"Poświęcenie"
Zakryła usta dłonią, tłumiąc głośne westchnięcie. Jej oczy wypełniły się łzami i ledwo powstrzymała je przed stoczeniem się po policzkach. Wzrokiem przepełnionym strachem, spojrzała na Akkarina. Czarny Mag był blady i patrzył na nią z niepokojem. Usta miał zwarte w cienką linię, a brwi mocno ściągnięte. Jego oczy błyszczały dziko, i tylko dzięki nim dostrzegła, jak silne rządziły nim emocje. Zwróciła otępiałe spojrzenie w kierunku stojącej u podnóża leżanki Uzdrowicielce. Kobieta mocno zaciskała dłonie na metalowej ramie łóżka. Głowę trzymała nisko opuszczoną.
- Jak to, zabija? - zdołała z siebie wykrztusić.
Drżała na całym ciele. Z trudem oddychała. Głośno wciągnęła powietrze do płuc, mając wrażenie, że za chwilę się udusi. Nie mogła myśleć.
- Co to znaczy, że moja moc zabija dziecko?! - krzyknęła, łamiącym się głosem.
Vinara w końcu spojrzała na nią i pokręcił głową.
- Dla twojego źródła mocy, dziecko stało się czymś w rodzaju rany, którą należy leczyć. Proces ten jest całkowicie niezależny od naszej woli, przecież nie myślimy o leczeniu każdego stłuczenia, czy zadrapania...
- Ale ono jest częścią mnie! - jęknęła, siadając gwałtownie.
Akkarin zerwał się w jej kierunku, lecz powstrzymała go gestem dłoni. Myśli huczały głośno, powodując coraz większy ból głowy. Czuła się, jakby jej ciało przestało należeć do niej. Bo w końcu to ono, bez jej wiedzy, zabijało dziecko. Nie mogła zrozumieć, jak to możliwe. Przecież miała władzę nad własną mocą, dlaczego więc nie mogła zatrzymać tego, co się działo? Kiełkujące wewnątrz niej życie mogło być dla niej najcenniejszym skarbem, lecz dla jej organizmu - pasożytem, który wysysał cenną energię. Spojrzała na Uzdrowicielkę ogłupiałym spojrzeniem.
- Nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje, Soneo... - westchnęła kobieta. - To musi mieć coś wspólnego z raną, które odniosłaś w slumsach.
Dziewczyna skrzywiła się. Położyła drżące dłonie na swoim brzuchu i zacisnęła powieki. Wniknęła wewnątrz ciała i podejrzała swoją moc. Jej stan był nieco zaniżony, lecz nie widziała niczego niepokojącego. Z kolei bariera ochronna wokół mocy dziecka wyglądała jakoś dziwnie. Nie była tak jaskrawa, jak jej własna, tylko lekko zamglona i być może nieco cieńsza. Myślami wróciła do tego, co widziała tamtego dnia, którego nie mogła obudzić się po starciu z Arzą. Wtedy uznała to za senne omamy, lecz teraz zaczynała powoli rozumieć. Tego dnia zobaczyła pęknięcie wokół nowego źródła energii. To o tym mówiła Vinara i to ono pozbawiało jej dziecka sił.
- Jak długo będę w stanie utrzymać je własną mocą ...? - wyszeptała, nie otwierając oczu.
Odpowiedziała jej cisza. Po kilku nieznośnie długich sekundach, spojrzała na Uzdrowicielkę.
- Ja... nie sądzę...
- Musi być jakiś sposób - powiedział Akkarin, podchodząc do Sonei i pochylając się nad nią tak, by móc spojrzeć w jej zasnute łzami oczy. - Prawda? - Odwrócił się w stronę Vinary.
Sonea spuściła głowę, nie mogąc dłużej znieść widoku bezradności na jej twarzy. Akkarin chwycił jej ręce. Dotarło do niej, że zaciskała je w pięści tak mocno, że ich wewnętrzna strona pokryła się śladami po paznokciach.
- Pozwól mi spojrzeć - szepnął łagodnie.
Zgodziła się, słabym ruchem głowy. Nie mogła się zmusić do niczego więcej. Mężczyzna położył dłonie na jej skroniach i poczuła tylko słabe łaskotanie z tyłu głowy, kiedy wszedł do środka. Po krótkim czasie, napór palców osłabł. Cofnął się i powiedział z lekkim drżeniem w głosie;
- Mistrzyni Vinara ma rację. Moc dziecka jest uszkodzona. Ale to nie wszystko, twoja również - Spojrzała na niego przerażonym wzrokiem. - Mimo, że to dobrze ukrywa. Oba źródła są od siebie zależne. Wygląda na to, że kiedy Arza raniła cię nożem, przerwała nie tylko barierę ochroną wokół mocy dziecka, ale także wokół twojej... - westchnął.
- Nigdy nie spotkałam się z czymś podobnym - wtrąciła Vinara. - Nie sądziłam, że moc może zostać trwale uszkodzona. Takie rzeczy się nie zdarzają...
- Nasze ciała są ukrytą barierą dla naszej mocy, więc teoretycznie...
- To musi mieć ścisły związek z ciążą.
- Musiało dojść do uszkodzenia tej bariery... Może istnieje sposób, by ją naprawić.
Sonea obserwowała ich twarze. Raz jedną, raz drugą, z trudem rozumiejąc ich słowa. Serce boleśnie uderzało w jej piersi. Nie mogła skupić się na niczym innym, jak tylko na myśli, że gdy oni rozmawiali, ona traciła swoje dziecko. Pokochała je, a teraz okrutny los, wyciągnął po nie swoje szpony.
- W jaki sposób można je ocalić? - dotarło do niej pytanie z ust Akkarina, lecz Sonea przestała słuchać.
A raczej chciała przestać słuchać. Jednak ich głosy, mimo jej woli, wdzierały się do jej uszu. Pragnęła się wyłączyć, zniknąć, zapaść pod ziemię.
- Widzę tylko jedno wyjście... dziecko nie przetrwa bez mocy Sonei, jednak ona nie jest w stanie utrzymać go do końca ciąży. Zostało przecież jeszcze kilka miesięcy.
- A z pomocą czarnej magii?
- To nie ma znaczenia. Ono i tak słabnie...
Zakryła dłońmi uszy i jęknęła cicho. Każde kolejne słowo sprawiało jej ból. Potęgowało rozpierające kłucie w klatce piersiowej, które nie pozwalało jej normalnie oddychać. Zagryzła dolną wargę.
- Nie pozwolę wybierać między życiem dziecka, a Sonei - warknął Akkarin.
Nie mogła dłużej tego znieść.
- Przestańcie! - krzyknęła, odrywając ręce od uszu i wbijając w ich zaczerwienione od płaczu spojrzenie.
Na chwilę zapanowała idealna cisza, przerywana wyłącznie jej chrapliwym oddechem.
- Czy jest coś, co mogę zrobić, by ono przeżyło? - zaszlochała i otarła spływający po twarzy strumień łez.
Akkarin zrobił w jej stronę krok, lecz Sonea powstrzymała wyciągniętą przed siebie dłonią. Pokręciła głową. Dziecko musiało żyć, żadna inna możliwość nie wchodziła w grę.
- Jest jeden sposób ... - szepnęła Uzdrowicielka. - Ale ryzykowny. Można by wykorzystać twoją moc, aby otoczyć kolejną barierą ochronną tarczę dziecka - zawahała się. - Nie ... musimy poszukać innego wyjścia ...
Sonea poczuła rozprzestrzeniający promyk nadziei. Jaśniejące światełko.
- Czy to pomoże? - zapytała ochrypłym głosem.
Vinara odwróciła się i rzuciła Akkarinowi błagalne spojrzenie. Czarny Mag stał na środku pokoju i uważnie obserwował Soneę. Jego twarz była napięta, a czerń jego źrenic wyrażała ogrom emocji. Sonea zobaczyła w nich wszystko, czego potrzebowała. Jego miłość dawała jej siłę, by być pewną, że była gotowa zrobić wszystko. Wszystko, aby ocalić ich dziecko.
- Soneo, to nie jest najlepszy pomysł... - zaprotestowała kobieta.
Rzuciła jej gniewne spojrzenie.
- Jeśli jest w stanie ocalić moje dziecko przed śmiercią, to jest to jak najlepszy pomysł - powiedziała stanowczo, odnajdując w sobie siłę.
Jakby na potwierdzenie jej własnych słów, poczuła w sobie nagły ruch. Zamarła, z szeroko otwartymi oczami. Akkarin zauważył nagłe napięcie w jej ciele i zapytał zaniepokojony:
- Co się dzieje?
- Rusza się... - wyszeptała. - Podejdź. - Wyciągnęła rękę w jego stronę.
Kiedy ich palce się zetknęły, Sonea ułożyła jego dłoń na swoim brzuchu. Oczy Czarnego Maga rozszerzyły się gwałtownie. Westchnął cicho z niedowierzaniem, gdy dziecko poruszyło się ponownie. Sonea z lekkim uśmiechem i wzruszeniem obserwowała zmiany zachodzące na jego twarzy. Gdyby nie znała go tak dobrze, nie przypuszczałaby, że mogła wyrażać tak wiele uczuć. Ten budzący w niej niegdyś lęk mężczyzna, obserwował swoją dłoń w zaskoczeniu i zarazem przerażeniu. Po chwili osunął się na ziemię i ukląkł przed nią. Nie odrywając oczu od jej brzucha, wyszeptał:
- Niesamowite...
Sonea przeczesała palcami jego czarne włosy, delektując się ich miękkością. Akkarin w końcu spojrzał na nią, wciąż lekko oszołomiony.
- Dziś, poczułam je po raz pierwszy... - powiedziała i posłała mu blady uśmiech.
- Gdybym tylko mógł jakoś pomóc... - szepnął.
- To moje ciało szkodzi dziecku. Zrobię wszystko, aby mogło żyć - powiedziała ze smutkiem.
Czarny Mag spojrzał na nią zranionym wzrokiem. Po sposobie, w jaki marszczył brwi wiedziała, że czuł się winny. Lecz nie miał powodu. To była wyłącznie jej wina. Mimo, że wspólnie dali życie ich dziecku, to ona i nikt inny, będzie odpowiedzialna za jego śmierć, jeśli do tego dopuści. Z czułością dotknęła policzka swojego męża. Mężczyzna chwycił jej dłoń, przyłożył do ust i pocałował jej wewnętrzną stronę. Uwielbiała, kiedy to robił. Pochyliła się, by pocałować go w czubek głowy. Akkarin z westchnieniem posłusznie oddał się jej dotykowi i oparł czoło na jej brzuchu.
- Akkarin, powiedz jej, co to oznacza - dotarł do nich głos Vinary - Ona nie wie, na co się decyduje.
Mężczyzna wzdrygnął się i wyprostował. Dziewczyna spojrzała na niego pytająco. Czarny Mag zacisnął usta i Sonea wiedziała, że toczył ze sobą walkę.
- Powiedz mi, o co chodzi - powiedziała poważnie.
- Soneo... - powiedział, odsuwając się od niej. - Aby zrobić to, o czym mówiła Mistrzyni Vinara, będziemy musieli wykorzystać twoją moc.
Skinęła głową.
- Rozumiem. Oddam tyle, ile tylko jestem w stanie - powiedziała.
- Nie. Nie rozumiesz - zaprzeczyła Uzdrowicielka. - Jeśli nic nie zrobimy, dziecko umrze - powiedziała słabym głosem. - Twoja moc wymyka ci się spod kontroli i powoli je zabija. Możemy jednak inkubować je za pomocą twojej energii. Lecz mocy nie można tak po prostu przenosić. Jest stale związana z tobą, jest częścią ciebie. To, o czym wspomniałam, wiąże się z ogromnym poświęceniem...
Sonea słuchała słów Vinary z szaleńczo walącym w klatce piersiowej sercem. W łonie poczuła kolejny ruch. Mistrzyni Uzdrowicieli odchrząknęła i posłała jej smutne spojrzenie szarych oczu.
- Aby to zrobić, będę musiała związać twoją moc.
Była pewna, że jej serce przestało bić. Jednak zostało tylko zagłuszone przez przenikliwy pisk w uszach. W rzeczywistości, uderzało z taką siłą, że sprawiało jej ogromny ból. Zaschło jej w gardle. Nie mogła wydobyć z siebie słowa. Poczuła na ramieniu dotyk Akkarina. Z wysiłkiem, spojrzała na niego i zanurzyła się w głębi jego ciemnych oczu. Usłyszała odgłos otwierających się drzwi, lecz nie była w stanie oderwać wzroku od twarzy Czarnego Maga. Tylko jego czujny wzrok pozwalał jej na zachowanie resztek świadomości.
- Byłem w mieście, kiedy usłyszałem Regina. Co się stało? - do jej uszu przebił się głos Rothena.
Zadrżała i spojrzała w kierunku, z którego dochodziły niewyraźne słowa. Jednak Alchemik był szybszy, niż jej otępiałe spojrzenie. Natychmiast zjawił się obok niej i czule pogładził po policzku.
- Soneo, co się stało? Dlaczego wzywaliście pomocy?
Nie była w stanie wydobyć z siebie nawet słowa. Mogła tylko patrzeć w jego szaro-niebieskie oczy, podczas gdy te gorączkowo omiatały jej twarz. Na ramieniu Rothena dostrzegła dłoń Akkarina.
- Jest w szoku. Pozwól za mną... - mruknął Mag, odciągając Alchemika na bok.
Sonea spojrzała w dół na swoje kolana i zdała sobie sprawę, że drży na całym ciele. Objęła się ramionami, lecz nie mogła się uspokoić. Zamknęła oczy, marząc, by wszystko okazało się tylko złym snem. Wychwyciła strzępy rozmowy między swoim mężem i Rothen.
- Przybyłem tak szybko, jak tylko byłem w stanie - wydusił z siebie Alchemik, dysząc ciężko. - Po drodze spotkałem Regina, był blady, jak ściana.
- Sonea źle się poczuła. Coś jest nie tak z jej mocą, ona... - powiedział Akkarin, lecz Sonea nie zamierzała słuchać tego po raz kolejny.
Wciągnęła do płuc kolejny chrapliwy oddech. Dusiła się. Musiała wyjść. Uciec. Gdziekolwiek, byle jak najdalej stąd.
Nie myśląc o tym co robi, wstała. Jej nogi niepewnie trzymał ją w pionie. Zmusiła je do oderwania się z podłogi. Zebrała w sobie wszystkie siły i wybiegła z pokoju, mijając pogrążonych w szeptanej rozmowie Magów. Nawet, jeśli któryś z nich próbował ją powstrzymać, nie słyszała żadnego wołania. Wyłącznie własne serce, głośno bijące z wysiłku.
Zwolniła, gdy znalazła się na Dziedzińcu. Skierowała kroki w stronę lasu. Było to jedyne miejsce, które przyszło jej do głowy. Zanim się zorientowała, stopy zaprowadziły ją nad strumień. Westchnęła. Od czasu walki z Ichanimi przychodziła tutaj wielokrotnie. Zwykle odnajdywała tu spokój i udawało jej się zapomnieć o problemach. Lecz nie tym razem. Usiadła na kamieniu i ukryła twarz w dłoniach. W końcu mogła pozwolić łzom spłynąć po jej policzkach. Długi czas po prostu płakała. Nie dlatego, że nie wiedziała co robić. Płakała, bo czuła się bezsilna wobec nieszczęść, które zawsze ją spotykały. Czym zasłużyła sobie na takie traktowanie przez los? Dlaczego towarzyszący jej pech, musiał także dotknąć jej dziecko?
Obiema dłońmi, czule pogłaskała swój brzuch.
- Zrobię wszystko ... - wyszeptała, przełykając słone łzy.
Jeśli zmuszona była wyrzec się mocy, by móc je uratować, była gotowa to zrobić. Poczuła ukłucie żalu. Przyzwyczaiła się do jej posiadania i wiedziała, że trudno będzie rozstać się ze wszystkim, co dawała jej magiczna moc. Od dnia, w którym nauczyła się ją kontrolować, stała się jej drugą połową. Używała jej do najprostszych czynności, często nieświadomie. Nikt dobrowolnie nie poddawał się procesowi jej wiązania. Jęknęła głośno.
Ona nie miała wyboru. Albo raczej, był on ograniczony do wyboru między własną pychą, a życiem jej dziecka. Dziecka Akkarina. Z całego serca zapragnęła, by znalazł się obok niej. Ten jeden raz, los wysłuchał jej prośby. Usłyszała jego ciche kroki, gdy wspinał się na wzgórze. Wiedziała, że za nią podąży. Gdy wyłonił się zza drzew, zatrzymał się i odetchnął z ulgą. Powoli podszedł i uklęknął przed nią. Sonea nie podniosła wzroku.
- Miałem nadzieję znaleźć cię właśnie tutaj - powiedział cicho.
W odpowiedzi, jedynie cicho pociągnęła nosem.
- Nie musisz tego robić - dodał.
Podniosła głowę gwałtownie i spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Nie możesz mówić tego poważnie... - wyszeptała. - Wiesz, że ono wtedy umrze.
Akkarin pokręcił głową i zakrył dłonią jej własną, zaciśniętą w pięść.
- Chcę tylko powiedzieć, że nikt nie będzie cię za to oceniać...
Sonea zerwała się na równe nogi. Ogarnął ją nagły gniew.
- Tu nie chodzi o... o innych. Już dawno przestałam się liczyć z tym, co myślą o mnie inni. Ale czy myślisz, że będę w stanie spojrzeć w lustro, wiedząc, że zabiłam nasze dziecko?! Wiedząc, że mogłam je ocalić, ale... - urwała, bo zabrakło jej tchu.
Akkarin, wciąż klęcząc na trawie, patrzył na nią w oczekiwaniu. W jego oczach nie było nawet cienia złości. Z kolei ona czuła, jak coraz większa wściekłość zalewa jej serce. Jak mógł...?
- To nie jest wysoka cena w zamian za życie - wyszeptała i odruchowo przyłożyła dłoń do brzucha. - Zrobię to. Gdybym musiała poświecić własne życie, nie wahałabym się. Nie wiem, jak mogłeś nawet przez chwilę pomyśleć inaczej...!
Jego twarz wykrzywiła się w grymasie. Wstał i podszedł do niej szybko. Zanim zdążyła zaprotestować, zamknął ją w szczelnym uścisku. Zesztywniała, lecz gdy pochylił twarz w stronę jej włosów, bezwładnie osunęła się w jego ramiona i rozpłakała się. Akkarin mocniej przycisnął ją do siebie. Pochylił się nad jej uchem i wyszeptał:
- Źle mnie zrozumiałaś. Kocham was. Ciebie i nasze dziecko. Chciałem tylko, byś wiedziała, że będę wspierał się w każdej decyzji, którą podejmiesz.
Zaszlochała głośno i wtuliła się w jego pierś. Jej łzy moczyły czarny materiał jego szaty. Przygryzła wargę, mając nadzieję, że być może ból pozwoli jej się opanować. Jednak nie była w stanie powstrzymać ogarniającej ją rozpaczy.
Akkarin gładził ją po włosach, a gdy to nie pomogło, poczuła jak zaczął kołysać ją w ramionach. Powoli zaczęła się uspokajać. Kurczowo trzymała się go, jakby obawiając się, że jeśli straci oparcie, ześlizgnie się na trawę. Po kilku długich minutach, wypełnionych coraz słabszym płaczem, zamilkła. Czarny Maga nie odsuwał się od jej, cierpliwie trzymając ją w ramionach i równie jak ona, milcząc. Sonea była wdzięczna, że nie próbował zaczynać rozmowy. Jedynym czego potrzebowała, była kojąca moc jego bliskości.
W końcu rozluźniła palce, które zaciskała na jego plecach i zrobiła niepewny krok w tył. Akkarin wciąż trzymał ręce na jej ramionach, jakby obawiał się, że się przewróci. Spojrzała na niego poważnymi, choć zaczerwienionymi od łez, oczami.
- Moja moc jest niczym, w porównaniu z życiem naszego dziecka - powiedziała. Czarny Mag skinął głową. - Podjęłam decyzję od razu i nie zmienię jej. Mam tylko jeden... warunek.
Akkarin pochylił się nad nią lekko, chcąc ją lepiej słyszeć. Jej głos był cichy i wątły. Z trudem wypowiadała każde słowo. Nabrała do płuc drżący oddech.
- Chcę, żebyś ty to zrobił.
Odszedł od łóżka dopiero wtedy, gdy był pewien, że zapadła w głęboki sen. Delikatna skóra wokół jej oczu wciąż była zaczerwieniona i opuchnięta. Akkarin nawet nie próbował powstrzymać jej łez. Choć sam ich widok sprawiał mu ból, wiedział, że nie mógł nic zrobić. Znał ją dobrze i był pewien, że sama poradzi sobie z własnym cierpieniem. Robiła to wcześniej wiele razy. Nie przestawała go zaskakiwać. Była taka silna... Podziwiał jej odwagę i determinację.
Na myśl o tym, czego chciała się podjąć, poczuł nieprzyjemne ukłucie w sercu. Część jego rozumiała jej bohaterską decyzję, lecz jego druga strona, ta, z którą od zawsze musiał walczyć, nie mogła się z tym pogodzić. Nie był w stanie powstrzymać gniewu, który się w nim zrodził. Gniewu na własne, jeszcze nienarodzone dziecko.
Ostrożnie podszedł do okna i spojrzał na rozciągający się przed nim widok na lasy wokół Gildii. Mieszkanie Sonei, w którym zamieszkali po ślubie, było przestronne i pięknie urządzone. Po zaledwie dwóch miesiącach, które w nim spędzili, Sonei udało się nadać mu niepowtarzalny charakter. Wszędzie wyczuwał w nim jej obecność. Jej książki, które namiętnie kupowała za ogromną pensję, notatki, puszki w kuchni z raką, do której smaku nie mógł się przekonać - to wszystko sprawiało, że lubił wracać do tego miejsca. Nawet widok za oknem pozwalał mu się odprężyć. To była jego oaza spokoju, pierwsza, którą kiedykolwiek posiadał. Uśmiechnął się do siebie. W końcu miał to, o czym nawet nie ośmielał się marzyć, lecz zawsze w głębi serca pragnął. Miał dom, wypełniony jej miłością i dziecko, które wkrótce przyjdzie na świat.
Jak mógł obarczać je winą za to, że chciało żyć? Wiedział, że nie powinien, jednak ukryte w nim demony, nie pozwalały odpędzić od siebie myśli, że gdyby nie ono, Sonea nie musiałaby wyrzekać się swojej mocy. Usłyszał ciche westchnięcie i spojrzał na jej pogrążoną we śnie twarz. Potrząsnął głową i ponownie utkwił wzrok w czubkach drzew za oknem.
Siedział w fotelu i przeglądał zeszyt, w którym znalazł rysunki Sonei. Jego odkrycie go zaskoczyło. Nie wiedział, że miała taki talent. Znaczna część szkiców przedstawiała jego i musiał przyznać, że był na nich do siebie bardzo podobny. Nie sądził jednak, że jego wzrok był zwykle tak surowy. Na kolejnych stronach widniały podobizny Dorriena i skrzywił się pod wzrokiem, który posyłały mu jego oczy, niemal jak żywe. Wzdrygnął się, gdy usłyszał pukanie. Wstał, podszedł do drzwi, za którymi spała Sonei i zamknął je. Zanim to zrobił, sprawdził jeszcze, czy przypadkiem się nie obudziła. Wciąż spała, niespokojnie wiercąc się pod skołtunioną kołdrą.
- Proszę - powiedział, wpuszczając gościa do środka.
- Akkarin - powitał go Rothen.
Czarny Mag odpowiedział mu skinieniem głowy. Alchemik wszedł i stanął na środku pokoju.
- Siadaj - zaprosił go gestem ręki i sam zajął miejsce w jednym z foteli.
Zajęło im trochę czasu, zanim zdołali się do siebie przekonać. Akkarin wciąż czuł lekką złość na myśl o tym, do czego mogła doprowadzić lekkomyślność Rothena. Ten z kolei wciąż utrzymywał między nimi pewien dystans, chociaż z każdym dniem pracowali nad poprawieniem relacji między sobą. Rothen był częstym gościem w ich domu. Sonea nalegała, by próbowali przełamać lody, lecz Akkarin ograniczał się jedynie do wymiany uprzejmości i niezobowiązujących pogawędek. Nie zapomniał o udziale Alchemika w akcji ratunkowej, po prostu nie mógł pozwolić sobie na wybuchy złości. Nie kiedy Sonea miała ich na oku.
- Powiesz mi w końcu, co się stało? - spytał Rothen. - Vinara powiedziała, że sam mam cię zapytać. Po tym, jak wyszedłeś, nie chciała ze mną więcej rozmawiać.
- Sonea mogła stracić dziecko - wyjaśnił tak spokojnie, jak tylko był w stanie.
Alchemik jęknął i osunął się na oparcie fotela. Patrzył na niego przerażonym wzrokiem.
- Vinara dała jej leki, po których poczuła się lepiej, lecz nie na długo - kontynuował. - Wszystko przez to, że moc dziecka jest uszkodzona. Stopniowo traci swoją energię i jednocześnie zabiera ją Sonei. Jej organizm zaczął już z nim nawet walczyć. Nie będzie w stanie dłużej tego ciągnąć. A dziecko i tak słabnie...
- Ono nie przeżyje? To już przesądzone? - zapytał zduszonym głosem, zasłaniając usta dłonią.
- Nie... - zaprzeczył. - Jest jeden sposób.
- Jaki?
- Można użyć energii Sonei do obudowania mocy dziecka.
Rothen zmarszczył brwi.
- Nie rozumiem. Jego bariera ochronna i tak jest uszkodzona.
- To prawda, ale można... przenieść na nie jej moc.
Alchemik rozszerzył oczy i wyprostował się gwałtownie.
- W jaki sposób? Źródło energii jest trwale związane z jego właścicielem.
Akkarin nie odpowiedział. Wiedział, że mężczyzna za krótką chwilę sam dojdzie do prawdy. Praktyka wiązania mocy i przenoszenia jej ze swojego pierwotnego miejsca, była stosunkowo populara, kiedy jeszcze nauka uzdrawiania nie była na tyle rozwinięta. Rothen miał z nią pewne doświadczenie.
- Zwiążecie jej moc... - wyszeptał z niedowierzaniem.
- To jedyny sposób - powiedział, wpatrując się w podłokietnik swojego krzesła.
- Całkowicie bezużyteczny! - warknął tamten, zaciskając pięści.
- Jest duża szansa, że się powiedzie.
- Ale może się nie udać, wtedy dziecko i tak umrze, a Sonea zostanie pozbawiona swojej mocy! - krzyknął.
Akkarin skrzywił się i spojrzał na niego ostrzegawczo.
- Obudzisz Soneę.
- Czy ona w ogóle wie, jakie jest prawdopodobieństwo, że to zadziała? Wiesz, jak skończyło się to w przypadku ...
- Twoja żona była śmiertelnie chora - powiedział chłodno. Rothen zamarł. Zacisnął usta tak mocno, aż prawie straciły cały kolor. Akkarin odetchnął, starając się opanować gniew. - Umarłaby tak, czy inaczej, Rothenie - dodał już zupełnie łagodnie.
- Dlaczego umarła? - usłyszeli za sobą słaby głos.
Akkarin zacisnął powieki i w duchu przeklął ich nieostrożność. Powinien wyjść z Alchemikiem na spacer, jednak nie chciał zostawić jej samej.
- Soneo... - powiedział cicho, odwracając się do niej. Stała w drzwiach i obserwowała ich spod zmarszczonych brwi. - Obudziliśmy cię?
- Dlaczego twoja żona umarła? - powtórzyła zadane wcześniej pytanie.
Rothen westchnął głośno.
- Była bardzo chora. Nic nie pomagało, więc zdecydowaliśmy się na ostateczność. Lecz to również okazało się bezskuteczne - powiedział smutnym głosem.
- Co to ma wspólnego ze mną?
- Mówiąc o ostateczności, mam na myśli to, co chcesz zrobić, aby uratować swoje dziecko. W ciele Yilary Uzdrowiciele wykryli guza. Żadne techniki lecznicze nie zdawały egzaminu. Myśleliśmy, że jeśli otoczymy go barierą ochronną, być może przestanie ją dalej osłabiać... Ale to nie pomogło.
Sonea spojrzała na swoje bose stopy. Szczelniej owinęła się swetrem, który narzuciła na ramiona.
- Inaczej ono umrze, Rothenie... - wyszeptała.
Starszy Mag wstał, podszedł do niej i mocno przytulił.
- Wiem... - wydusił z siebie. - Wiem, kochanie. Jesteś taka dzielna.
Akkarin obserwował ich z bólem. Po sposobie, w jaki Alchemik patrzył na swoją byłą nowicjuszkę widział, jak wiele dla niego znaczyła. Myśl o tym, na jak wielkie poświęcenie decydowała się Sonea, była przytłaczająca dla nich obu. Dopiero co została Arcymistrzynią i rozpoczęła szkolenie swojego nowego ucznia, a już zmuszona była z tego rezygnować. Sonea wyplątała z uścisku Rothena i spojrzała na niego zmęczonym od płaczu, słabym wzrokiem.
- Nie musicie tego ani rozumieć, ani akceptować - powiedziała głosem tak poważnym, że Akkarin poczuł dreszcz na karku. - Ja już wybrałam.
Zmusił się do podniesienia się z fotela, lecz Sonea zdążyła się odwrócić i zniknąć w ich sypialni, zamykając za sobą drzwi. Skrzywił się. Była na niego zła. Nie zgodził się być tym, który zwiąże jej moc. Odmówił, bo przerażał go rozmiar odpowiedzialności. Po raz kolejny, uciekał przed nią i wiedział, że nie może dłużej tego ciągnąć. Sonea potrzebowała jego wsparcia.
Następnego ranka czuła się tak źle, że z trudem zwlekła się z łóżka. Akkarin prawie siłą wmusił w nią śniadanie, a gdy jadła, obserwował ją krytycznym wzrokiem. Nie podniosła spojrzenia ani razu. Jedzenie Takana było przepyszne, lecz ona z wysiłkiem przełykała każdy kolejny kęs. W końcu odsunęła do siebie talerz.
- Dziękuję - wymamrotała i zaczęła podnosić się z miejsca. Zatrzymała ją jego dłoń.
- Soneo... - powiedział, a w jego głosie usłyszała prośbę.
Wyciągnęła swoją dłoń spod jego własnej i ruszyła w stronę sypialni. Musiała zająć się wszystkimi pilnymi sprawami, które na nią czekały, tak szybko jak tylko mogła. Nie mieli zbyt wiele czasu: ona i dziecko. Tak jak się spodziewała, za plecami usłyszała dźwięk jego kroków. Akkarin dogonił ją i otoczył ramionami.
- Zaczekaj - mruknął.
Wiedziała, że walka nie będzie miała sensu. Czuła się słaba i tak rozpaczliwie potrzebowała go obok siebie, że gdy tylko do jej nozdrzy wdarł się jego znajomy zapach, jej oczy wypełniły się łzami. Objęła jego ramiona i oparła głowę o jego pierś. Westchnęła ciężko.
- Jeśli to dla ciebie takie ważne... - wyszeptał niepewnie. - Zrobię to.
Serce podskoczyło jej do gardła. Tak szybko, na ile pozwoliły jej jego ręce, odwróciła się by spojrzeć na niego z zaskoczeniem. Akkarin rzadko zmieniał zdanie.
- Naprawdę? - zapytała, marszcząc brwi.
Czarny Mag nieznacznie skinął głową.
- Z pomocą Vinary, nie powinno być to trudne - powiedział.
Sonea zagryzła wargę, nie chcąc znowu się rozpłakać. Cały poprzedni dzień wybuchała niekontrolowanym płaczem i miała już tego szczerze dość. Akkarin jednak dostrzegł jej szkliste spojrzenie i skrzywił się. Jedną dłonią musnął jej policzek i pochylił się, by ucałować jej czoło. Sonea zamknęła powieki, gdy poczuła ciepło jego oddechu na twarzy.
- Jestem z ciebie dumny. Zadziwiasz mnie - mruknął cicho, nie odrywając ust od czubka jej głowy. - Będziesz wspaniałą matką. Nasze dziecko już o tym wie.
Chcąc ukryć łzy, wtuliła się w jego pierś. Nie mogła pozwolić sobie na kolejną chwilę słabości. Chciała, żeby było już po wszystkim. By mogła przestać drżeć o życie swojego maleństwa i nie myśleć o tym, czego się dla niego wyrzeka.
- Dziękuję... - wyszeptała.
Dziękowała za wszystko. Za jego miłość, za okazywane jej wsparcie, za bycie jej prawdziwym przyjacielem. Za to, ile musiał poświęcić, by mogli być razem. Mało kto wiedział, że ich małżeństwo całkowicie przekreśliło jego szanse na odnowienie kontaktu z rodziną, która po wygnaniu odcięła się od niego niemal zupełnie. Był dla niej wszystkim. Był rodziną, której tak naprawdę nigdy nie miała. U jego boku zaznała spokoju i wydawało jej się, że on także go odnalazł.
- Kocham cię, Soneo. Wiesz o tym - powiedział, odgarniając włosy z jej twarzy i całując jej policzek.
Ciepło rozlało się od jej serca, aż po końce palców. Zdołała się nawet uśmiechnąć.
- Zawsze - odparła.
