"Blizny"
Poruszyła się niespokojnie i zerknęła na siedzącego obok Akkarina. Byli w ogrodach, otoczeni przez zieleniące się krzewy, które po dość krótkiej zimie, gotowe były okryć się setkami żółtych kwiatów. Czarny Mag siedział obok niej na ławce ze spojrzeniem utkwionym przed siebie, a na jego twarzy błądził słaby uśmiech. Rozejrzała się wokół siebie i jej wzrok napotkał kilka sylwetek w czerwonych szatach, grzecznie zachowujących komfortowy dla nich dystans. Wydarzenia ostatnich tygodni sprawiły, że cząstka wolności, którą mogli cieszyć się wcześniej, została im odebrana. Szczególnie do tego przyczynił się incydent, mający miejsce w nieistniejącej już Rezydencji Czarnych Magów. Nie miała żalu do Regina. Wiedziała, że zrobił to, by ją ratować. Pytany przez nią o te zdarzenie, odwracał wzrok i odmawiał wyjaśnień. Powiedział tylko, że postąpił zgodnie z poleceniem Akkarina. Po tym, jak ich dom wyleciał w powietrze, została ulokowana w jednym z wolnych pokoi w Domu Magów. Mieszkanko było małe i wyposażone jedynie w łóżko, biurko i regał. Wszystkie swoje rzeczy straciła bezpowrotnie. Mimo, że w rezydencji mieszkała dość krótko, tęskniła za swoją dawną sypialnią i grubymi zasłonami, które skutecznie oddzielały ją od świata zewnętrznego.
Pierwsze dni po tym, jak otarła się o śmierć, były wyjątkowo ciężkie. Większość czasu czuła się tak zmęczona, że jedynym co była w stanie robić, to spać. Towarzyszyło jej dziwne uczucie niepokoju, którego źródła nie potrafiła określić. W nocy nawiedzały ją koszmary, w których widywała wykrzywioną w okrutnym grymasie, twarz Arzy, teraz pogrzebanej pod zgliszczami tego, co zostało z domu w slumsach. Na samym początku, gdy jeszcze leżała w szpitalnej sali, Akkarin odwiedzał ją dość często. Siadał na brzegu łóżka i na ogół milczał, ponieważ, gdy tylko znajdowała się w jego obecności, czuła spokój, który wpędzał ją w senność.
O tyle, o ile Balkan pozwolił jej wydobrzeć po starciu z Arzą i jej ludźmi, to Akkarina nie oszczędzał. Z tego powodu ostatnim czasy widywała go bardzo rzadko. Czarny Mag był ciągle zajęty spotkaniami ze Starszyzną, wizytami na Królewskim Dworze i rozmowami z Administratorem. Wszystko to dotyczyło Czarnej Magii. Przygotowania ruszyły ze zdwojoną siłą. Balkan stracił zainteresowanie skandalem, który wybuchł wcześniej, po części przez brak czasu. Z drugiej strony, musiał zauważyć łączące ją z Akkarinem uczucie, i czy mu się to podobało czy nie, zachowywał się, jakby udawał, że go to nie obchodzi. Dla Sonei był to przejaw resztek rozumu, które musiał w końcu posiadać.
Po ataku na nią, Wielki Mistrz nie mógł dłużej udawać, że zagrożenie ze strony Sachaki nie istnieje. Nawet jeśli Arza nie była magicznie uzdolniona, była bezpośrednio powiązana ze światem zakazanej magii. Magii, która wkrótce miała stać się częścią Gildii.
- Idziemy dalej? - zapytała Akkarina po dłuższej chwili.
Mężczyzna posłał jej rozbawione spojrzenie i zgodził się ruchem głowy. Usiedli na ławce, ponieważ Akkarin lubił bawić się z ich wiecznym cieniami - strażnikami, w grę. Musieli towarzyszyć im niemal całą dobę. Czarny Mag nie pozwolił ich rozdzielić, jednak musieli zapłacić za to ceną, którą była ich prywatność. Akkarin zachowywał się czasami, jakby zupełnie nie przejmował się obecnością Wojowników. Zapytany przez nią, kiedy to się skończy, odpowiedział z tajemniczym uśmiechem, że pracuje nad tym.
Akkarin pochylił się w jej kierunku, chwycił jej spoczywającą na kolanach dłoń i złożył na niej pocałunek. Sonea zarumieniła się, wciąż nieprzywykła do takiego zachowania jej byłego mentora. Wstała i u boku Akkarina podążyła w kierunku, w którym zamierzali, czyli gabinetu Administratora.
- Dobrze was znowu wiedzieć - powitał ich pogodnym tonem Mistrz Osen.
Akkarin uśmiechnął się lekko i podszedł do biurka swojego przyjaciela. Sonea w tym czasie zajęła miejsce w jednym z foteli. Całe szczęście Wojownicy zostali za drzwiami i były to nieliczne momenty, w których mogli być niemalże sami. Usłyszała, jak mężczyźni szepcą coś między sobą i zaciekawiona nadstawiła uszu. Jakby wyczuwając napięcie w jej ciele, odwrócili się do niej.
- Mistrzyni Soneo, jak się czujesz? - zapytał uprzejmie mężczyzna w niebieskiej szacie.
- Dobrze, dziękuję Administratorze - odparła z uśmiechem. - Dzięki Uzdrowicielom szybko wróciłam do zdrowia.
- Tak, cieszę się, że zarówno ty jak i dziecko jesteście cali i zdrowi.
Zmieszana, opuściła wzrok. W dalszym ciągu nikt, poza paroma bliskimi jej osobami nie wiedział o ciąży. Jak się okazało, Rothen nie był na tyle nierozsądny, by wyjawić jej sekret Balkanowi. Jednak jak długo będzie mogła ukrywać prawdę przed całą Gildia? Jej brzuch już zaczął się widocznie zaokrąglać. Jeszcze przez jakiś czas będzie w stanie ukryć go pod szatą, lub usprawiedliwić się zbyt obfitym obiadem, lecz nie na długo... Czego się obawiała? Była przecież dorosłym człowiekiem. A jednak, coś w środku niej popadło w panikę na myśl o tym, że prawda wyjdzie na jaw. Nawet nie miała okazji powiedzieć o swoich obawach Akkarinowi. Byli zbyt pilnowani by zamienić ze sobą parę słów.
Poczuła na ramieniu czyjś dotyk i zdała sobie sprawę, że to dłoń Akkarina, który znalazł się obok niej zupełnie bezszelestnie. Jego ciepłe spojrzenie nieco rozluźniło krępujący ją w środku węzeł.
- Dziękuję za troskę, Mistrzu Osenie - odparła po dłuższej chwili.
Administrator podszedł do nich i usiadł w fotelu naprzeciwko. Obdarzył ją pogodnym uśmiechem. Gdy Akkarin zajął miejsce obok niej, mężczyzna zaczął mówić:
- Zapewne wiesz, że od jakiegoś czasu prowadzone są rozmowy dotyczące wprowadzenia Czarnej Magii, jako nowej dyscypliny.
Kiwnęła głową.
- Tak, ale z tego co wiem, zatrzymały się one właśnie na tym etapie - powiedziała z lekką ironią.
- Otóż muszę cię zaskoczyć. - Sonea uniosła wysoko brwi i posłała Akkarinowi pytające spojrzenie.
Czarny Mag w odpowiedzi uśmiechnął się nieznacznie.
- Wielogodzinne rozmowy w końcu dały jakiś efekt. Starszyzna wyraziła zgodę. Czarna Magia będzie nauczania w Gildii - dokończył niemal z podekscytowaniem Administrator.
Przez chwilę obserwowała z zaskoczeniem twarze dwójki towarzyszących jej mężczyzn, zauważając jak posyłają sobie porozumiewawcze spojrzenia. Więc w końcu stało się, Gildia zgodziła się. Czarna Magia nie będzie dłużej zakazana magią, tylko częścią systemu nauczania. Tym samym ona nie będzie dłuższej wyrzutkiem, odmieńcem. Nie mogła w to uwierzyć. Myślała ze ten moment nigdy nie nadejdzie.
- Naprawdę? - zapytała, jakby chcąc się upewnić, że na pewno dobrze usłyszała słowa Administratora.
- Tak, Akkarin może to potwierdzić.
- To prawda Soneo, Starszyzna podjęła taką decyzję - powiedział Czarny Mag spokojnie.
- W związku z tym, potrzebny jest nauczyciel - mówił Osen.
Sonea spojrzała na Akkarina z nieskrywaną dumą.
- Będziesz się do tego idealnie nadawał - rzekła poważnie, uśmiechając się przy tym.
- Nie, Soneo - odparł, mrużąc oczy. - Ta rola nie przypadnie mi.
Zmarszczyła brwi, nie do końca pojmując sens jego słów. Dopiero po chwili dotarło do niej, co chciał jej powiedzieć. Zachłysnęła się powietrzem.
- Ja?! - krzyknęła, kładąc dłonie na piersi. Niedowierzanie biło z jej oczu, które błyszczały w podekscytowaniu. Zerwała się z miejsca. Akkarin natychmiast podążył za nią i chwycił jej dłonie.
- Nie znam nikogo, kto by nadawał się do tego lepiej, niż ty - powiedział, obserwując ją intensywnie. - Masz dobre, czyste serce. Będziesz potrafiła przekazać wiedzę o wyższej magii lepiej ode mnie, ponieważ twoje pojęcie o niej nie jest wypaczone przez przeszłość, w przeciwieństwie do mnie. Starszyzna chciała, żebym podjął decyzję i dokonałem tego. Chcę, żebyś to ty została Arcymistrzynią Czarnej Magii.
Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w jego twarz z otwartymi ustami.
- Przecież jesteś lepszy ode mnie pod każdym względem... Jesteś silniejszy, masz więcej wiedzy i doświadczenia... Ja, nie rozumiem... - wydukała, ledwie konstruując zdania.
Akkarin położył palec na jej rozchylonych wargach, uciszając ją tym samym.
- Będziesz dobrą nauczycielką - powiedział spokojnie.
- Ale co powie na to Rada?! - wybuchła. - Przecież zawsze takie stanowiska obejmuje ktoś najstarszy, lub...
- Najlepszy - dokończył Akkarin z lekkim rozbawieniem.
Zamilkła, opuszczając głowę. No tak, przecież on sam nie został Wielkim Mistrzem z powodu wieku, tylko swoich umiejętności i wiedzy.
- Ty jesteś najlepszy... - mruknęła.
Czarny Mag chwycił jej twarz w dłonie. Posłusznie uniosła głowę i zatonęła w jego spojrzeniu, które błyszczało setkami drobnych iskierek. W czerni jego źrenic, dostrzegła wszystko to, czego potrzebowała: wsparcie, determinację i nawet cień dumny.
- Nie chcę cię do tego zmuszać - powiedział cicho i odsunął się powoli od niej.
Zamyśliła się. Przecież to było dokładnie to, czego pragnęła od momentu, w którym powróciła z wygnania. Przez ten cały czas chciała być kimś. Jednocześnie wiedziała, jak wielką odpowiedzialność ściągnie na siebie z momentem, w którym przyjmie posadę Arcymistrzyni Czarnej Magii. Arcymistrzyni... w wieku zaledwie dwudziestu jeden lat. Byłaby młodsza od samego Akkarina, gdy ten obejmował swoje stanowisko. Uśmiechnęła się prawie triumfalnie. Jednak oznaczałoby to wiele zmian, takich jak zwiększoną ilość obowiązków, spotkania w gronie Starszyzny, której stałaby się częścią i zapewne spotkania z Królem. To ostatnie napawało ją szczególnymi obawami. Nie miała wprawy w rozmowach z przedstawicielami arystokracji, tym bardziej z samym Merinem.
- Soneo? - dotarł do niej głos Akkarina.
Aż podskoczyła na dźwięk jego słów, tak bardzo była pogrążona w swoich myślach.
- Zgadzasz się? - zapytał, pochylając głowę, jakby w oczekiwaniu na huk po uderzeniu pioruna.
- Tak - powiedziała i w tym samym momencie, gdy słowa opuściły jej usta, poczuła, że robi wielki błąd, jednak nie pozwoliła zdominować się temu wrażeniu.
Akkarin przysunął się do niej i pocałował ją w czoło. Z boku dobiegło do niej gratuluję, wypowiedziane przez Administratora. Zupełnie zapomniała, że cały czas stał obok. W jej głowie szalał wywołany nadmiarem informacji huragan. Próbowała uporządkować to, co właśnie się wydarzyło oraz własną decyzję, która wydawała jej się zupełnie nieprzemyślana.
- Musisz teraz wybrać swojego pierwszego ucznia - powiedział nagle Akkarin.
Posłała mu wciąż lekko otępiałe spojrzenie i uniosła wysoko brwi. Myślała, że tego dnia wydarzyło się już wszystko i los nie przewidział dla niej więcej atrakcji, lecz widocznie myliła się.
Wybrał się do ogrodów w nadziei, że właśnie tam ją znajdzie i nie zawiódł się. Zobaczył drobną kobieca sylwetkę na ławce i natychmiast poczuł skurcz w sercu, jednak szybko zapanował nad tym uczuciem. Nie mógł sobie dłużej na nie pozwalać. Postać w czarnej szacie siedziała z twarzą zwróconą ku słońcu, uśmiechając się lekko, gdy ciepłe promienie ogrzewały jej skórę. Mimowolnie objął wzrokiem jej ciało, skupiając się szczególnie na brzuchu. Przez szatę nie mógł zauważyć kryjącego się pod nią zaokrąglenia. Sonea nie wiedziała, że znał jej sekret, a ona sam postanowił zaczekać, aż sama zdecyduje się powiedzieć mu prawdę.
- Witaj - powiedział zbliżając się.
Sonea otworzyła oczy i obdarzyła go wciąż lekko nieprzytomnym spojrzeniem. Po chwili uśmiechnęła się i przesunęła się, by zrobić dla niego miejsce obok siebie. Usiadł, a Sona na powrót obróciła twarz w kierunku słońca.
- Nie na zajęciach z pierwszym rokiem? - zapytała uszczypliwie.
Regin zignorował nutkę pobłażania w jej głosie, którą rozpoznał, jako typowy dla niej sposób zaczynania rozmowy.
- Akurat mam przerwę, postanowiłem więc nacieszyć się tą chwilą spokoju w towarzystwie innym, niż rozwrzeszczana zgraja bałwanów - odparł.
Sonea prychnęła z rozbawieniem.
- Jeszcze niedawno sami byliśmy na ich miejscu. Co więcej, mogę cię zapewnić, że w porównaniu z nimi, byłeś zdecydowanie większym bałwanem - powiedziała i zerknęła na niego z ukosa.
Opuścił głowę. Co jakiś czas Sonea lubiła przypominać mu o ich wspólnej, niechlubnej przeszłości. Puszczał te uwagi mimo uszu, traktując je jako odwet w zamian za piekło, które zgotował jej, kiedy byli jeszcze uczniami.
- Nie zamierzam zaprzeczać... - mruknął.
Dziewczyna roześmiała się, a on sam odnotował, że mimo prób, nie był w stanie panować nad swoimi uczuciami. Jej śmiech budził w nim wszystko to, o czym próbował zapomnieć. Nawet wiedza, że nosiła w sobie dziecko innego mężczyzny, nie mogła odwieść go od myśli o niej. To, co do niej czuł, kiełkowało w nim zbyt długo i było za silne, by pozwolić się tak łatwo stłumić.
- A cóż to, Mistrz Regin poddaje się bez walki? - zaszydziła, mrużąc oczy.
- Daj spokój, Soneo... - powiedział cicho.
Przez chwilę obserwowała go uważnie, po czym pokręciła w rozbawieniu głową.
- No już dobrze, przecież nie zamierzam cię dręczyć - powiedziała nonszalancko.
Regin wywrócił oczami, jednak nie powiedział ani słowa. Miała prawo traktować go w ten sposób, a on nawet gdyby chciał to przerwać, był irytująco bezbronny wobec jej błyszczących oczu, kiedy tak się z nim droczyła.
- A więc mówisz, że zajęcia z pierwszakami nie należą do najprzyjemniejszych? - zapytała, już zupełnie poważnie.
Westchnął i potarł skronie.
- Nie interesuje ich nic, co jest związane ze sztukami wojennymi - poskarżył się. - Jedynie najświeższe plotki i skandale w świecie Magów i Domów.
- Powinieneś zabrać ich na Arenę.
Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami.
- Przecież to dopiero pierwszy rok...
- Dla mnie lekcje ze sztuk wojennych były nudniejsze, niż zajęcia z historii Gildii - ciągnęła dalej. - Dopiero kiedy przeszliśmy do praktyki robiło się nieco ciekawej.
- Pozabijają się, nim zdążę kiwnąć palcem - burknął.
- A czy nie właśnie o to ci chodzi? - zapytała, mrużąc oczy. Po chwili uśmiechnęła się i pokręciła głową. - Naucz ich tworzenia i utrzymywania dobrej tarczy. Niech wiedzą, jak najlepiej wykorzystać moc, by nie marnować jej bez sensu. Pokaż im podstawowe uderzenia ogłuszające. Zobaczysz, pokochają zajęcia z tobą.
Regin przytaknął, słysząc jej głowa.
- A co na tę zmianę w planie nauczania powie rektor Jerrik? - zażartował.
- Najwyższa pora odświeżyć te jego zakurzone plany - odparła, wywracając oczami.
Wojownik spojrzał na nią z wyraźnym zaciekawieniem.
- Prawdziwa z ciebie reformatorka, Soneo - powiedział z uśmiechem.
Dziewczyna zmarszczyła brwi i momentalnie spoważniała.
- W takim razie nie zdziwię cię, jeśli ci o czymś powiem.
Nie miała pojęcia, kogo wybierze na swojego pierwszego ucznia. Na razie jej myśli zaprzątało wyłącznie nadchodzące spotkanie z Królem. Była pełna obaw co do tego, czy sobie poradzi. Spotkanie miało odbyć się lada dzień, a ona nie miała pojęcia, jak się na nim zachować. Więc kiedy mogła w końcu zobaczyć się z Akkarinem, była szczęśliwa.
- Boje się, że nie dam sobie rady - żaliła się.
Stali w jednej z sal lekcyjnych. Na korytarzu cierpliwie czekało na nich dwóch Wojowników.
- Zupełnie niepotrzebnie - odparł. - Jedyne, co musisz zrobić, to stawić się na tym spotkaniu.
Zaprzeczyła ruchem głowy.
- Na pewno palnę jakieś głupstwo... Poza tym, dla nich jestem wyłącznie dziewuchą ze slumsów.
Akkarin skrzyżował ramiona na piersi.
- Kiedy zostaniesz Arcymistrzynią, nie będą mieli prawa okazać ci braku szacunku - powiedział stanowczo.
- Obawiam się, że nie masz racji - mruknęła.
Po chwili poczuła na ramionach dłonie Akkarina. Spojrzała w jego czarne źrenice, szukając w nich pocieszenia.
- Wiem, że sobie poradzisz - powiedział miękko, a przyjemny dźwięk jego głosu dodał jej nieco otuchy. - Poza tym - powiedział surowiej - będziesz musiała do tego przywyknąć. Czeka cię jeszcze wiele takich posiedzeń, szczególnie na początku.
Ukryła twarz w dłoniach, tłumiąc głośne jęknięcie.
- Nie pomagasz... - wyszeptała, zduszonym głosem.
Czarny Mag roześmiał się i przyciągnął ją do siebie, by zamknąć w uścisku.
Szła szybkim tempem przez Dziedziniec, kierując kroki w stronę Domu Magów. Na jej twarzy błądził słaby uśmiech. Spotkanie z królem przebiegło znacznie lepiej, niż się tego spodziewała. Z początku czuła się skrępowana obecnością Starszyzny i samego Merina. Pierwszy raz przebywała tak blisko niego i rozpraszało ją to. Jednak po upływie dłużej chwili, gdy zebrani pogrążyli się w rozmowie, rozluźniła się nieco. Nim się spostrzegła, było po wszystkim. Musiała odezwać się tylko raz, zapytana o to, czy zgadza się na przyjęcie nowego tytułu. Następnie odbyło się krótkie głosowanie, na którym jednogłośnie zdecydowano, że zostanie Arcymistrzynią.
Akkarin uprzedził ją, że tak się stanie. W oczach Starszyzny, jesteś lepszym wyborem. Myślą, że skoro jesteś młoda, łatwiej im będzie cię kontrolować. Nie powiodło im się ze mną, więc spróbują na tobie. Uśmiechnęła się kpiąco. Być może była od nich znacznie młodsza, lecz na pewno nie była głupia. Zdziwiło ją jednak, że nawet Wielki Mistrz zawiesił nad sobą zieloną kulę. Natomiast Mistrzyni Vinara obdarzyła ją ciepłym uśmiechem, który dodał jej więcej odwagi.
Zatrzymała się jak wryta. Mistrzyni Vinara! Co drugi dzień miała stawiać się u niej, by ta mogła przeprowadzić na niej standardowe badania, tymczasem Sonea była już mocno spóźniona. Odwróciła się i popędziła w kierunku Domu Uzdrowicieli.
- Mówiłam, żadnego wysiłku fizycznego! - została zgromiona karcącym głosem Arcymistrzyni, gdy zdyszana stanęła w drzwiach jej gabinetu.
Sonea wywróciła oczami i zamknęła za sobą drzwi.
- Mistrzyni Vinaro, nie jestem obłożnie chora, jedynie w ciąży - odparła i usiadła na leżance.
Mistrzyni posłała jej surowe spojrzenie znad sterty papierów. Z westchnięciem odłożyła pióro, podeszła do niej i kazała się położyć. Sonea posłusznie wykonała polecenie Uzdrowicielki. Ta położyła dłoń na jej lekko zaokrąglonym brzuchu. Kobieta zmarszczyła brwi.
- Zbyt wolno odzyskujesz siły - stwierdziła.
Sonea poczuła ukłucie niepewności, podobne do tego, które od momentu zdarzenia w slumsach, towarzyszyło jej przez większość dni.
- Co się dzieje? - zapytała. - Czy z dzieckiem wszystko w porządku?
Od dnia, w którym dowiedziała się o prawdziwych uczuciach Akkarina, stała się pewna tego, że zaopiekuje się on zarówno nią, jak i dzieckiem. Już wtedy poczuła iskierkę matczynej miłości. To uczucie rozwijało się bardzo szybko i Sonea powitała je z wdzięcznością.
- Wygląda na to, że wszystko jest dobrze. Ale stan twojej mocy mówi co innego - powiedziała kobieta poważnie.
Sonea zmartwiła się na dobre. Regeneracja nie zajmowała jej nigdy więcej czasu niż jedną noc, a tymczasem minął już prawie miesiąc, a ona wciąż nie odzyskała całkowitego zapasu energii. Nie wykorzystywała mocy do czynności innych, niż wymagało od niej codzienne życie. Przecież podgrzewanie wody, tworzenie kul świetlnych i suszenie ubrań, nie mogło aż tak jej wyczerpywać.
- Ale przecież czuję się dobrze - powiedziała szybko. - Czy to może mieć coś wspólnego z trucizną?
Uzdrowicielka pokręciła głową.
- Pozbyliśmy się wszelkich jej śladów z twojego organizmu. Poza tym, nie była na tyle groźna, ale to już z resztą wiesz.
Przytaknęła. Okazało się, że mikstura, którą napoiła ją Arza, nie była śmiertelna, jedynie otumaniła jej zmysły na tyle, by nie mogła czuć źródła mocy.
- W takim razie co się dzieję? - zapytała, wpatrując się z oczekiwaniem w twarz Vinary.
- Nie wiem - odparła, ściągając dłoń z jej ciała. - Myślę, że dobrym pomysłem będzie kuracja eliksirem wzmacniającym.
Po tych słowach zniknęła w pokoiku, który był jej prywatnym magazynem. Wyszła, trzymając w dłoniach buteleczkę, w której kołysał się zielonkawy płyn. Odkorkowała ją i podała Sonei. Dziewczyna ostrożnie chwyciła naczynie i powąchała zawartość. Ku jej zaskoczeniu, do jej nozdrzy wdarł się słodkawy, przyjemny zapach.
- Całą?
- Tak.
Przechyliła butelkę i wypiła wszystko, aż do ostatniej kropli. Poczuła przyjemne ciepło, rozprzestrzeniające się po całym ciele.
- Dobre - powiedziała z uśmiechem, oblizując się.
Mistrzyni Vinara odpowiedziała przyjaznym spojrzeniem, wyraźnie dumna ze swoich lekarstw.
- Przychodź po nią codziennie. Może kilka tygodni kuracji da jakiś efekt i odzyskasz siły. A teraz uciekaj do siebie i odpoczywaj - poleciła ciepłym głosem. - Pamiętaj, że teraz odpowiadasz nie tylko za siebie.
Siedziała w swoim pokoju, pogrążona w lekturze książki, którą wypożyczyła kilka dni wcześniej. Teraz w końcu mogła bez ograniczeń korzystać z Biblioteki Magów. Zawsze było to jedno z jej ulubionych miejsc w całej Gildii. Zajęcie myśli czytaną powieścią, sprawiało, że niemal zapominała o tym, co miało nastąpić za trzy dni. Tyle pozostało do oficjalnego nadania jej nowego tytułu i wprowadzenia Czarnej Magii jako nauki.
Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się, kogo mogłaby zastać po drugiej stronie. Zamknęła książkę, odłożyła ją na biurko, po czym wstała i gestem dłoni pozwoliła drzwiom otworzyć się i wpuścić gościa do środka.
- Dzień dobry, Soneo - powiedział Rothen, stojąc w progu.
Poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu, na widok jego zmęczonej twarzy. Od zdarzenia w slumsach nie zamienili ze sobą słowa. Akkarin mówił jej wprawdzie, że Alchemik przyszedł do jej pokoju w szpitalu, lecz zastał ją pogrążoną we śnie. Wiedziała o zaangażowaniu swojego dawnego mentora w przeprowadzoną przez Akkarina i Regina akcję ratunkową. Czarny Mag opowiedział jej także o tym, jak Rothen nagle rozmyślił się, gdy tamtego pamiętnego dnia w gabinecie Administratora, wykrzyczała swoje uczucia. Dla Sonei był to dowód, że Rothen nie chciał ani jej skrzywdzić, ani rozdzielić z Akkarinem. Był po prostu nieświadomy tego, co tak naprawdę ich łączyło. Szybko wybaczyła mu skandal, który wywołał oraz skutki jego słów, które musiała dotychczas znosić. W głębi serca wciąż skrywała cień żalu za sposób, w jaki mówił o jej dziecku - jakby było trawiącym ją od środka pasożytem. Wzdrygnęła się pod wpływem wspomnień. Teraz stał przed nią i niepewnie obserwował zarówno ją, jak i jej małe mieszkanie.
- Witaj, Rothenie - zdołała w końcu z siebie wydusić. - Wejdź.
Usiadła na łóżku i gestem zaproponowała mu miejsce za biurkiem. Jej pokój nie był wyposażony w więcej mebli. Zgodnie z obietnicami Osena, z momentem stania się Arcymistrzynią, miała otrzymać dużo większą kwaterę.
- Nie miałem czasu, żeby przyjść wcześniej... Ja, byłem dość zajęty...
- Nie musisz mi się tłumaczyć - weszła mu w słowo. - Prawda jest taka, że to ja powinnam przyjść do ciebie dawno temu.
Alchemik utkwił spojrzenie w czubkach swoich butów. Sonea także opuściła wzrok, na swoje splecione dłonie.
- Uniknęlibyśmy wielu nieporozumień... - dokończyła ciszej.
- Soneo, gdybym tylko wiedział...
Zerknęła na niego. Rothen potrząsnął głową i Sonea doskonale wiedziała, że próbował wyobrazić sobie to gdyby.
- To moja wina - powiedziała stanowczo. - Gdybym powiedziała ci o wszystkim wcześniej, nie musiałbyś snuć żadnych domysłów. Musiałeś się martwić. A ja... chyba za bardzo się bałam, by zdobyć się na rozmowę z tobą... Widzisz, Rothenie... Sprawy miedzy mną, a Akkarinem, nie były do końca jasne.
- Dlatego wtedy płakałaś? Byłem pewny, że cię skrzywdził.
- Akkarin nigdy by mnie nie skrzywdził. Płakałam, bo żadne z nas nie planowało tego, że zajdę w ciążę i byłam... co tu dużo mówić, przerażona. Prawdę mówiąc, nie miałam nawet pewności, co do jego uczuć.
- A własnych? - przerwał jej. - Ty kochałaś go już od dawna?
Uśmiechnęła się pod nosem i pozwoliła myślom odpłynąć na chwilę do odległej przeszłości, w której wszystko się zaczęło. Doskonale pamiętała moment, w którym pierwszy raz zdała sobie sprawę, że Akkarin nie był jej obojętny. Było to tuż po rozmowie nad strumieniem. Jej uczucie rozwijało się powoli, zmieniając się w podziw i szacunek. Podczas wygnania rządziły nią sprzeczne emocje. Nie chciała dopuścić do siebie możliwości, że mogła się w nim zakochać... Aż w końcu pewnego poranka, kiedy obserwowała jego pogrążoną we śnie twarz, odkryła, czym było uczucie rozpalające jej serce.
- Od dość dawna - odparła z lekkim uśmiechem.
- Nie wiedziałem... Myślałem, że się go boisz.
Rzuciła mu zdziwione spojrzenie.
- Przestałam się go bać jeszcze przez wygnaniem. Och, Rothenie, teraz widzę jak bardzo cię zaniedbywałam.
Wstała i podeszła do starszego Maga. Uklękła przed nim i chwyciła jego pomarszczone dłonie.
- Mogę cię zapewnić, że teraz jestem szczęśliwa - powiedziała półszeptem i poczuła nabiegające do oczu łzy. - Przepraszam, że tak długo milczałam. Byłeś pierwszą osobą, której powinnam była powiedzieć.
Alchemik odwzajemnił uścisk.
- Mogłem sam cię zapytać. Chociaż i tak pewnie nic byś mi nie powiedziała. - Puścił jej oko.
Rozpromieniła się, widząc ten drobny gest z jego strony.
- Będziemy musieli nadrobić stracony czas - powiedziała.
Rothen wyciągnął rękę i pogładził ją po policzku.
- Bardzo się zmieniłaś, Soneo - powiedział z dziwną tęsknotą w głosie. - Już nie jesteś moją małą nowicjuszką, którą uczyłem czytać.
- Zawsze będę twoją małą nowicjuszką - szepnęła, przytulając się do jego dłoni.
- Będziesz matką. Więc mogę uznać, że ja zostanę dziadkiem - zachichotał.
Sonea miała wrażenie, że jego szare dotychczas oczy rozpromieniło nowe światło. Wstąpiła w nią czysta radość. Obaj mężczyźni, których kochała bardziej, niż kogokolwiek innego na świecie, byli znów blisko niej. To wystarczyło, że znów mogła być szczęśliwa.
- Tylko pamiętaj! - zagrzmiał nagle. - Jeśli Akkarin cię skrzywdzi, osobiście pogruchoczę mu wszystkie kości!
Dziewczyna roześmiała się głośno.
- Musisz mu to koniecznie powiedzieć - odparła, wciąż śmiejąc się.
Starszy Mag pochylił się nad nią i przytulił ją mocno. Sonea wtuliła się w jego ojcowskie objęcia, czując jak łzy, które dotychczas udało jej się zatamować, spływają po jej twarzy.
- Warto zagoić stare rany - rzekł po dłuższej chwili Rothen. - Nawet, jeśli pozostaną po nich blizny.
Później tego samego dnia
Wracała krętą drogą, wiodącą w dół zbocza, w stronę murów Gildii. Odwiedziła grób Dorriena, by jak co tydzień zapalić na nim nową świecę. Mimo, że nadal powracał do niej w snach, patrzenie na jego imię, wyryte w kamieniu, stało się łatwiejsze. W snach Dorrien przyglądał jej się ze spokojem i choć Sonea nigdy nie wierzyła w kontakt ze zmarłym, miała wrażenie, że jego błękitne oczy mówiły jej, że nadszedł moment, w którym powinna przestać myśleć o przeszłości.
Nagle za plecami usłyszała szurnięcie i odwróciła się szybko.
- Czujna jesteś. Nie udało mi się ciebie zaskoczyć - powiedział Akkarin, mrużąc oczy.
Prychnęła i skrzyżowała ramiona na piersi.
- Nie zaskoczyłby mnie nikt, kto tak głośno chodzi - odgryzła się.
Czarny Mag uniósł brwi i kilkoma krokami podszedł do niej na tyle blisko, że musiała zadrzeć głowę, by utrzymać kontakt wzrokowy.
- Czyżby...? - mruknął, pochylając się nad nią.
Sonea uśmiechnęła się i gdy stanęła na palcach, Akkarin ją pocałował. Oplótł ją ramionami, kładąc jedną dłoń na jej boku, a drugą na plecach. Przysunął ją do siebie i Sonea westchnęła z zadowoleniem. Z żalem rozstała się z ciepłem jego warg. Dopiero po chwili zrozumiała, że coś było nie w porządku. Rozejrzała się po pustej okolicy.
- Gdzie zgubiłeś straże? - zapytała.
Akkarin wzruszył ramionami.
- Powiedziałbym, że to oni zgubili mnie.
Pokręciła głową z udawaną dezaprobatą, której Akkarin nie mógł kupić, bo na jej ustach wciąż tańczył uśmiech.
- Skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać?
- Rothen mi powiedział.
- Widziałeś się z nim? Rozmawialiście? - zapytała, rozszerzając oczy w zaskoczeniu.
- Owszem - odparł i uśmiechnął się na widok jej miny.
- I co? - drążyła, popychana przez ciekawość.
- Męskie rozmowy - powiedział i uciszył ją kolejnym pocałunkiem.
Gdy w końcu ich usta rozdzieliły się, odsunął się od niej i zajrzał głęboko w oczy.
- Jest coś, o czym chciałbym z tobą porozmawiać. Spodziewaj się mnie wieczorem.
Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Akkarin odwrócił się i szybkim krokiem ruszył przed siebie. Obejrzał się tylko przez ramię, by rzucić:
- Muszę odszukać moje wierne cienie, zanim pomyślą, że uciekłem i planuję zniszczyć kolejny budynek.
Sonea wyszczerzyła zęby do jego oddalającej się sylwetki.
Deszcz bębnił o szybę z dźwiękiem, który sprawiał, że jej oczy stawały się coraz cięższe. Leżała zwinięta na łóżku, otulona ciepłym kocem. Mimo wczesnej wiosny, wieczory nadal były chłodne, a Sonea coraz częściej marzła. Przeniosła wzrok na biurko, na którym stała mała buteleczka, wypełniona zieloną substancją.
Sięgnęła po nią, niechętnie rozstając się z ciepłem, które dawało jej okrycie. W tym samym momencie rozległo się ciche pukanie do drzwi. Z uśmiechem pospieszyła, by wpuścić swojego gościa do środka.
- Dobry wieczór - powitał ją uwodzicielskim uśmiechem.
Zamknęła za Akkarinem drzwi i gdy się odwróciła, poczuła uścisk dłoni wokół nadgarstka. Mężczyzna przyciągnął ją do siebie. Wydała z siebie zduszone westchnięcie, niemal natychmiast uciszone pocałunkiem.
- Przyzwyczaiłem się do tego, że miałem cię na wyciągnięcie ręki - mruknął odsuwając się i kryjąc twarz w jej włosach.
Wtuliła się w niego, wdychając tak dobrze znany sobie zapach.
- Tęsknie za tobą - wyszeptała w odpowiedzi i zdała sobie sprawę, że pierwszy raz od dawna byli zupełnie sami. - Prawie w ogóle cię nie widuję - poskarżyła się, posyłając mu zranione spojrzenie.
Akkarin wyprostował się i położył ręce na jej ramionach.
- To się zmieni - powiedział poważnie.
Zmarszczyła brwi. Nie miała pojęcia, w jaki sposób mogłaby być bliżej niego. Jedyną szansą byłaby odbudowa Rezydencji, jednak szczerze wątpiła, by Wielki Mistrz zgodził się po tym, co przytrafiło się poprzedniej.
- Niby jak?
Uśmiechnął się enigmatycznie. Jego wzrok przez chwilę tańczył po jej twarzy, po czym spoczął za jej plecami.
- Co to? - zapytał.
Odwróciła się i podążyła za jego spojrzeniem.
- Eliksir wzmacniający - wyjaśniła, widząc zieloną buteleczkę.
Akkarin podszedł do biurka i podniósł małe naczynie. Obejrzał je dokładnie, po czym odłożył z powrotem na blat.
- Dlaczego go masz? - zapytał marszcząc brwi.
- Żeby go wypić - odpowiedziała, szczerząc się.
Mężczyzna przekrzywił głowę z spojrzał na nią niemal z politowaniem.
- Soneo...
- Mistrzyni Vinara zaleciła mi kurację. Mówi, że zbyt wolno odzyskuję siły - wyjaśniła.
- Co takiego? - Jego twarz przybrała bardzo poważny wyraz. Sonea nie spodziewała się takiej reakcji. - Nie odzyskałaś jeszcze całej mocy? Minął miesiąc od...
- Wiem - przerwała mu gniewnie. Nie wiedziała dlaczego aż tak zdenerwowało ją to, co mówił.
Nim zdążyła powiedzieć więcej, Akkarin podszedł do niej i położył dłonie na jej skroniach. Zaprotestowała, lecz jak zwykle okazał się silniejszy. Wdarł się do jej umysłu zupełnie niepostrzeżenie. Ledwie wyczuła jego obecność. Zapomniała, jak dobry w tym był... Po kilku sekundach odsunął się z wyraźnym niezadowoleniem.
- Dlaczego to zrobiłeś!? - fuknęła. - Wpuściłabym cię sama!
- Twoja moc jest uszkodzona - stwierdził. - Nie regeneruje się poprawnie.
Sonea pobladła.
- Co... ? - wyszeptała. Natychmiast pomyślała o niepokoju, który od jakiegoś czasu nie odstępował jej na krok. - Mistrzyni Vinara o niczym takim nie wspomniała.
- Mistrzyni Vinara nie jest czarnym magiem, więc nie potrafi dostrzec tego, co ja.
- Ale... czuję się dobrze - wymamrotała.
- Tak? - zapytał, unosząc jedną brew. - To po co ci ten koc? Dlaczego nie ogrzewasz się magią?
Mogła spodziewać się po nim takiej spostrzegawczości. Pokręciła przecząco głową, nie wiedząc co odpowiedzieć.
- Miejmy nadzieję, że twój stan z czasem się poprawi - powiedział, nieco delikatniej. - Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, co jest tego przyczyną.
Sonea opuściła wzrok. Akkarin poważnie zmartwił ją swoim odkryciem. Gdy sama podglądała zapasy swojej mocy, nie widziała nic niepokojącego. Od pewnego czasu regularnie sprawdzała jej stan i chociaż faktycznie był niższy, niż zazwyczaj, nie zauważyła żadnych nieprawidłowości. Jeszcze do tego momentu łudziła się, że jej przypadłość spowodowana jest wycieńczeniem organizmu - najpierw po wypadku w lesie, a później, w wyniku konfrontacji z Arzą i jej ludźmi.
- Wiele ostatnio przeszłaś - dodał, jakby nadal czytał w jej myślach.
Nie opowiedziała, wciąż wpatrując się w podłogę. Uczucie niepokoju powróciło ze zdwojoną siłą.
- No już, nie martw się tak - mruknął i musnął dłonią jej policzek. - Sama powiedziałaś, że czujesz się dobrze.
Podniosła wzrok i uśmiechnęła się blado.
- To prawda - odparła, siląc się na spokój. - Chciałeś ze mną o czymś porozmawiać - przypomniała sobie, chcąc zejść na inny temat.
Czarny Mag przytaknął.
- Tak. Właściwie to są dwie sprawy, które chciałbym z tobą... omówić. - Ostatnie słowo wypowiedział patrząc w sufit i Sonea niemal natychmiast zapomniała o poprzednim nieprzyjemnym uczuciu. Akkarin zachowywał się... jak nie on. Zmrużyła oczy, ale on odsunął się od niej i zaczął przechadzać się po ograniczonej przestrzeni jej mieszkania.
- Zapewne doskonale pamiętasz Przesłuchanie - powiedział, zatrzymując się nagle.
Usiadła na łóżku. Było jej zimno, lecz nie chciała okrywać się kocem, by nie dawać Akkarinowi powodu do zmartwień.
- To pierwsze, czy...? - zaczęła, ale urwała na widok spojrzenia, które jej posłał. - Pamiętam. Jak mogłabym zapomnieć.
Akkarin usiadł na krześle za jej biurkiem.
- Pamiętasz, co mi wtedy powiedziałaś?
Zamyśliła się. Odbyło się ono tak dawno, że miała wrażenie, że działo się to w innym życiu. Mimo wszystko dokładnie pamiętała każdy szczegół. Pamiętała każdą myśl, która rozsadzała jej głowę i smutek, który wykręcał jej serce.
- Kiedy w czasie przerwy podszedł do ciebie Osen? - ciągnął dalej. - Pamiętasz, co wtedy powiedział?
Zmarszczyła brwi, przywołując do siebie ich rozmowę.
- Przeprosił, że zapytał o... śmierć Dorriena - odparła cicho.
- Dlaczego?
- Bo, tego wymagały procedury i... - urwała, a Akkarin skinął jej głową, dając jej znak, by mówiła dalej -... i dlatego, że tak miał świadka, który to wszystko potwierdzał...
Spojrzała na niego pytająco, próbując zrozumieć, do czego dążył. Akkarin przyglądał jej się intensywnie, a jego czarne spojrzenie przeszywało ją na wylot.
- Do czego zmierzasz? - zapytała w końcu.
- Domyślasz się, kim była ta osoba?
Pokręciła przecząco głową. Akkarin westchnął, jakby zirytowany tym, że za nim nie nadążała. Uśmiechnął się ponuro.
- To była właśnie Arza.
Otworzyła szeroko usta, lecz nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku. Mogła spodziewać się wielu rzeczy, lecz ta na pewno do nich nie należała.
- Jak to... - wykrztusiła.
- Jak to możliwe? - dokończył za nią. - Zastanawiałem się nad tym pół dnia i jedynym co przychodzi mi na myśl, jest to, że Arza przybyła do miasta razem z Kariko. Nie wiem skąd wzięła się obok Areny, ani do czego była mu potrzebna...
- Była jego kobietą - wtrąciła.
- Ale nie bez powodu ciągnął ją tu ze sobą przez całą Kyralię.
- Czekaj, skąd wiesz, że to ona była tym świadkiem? - zapytała, marszcząc brwi. Czyżby Akkarin znowu coś przed nią ukrywał?
- Od Administratora. To on z nią wtedy rozmawiał - wyjaśnił. - Od momentu, w którym powiedziałaś mi, że Arza wiedziała, że to ty zabiłaś Kariko, nie mogłem zrozumieć, skąd miała taką wiedzę. Przecież prawdę znamy tylko my, a od dzisiaj jeszcze Osen.
Wpatrywała się w niego z szeroko otwartymi oczami, wciąż analizując jego słowa. Teraz rozumiała, skąd w zielarce było tyle nienawiści i pragnienia zemsty.
- Osen nie przeprowadził badania prawdomówności? - spytała. - Dlaczego tak nagle sobie o tym przypomniał?
Akkarin zaprzeczył ruchem głowy.
- Po naszym spotkaniu przy cmentarzu, olśniło mnie. Musiałem spróbować i jak widzisz, moje przypuszczania okazały się słuszne. Administrator był równie zaskoczony, jak ty. - Uśmiechnął się słabo. - Powiedział, że gdy razem z innymi Magami dotarł do Areny, spotkał przerażoną kobietę. Gdy wybuchło zamieszanie, Osen wypytał ją o to, co się stało. Opowiedziała mu o tym, co przytrafiło się Dorrienowi i skłamała, że to ja zabiłem Kariko. Zapytana o imię, przedstawiła się jako Kalia, jedna ze służących. Twierdzi, że była tak roztrzęsiona, że nawet nie zaprzątał sobie głowy badaniem prawdomówności. Z resztą, kto by wtedy pomyślał, że mogła kłamać? - westchnął. - Osen szybko zapomniał jej twarz, a ona sama po prostu zniknęła.
Sonea ukryła twarz w dłoniach. Powoli wszystko zaczynało do siebie pasować.
- Dlaczego mnie kryła? - wyszeptała, nie podnosząc wzroku. - Dlaczego powiedziała, że to ty zabiłeś Kariko?
- Nie wiem. Może już wtedy coś sobie zaplanowała, a może chciała odciągnąć od ciebie uwagę... Trudno mi zgadnąć - odpowiedział zamyślonym tonem.
Nagle zdała sobie z sprawę z tego o jak wielu sprawach nie miała pojęcia i jak nieświadomie brnęła w zastawione na nią pułapki. Jedna kobieta, samodzielnie, uknuła przeciwko niej spisek. Czym więc była wobec intryg reszty jej wrogów? Spojrzała na Akkarina, czując w oczach świeże łzy.
Widząc to, Akkarin zmarszczył brwi i wstał, by przyklęknąć tuż przed nią. Nachylił się, by widzieć jej twarz i gdy spróbowała się odsunąć, położył jedną dłoń na jej policzku.
- Soneo, co się dzieję? - zapytał miękko. - To już przeszłość. Pomyślałem, że będziesz chciała wiedzieć.
Przełknęła głośno ślinę.
- Cieszę się, że mi o tym powiedziałeś - powiedziała słabym głosem. - Po prostu... - zająknęła się, bo nadchodząca fala płaczu ścisnęła jej gardło tak, że nie mogła wydusić słowa. - Ona chciała mnie zabić. I nasze dziecko. Od tak dawna na mnie polowała, wiedziałeś o tym...
Akkarin skrzywił się i przyciągnął ją do siebie.
- Więcej nie popełnię tego błędu - powiedział spokojnie. - Trzymanie cię z dala od kłopotów, wcale cię przed nimi nie chroni.
Mocniej wtuliła w jego pierś. Po chwili poczuła, jak Akkarin popycha ją delikatnie i nim się spostrzegła, leżała z głową opartą o jego tors, wsłuchując się w miarowe bicie ukrytego pod nim serca. Trwali tak przez dłuższą chwilę, aż Sonea ochłonęła na tyle, że zapomniała o powodzie, dla którego niemal zalała się łzami. Poruszyła się delikatnie, by wygodniej ułożyć ramię. Akkarin wykorzystał ten moment, by podnieść się i oprzeć na łokciu. Rzucił jej czarne, jak zwykle spojrzenie. Zadrżała, przypominając sobie ile namiętności i pożądania mogło w sobie skrywać. Same wspomnienia sprawiły, że oblała się rumieńcem. Chciała się zasłonić, lecz nie pozwolił jej na to, chwytając jej dłoń.
- Zawsze lubiłem na to patrzeć - mruknął.
Jego słowa nie pomogły. Sonea zawstydziła się jeszcze bardziej i z mruknięciem wtuliła nos w szatę na jego piersi. Akkarin pochylił się nad nią i powiedział cicho na ucho:
- Jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem.
Był to najprawdziwszy na świecie komplement, tak banalny, a jednocześnie jeden z najprzyjemniejszych. Uśmiechnęła się i nie musiała nawet na niego patrzeć, by wiedzieć, że on także się uśmiechał.
- Powinienem mówić ci to częściej - mruknął.
- To na pewno mówisz zdecydowanie częściej - odparła kąśliwie.
Odsunęła się, by zobaczyć w jego oczach błysk. Przez chwilę patrzył na nią tak, że zdawało jej się, że czas zmienił swój bieg, a ona znów była Nowicjuszką. Otworzyła usta, by przerwać ciszę, ale wtedy Akkarin pchnął ją na łóżko. Westchnęła zaskoczona, gdy jej plecy upadły na miękki materac. Akkarin pochylił się nad nią i pocałował, zanim zdążyła się odezwać. Jego usta przesunęły się ku krawędzi jej szczęki i Sonea zamknęła oczy. Uśmiechnęła się, gdy wargami wodził po jej skórze, a także gdy jego pieszczoty stały się mniej delikatne, a bardziej pożądliwe.
Uniosła powieki i zatonęła w czerni jego własnego spojrzenia, skupionego wyłącznie na niej. Zaschło jej w gardle i chwyciła go za kołnierz szaty, by wrócić do tego, co właśnie przerwali. Jednocześnie Akkarin wsunął dłoń między ich ciała i zaczął odpinać guziki jej koszuli. Ona także chciała poczuć dotyk jego nagiej skóry, ale z chwilą, gdy go dotknęła, Akkarin wyprostował się, by zdjąć ubrania zarówno z niej, jak i z siebie. Odebrało jej tchu, bo gdy tak nad nią klęczał, dyszał, a mięśnie na jego brzuchu napinały się tak, że nie potrafiła oderwać od nich wzroku. Nagle zdała sobie sprawę, że Akkarin także się jej przyglądał, a konkretniej zaokrągleniu na wysokości jej pępka. Na moment straciła pewność siebie, bo z jego spojrzenia nie potrafiła wyczytać, czy podobało mu się to, co widział.
Akkarin jednak, najwyraźniej potrafił niepostrzeżenie czytać w jej myślach, bo pochylił się nad nią i pocałował z zapałem, który zawrócił jej w głowie. Rozchyliła nogi, by poczuć go bliżej, a gdy objęła go nimi w pasie, Akkarin wydał z siebie zduszone warknięcie, które brzmiało podobnie do jej imienia. Sonea, wiedziona już wyłącznie czystym pożądaniem, sięgnęła między ich splecione ciała, lecz on znów znieruchomiał. Już chciała jęknąć z żalu, lecz wtedy Akkarin oderwał usta od jej szyi i Sonea zamarła.
Jego oczy błyszczały blaskiem tysiąca gwiazd.
- Zaczekaj - powiedział, zdyszany i przełknął. - Jest jeszcze ta druga sprawa.
