcał każdą część stopniowo odzyskiwanej siły na utrzymanie przy życiu dziecka. Wbił spojrzenie w spokojnie poruszające się gałęzie drzewa za oknem, muskane słabym wiatrem.
Miała wrażenie, że poruszała się w labiryncie własnej energii. Błądziła, nie mogąc znaleźć wyjścia. Towarzyszyły jej wspomnienia ze wszystkich lat jej dotychczasowego życia. Widziała twarz swojej matki, taką, jaką ją zapamiętała, kiedy była jeszcze maleńkim dzieckiem. Nie sądziła, że jej obraz krył się gdzieś w zakamarkach jej głowy. Była do niej bardzo podobna, miała takie same ciemnobrązowe włosy i duże oczy. Kobieta wyciągnęła dłoń i pogładziła ją po włosach, łagodząc ból i płacz, którym wybuchnęła po upadku. Nagle wspomnienie uległo zmianie i jej oczom ukazała się jej ciotka z wujem i młody Ceryni. Siedzieli razem przed paleniskiem w domu, w którym mieszkali jeszcze przez pamiętną Czystką. Chłopiec odwrócił się w jej kierunku i powiedział coś głośno, lecz nie mogła zrozumieć jego słów. Scena rozmyła się i zobaczyła siebie, w momencie, gdy podnosi z ziemi kamień i z zaciętą miną rzuca nim w kierunku Magów. Następną rzeczą było mieszkanie Rothena. Siedziała ze skrzyżowanymi nogami na podłodze. Po obu jej stronach ustawione były wysokie stosy książek. Usłyszała jego ciepły głos.
Wspomnienie zmieniło się dynamicznie, niemal rozpływając się w powietrzu. Ujrzała doskonale znaną sobie twarz. Jego czarne spojrzenie świdrowało ją na wylot, gdy odsuwał się od niej. Był to dzień, w którym odczytał jej myśli i dowiedział się, że znała jego pilnie strzeżony sekret. Następne migawki dotyczyły prawie wyłącznie jego. Ich kolacje w Rezydencji, moment, w którym postanowiła nauczyć się czarnej magii, pierwsze lekcje. Noc w slumsach, kiedy zabiła szpiega i strach w jego spojrzeniu, gdy zginął Mistrz Jolen i wszystkie podejrzenia padły na niego. Jej pamięć wyraźnie odtworzyła proces. Na nowo poczuła przerażenie i podekscytowanie, towarzyszące jej, gdy wyruszała razem z nim na wygnanie. Nigdy nie zapomniała nocy, podczas których czuła się jak ofiara uciekająca przed drapieżnikiem i dni, gdy próbowała odpocząć mimo ciągłego stresu. Wiedziała, że to właśnie wygnanie zmieniło wszystko. Przyłapywała go na przyglądaniu jej się i posyłaniu ukradkowych spojrzeń, gdy myślał, że nie mogła go widzieć. To właśnie wtedy ich losy splotły się ciaśniej, niż mogła się tego spodziewać. Ta więź nie zmieniła się ani z momentem powrotu do Imardinu, ani z chwilą, gdy zostali przywróceni w szeregi Gildii. Potrzebowała go niczym powietrza. Był jej jedynym prawdziwym powodem, dla którego nie uciekła z Gildii w najtrudniejszym dla niej okresie. Kochała go całą sobą, bez względu na to, jak wiele ich dzieliło.
Poczuła, jakby wokół jej ciała zawiązała się niewidzialna nić i zaczęła ciągnąć ją gdzieś w górę. Stopniowo wyłaniała się z odmętów własnych wspomnień. Chciała zaprotestować, lecz tamta moc była zbyt silna. Nagle jej uwagę przykuło silne źródło energii. W swojej głowie wdziała je jako jasną kulę pośrodku pustego pokoju. Zaciekawiona, przyjrzała się dokładniej. Do jej uszu dotarł dźwięk, który słyszała wcześniej. Bicie serca... Nie jej własnego, lecz dziecka, które w sobie nosiła. Dziecka Akkarina. Była zaskoczona, że udało mu się przeżyć. Sądziła, że straciła je w momencie, w którym Arza zatopiła nóż w jej brzuchu. Zamarła, bojąc się podejść bliżej. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że światło przed nią było niczym innym, jak nowym źródłem mocy, należącym do rosnącego wewnątrz niej, nowego życia. Świetlista kula wyglądała zupełnie tak samo, jak jej własna. Jednak jeden szczegół przykuł jej uwagę bardziej od reszty. Przez środek biegła ciemniejsza smuga. Nie, nie smuga... pęknięcie. W miejscu, w którym była nie potrafiła czuć strachu, lecz zrozumiała, że moc jej dziecka została w jakiś sposób uszkodzona. Podświadomie wiedziała, że i ona, i dziecko, tracili siły. Czymkolwiek była dziwna skaza wokół jego mocy, nie mieli szans zmyć jej, dopóki ona pozostanie w świecie snów i wspomnień. Jeśli nie zacznie walczyć z letargiem, oboje umrą. Musiała się ocknąć.
Ze wszystkich sił skupiła na swojej świadomości. Usiłowała pobudzić ją do życia. Przypomniała sobie uczucie, które towarzyszyło jej zawsze tuż przed przebudzeniem ze snu i przywarła do niego całą sobą. Obudź się. Poleciła samej sobie. Nic się nie wydarzyło. Powtórzyła rozkaz jeszcze kilka razu i poczuła, jakby mrowienie w miejscu, w którym powinny być jej dłonie. Stopniowo czuła, jak kolejne części jej ciała stają się na powrót jej własnością.
Z wysiłkiem spróbowała otworzyć oczy, choć powieki miała jakby sklejone ze sobą.
Oślepiło ją jaskrawe światło. Przez chwilę przyzwyczajała się do nieznośnej jasności, mrużąc oczy. W końcu uniosła powieki. Pierwszym co zobaczyła, był sufit. Pomyślała, że już gdzieś widziała te znajome pęknięcie. Musiała być w tym samym pokoju, w którym leżała po tym, jak została przygnieciona przez osuwisko.
Leniwie opuściła wzrok i serce podskoczyło jej do gardła, gdy ujrzała Akkarina. Siedział obok jej łóżka i wpatrywał się w okno. Pod jego oczami zauważyła ciemne sińce, świadczące o kilku nieprzespanych nocach. Jego włosy, zwykle starannie uczesane, były zmierzwione. Kilkudniowy zarost kontrastował z bladością jego twarzy. Serce podeszło jej do gardła wraz z myślą, że przez cały ten czas, Akkarin czuwał nad nią. Jeszcze przez krótką chwilę obserwowała go, chłonąc każdy fragment jego wyglądu, pragnąc by zapadły jej w pamięci. Gdy Arza wbiła w jej ciało nóż, myślała, że umrze i nigdy więcej go nie ujrzy. Ostrożnie ruszyła ręką, która okazała się wyjątkowo ciężka i musnęła skórę jego dłoni.
Akkarin wzdrygnął się i natychmiast odwrócił głowę w jej kierunku. Pierwszą rzeczą, którą zauważyła, było zaskoczenie wypisane na jego twarzy. Sekundę później rozmyło się pod wpływem ciepła jego oczu. Zaskoczyło ją to, ile uczuć wyrażało jego spojrzenie. Otworzył usta, lecz nie wydobył z siebie słowa. Intensywność jego wzroku sprawiła, że wstrzymała oddech.
- Wszystko w porządku? - wyszeptała przez obolałe gardło, bo Akkarin nie przestawał jej się przyglądać.
Akkarin mocniej zacisnął uścisk wokół jej palców, podniósł jej dłoń i przycisnął usta do jej wewnętrznej strony. Poczuła przyjemny dreszcz, a także falę ciepła. Przez moment wszystko wydawało się zbyt idealne.
- Hej... - mruknęła, wolną ręką przeczesując jego włosy. - Dobrze się czujesz?
Spojrzał na nią błyszczącym ze wzruszenia wzrokiem. Odebrało jej tchu, bo w jego spojrzeniu po raz pierwszy ujrzała łzy.
- Jak nigdy wcześniej - odpowiedział miękko.
Zbliżył się do niej i ustami musnął jej czoło, wciągając przy tym głęboki oddech. Po chwili jego dłonie ujęły jej twarz. Zatonęła w czerni jego spojrzenia. Wyciągnęła rękę i przyłożyła ją do jego torsu, w miejsce pod którym było jego serce. Wyczuła, że biło stabilnie, choć z siłą godną taranu. Instynktownie przysunęła się bliżej i ostrożnie pocałowała. Akkarin odpowiedział na jej pocałunek z zapałem, lecz gdy ją całował, robił to wyjątkowo delikatnie. Wszystko wydawało się jak ze snu. Łagodność jego spojrzenia, ciepło jego dłoni, a nawet mleczne światło, prześwitujące jej przez rzęsy. Sen, piękny sen, który mógłby trwać wieczność.
Lecz w końcu zabrakło jej tchu. Odsunęła się od niego i opadła na poduszkę, dysząc. Jej serce dudniło ciężko. Akkarin zmarszczył brwi i złapał ją za dłonie. Wzrokiem przesunął po okrywającej ją pościeli, jakby szukał nieistniejących już ran.
- Jak się czujesz? - zapytał, wciąż marszcząc brwi w niepokoju. Gdy nie odpowiedziała, puścił jej ręce i oparł głowę na jej brzuchu.
- Nie mogłam się obudzić - wyszeptała słabym głosem i zaczęła głaskać go po włosach. Usłyszała, jak odetchnął.
- Tak się bałem... - mruknął.
Sonea uśmiechnęła się pod nosem i na moment przymknęła oczy. Bolała ją głowa.
- Nie sądziłam, że możesz się czegokolwiek bać - przyznała.
Akkarin wyprostował się i posłał jej poważne spojrzenie.
- Jesteś moim słabym punktem - wyznał.
Zamarła, przypominając sobie własne rozmyślania, kiedy to sądziła, że Akkarin troszczy się wyłącznie o siebie. Pokręciła przecząco głową.
- Nie wiedziałam - wyszeptała. Czujnym wzrokiem śledziła wyraz jego twarzy, który zmienił się w lekki grymas.
- Zbyt wielu rzeczy ci nie mówiłem.
Odwróciła głowę i popatrzyła w kierunku drzwi naprzeciwko jej łóżka. Zobaczyła Mistrzynię Vinarę, stojącą za swoim biurkiem i obserwującą ich z uśmiechem. Spłonęła rumieńcem, zdając sobie sprawę, że tamta widziała ich cały czas. Zerknęła na Akkarina. Jego czoło było zmarszczone w zamyśleniu.
- Akkarin? - mruknęła, kładąc dłoń na jego policzku.
Na chwilę jego twarz wygładziła się, lecz po chwili znowu przybrała poważny wygląd.
- Nie chcesz wiedzieć kim byli ludzie, którzy próbowali cię zabić? - zapytał.
Zabrała rękę i splotła palce, odwracając wzrok.
- Arza powiedziała mi co nieco o sobie - wyznała. - Nie sądziłam, że będziesz chciał o tym teraz rozmawiać.
- Nie będę nigdy więcej odkładał takich rozmów na później - powiedział stanowczo. - To co się stało było wyłącznie moją winą. Mogłaś zginąć. Nigdy nie wybaczę sobie tego, na co cię naraziłem.
Nie podnosiła głowy, nie chcąc dać po sobie znać, że po części podzielała jego zdanie.
- Sama poszłam do miasta. Nie możesz obwiniać się za moją własną głupotę.
- Posłuchaj - powiedział, chwytając jej podbródek w dwa palce i zwracając jej twarz w swoją stronę. - Wiedziałem o nich od samego początku. Ledwie pokonaliśmy Kariko, gdy jego kobieta zdradziła swoją obecność w mieście. Powinienem był powiedzieć ci o tym od razu, jednak Administrator Osen odradził mi...
- Osen? - zapytała rozszerzając oczy w nieskrywanym zdziwieniu. - Jemu powiedziałeś, ale mi nie?
- Musisz zrozumieć, że będąc Administratorem, miał prawo o tym wiedzieć.
- To dlatego wymykałeś się nocami z Gildii? Prowadziłeś jakieś śledztwo? - ciągnęła dalej. W jej głosie pobrzmiewała nuta urażenia.
Akkarin westchnął i zamknął oczy. Opuścił głowę, jakby dając jej do zrozumienia, że wygrała tę walkę.
- Pamiętasz tę kobietę, z którą widziałaś mnie pewniej nocy w ogrodach?
Odpowiedziała mu słabym kiwnięciem głowy. Wciąż nie mogła uwierzyć, że wiedział o tym od tak dawna. Ciekawe ile jeszcze osób znało prawdę, podczas gdy ona żyła w nieświadomości.
- To była Savara. Kilka tygodniu temu opuściła Imardin. Jeszcze przed wygnaniem zaczęła pomagać mi w lokalizowaniu szpiegów. Tuż po walce skontaktowała się ze mną twierdząc, że miasto nie jest do końca bezpieczne. Później okazało się, że ugrupowanie, mówiące o sobie Czarne Płaszcze i kierowane przez kobietę Kariko, poluje na ciebie.
Słuchała go z głośno bijącym w piersi sercem.
- Początkowo byłem przerażony, lecz Savara szybko dowiedziała się, że nie posługują się magią. Wtedy w moich oczach stali się zupełnie niegroźni. Sądziłem, że nie mają szans z kimś tak silnym i biegłym w walce, jak ty - uśmiechnął się do niej słabo.
Odpowiedziała mu zaledwie drgnięciem kącika ust.
- Nie chciałem cię w to angażować. Miałaś na głowie egzaminy, a Arza i jej ludzie nie mogli skrzywdzić cię, dopóki byłaś ukryta za murami Gildii.
Skrzywiła się, przypominając sobie razy, kiedy wymykała się podziemnymi korytarzami, nie mówiąc nikomu o tym dokąd się udawała. Nie była świadoma grożącego jej niebezpieczeństwa.
- Kiedy dowiedziałem się o dziecku... - zamilkł.
Przysunął się do niej i położył dłoń na jej brzuchu. Zamarła pod jego dotykiem. Nie dlatego, że była to dla niej nowość, lecz dlatego, że po raz pierwszy zachował się tak, jakby zaakceptował to, że zostanie ojcem. Wbiła w niego niepewne spojrzenie. Dłoń Akkarina pogładziła lekkie zaokrąglenie pod jej białą koszulą.
- Wtedy zrozumiałem, że odpowiadam nie tylko za ciebie, ale także za nie.
- Byłeś wtedy taki wściekły... Myślałam, że go nie chcesz... Że nie chcesz mnie... - powiedziała, opuszczając głowę.
Akkarin szybko chwycił jej twarz, zmuszając ją do spojrzenia mu w oczy.
- Nigdy tak nie pomyślałem - powiedział stanowczo. - Byłem zły na samego siebie. Oczywiście, ta wieść nadeszła nieco niespodziewanie, lecz nigdy nie pomyślałem o czymś tak głupim. Dopiero wtedy zrozumiałem, że ryzykowałem nie tylko twoim życiem, ale także życiem naszego dziecka.
Poczuła nabiegające do oczu łzy. Naszego dziecka. Te dwa słowa były niczym balsam dla jej zszarganych nerwów.
- Bałam się, że tego nie zaakceptujesz... - wydusiła z siebie.
- Jesteś dla mnie wszystkim, Soneo. Wybacz, że nie dawałem ci tego do zrozumienia wcześniej. Zasługujesz na kogoś lepszego ode mnie.
Nie mogła dłużej kontrolować własnych emocji. Pozwoliła łzom spłynąć po swoich policzkach. Widząc to, Akkarin przyciągnął ją do siebie. Jedną dłoń wplótł między jej włosy, a drugą ułożył u podstawy jej kręgosłupa.
- Wybacz mi Soneo - powiedział zduszonym głosem.
Nie mogła myśleć o niczym innym, poza tym, że czuła się szczęśliwa. Odwzajemniła uścisk, wtulając twarz w jego szyję.
- Kocham cię - szepnęła.
Odsunął ją od siebie ostrożnie i wbił w nią błyszczące czarne spojrzenie. Zadrżała, lekko onieśmielona swoim wyznaniem.
- A ja kocham ciebie - powiedział.
Jej usta rozchyliły się nieco w zaskoczeniu. Nie spodziewała się usłyszeć takich słów.
- Kocham cię, moja Soneo. Moja nieposłuszna, nieposkromiona Soneo - dodał, jednocześnie pieczętując wypowiedziane przed chwilą słowa.
Nim zdążyła się zorientować, otoczyły ją na powrót jego silne ramiona. Głośno dudniące w jej piersi serce, powoli wracało do normalnego tempa, ukojone jego bliskością i zapachem, przywodzącym same najpiękniejsze wspomnienia.
Po długiej chwili, która mogłaby trwać dla niej wiecznie, odsunęła się od niego i opadła na poduszkę. Poczuła nagłą falę zmęczenia. Akkarin, widząc to, powiedział delikatnie:
- Śpij. Powinnaś teraz dużo odpoczywać.
Chwycił spoczywającą na jej kolanach kołdrę i podciągnął ją wyżej, opatulając ją szczelnie. Uśmiechnęła się do niego w podziękowaniu.
- Chciałabym już wrócić do domu - mruknęła sennie.
Akkarin spiął się natychmiast i zmarszczył brwi.
- Może być z tym pewien problem...
- Jak to? - zapytała, czując jak znużenie ją opuszcza.
Zawahał się na moment.
- Nie ma już Rezydencji Czarnych Magów.
