"Rysa"

Silny powiew wiatru, który wdarł się szczelinami w oknie i zawył żałośnie. Drgnęła i natychmiast otworzyła oczy. Jej wzrok napotkał zupełną ciemność. Musiało być jeszcze bardzo wcześnie, skoro, nawet towarzysząca godzinom przed świtem szarość, nie rozjaśniała mroku pokoju. Z gęsią skórką na ciele wstała i owinęła się szczelnie pledem. Jej bose stopy bezszelestnie zaprowadziły ją w kierunku okna. Przyłożyła dłoń do drewnianej ramy, czując chłodne powietrze, ocierające się o jej palce. Starając się nie narobić za dużo hałasu, otworzyła jedno skrzydło. Gdy tylko się rozpostarło, jej ciało owinęła fala chłodu. Na krótką chwilę zamarła, przyzwyczajając się do panującej na zewnątrz temperatury. Jedną dłonią przycisnęła koc mocniej do piersi, a drugą podparła się na parapecie i usiadła na nim. Przerzuciła nogi na drugą stronę, czując lekki dreszcz na karku, gdy ujrzała pod sobą kilkanaście, tonących w ciemności, metrów w dół. Z westchnięciem oparła głowę o skrzydło okna i przymknęła oczy.

To dziś. Dzień, w którym zostanie Arcymistrzynią. Pozostało jej kilkanaście godzin, w czasie których nadal będzie wyłącznie Soneą. Wciąż miała wrażenie, że popełniała błąd, jednak nie mogła już cofnąć swojej decyzji. Została zaakceptowana przez grono Starszyzny oraz samego Króla. Cała Gildia żyła nadchodzącym wydarzeniem. Jej imię gościło na ustach każdego Maga i co niektórych członków Domów. Oto ona, dziewczyna ze slumsów, która wbrew obowiązującym powszechnie zasadom, kilka lat temu stała się kandydatką na Maga, zostanie Arcymistrzynią nowej dyscypliny... Czarnej Magii. Dawno nie było tak znakomitego tematu do rozmów i plotkowania. Ciężar zbliżającej się ceremonii, był niemal nie do zniesienia. Ostatnie trzy dni spędzała na długich spacerach, a także w towarzystwie Rothena lub Akkarina, jeśli ten znalazł dla niej chwilę wolnego czasu.

Uśmiechnęła się do siebie. Na samo wspomnienie o czarnym magu poczuła przyjemny skręt żołądka. Wciąż ciężko było jej kontrolować własne myśli, gdy wracała nimi do tamtej rozmowy, sprzed trzech dni. Na całym jej ciele pojawiła się gęsia skórka, tym razem wywołana nie przez zimno, lecz przez szalony taniec motyli w jej brzuchu. Nadal czuła na sobie palący żar jego spojrzenia, gdy do niej mówił. Nigdy w życiu nie przypuszczałaby, że Akkarina stać na wyznanie tylu swoich uczuć w przeciągu jednej rozmowy. Z trudem zdołała wydusić później z siebie chociaż jedno słowo. Nawet po takim czasie, nie mogła uwierzyć, w to, co się stało. Nie spodziewała się tego, mimo, że w głębi duszy, szczerze tego pragnęła. Spróbowała się nawet uszczypnąć, lecz rzeczywistość wciąż pozostawała niezmieniona... zostanie żoną Akkarina.

Silniejszy podmuch wiatru odgarnął włosy z jej twarzy, niosąc ze sobą zapach wiosny - mokrej trawy i świeżej zieleni. Na horyzoncie zobaczyła szarawą poświatę, zwiastuna nadchodzącego świtu. Niepokój na powrót zagościł w jej sercu, przypominając o tym, co ją dzisiaj czekało. Zadrżała i zapatrzyła się przed siebie. Utkwiła wzrok w majaczących w półmroku, strzelistych dachach Imardinu i pozwoliła myślom odpłynąć jak najdalej od miejsca, w którym była.


Sztywnym krokiem weszła do holu przed Salą Dzienną. Pokój wypełniało zaskakująco dużo osób, biorąc pod uwagę to, jak wielu Magów czekało stłoczonych w głębi sali. Odruchowo rozpoczęła poszukiwania sylwetki mężczyzny w czerni, lecz nim zdążyła go zauważyć, jej uwagę przykuł zbliżający się Rothen. Na jego ustach gościł ojcowski uśmiech.

- Masz minę, jak przed pasowaniem na Nowicjusza - powiedział, stając naprzeciwko. Przelotnie omiótł wzrokiem jej postać i zacisnął usta. - Moja mała nowicjuszka, zostaje Arcymistrzynią. Wciąż nie mogę w to uwierzyć, jak ten czas leci. Dopiero, co miałaś krótkie włosy, jak u chłopca, a tu proszę, stałaś się piękną kobietą.

Sonea opuściła wzrok, zmieszana.

- Nie przesadzaj... - mruknęła.

- Głowa do góry. Będę na ciebie czekał po ceremonii. - Z tymi słowami Rothen ścisnął jej spoconą dłoń i oddalił się w stronę drzwi wejściowych.

Ścisk wokół niej zdawał się rozluźniać. Wszyscy zmierzali do środka sali, by zająć jak najlepsze miejsca. Mijający ją Magowie rzucali jej zaciekawione spojrzenia, jednak część z nich w ogóle nie zauważała jej drobnej sylwetki, tonącej między mieszającymi się kolorami szat. Gwar rozmów, płynący zza otwartych drzwi, jedynie potęgował jej zdenerwowanie. Marzyła, by choć na chwilę zobaczyć twarz drugiego Czarnego Maga, jednak ten jakby rozpłynął się w powietrzu.

Pod ścianą zauważyła grupkę stojących Magów, Starszyznę. Sonea ukłoniła się grzecznie w ich kierunku i odwzajemniła, posłany jej przez Mistrzynię Vinarę, uśmiech. Za plecami usłyszała szelest szaty i odwróciła się szybko w nadziei, lecz jej oczom ukazał się błękit stroju Administratora. Szybkim krokiem podszedł do Sonei i położył dłoń na jej ramieniu.

- Jak się czujesz? - zapytał, lecz nim zdążyła odpowiedzieć, ciągnął dalej: - Procedura wygląda następująco, jako pierwszy do środka wchodzi Wielki Mistrz, tuż za nim ja. Następnie wchodzisz ty, otoczona przez Starszyznę. To taki stary zwyczaj. - Mówił tak szybko, że Sonea z trudem za nim nadążała. - Jesteś wprowadzana do grona Starszyzny właśnie przez jej członków. Ceremonia jest dość prosta, nie muszę ci na razie nic więcej tłumaczyć, sama będziesz wiedziała co robić. Ja tymczasem muszę lecieć i zapowiedzieć nas Zgromadzeniu.

Po tych słowach odwrócił się i ruszył w kierunku otwartych drzwi, za którymi czekało kilkadziesiąt Magów i Nowicjuszy.

- Ach, zapomniałbym - żachnął się, odwracając na pięcie. - Widziałaś może Akkarina?

Zaprzeczyła słabym ruchem głowy, przytłoczona wszystkim, co się w okół niej działo.

- Niech to... - mruknął. - No nic, na pewno za chwilę się zjawi.

Popędził w stronę gwarnego wnętrza Sali Dziennej. Sonea stała na środku, czując drżenie nóg. Wzięła kilka głębokich wdechów, mając nadzieję, że pozwolą jej się uspokoić. Obok pojawiła się Mistrzyni Vinara.

- Gotowa? - zapytała przyjaźnie.

- Sama nie wiem - odparła zgodnie z prawdą. Jej głos był zachrypnięty i słaby.

Dźwięk kroków za plecami sprawił, że serce podskoczyło jej go gardła. Spojrzała za siebie i tym razem jej oczom ukazała się, czarna jak noc, sylwetka Akkarina. Dostrzegł ją i obdarzył swoim półuśmiechem. Podszedł bliżej i Sonea poczuła, jak miękną jej kolana. Był przystojny i imponujący jak zwykle. Powitał zgromadzonych w holu Magów skinieniem głowy. Spojrzał na nią i chwycił jej lewą dłoń. Uniósł ją i złożył na niej pocałunek, nie spuszczając wzroku z jej twarzy. Zapomniała o tym, co czeka ją za drzwiami. Na krótką chwilę zatonęła w jego czarnych oczach, a myśli bezlitośnie zatańczyły wokół słów, które podpowiadał jej umysł... zostanę jego żoną. Tego budzącego w każdym szacunek, człowieka. Żoną mężczyzny, który nawet, gdy zjawia się spóźniony, sprawia, że wszyscy zamierają w bezruchu i bez cienia niezadowolenia czekają, aż zajmie on swoje miejsce.

Akkarin odsunął usta od jej dłoni i mruknął nisko:

- Do zobaczenia później.

Ruszył w kierunku drzwi i gdy przekroczył próg, Sonea usłyszała, jak rozmowy w środku cichną. Z łatwością wyobraziła sobie, jak wszystkie oczy kierują się w jego stronę. Do jej uszu dobiegł głos Administratora.

- Proszę wszystkich o ciszę - powiedział donośnie. - Za chwilę powitamy Wielkiego Mistrza, przedstawicieli Starszyzny i Mistrzynię Soneę, która zostanie dziś Arcymistrzynią Czarnej Magii. Od stuleci nie przeprowadzano podobnej ceremonii, uznajmy więc ten dzień za wyjątkowy. - Dźwięk jego głosu coraz bardziej odbijał się echem wśród wysokich ścian Sali Dziennej, w miarę jak szmer rozmów zupełnie cichł.

Zobaczyła, jak Osen zmierza w jej kierunku, a tuż za nim setki ciekawskich spojrzeń. W jej krtani utworzyła się ciężka gula, której nie mogła przełknąć. Administrator zamknął za sobą drzwi i gestem dłoni przywołał obecnych do siebie.

- Możemy zaczynać - powiedział, wzrokiem obejmując twarze zgromadzonych. - Wielki Mistrzu...

Balkan rzucił Sonei pobieżne spojrzenie, w którym gościł ledwie widoczny cień niezadowolenia. Na jego twarzy pojawił się złowieszczy uśmieszek. Podszedł do drzwi, otworzył je na oścież i ruszył przed siebie. Tuż za nim podążył Administrator. Sonea stała jak wryta, nie mogąc zmusić stóp do oderwania się z podłogi. Na ramieniu poczuła czyjś dotyk.

- Śmiało - usłyszała głos Mistrzyni Vinary.

Została otoczona przez barwne szaty, reprezentujące dyscypliny oraz dwie postacie w złotym odzieniu - Królewskich Magów. Byli częścią Starszyzny, chociaż rzadko brali udział w zebraniach. Dzisiejszy dzień był jednak szczególny. Czerń jej szaty, pośrodku tych wszystkich kolorów, musiała prezentować się wyjątkowo. Jednak nawet bez tego, gdy przekroczyli próg, wszystkie spojrzenia utkwiły w jej osobie. Nagle strach zniknął, zastąpiony myślami o tym, by się nie potknąć, lub nie przydepnąć skrawka szaty, idących przed nią Magów. Jedynie rozmyślanie o czymś tak prozaicznym, mogło uchronić ją przed spanikowaniem. Zmierzali w stronę podwyższenia na końcu sali, na którym czekały na nich puste krzesła z wysokim oparciem. Gdy mijała pierwszy rząd, rozejrzała się i dostrzegła Rothena, który uśmiechnął się do niej pokrzepiająco. Tuż obok stał Akkarin i obserwował ją czujnie.

Została odprowadzona przez Starszyznę na swoje miejsce. Usiadła, choć przez chwilę obawiała się, że nogi miała tak sztywne, że nie zdoła ich ugiąć. Jednak z cichym westchnięciem opadła na siedzenie i wbiła wzrok w swoje kolana. Dopiero po chwili odważyła się podnieść głowę. Oczy wszystkich obecnych uważnie śledziły każdy jej ruch. Pomyślała, że musiała wyglądać na przerażoną, małą dziewczynkę, więc wyprostowała się nieco i uniosła wyżej podbródek. Przez długą chwilę nic się nie działo i Sonea zaczęła zastanawiać się na co czekają. Nie musiała długo się nad tym głowić. Przy drzwiach wejściowych pojawił się mężczyzna w złocistym stroju i uroczystym głosem oznajmił:

- Król idzie.

Wszyscy Magowie, jak na komendę powstali ze swoich miejsc. Sonea machinalnie postąpiła dokładnie tak samo. Zanim jeszcze utkwiła wzrok w podłodze, wychwyciła przelotne spojrzenie Akkarina.

Ciszę rozdarł dźwięk kroków, które coraz bardziej zbliżały się do niej.

- Dziękuję, czcigodni Magowie, za powitanie - usłyszała głos Merina.

Podniosła wzrok, bo dźwięk ten dobiegł tuż sprzed niej. Tuż przed sobą zobaczyła, rozpromienioną w sztucznym uśmiechu, królewską twarz.

- Wasza Wysokość - powiedziała, przypominając sobie o dworskich zasadach i dygając uprzejmie.

- Mistrzyni Soneo - odparł Merin. - Wielki dzień, prawda? Mam nadzieję, że nie zawiedziesz naszych oczekiwań.

Mówił dziwnie cicho i Sonea zrozumiała, że była to rozmowa przeznaczona wyłącznie dla dwóch par uszu. Poczuła zimny dreszcz zbiegający w dół kręgosłupa.

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, Wasza Wysokość - powiedziała beznamiętnie.

- Nie wątpię - mruknął mężczyzna i oddalił się, by zająć miejsce na najwyższym stopniu.

Sonea odetchnęła z ulgą i podobnie jak reszta Magów, usiadła z powrotem w swoim fotelu. Spojrzała w kierunku Czarnego Maga i zauważyła, jak marszczył brwi w niezadowoleniu. Dotychczas zdawał się być w dobrym nastroju, lecz jej krótka rozmowa z Merinem wyraźnie popsuła mu humor.

Administrator wstał ze swojego miejsca i odchrząknął cicho.

- Otwieram Zgromadzenie - oznajmił. - Dzisiejszego dnia wprowadzimy nową dyscyplinę, która od dziś nazywać będzie się Czarną Magią. Proszę Czarnego Maga Akkarina o zabranie głosu.

Sonea uniosła brwi w zdziwieniu. Nie spodziewała się żadnych przemówień, a tym bardziej ze strony Akkarina. Mężczyzna wstał i cichym szelestem szat podszedł na środek podwyższenia, tak, by wszyscy zgromadzeni mogli go widzieć.

- Szanowni Magowie. Domyślam się, że większości z was, Czarna Magia kojarzy się dość... nieprzyjemnie - zaczął i Sonea zauważyła, jak część Magów wzdryga się z obrzydzeniem. - Jednak nie możecie zaprzeczyć, że gdyby nie ona, Gildia prawdopodobnie przestałaby istnieć - kontynuował, beznamiętnym tonem. - Teraz, nauczeni doświadczeniem, wiemy, do czego doprowadził zakaz praktykowania Czarnej Magii. Możemy cieszyć się, że zagrożenie minęło, ale nie możemy się łudzić, że ono nigdy nie powróci.

Dziewczyna przyglądała, możliwie najdyskretniej, zgromadzonym Magom. Większość słuchała słów Akkarina z lekkim osłupieniem. Musieli być zaskoczeni, że były Wielki Mistrz, który zazwyczaj całe posiedzenia spędzał w milczeniu, zdecydował się przed nimi przemawiać. Nie chcąc uronić choćby słowa, słuchali go w skupieniu.

- Rozmowy na temat wprowadzenia czarnej magii trwały od momentu pokonania Ichanich. Po kilku miesiącach, udało się w końcu dojść do porozumienia. Dzięki wspólnym ustaleniom Rady, zdecydowano, że nauka Czarnej Magii w Gildii będzie mniejszym zagrożeniem, niż narażanie się na kolejne przejawy agresji ze strony Sachaki. Zgodnie z procedurami, nowa dyscyplina musi mieć swojego Arcymistrza. - Zamilkł, jakby dając wszystkim czas na przetrawienie tego, co właśnie powiedział. - Naszym zdaniem, na to stanowisko najlepiej nadawać będzie się Mistrzyni Sonea.

Wzdrygnęła się, słysząc swoje imię. Spojrzała na niego przelotnie, lecz Akkarin nie odrywał wzroku od twarzy swoich słuchaczy. Obecni trwali w ciszy, czekając na dalsze słowa, jednak Czarny Mag niespodziewanie skinął głową, dziękując za uwagę i wrócił na swoje miejsce. Kątem oka zauważyła, że siedząca obok Mistrzyni Vinara, wstaje.

- Starszyzna zaakceptowała ten wybór. Dzisiaj Sonea stanie się Arcymistrzynią Czarnej Magii - powiedziała donośnie. - Soneo? - dziewczyna podskoczyła lekko i natychmiast podniosła się z krzesła. - Czy nadal podtrzymujesz swoją decyzję? Zgadzasz się na przyjęcie nowego tytułu?

Sonea ukłoniła się delikatnie i odpowiedziała niemal szeptem.

- Zgadzam się, Mistrzyni Vinaro.

Usłyszała, jak sala rozbrzmiewa szmerem rozmów, który ucichł prawie tak samo szybko, jak się pojawił. Z miejsca wstał Wielki Mistrz i odchrząknął.

- Zatem zawieśmy sztandar - powiedział głośno.

Zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc, co Balkan miał na myśli. Wtem zauważyła, że tuż przed nią stoi Nowicjusz. Młodziutki chłopiec o rozpalonych w podekscytowaniu błękitnych oczach i jasnych, jak piasek, włosach. Na chwilę odebrało jej tchu, to dziecko tak bardzo przypominało jej... Spojrzała w dół i zobaczyła, że trzymał coś w dłoniach. Potrząsnęła głową, odpędzając natarczywe wspomnienia i chwyciła ciężki materiał. Chłopiec ukłonił jej się z szacunkiem i szybkim krokiem ruszył w kierunku kobiety w czerwonej szacie, która musiała być jego matką. Jeszcze zanim zszedł po schodach, obejrzał się przez ramię i rzucił jej zaciekawione spojrzenie.

- Mistrzyni, pozwól - usłyszała głos Vinary.

Rzuciła jej pytające spojrzenie i zauważyła, że Uzdrowicielka wskazuje coś ręką. Podążyła wzrokiem w tamtym kierunku i natychmiast zrozumiała. Sztandar. Przez te wszystkie lata zapomniała, że znajdowały się w każdej z sal. Szerokie, dumnie wiszące nad głowami Starszyzny. Zobaczyła puste miejsce nad swoim krzesłem i poczuła ukłucie niepokoju. Wszystko wydawało jej się jak ze snu, a jednak działo się... Rozwinęła trzymany w zaciśniętych dłoniach materiał. Czarny jak noc, ze złotym haftem sztandar, osunął się wprost na jej nogi. Uniosła go nieco i przy odrobinie magii zawiesiła na opuszczonych haczykach. Czerń grubego materiału wyglądała imponująco w towarzystwie jaskrawych kolorów innych dyscyplin.

Przełknęła nerwowo ślinę, gdy proporzec zawisł wysoko, tuż obok zielonego sztandaru Uzdrowicieli. Przez chwilę zastanowiła się nad tym, kto był wykonawcą tego dzieła, lecz jej rozmyślania zostały przerwane przez głos Administratora.

- Przystąpmy do nadania tytułu.

Strach wykręcił jej wnętrzności. To właśnie ten moment, nie ma odwrotu. Przywołała do siebie te wszystkie dni, w których tak bardzo pragnęła stać się kimś, na kogo nie będą patrzeć z niechęcią i podążyła na środek, wiedziona przez Mistrza Sarrina, Garrela i Vinarę oraz dwóch królewskich dostojników. Stojąc twarzą do wszystkich obecnych Magów i Nowicjuszy, poczuła uderzenie gorąca. Członkowie Starszyzny położyli ręce na jej ramionach i plecach. Sonea spojrzała na Akkarina i zauważyła, że przyglądał jej się z uśmiechem i ciepłem w oczach, dodając tym samym sił, których jej brakowało.

- Jako przewodnicząca Starszyzny, ogłaszam, że Sonea staje się dzisiaj Arcymistrzynią Czarnej Magii - usłyszała nad głową słowa wypowiadane przez Vinarę. - Z tą chwilą, wszystkie przynależne Starszyźnie prawa, należą się również jej. Nikt nie ma prawa sądzić inaczej, pod groźbą kary.

Sonea zapomniała o strachu, zdumiona rytuałem, który był przeprowadzany. Nikt jej nie uprzedził. Z drugiej strony jej rola ograniczała się jedynie do zawieszenia sztandaru i znoszenia wszystkiego, co się w okół niej działo.

- Rolą Arcymistrza jest doradzać, przewodzić i dawać przykład swoim podopiecznym - kontynuowała Uzdrowicielka. - Nasze cele są szlachetna. Służymy dobru całej Kyralii i Krain Sprzymierzonych. Wasza Wysokość, proszę...

Za plecami usłyszała odgłos kroków i spięła się w gotowości, wiedząc, kogo za chwilę ujrzy. Kątem oka wychwyciła rąbek złotej szaty i zacisnęła mocno szczękę.

- Soneo - powiedział cicho Merin, stając przed nią. - Jakaż wielka odpowiedzialność spoczywa od dziś na twoich barkach, nie sądzisz? - uśmiechnął się słodko.

Był od niej ponad głowę wyższy, lecz nie powstrzymało jej to przed utkwieniem wzroku na jego twarzy.

- Miejmy nadzieję, że Akkarin nie popełnił błedu, typując ciebie na to stanowisko - mówił tak cicho, że Sonea ledwie słyszała jego słowa.

Merin wyciągnął rękę i położył ją na jej prawym ramieniu.

- To prawda. Błędy lubią się mścić, Wasza Wysokość - syknęła, zanim zdążyła ugryźć się w język.

Mężczyzna uniósł brwi w zaskoczeniu.

- Akceptuję decyzję podjęta przez Starszyznę - powiedział, odwracając się do tłumu. - Nadaję Sonei tytuł Arcymistrzyni.

Zdjął dłoń z jej ramienia i wyciągnął ją w kierunku nadbiegającego chłopca, który niósł coś na czerwonej poduszce. Był to ten sam młodzieniec o prawie białych włosach. Sonea skrzywiła się, niechętnie rozpoznając w nim młodszą kopię Dorriena. Merin chwycił spoczywającą na czerwonym materiale tasiemkę. Była tak samo czarna, jak sztandar, który zawiesiła nad swoim fotelem. Boki zostały starannie wyhaftowane złotą nicią, mieniącą się w złocistych promieniach zachodzącego słońca.

- Jeśli pozwolisz - powiedział cicho i chwycił jej dłoń.

Wyprostował jej rękę, po czym zaczął wiązać na przedramieniu przepaskę. Sonea nie odrywała wzroku od jego palców.

- A więc wciąż masz mi za złe decyzję o wygnaniu - mruknął, nie przerywając swojego zajęcia. - Czy to prawda, co mówią o tobie i Akkarinie?

Sonea zmarszczyła brwi, zaskoczona tak nagłą zamianą tematu.

- Nie rozumiem co masz na myśli, Wasza Wysokość - odparła.

Merin w odpowiedzi jedynie uśmiechnął się nieznacznie.

Gdy skończył, odsunął się od niej i skinął głową. Sonea odpowiedziała ukłonem i wymuszonym uśmiechem. Obejrzała zawiązaną opaskę, widoczną jedynie dzięki złotym szwom. Wiedziała, że to tymczasowy zabieg, ponieważ wszyscy przedstawiciele Starszyzny mieli je wszyte w szaty. Napór dłoni na jej barkach i plecach zelżał, i Sonea zrozumiała, że ceremonia dobiegła końca.


- To było dziwne - mruknęła, leżąc wtulona w pierś Akkarina, ze wzrokiem utkwionym w skołtunionej na krześle czarnej szacie. Jej szacie.

Mężczyzna zaśmiał się krótko.

- Nie zdążyłem cię uprzedzić - odparł.

Czule głaskał ją po włosach, które spływały miękkimi falami po jej nagich plecach. Przyszedł do jej nowego mieszkania prawie zaraz po tym, jak je otrzymała, czyli tuż po ceremonii. Po wydarzeniach całego dnia potrzebowała jego bliskości jeszcze bardziej. Nie mogła doczekać się momentu, w którym na powrót będą mogli razem zamieszkać. Na razie o ich planach wiedział jedynie Administrator i Rothen, któremu Sonea zdecydowała się powiedzieć niemal natychmiast. Nie chciała mieć przed nim więcej sekretów.

Mistrz Osen zareagował bardzo spokojnie mówiąc, że to najlepsze rozwiązanie. Później jednak poklepał Akkarina po ramieniu mówiąc, że tak naprawdę, bardzo się cieszy i nie może doczekać się, by zobaczyć minę Balkana. Gdy Sonea powiedziała Rothenowi, ten początkowo pobladł, jednak po chwili uśmiechnął się i mocno ją uściskał. Akceptacja jej związku z Akkarinem przychodziła mu stopniowo, lecz dziewczyna wiedziała, że byli na dobrej drodze.

Leżała wsłuchując się w rytmiczne bicie jego serca, aż poczuła nadciągająca falę znużenia. Podniosła się na ramieniu i spojrzała na niego badawczo. Akkarin odpoczywał z zamkniętymi oczyma, a jego twarz była spokojna i odprężona. Uchylił powieki i gdy zobaczył, że mu się przyglądała, uśmiechnął się delikatnie.

- Co tak cię trapi? - mruknął sennie.

Sonea opuściła wzrok, jak zwykle zmieszana jego przenikliwością.

- Powiedz mi... - zaczęła. - Naprawdę uważasz, że Ichani mogą znowu nas zaatakować?

Akkarin szerzej otworzył oczy i posłał jej poważne spojrzenie.

- Bo jeśli nie, to po co ta nauka czarnej magii w Gildii? - dokończyła szybko.

Podniósł się, a Sonea zmuszona była opaść na poduszkę. Mężczyzna pochylił się nad nią, chwycił jeden z jej kosmyków i założył go za ucho. Przez chwilę bawił się nim, po czym spojrzał na nią mroczniejszym, niż przeciętnie wzrokiem.

- Powiedziałem ci kiedyś, że zagrożenie z ich strony będzie istniało tak długo, jak długo istnieje Sachaka. Nie zmieniłem tego zdania - powiedział. - Jednak, obecnie nie mamy się czego obawiać - dodał, czując narastające w jej ciele napięcie. - Są rozbici i nie mają przywódcy. Ostatnia z nich, mam na myśli Arzę, zginęła. Zjednoczenie się na tyle, by stanowić dla nas niebezpieczeństwo, zajmie im dużo czasu. Stąd konieczność nauki czarnej magii. Jeśli zdecydują się na atak, Gildia będzie lepiej przygotowana.

Sonea westchnęła.

- Ale mogą spróbować w przyszłości - szepnęła.

Przytaknął.

- Tak. Jednak... - powiedział cicho i uniósł się na ramionach na tyle, że całkowicie zakrył ją sobą. Schylił się i miękko pocałował jej usta. - Nie chcę teraz o tym ani myśleć, ani rozmawiać - mruknął i ponownie zbliżył usta do jej własnych. - Mam teraz na głowie o wiele przyjemniejsze zajęcia.

Uśmiechnęła się i prawie natychmiast zapomniała o myślach, które przed chwilą krążyły w jej głowie. Podniosła nieco głowę, by móc znów zasmakować jego ust. Jego palce musnęły skórę na jej ramionach i Sonea westchnęła. Dotyk jego dłoni znała na pamięć, lecz za każdym razem ich ciepło budziło w niej nowy rodzaj ekscytacji. Nie potrafiła się nim nasycić.


Stała przed lustrem i obserwowała się z lekkim niedowierzaniem. Czy to naprawdę była ona? Ta kobieta o długich, kasztanowych włosach i błyszczących w podekscytowaniu ciemnobrązowych oczach? Ubrana w piękną suknię z kremowego aksamitu. Wyglądała zupełnie, jak nie ona i napawało ją to lekkim przerażeniem. Co jeśli to nie jest to, co Akkarin chciałby zobaczyć?

Jednak zarówno Tania, jak i Viola były przekonane, że wyglądała olśniewająco. Nie mogła zaprzeczyć. Sukienka, wysadzana drobnymi kryształkami, prezentowała się wyjątkowo. Gdy zobaczyła ją pierwszy raz, odebrało jej mowę. Poczuła rosnącą w gardle gulę. To nie jej widok tak ją wzruszał, lecz świadomość do kogo należała wcześniej. Rothen przyniósł ją kilka dni wcześniej, zanim jeszcze Sonea zdążyła pomyśleć o sukni ślubnej. Ze łzami w oczach wręczył jej pakunek, mówiąc, że zawsze po części przypominała mu jego żonę. Gdy rozpakowała prezent, zaniemówiła. Była to suknia Yilary. Początkowo wzbraniała się przed jej przyjęciem, jednak Rothen poprosił ją, by uczyniła mu ten zaszczyt i założyła ją w dniu ślubu.

Jeszcze raz obróciła się dookoła sprawdzając, czy materiał dobrze leżał, lecz kreacja zdawała się jakby uszyta specjalnie dla niej. Z lekkim niepokojem obejrzała swój brzuch, lecz krój sukni ukrywał sprytnie ukrywał zaokrąglenie. Cieszyła się, że chociaż o to nie będzie musiała martwić się w tym dniu. Gdyby do niedawnych wydarzeń dołączono nowinę o tym, że para Czarnych Magów spodziewała się dziecka, Gildia mogłaby nie poradzić sobie z taką ilością plotek. Wieść o ich pospiesznym ślubie i tak wstrząsnęła całą społecznością. Akkarin,z pomocą Osena, zaplanował datę ślubu na dwa tygodnie po ceremonii. Przez Gildię przetoczyła się istna nawałnica. Magowie przechwalali się między sobą tym, kto zauważył więcej szczegółów wskazujących na to, że Soneę i Akkarina łączyło jakieś uczucie. Część z nich węszyła nawet jakiś spisek, nie mogąc przełknąć prawdy.

Sonea nauczyła się ignorować ich dość szybko. Z resztą i tak nie potrafiła skupić myśli na czymkolwiek, co nie było związane z Akkarinem i nadchodzącym wielkim dniem. Podskoczyła, gdy usłyszała pukanie do drzwi. Ukazała jej się głowa Violi.

- Pani Soneo. Masz gościa, wpuścić go?

- Tak Violu, dziękuję - odparła.

Spodziewała się zobaczyć Rothena, więc jakże wielkie było jej zdziwienie, gdy w drzwiach stanął mężczyzna w czerwonej szacie.

- Regin... - wyszeptała, a jej głowę natychmiast zalała masa mieszanych uczuć.

Tuż po ceremonii nadania tytułu Regin wyjechał pilnie w głąb kraju. Zanim pochłonęły go obowiązki, nie mieli nawet okazji porozmawiać. Skontaktował się z nią później mentalnie, mówiąc, że dostał pilne wezwanie do jednej z pobliskich wiosek, by rozprawić się z grasującymi bandytami. Jako najmłodszy z Wojowników, musiał zajmować się takimi błahymi, jak je określił, sprawami.

Teraz, gdy na niego patrzyła, wydawał się... zmęczony.

- To prawda? - Jego wzrok błyszczał i gorączkowo omiatał jej sylwetkę. - Pobieracie się? - zapytał z niedowierzaniem.

Sonea skrzyżowała ramiona na piersi.

- Nie rozumiem tego tonu - burknęła.

Regin podszedł do niej tak szybko, że cofnęła się o krok.

- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?

Zmarszczyła brwi i zaprzeczyła ruchem głowy.

- Nie miałam kiedy - odparła. - Poza tym...

- Soneo - powiedział głośno i chwycił ją za ramiona. Dziewczyna spięła się i wbiła w niego zaskoczone spojrzenie. - Przecież wiesz, co do ciebie czuję, mogłaś...

Wyrwała się z jego uścisku i uniosła dłoń w geście, który nakazywał mu milczeć.

- Przestań, nie mów tego. - Jej głos zabrzmiał niemal, jak warknięcie.

Regin nie zamierzał tak łatwo odpuścić. Ponownie zbliżył się do niej i choć tym razem trzymał ręce przy sobie, spojrzał na nią spod zmarszczonych brwi.

- Znasz prawdę! - jęknął. - To, czy ją usłyszysz, czy nie, nie zmieni jej!

Sonea odwróciła się do niego plecami. Ta rozmowa była ostatnim, czego potrzebowała akurat w takim momencie. Zupełnie jak małe dziecko, zakryła uszy i zacisnęła powieki. Naprawdę nie chciała słyszeć tego, co miał jej do powiedzenia. Po chwili poczuła na przedramieniu jego dłoń. Otworzyła oczy i pozwoliła mu odsunąć swoje ręce, tak by móc go słyszeć.

- Mogłaś chociaż mnie uprzedzić... - szepnął z tak wyraźnym bólem, że Sonea poczuła ukłucie w sercu. - Wtedy nie dowiedziałbym się o tym dzisiaj. W dniu, w którym wychodzisz za mąż.

Sonea opuściła wzrok, nie mogąc znieść widoku jego zranionego spojrzenia.

- Chciałam ci powiedzieć...

- Kiedy? Dziś? Czy może kiedy byłoby już po wszystkim? W cale nie zamierzałaś mnie o tym informować - stwierdził gorzko.

Zerknęła na niego. Regin miał rację. Jego zranione spojrzenie wierciło w niej dziurę i w tej samej chwili Sonea zdała sobie sprawę z powodu, dla którego zataiła przed nim tę nowinę. Otworzyła usta, ale wszedł jej w słowo.

- Myślałem, że coś się między nami zmieniło - powiedział. - Że mi ufasz. Widocznie się myliłem.

- To nie tak...

- Dawno przestałem się łudzić, że być może coś do mnie poczujesz... - mówił dalej, cichym głosem. - Zrozumiałem to już jakiś czas temu.

Regin westchnął i zrobił krok w tył. Sonea miała ochotę wyciągnąć po niego dłoń. Było coś bolesnego w sposobie, w jaki się od niej odsunął.

- Myślałem jednak, że jestem dla ciebie chociaż przyjacielem. Gdyby tak było, powiedziałabyś mi. Widocznie myliłem się także co i do tego.

- Jesteś... - chciała zaprotestować.

- Daj mi skończyć - uciął. - Nie stanę między wami. Chcę tylko, żebyś to usłyszała.

Zaprzeczyła ruchem głowy, lecz zanim zdążyła otworzyć usta, Regin znalazł się tak blisko, że jego oddech musnął jej policzki. Doskonale widziała także zielone pręgi, barwiące jego brązowe oczy, teraz błyszczące i wypełnione smutkiem. Wojownik chwycił jej twarz w obie dłonie.

- Kocham cię - szepnął, a następnie ją pocałował.

Pozwoliła mu na ten pocałunek. Nie wiedziała, dlaczego. Czy to z powodu tak widocznego żalu w jego spojrzeniu, czy też własnej słabości... nie potrafiła powiedzieć. Tym razem jego usta nie wzbudziły w niej sprzeciwu. Były miękkie i przyjemne. Gdy odsunął się od niej, oddychał szybko. Sonea patrzyła na niego rozszerzonymi oczami. Przez krótką chwilę mierzyli się wzrokiem, nie mogąc wydobyć z siebie nawet słowa.

Regin chwycił się za głowę i cofnął o krok.

- Przepraszam - powiedział. - Naprawdę Soneo, przepraszam. Kretyn ze mnie. Nie powinienem był tego robić. Wychodzisz za mąż - jęknął, ruchem dłoni wskazując jej strój. - To było niegodne. Mam nadzieję, że mi wybaczysz. Po prostu, zapomnij o tym.

Odwrócił się na pięcie i szybko ruszył w stronę drzwi. Sonea ze ściśniętego gardła zdołała jedynie wykrztusić jego imię. Wojownik spojrzał na nią.

- Pięknie wyglądasz - rzucił, zanim zaniknął za drzwiami.

Jeszcze jakiś czas stała i wpatrywała się w klamkę. Czuła... pustkę. Żadnego gniewu, smutku, czy radości, po prostu pustkę. Opadła na stojące obok krzesło i ukryła twarz w dłoniach. Dopiero po upływie kilku minut ogarnęła ją wściekłość. Jak on śmiał mówić jej coś takiego w dniu ślubu?! I jeszcze ten pocałunek! Zacisnęła mocno zęby, wstała i gniewnie otarła łzy. Podeszła do lustra i wygładziła włosy, upięte w wysoki, lecz swobodny kok. Zerknęła na zegar. Miała jeszcze trochę czasu. Nabrała drżący oddech i powoli wypuściła powietrze. Nie pozwoli, by coś takiego popsuło tak ważny w jej życiu dzień.

Pozwoliłaś mu na ten pocałunek. Szepnął bezlitośnie głosik w jej głowie.


Cienki materiał koszuli nocnej przyjemnie ocierał się o jej ciało, gdy stała przy szeroko otwartym oknie. Ciepły wiatr łaskotał jej twarz, a światło księżyca oświetlało jej sylwetkę. Wciągnęła do płuc zapach nocy. Usłyszała za sobą cichy odgłos kroków i po chwili została otoczona przez silne ramiona. Pod plecami poczuła ciepło jego nagiego torsu. Akkarin wtulił twarz w jej szyję i mruknął sennie:

- Dlaczego nie śpisz?

Oparła głowę na jego barku i przymknęła oczy. Uśmiechnęła się do siebie.

- Za dużo wrażeń, jak na jeden dzień - szepnęła, nie chcąc mącić spowijającej ich ciszy.

Akkarin mocniej przyciągnął ją do siebie.

- Mówisz oczywiście o naszej nocy poślubnej - stwierdził łobuzersko.

Sonea zaśmiała się i odwróciła do niego. W mroku, jego źrenice wydały się jej mroczne i bezdenne, jak niebo za oknem. Jednak w jego spojrzeniu dostrzegła delikatność, a na jego ustach tańczący półuśmiech, w którym to niegdyś się zakochała. Oplotła go ramionami i położyła głowę na jego torsie. Natychmiast usłyszała stanowcze bicie ukrytego pod nim serca.

- A jeśli powiem, że nie do końca o to mi chodziło? - mruknęła.

Mężczyzna pochylił się nad nią i wplótł palce jednej dłoni w jej włosy. Po jej ciele rozszedł się przyjemny dreszcz.

- Będę musiał to zmienić - powiedział nisko, a Sonea natychmiast poczuła, jak miękną jej kolana.

Uniosła głowę i spojrzała na niego, unosząc jedną brew.

- Sądzisz, że jesteś w stanie? - sprowokowała go, mrużąc oczy.

Poczuła jego dłoń u podstawy pleców. Przesunął nią, zarysowując kształt jej pośladka, aż w końcu ułożył ją na jej boku i mocno zacisnął palce. Zbliżył usta do jej rozchylonych warg, aż Sonea wstrzymała oddech.

- Jesteś moją żoną od kilkunastu godzin, a już wystawiasz moją cierpliwość na próbę... - warknął drapieżnie.

Wbiła paznokcie w skórę na jego plecach, wspięła na palce i musnęła jego usta. Akkarin zachłannie odwzajemnił pocałunek. Na chwilę odebrało jej tchu. Podniósł ją z ziemi, a jego dłonie nawet na moment nie straciły kontaktu z jej ciałem. Sprawnie ściągnął z niej koszulkę, a Sonea poczuła na sobie powiew wiatru, który wdarł się do środka przez otwarte okno. Na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Czując to, Akkarin zaniósł ją do łóżka.

Jej ciało palił żywy ogień. Każdy jego dotyk rozpalał nowy płomień, który potęgował jej pożądanie. Całkowicie zatraciła się w miłości, którą dawkował jej z każdym kolejnym pocałunkiem i ruchem ciała. Pragnęła oddać mu się cała. Pragnęła, by ogarniająca ją rozkosz, strawiła ją do końca.

- Kocham cię... - jęknęła, myśląc, że nie jest już w stanie więcej znieść.

Jeśli sądziła, że jej ciało nie mogło zakosztować więcej przyjemności - myliła się. Ich gorące oddechy mieszały się z zapachem ich rozgrzanych ciał, które idealnie współgrały ze sobą w gorączkowym, miłosnym tańcu. Akkarin... Wysłała ku niemu swoje myśli. Otworzyła się przed nim chcąc, by wiedział co czuła. W odpowiedzi usłyszała jedynie zadowolone mruknięcie, które sprawiło, że jej plecy wygięły się w łuk, a ona sama wydała z siebie zduszony okrzyk.


Dwa miesiące później

- Czarna magia w cale nie musi być krwawa, ani brutalna - powiedziała, bacznie obserwując twarz swojego ucznia. - Mam nadzieję, że ćwiczyłeś nad rozciąganiem swojej bariery ochronnej wokół mocy.

Stojący przed nią mężczyzna kiwnął głową. Sonea patrząc w jego oczy, wciąż widziała przed sobą moment, w którym pocałował ją w dniu ślubu. Próbowała wymazać te zdarzenie z pamięci, lecz bezskutecznie. Dlaczego wybrała Regina na swojego ucznia? Z jednej strony, po tym co wydarzyło się w jej pokoju, chciała ograniczyć ich kontakty do minimum. Z drugiej, tęskniła za jego obecnością i szczerymi rozmowami, które mimo wszystko, potrafili między sobą prowadzić. Więc, kiedy przyszedł moment, w którym musiała wybrać, wskazała jego.

Był Wojownikiem, co było dużym atutem. Mimo, że w przyszłości planowała, by każda dziedzina miała swoich czarnych magów, wybór Wojownika na sam początek wydawał się najrozsądniejszy. Fakt, jako Nowicjusz nie zapowiadał się na kogoś, kto byłby w stanie zapanować nad swoją pychą, jednak wiedziała, jak bardzo się zmienił i to ułatwiło jej podjęcie decyzji. Z początku Regin przyjął to z całkowitym zaskoczeniem. Dopiero co zarzucił jej brak zaufania. I nie chodziło tylko o to, by udowodnić mu, że się mylił, lecz ona naprawdę mu ufała. Po kilkunastu godzinach spędzonych na tłumaczeniu mu czym właściwie była czarna magia i jakie były jej korzenie w Gildii, zdecydowała się przejść do praktyki. Wojownik bardzo poważnie traktował naukę, którą zlecała mu między ich zajęciami i Sonea z zadowoleniem mogła powiedzieć, że był dobrym i pilnym uczniem.

Wiosna rozkwitła w pełni, a coraz dłuższe dni zwiastowały, nadchodzące wielkimi krokami, gorące lato. W jej życiu wiele się zmieniło, a przede wszystkim stosunek innych Magów wobec niej. Akkarin miał rację. Zaczęli traktować ją z szacunkiem, nawet jeśli przychodziło im to z trudnością. Jej ciąża przestała być tajemnicą. Gildia dowiedziała się sama. Sonea nie była już w stanie ukrywać zmian w swoim ciele, a teraz, jako żona Akkarina nie miała powodów, dla których musiałaby to robić. Oczywiście wszyscy domyślali się, że do poczęcia dziecka nie doszło w ich noc poślubną, lecz nich nie ośmielił się powiedzieć choćby słowa. Byli małżeństwem, więc nawet Balkan musiał obejść się jedynie smakiem wzniecania kolejnego skandalu wokół czarnych magów.

- Dobrze, teraz spróbuję przekazać ci część swojej mocy - powiedziała do Regina.

Mężczyzna przytaknął i zmarszczył brwi w skupieniu.

- Przypomnę tylko, że żeby to zrobić, muszę jedynie cię dotknąć - dodała. - Gdziekolwiek, byle tylko utrzymać kontakt fizyczny. Na razie nie będziemy próbować tego w drugą stronę. Nie chcę ryzykować sytuacją, w której straciłbyś kontrolę nad przepływem mocy.

Wyciągnęła dłoń i położyła ją na jego przedramieniu. Odkąd zapas jej mocy zdawał się całkowicie zdrowy, Vinara pozwoliła jej na prowadzenie lekcji. Wyglądało na to, że kuracja eliksirem poskutkowała.

- Skup się. Poczujesz zwykły strumień energii. Jeśli poziom twojej mocy jest pełny, tak jak cię prosiłam, energia będzie próbowała uciec. Twoim zadaniem jest rozciągnięcie bariery ochronnej i zmagazynowaniem dodatkowej części - poleciła.

- Dobrze, Mistrzyni - powiedział, posyłając jej ukradkowy uśmiech.

Odwzajemniła go z lekkim rozbawieniem. Przesłała w jego kierunku wiązkę mocy. Na twarzy Wojownika dostrzegła wyraźne skupienie. Po chwili rozluźnił się.

- Mam ją. Chyba mi się udało.

Sonea przerwała transfer i skontrolowała poziom swojej mocy. Nawet się nie zmniejszył.

- Gdybym była Akkarinem, powiedziałabym od razu, czy ci się udało, czy nie - powiedziała, przekrzywiając głowę. - Powiedział mi kiedyś, że potrafi dostrzec nadmiar energii, która prześwituje przez barierę. Ukrywania tego nauczę cię później. Pokaż. - Dotknęła jego dłoni. Cofnęła ją i kiwnęła z zadowoleniem. - Świetnie.

Regin zamyślił się na chwilę. Opuścił głowę i spojrzał na swoje stopy.

- Czy to znaczy, że jestem czarnym magiem? - spytał niepewnie.

Uśmiechnęła się.

- Nie do końca. To, co właśnie zrobiliśmy, nie było nigdy uznawane za czarną magię. Rozciąganie bariery ochronnej to jej element, ale rok temu, nikt nie oskarżyłby cię o praktykowanie zakazanej sztuki.

Mężczyzna odetchnął z ulgą.

- Dziwnie się czuję - przyznał.

Sonea skrzywiła się, przypominając sobie pierwszy raz, gdy zabiła przy użyciu czarnej magii.

- Przyzwyczaisz się. To reakcja organizmu na nadmiar mocy - zamyśliła się, nie mogąc odgonić myśli od tamtej nocy w slumsach... nocy, kiedy wszystko się zaczęło. - Przejdziemy się?

Spacerowali po ogrodach, rozmawiając o niedawnym spotkaniu Starszyzny, w którym uczestniczyła. Słońce mocno grzało ją w plecy, łagodząc ich ból. Nie sądziła, że tak prędko przyjdzie jej się z nim mierzyć. Jej brzuch był raczej niewielkich rozmiarów.

- Ilu uczniów przewiduje dla ciebie Rada? - zapytał.

Wzruszyła ramionami.

- Na razie samo wprowadzenie czarnej magii było dla nich tak dużym krokiem, że nie myślą o kolejnych - powiedziała, rozdrażniona.

Działania Starszyzny ją irytowały. Wszystkie decyzje zapadały wolno i musiały być zawsze poprzedzone zebraniem, na którym nie ustalano nic szczegółowego. Sonea nudziła się na nich niemiłosiernie, lecz nie miała wyboru. Na szczęście odbywały się jedynie co dwa tygodnie, między którymi zajmowała się nauką Regina.

- Najgorszy jest Mistrz Sarrin - jęknęła. - Mam wrażenie, że nie słyszy połowy rzeczy, których mówię.

- Więc jego kłopoty ze słuchem to nie plotki? - zaśmiał się.

- Na to wygląda - wyszczerzyła się. - Na szczęście Mistrzyni Vinara...

Zatrzymała się nagle i zgięła w pół. Regin natychmiast znalazł się obok, gotów podeprzeć ją w razie potrzeby. Uspokoiła go gestem dłoni.

- Wszystko w porządku... - powiedziała cicho.

- Co się stało? - zapytał, uważnie obserwując jej twarz.

Sonea spojrzała na niego i uśmiechnęła się szeroko. Wyprostowała się i położyła dłoń na swoim zaokrąglonym brzuchu.

- Czuję je - odparła zduszonym głosem. - Rusza się i... i to dość mocno.

Wojownik zrobił krok w tył i omiótł wzrokiem jej sylwetkę. Sonea stała jak zamurowana, skupiając się na delikatnych ruchach wewnątrz niej. Już kilka dni temu zdawało jej się, że czuła coś podobnego, ale wtedy te wrażenie minęło zbyt szybko. Na ostatniej wizycie Vinara mówiła jej, że powinna wkrótce zacząć czuć ruchy dziecka. Spodziewała się tego, lecz teraz, gdy czuła te nietypowe bulgotanie i wiercenie, odebrało jej tchu. Pogładziła się w miejscu, pod którym wyraźniej odbierała te nowe doznania i wysłała wewnątrz siebie słowa przepełnione matczyną miłością. Mistrzyni Vinara twierdziła, że dziecko mogło ją słyszeć.

- Na pewno dobrze się czujesz? - zapytał Regin z troską w głosie. - Pobladłaś.

Sonea zaprzeczyła ruchem głowy.

- To chyba z wrażenia - odpowiedziała, nie odrywając spojrzenia od dłoni na swoim brzuchu.

Wojownik nie wydawał się przekonany.

- Może powinnaś pójść do Vinary? - zaproponował.

- Nie. Nie ma takiej potrzeby - uśmiechnęła się pokrzepiająco.

Wtedy to poczuła. Coś zupełnie innego. Najpierw wydawało jej się, że to kolejny ruch dziecka, lecz po chwili zrozumiała, że coś było nie tak. Tępe, pulsujące uczucie w dole brzucha. Skrzywiła się, gdy kolejny dziwne ukłucie sprawiło jej ból. Zauważyła, że Regin odwrócił się od niej, więc zawołała go. Zacisnęła powieki czując, jak nieprzyjemne uczucie rozprzestrzenia się niemal po całym ciele. Nagle, zniknęło. Westchnęła z ulgą i gdy otworzyła oczy zobaczyła parę brązowych oczu, obserwujących ją z niepokojem.

- Coś dziwnego... - zaczęła, jednak nagły pisk w uszach nie pozwolił jej dokończyć.

Krzyknęła, łapiąc się za brzuch, który zapulsował bólem ze zdwojoną siłą. Bezsilnie osunęła się na kolana, lecz zanim upadła na ziemię, poczuła jak ramiona Regina w porę ją chwytają.

- Co się dzieje?! - jak przez mgłę usłyszała jego głos.

Nie była w stanie wydobyć z siebie nawet słowa. Mogła myśleć jedynie o rozpierającym ją bólu. Ogarnął ją paniczny strach, o siebie, o dziecko. Spojrzała na Wojownika iskrzącym się spojrzeniem.

- Zabierz mnie do Uzdrowicieli - wydusiła z zaciśniętych warg.

Twarz Regina zaczęła przed nią wirować i Sonea musiała zamknąć oczy, by nie zwymiotować. Ból w podbrzuszu narastał z każdą chwilą.

- Mistrzyni Vinaro! - rozległo się wołanie mentalne.

- Mistrzu Reginie?

- Sonea! Coś z nią nie tak! - zawołał bezsilnie.

Wtedy do rozmowy włączył tak dobrze znany jej głos.

- Regin, co się dzieje! Gdzie jesteście?! - wysłał Akkarin. Wojownik w odpowiedzi przesłał obraz ogrodów i zwijającej się z bólu Sonei. Wyczuła jeszcze strzępki strachu i gniewu Czarnego Maga, zanim kolejne ukłucie sprawiło, że straciła przytomność.


Nie spuszczał oka z jej pogrążonej w bezsennym majaczeniu twarzy. Co jakiś czas krzywiła się lekko i mruczała niewyraźne słowa. Każdy jej płytki oddech był dla niego agonią. Vinara twierdziła, że po tak małej dawce środka nasennego, powinna obudzić się po niespełna godzinie. Jednak czas mijał, a on ledwo trzymał swój strach pod kontrolą.

Drzwi za jego plecami otworzyły się cicho i do środka weszła starsza Uzdrowicielka. Podeszła do leżanki, na której Regin położył Soneę, przytknęła dłoń do jej czoła i oznajmiła:

- Wybudza się.

W tym samym momencie, Sonea jęknęła głośniej i poruszyła ręką. Akkarin zamarł, gdy jej powieki zatrzepotały i uniosły się. Nieprzytomnym spojrzeniem omiotła ich ściągnięte w zdenerwowaniu twarze. Na jej czole zalśniły kropelki potu. Pochylił się nad nią i wyszeptał:

- Jak się czujesz?

Zagryzła dolną wargę i nabrała drżący oddech.

- Lepiej. Co się stało? - wyszeptała. - Co z dzieckiem?

Arcymistrzyni westchnęła.

- Żyje.

Powiedziała to taki tonem, że Akkarin poczuł zbiegający po plecach, zimny dreszcz. Rzucił kobiecie pytające spojrzenie.

- Mogła je stracić? - zapytał cicho.

Nie chciał nawet dopuszczać do siebie podobnie mrocznej myśli, lecz musiał zapytać. Mimowolnie skrzywił się, gdy Vinara lekko skinęła głową. Odwrócił od niej wzrok i utkwił go w błyszczących ze strachu oczach Sonei, teraz znacznie ciemniejszych, niż normalnie. Zauważył, że jej podbródek lekko zadrżał. Zbliżył się do niej, ujął jej twarz w dłonie i pocałował ją w czoło. Dobrze znany mu zapach wdarł się do jego nozdrzy. Przerażenie utrudniało mu racjonalne myślenie.

- Wiesz, co się stało - powiedziała twardo Sonea. Gdy odsunął się od niej napotkał stalowe spojrzenie, które wbijała w twarz Uzdrowicielki. - Powiedz - zażądała.

Kobieta zacisnęła usta w wąską linijkę.

- Twoja moc nie jest wcale zdrowa. Jest gorzej niż było. Nie widziałam tego wcześniej, lub być może stało się to dopiero teraz - mówiła sztywno.

- Co masz na myśli? - warknęła dziewczyna.

- Bariera ochronna wokół źródła mocy dziecka jest uszkodzona. Pęknięta. Energia, która powinna być zamknięta w środku, wydostaje się na zewnątrz. To szkodzi dziecku. Było zbyt małe, by zagrozić mu wcześniej i wszystko wskazuje na to, że dotychczas czerpało siłę z twojego własnego źródła. Dlatego byłaś osłabiona. Teraz dziecko jest na tyle duże, że potrzebuje więcej. Więc, twój organizm zaczął się bronić.

Z każdym kolejnym słowem Vinary, Akkarin czuł, jak osuwa się w otchłanie swoich najgorszych koszmarów. Serce biło mu jak oszalałe i z trudem łapał kolejne oddechy.

- To znaczy, że...? - szepnęła prawie bezgłośnie Sonea.

- Twoja moc zabija dziecko.