"Ostatni zakręt"
Drobne kamienie zgrzytały pod jego stopami z przyjemnym dla ucha dźwiękiem, gdy szedł ścieżką prowadzącą do najbardziej oddalonej części Ogrodów. Wiedział, że tam ją zastanie. Nie pomylił się. Poczuł ciepło na wysokości serca, gdy dotarł do niego jej śmiech. Rzecz tak prosta, a tak bardzo przez niego pożądana. Czasem udawało mu się ją rozbawić. Nigdy nie był typem żartownisia, lecz dla niej stałby się kimkolwiek, jeśli sprawiłoby to, że kąciki jej ust uniosłyby się w górę. Powolnym krokiem zmierzał przed siebie, nie chcąc dotrzeć na miejsce zbyt szybko i przerwać sytuacji, która sprawiła, że Sonea się śmiała.
Podwinął rękawy szaty. Lato było niesamowicie upalne. Powietrze wypełniał zapach rozgrzanej, suchej trawy, a przy braku jakiegokolwiek wiatru żar lejący się z nieba, był niemal nie do zniesienia. Popołudniową ciszę przerywała chaotyczna muzyka setek świerszczy, ukrytych w wysokiej gęstwinie, pokrywającą tą zlewającą się już z lasem, rzadko uczęszczaną część ogrodów.
- Proszę, zrób to jeszcze raz! - usłyszał jej radosny głos.
W tym samym momencie, wyszedł na niewielką polanę i zobaczył scenę, którą sprawiła, że zatrzymał się i mimowolnie roześmiał. W cieniu, pod rozłożystym drzewem, na kocu leżała Sonea, oparta na wysokich poduszkach. Na znacznie wystającym brzuchu trzymała szklankę z wodą, która kołysała się w rytm jej śmiechu. Tuż przed nią siedział Rothen, z zawiązanym wokół szyi śliniaczkiem.
Gdy usłyszeli jego śmiech, twarz Alchemika pokryła się purpurą i natychmiast zerwał z siebie swoją niecodzienną ozdobę. Sonea zwróciła błyszczące oczy w jego kierunku i Akkarin pomyślał, że z każdym dniem wyglądała coraz piękniej.
- Ciotka Sonei przyniosła paczkę - wytłumaczył Rothen, wciąż silnie zaczerwieniony.
- Dlaczego nie dostałem zaproszenia na te przebieranki? - zapytał, podchodząc bliżej.
Schylił się i przelotnie pocałował ją w usta. Usiadł między nimi, krzyżując nogi. Alchemik burknął coś w odpowiedzi i pospiesznie odłożył śliniak do paczuszki u stóp Sonei.
- Jona podarowała mi rzeczy po Kerrelu i Hani - powiedziała Sonea, rzucając w jego kierunku najmniejszą parę spodni, jaką Akkarin w życiu widział.
Podniósł je i przyjrzał im się uważnie.
- To miło z jej strony - odparł z uśmiechem.
Pokój, który przeznaczyli dla dziecka pękał już w szwach od maleńkich bucików, ubranek i przyborów, o których istnieniu nie miał wcześniej pojęcia. Wieść o tym, czego podjęła się Sonea, obiegła Gildię szybciej, niż się tego spodziewał. Jeśli wcześniej cieszyła się szacunkiem, będąc Arcymistrzynią, teraz była wręcz podziwiana. W ciągu pierwszych kilku dni, gdy Sonea dochodziła do siebie, do ich drzwi pukały dziesiątki osób, wręczając drobne prezenty. Kobiety nie ukrywały swojego wzruszenia, a mężczyźni z powagą przekazywali słowa uznania. Odwiedził ich nawet Wielki Mistrz i po raz pierwszy, odkąd Akkarin sięgał pamięcią, uśmiechnął się do nich. Soneę niewiele to obchodziło, lecz z biegiem czasu doceniła gesty, na które zdobyła się społeczność magów.
- Powiedziała, że wyglądam, jakbym za chwilę miała pęknąć - powiedziała Sonea z lekkim rozbawieniem.
- Moim zdaniem wyglądasz pięknie - mruknął, chwycił jej dłoń i pocałował ją delikatnie.
Usłyszał ciche chrząknięcie.
- Vinara mówiła, że może rodzić lada dzień - powiedział Rothen.
Akkarin omiótł wzrokiem jej brzuch. Sonea jęknęła cicho, gdy dziecko kopnęło tak gwałtownie, że mogli zauważyć jego ruchy.
- Myślę, że ono także się niecierpliwi - mruknęła do siebie.
Jak to określiła Viola, Sonea była na ostatnich nogach. Każdy kolejny dzień mógł się okazać właśnie tym dniem. Denerwował się na samą myśl. Dopóki dziecko znajdowało się w bezpiecznym dla niego ciele Sonei, mieli pewność, że nic mu nie grozi. Po tym, jak związał moc Sonei wokół dziecka, nie wiedzieli do końca co stanie się po porodzie. Vinara przekonywała ich, że najgorsze mają już za sobą i że nic mu się nie stanie. Mimo wszystko z niepokojem oczekiwał chwili, w której wszystko się zacznie.
- Właśnie dlatego cię szukałem - oznajmił. - Vinara chciała cię widzieć.
- Dlaczego po prostu mnie... - zaczęła, lecz prawie natychmiast zamilkła i opuściła głowę.
... nie zawołała. Dokończył za nią w myślach. Czasem zapominała. A kiedy zdawała sobie z tego sprawę, momentalnie poważniała i odpływała myślami w nieznane mu zakamarki jej umysłu. Zamknął w uścisku jej drobną dłoń. Podniosła na niego spojrzenie, które nagle pociemniało, jak zwykle w takich momentach. Posłał jej pokrzepiający uśmiech, które nieco rozjaśnił mrok w jej oczach.
- W takim razie, chodźmy - powiedziała, rozplątując ich złączone palce.
Zaczęła się podnosić, więc pospieszył jej z pomocą. Gdy już stała wyprostowała, skrzywiła się i jęknęła cicho:
- Moje plecy...
Akkarin z trudem powstrzymał się przed posłaniem w jej ciało leczniczej energii. Wiedział z jaką reakcją by się spotkał. Z gniewem i odtrąceniem. Nie chciała jego mocy. Denerwowała się za każdym razem, gdy proponował jej chociaż odrobinę, by złagodzić ból. Poczuł, że mocniej zaciska palce na jego przedramieniu, więc zerknął na nią badawczo. Sonea zagryzała dolną wargę i marszczyła brwi. Natychmiast poczuł ukłucie niepokoju.
- Dobrze się czujesz? - uprzedził jego pytanie Rothen.
Dziewczyna westchnęła głośno, a jej twarz wykrzywił lekki grymas. Po chwili rozluźniła się i spojrzała na nich szeroko otwartymi oczami, błyszczącymi mieszanką strachu i podekscytowania.
- Chyba się zaczęło - wydusiła z siebie.
Cztery miesiące później...
Dziecko urodziło się zdrowe. Był to chłopiec, zgodnie z jej przeczuciami. Gdy z głośnym krzykiem przyszedł na świat, jego główkę pokrywały gęste brązowe włosy. Lecz jego oczy były czarne jak noc. Nie zmieniło się to w ciągu kolejnych kilku miesięcy. Dali mu na imię Roien, tym samym doprowadzając Rothena do łez.
Poród nie był łatwy ani krótki, lecz Sonea szybko zapomniała o bólu i zatraciła się w poczuciu szczęścia, które dawało jej trzymanie syna w objęciach. Chłopiec był grzeczny i bardzo spokojny. Często, gdy karmiła go piersią, obserwował ją poważnymi, ciemnymi oczyma, jakby chciał jej coś powiedzieć. Sonea śmiała się, że potrafił paraliżować ludzi wzrokiem, zupełnie jak jego ojciec. Natomiast Akkarin pękał z dumy. Początkowo zachowywał się przy nim niepewnie, jakby w obawie, że mógłby go skrzywdzić, lecz szybko pokonał własne uprzedzenia. Lubił na niego patrzeć, gdy spał i zawsze wtedy na jego twarzy błądził półuśmiech.
Sonea była szczęśliwa patrząc na ich małą rodzinę. Czasami w nocy budziły ją koszmary, w których czuła swoją moc. Budziła się zlana zimnym potem, lecz zawsze obok był Akkarin i jego dłonie, gotowe ukoić jej cierpienie. W ciągu dnia zdarzało jej się odpływać myślami gdzieś daleko. Jeśli ogarniał ją nagły smutek, patrzyła na uśmiechniętą buzię swojego dziecka, w jego błyszczące czarne oczy i odzyskiwała spokój.
Regin szybko opanował znajomość Czarnej Magii i przywdział odpowiednie szaty. Jego nauką zajął się oczywiście Akkarin, lecz od razu odmówił objęcia stanowiska Arcymistrza. Posada pozostała wolna i nikt nie ośmielał się na razie mówić o nadawaniu nowego tytułu. Dla Sonei ciekawa była relacja, która rozwinęła się pomiędzy dwoma czarnymi magami. Zadziwiało ją to, jak szybko zdołali pokonać wzajemną niechęć i być może nawet się polubić. Więc kiedy zaproponowała zaproszenie Regina na kolację, Akkarin zgodził się bez najmniejszych problemów.
Poleciła Takanowi przygotowanie najlepszych dań, a Violi zastawienie stołu. Sama udała się do pokoju Roiena. Malec odbywał akurat południową drzemkę. Z uśmiechem przyjrzała się jego śpiącej twarzy i poczuła znajome ciepło na wysokości serca. Wyciągnęła palec wskazujący i delikatnie położyła go na otwartej dłoni dziecka. Chłopiec odruchowo zacisnął piąstkę. Sonea pochyliła się na łóżeczkiem i ledwie musnęła ustami miękką skórę na jego policzku.
- Kocham cię... - szepnęła, tak jak co dzień.
Siedzieli przy stole, rozmawiając swobodnie i śmiejąc się. Na kolację zaprosiła także Rothena i Vinarę. Gdy patrzyła na twarze otaczających ją ludzi, nie mogła uwierzyć, że znajdują się razem w jednym pokoju w tak radosnej atmosferze. Od Inwazji Ichanich minął grubo ponad rok. Niesamowite było to, jak wszystko się zmieniło. Przy jednym stole siedziała ze swoim dawnym, największym szkolnym wrogiem i mentorem, z którym myślała, że już nigdy więcej nie zamieni słowa. Niezwykła była też między nimi obecność Akkarina. Gdy patrzyła na jego twarz, na której gościł żartobliwy uśmiech, wiedziała, że wtedy na Dziedzińcu, postąpiła słusznie. Nawet, jeśli jej nierozważna decyzja pociągnęła za sobą niespodziewane pasmo wydarzeń, nie potrafiła żałować tego, co wtedy zrobiła. Brakowało wśród nich tylko jednej twarzy, za której widokiem wciąż tęskniła - twarzy Dorriena.
- Pani Soneo, miałem cię informować, jeśli Roien... - usłyszała przepraszający głos Takana tuż nad uchem.
Zerknęła na niego z uśmiechem i położyła dłoń na jego własnej, którą trzymał na jej ramieniu.
- Tak. Dziękuję, Takanie - odparła pogodnie i podniosła się ze swojego miejsca. Obecni przy stole mężczyźni wstali. - Wybaczcie, ale obowiązki mnie wzywają - dodała żartobliwie.
Zajęli miejsce, dopiero gdy zniknęła w mroku korytarza. Lekkim krokiem ruszyła w stronę pokoju, w którym spał jej syn. Gdy weszła do środka, malec leżał w swoim łóżeczku i obserwował ją z powagą. Na jej widok wypuścił z ust kilkanaście bąbelków śliny i energicznie machnął rączkami. Sonea roześmiała się cicho, podeszła do niego i wzięła na ręce.
- Nie lubisz zostawać sam, co nie? - powiedziała, pieszczotliwie całując go w nosek, który zdaniem Rothena, odziedziczył wyłącznie po niej.
Chłopiec wyciągnął rączki i dotknął jej twarzy. Jego oczy były czarne jak zwykle, lecz wpatrywały się w nią z radością. Sonea usiadła w głębokim fotelu, przystawiła go do piersi i zapatrzyła się przed siebie. Dopiero co cieszyła się latem, a już panowała jesień. Większość liści została strącona z drzew silną wichurą, która przeszła poprzedniego dnia. Sonei przypomniała się noc, w którą urodziła Roiena.
Mimo później godziny było gorąco i duszno. Cienka koszula, którą na sobie miała, była przemoknięta od jej potu. Nawet najlżejszy podmuch wiatru nie wdarł się do pokoju przez otwarte okno. Trzymała w ramionach swojego nowo narodzonego syna. Po jej twarzy toczyły się samotne łzy. Chłopczyk spał spokojnie. Miała wrażenie, że nie mogła czuć się bardziej szczęśliwa. Patrzyła na jego maleńką sylwetkę i wiedziała, że było warto. W drzwiach stanął Akkarin i spojrzał na nich ze skruchą. Zza oknem rozległ się dźwięk nadchodzącej burzy. Ciemność nocy zamruczała z zadowoleniem na powitanie odrobiny ochłody.
Akkarin podszedł do nich i usiadł niepewnie na brzegu łóżka. Sonea nie miała siły, by cokolwiek powiedzieć. Jedynie obserwowała go zmęczonym wzrokiem.
- Wybacz, to było dla mnie zbyt wiele - powiedział, nie odrywając wzroku od zawiniątka w jej ramionach.
Sonea uśmiechnęła się słabo.
- Nie jesteś ani pierwszym, ani ostatnim. Jona uprzedziła mnie, że uciekniesz - zażartowała.
Akkarin przewrócił oczami.
- Nie chcesz potrzymać swojego syna? - zapytała po chwili.
Mężczyzna spiął się i zerknął na nią niepewnie.
- Jesteś pewna? Ja nigdy... - mruknął, marszcząc brwi.
Nie czekając na jego odpowiedź, wyciągnęła w jego kierunku Roiena, który zdawał się zupełnie nie przejmować tym, co się wokół niego działo. Akkarin sięgnął po niego i Sonea zauważyła, że jego ręce drżały. Gdy przejął od niej zawiniątko, jego twarz ściągnęła się w skupieniu. Po krótkiej chwili rozluźnił się. Wpatrywał się w maleńkiego śpiącego chłopca w swoich ramionach i uśmiechał się delikatnie. Sonea poczuła, jak wzruszenie ściska jej gardło.
- Jest... idealny - powiedział cicho, po dość długiej chwili, którą, gdyby mogła, rozciągnęłaby w nieskończoność. - Wygląda jak ty.
Lecz Sonea nie zdążyła nic odpowiedzieć, gdyż zasnęła głębokim snem.
Lubiła powracać myślami do tamtej chwili. Była ona zwieńczeniem wszystkiego, czego wyrzekła się w imię swojego dziecka. Czasem tylko czuła żal. Nie do niego, lecz do losu, który potraktował ją tak surowo. Jednak od tamtego momentu był dla niej wyjątkowo łaskawy i Sonea nie chciała go więcej drażnić.
Chłopiec w jej objęciach zasnął bardzo szybko. Jedną rączką ściskał jej palec, więc Sonea wysunęła go ostrożnie. Odłożyła go do łóżeczka i jeszcze przez chwilę mu się przyglądała. Wtedy usłyszała ciche stuknięcie na korytarzu. Odwróciła się, marszcząc brwi.
- Akkarin? - szepnęła, nie chcąc zbudzić Roiena.
Odpowiedziała jej wyłącznie cisza. Wyszła z pokoju i rozejrzała się w obie strony. Mieszkanie, z wyłączeniem głównego pokoju i kuchnią, spowite było w mroku. Normalnie Sonea używała świecy, lecz tym razem nigdzie w pobliżu jej nie widziała. Poza tym, lubiła ciemność, przywykła do niej. Z ich sypialni, położonej tuż obok, usłyszała kolejny głuchy dźwięk. Niepewnie ruszyła przed siebie. Uchyliła drzwi i odetchnęła z ulgą. Źródłem niepokojących ją hałasów było okno, poruszane przez przeciąg. Dziwne, nie przypominam sobie, żeby zostawiła je otwarte. Pomyślała.
Wtedy usłyszała dźwięk zamykanych drzwi. Drzwi do pokoju Roiena. Do razu poczuła ukłucie strachu. Szybkim krokiem ruszyła w ich stronę. Serce głośno uderzało w jej piersi, gdy dotknęła klamki. Była pewna, że je także zostawiła je otwarte. Nie wahając się nawet przez chwilę, weszła do środka i poczuła jak wszystkie jej mięśnie sztywnieją. Nad łóżeczkiem dziecka stała czarna postać i pochylała się nad śpiącym chłopcem. Nie widziała jej twarzy, jedynie długi płaszcz, skrzętnie skrywający jej tożsamość. Otrząsnęła się dopiero, gdy dotarło do niej, że dziecku grozi niebezpieczeństwo. Natychmiast pomyślała o nożu, który leżał na dnie szafki w jej sypialni.
- Zostaw go - warknęła głośno. Drzwi za jej plecami kliknęły cicho, zatrzaskując się.
Zakapturzona postać zamarła z rękoma wyciągniętymi w stronę Roiena. Odwróciła się gwałtownie. Sonea czuła, jak drżą jej kolana. Strach o syna niemal ją paraliżował. Kimkolwiek był intruz w jej domu, nie mógł mieć przyjaznych zamiarów. Nagle osobnik wyciągnął dłoń i ściągnął z siebie kaptur. Sonea wydała z siebie zduszony okrzyk. Nawet w słabym świetle księżyca rozpoznała stojącą przed nią kobietę.
Ale to było przecież niemożliwe. Zginęła, wtedy w slumsach. Nie mogła przeżyć. To musiał być kolejny zły sen, jeśli się uszczypnie, na pewno się obudzi.
- Arza... - powiedziała zupełnie bezgłośnie.
Jednak nikt nie szukał jej ciała. To, że przeżyła, graniczyło z cudem. Budynek zawalił się, a reszta została strawiona przez płomienie...
Kobieta wyciągnęła zza paska nóż i Sonea natychmiast poczuła dreszcz na karku. Była bezbronna. Bez swojej magii, bez Akkarina obok. Arza podeszła do niej i zatrzymała się zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od jej twarzy. Sonea skrzywiła się, gdy bliskość ujawniła nieco więcej z jej wyglądu. Jedna połowa jej twarzy była pokryta wciąż świeżymi bliznami i wydawało jej się, że gdy szła, lekko utykała na jedną nogę.
- A więc to prawda - powiedziała jakby z rozbawieniem. - To prawda, co o tobie mówią. Wyrzekłaś się magii dla tego bachora.
Sonea zacisnęła zęby. Spróbowała ruszyć się w kierunku wciąż śpiącego Roiena, lecz została powstrzymana przez czubek ostrza na wysokości swojego serca.
- A-a-a... - zaprzeczyła tamta. - Nie tak szybko.
Poczuła ogarniającą ją rozpacz. Musiała zawołać Akkarina. Lecz w momencie, gdy to pomyślała, Arza ruszyła swobodnym krokiem do łóżeczka i Sonea mogła się przekonać, że utykała na lewą nogę. Kobieta pochyliła się nad malcem z wyciągniętym w jego stronę nożem.
- Nawet nie próbuj krzyczeć - powiedziała, posyłając jej okrutny uśmiech.
- Jak się tu dostałaś? - zapytała, myśląc wyłącznie o tym, co zrobić, by odciągnąć ją od syna.
Arza posłała jej szyderczy uśmiech.
- Przez okno, głupia dziewczyno - odparła i czubkiem nożna dotknęła delikatnej skóry na ramieniu dziecka.
Sonea zamarła, bojąc się nawet drgnąć, w obawie, że kobieta mocniej przyciśnie ostrze. Jej wzrok panicznie przeskakiwał to na Arzę, to na śpiącego Roiena.
- Myślałaś, że mi uciekniesz, co? - warknęła tamta, posyłając jej gniewne spojrzenie, w którym wirowały szaleńcze fioletowe ogniki. - Nie mogę uwierzyć w to, że ten dzieciak przeżył - zmarszczyła brwi. - Chociaż wolałabym, żebyś to ty była martwa.
Sonea rozłożyła drżące dłonie.
- Arza, proszę... - wyszeptała. - To tylko dziecko, błagam, nie rób mu krzywdy.
W tym samym momencie usłyszała niezadowolone mruknięcie Roiena, które zwiastowało nadchodzący płacz. Dzieliło ją od niego zaledwie kilka kroków i doskonale widziała czerwoną kropkę na jego maleńkiej rączce. Jej serce chwycił przenikliwy ból. Zarazem w całym ciele poczuła przypływ sił i nie zastanawiając się nad tym co robi, rzuciła się w stronę Arzy. Jednak Sonea już dawno zapomniała o tym, czego nauczyły ją slumsy. Nim się spostrzegła, została przygnieciona do ściany, a na szyi poczuła chłód ostrza i jednocześnie gorąca strużkę krwi, płynącą z płytkiego ukłucia. Z jej płuc wydarło się jedynie zduszone jęknięcie.
- Odebrałaś mi wszystko - wycedziła Arza przez zaciśnięte zęby, centymetry od jej twarzy. Czuła jej oddech na skórze. - Najpierw mężczyznę, a teraz urodę. Spójrz na moją twarz. Przypominam bardziej potwora, niż kobietę.
Sonea z trudem złapała kolejny oddech, gdyż zielarka trzymała silnie zaciśniętą dłoń na jej gardle. Ciężarem całego ciała przyciskała ją do ściany tak, że nie mogła nawet drgnąć. Jej oczy zaszły łzami, gdy desperacko walczyła o powietrze. Usłyszała cichutki płacz dziecka. Utkwiła zamglone spojrzenie w twarzy kobiety i poczuła litość. Było jej żal Arzy, chociaż nie potrafiła tego zrozumieć. Chciała wyłącznie zemsty. I nawet jeśli Kariko był okrutnym człowiekiem, miała prawo czuć gniew.
Jednak to uczucie została zatarte wraz z kolejnym ukłuciem na szyi.
- Zabrałaś mi wszystko, a sama cieszysz się swoim żałosnym życiem. Na dodatek u boku kogoś takiego, jak Akkarin - szepnęła głosem wypełnionym nienawiścią. - Oboje zasługujecie na śmierć. Ten bachor również.
Ostatkiem sił chwyciła jej nadgarstek. Po jej policzkach spływały łzy, przed oczami widziała niemal wyłącznie czarne plamy. W piersi czuła promieniujący ból, gdy płuca walczyły o chociaż odrobinę powietrza. Wtedy, niczym wybawienie z mroku, dotarł do niej czyjś głos, a ona wreszcie mogła zaczerpnąć oddech.
Bezsilnie opadła na kolana, krztusząc się i charcząc, gdy tlen znów napełniał jej pierś. Arza gdzieś zniknęła, lecz to nie było ważne. Na drżących nogach zerwała się z podłogi i niemal przewróciła się o wysoką ramę dziecięcego łóżeczka. Wzięła w ramiona płaczącego Roiena i mocno przytuliła. Znowu usłyszała wołający ją głos. Strach zakręcił jej w głowie, gdy zdała sobie sprawę, że to Regin zmierzał do pokoju. W mroku nie mogła nigdzie znaleźć Arzy, zupełnie jakby ta rozpłynęła się w powietrzu. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, drzwi otworzyły się i do środka wszedł mężczyzna w czarnej szacie.
Nad ich głową rozbłysła blada kula światła. Jego oczy rozszerzyły się w przerażeniu, gdy zobaczył jej błyszczące w strachu, zaczerwienione oczy i szkarłatne smugi na szyi. Dokładnie w tym samym momencie Sonea ujrzała Arzę. Stała tuż za drzwiami, a w dłoni trzymała nóż, na którym wciąż była jej krew. Zdążyła tylko krzyknąć, gdy kobieta rzuciła się w stronę Regina.
Wszystko stało się bardzo szybko, lecz Sonea miała wrażenie, jakby czas zwolnił na chwilę. Słysząc jej krzyk, Regin błyskawicznie odwrócił się i sprawnym ruchem wyciągnął sztylet, który nosił przy pasie. Obserwowała jak z wprawą zadaje cięcie na wysokości obojczyków i sprawnie podkłada nogę atakującej zielarce. Arza upadła na podłogę z krzykiem. Dłoń czarnego maga szybko znalazła się na ranie i nim Sonea zdążyła drugi raz mrugnąć, było po wszystkim.
Drżała na całym ciele. Regin cofnął zakrwawioną rękę i odsunął się jak oparzony. Na korytarzu usłyszała szybkie kroki i podniesione głosy. Mężczyzna odwrócił się w jej stronę i wbił w nią zaskoczone spojrzenie. Niepewność w jego spojrzeniu nagle rozmyła się pod wpływem jakiegoś silniejszego uczucia. Skrzywił się i jęknął cicho. Wzrok Sonei omiótł jego sylwetkę i niemal nie upuściła płaczącego w jej ramionach syna. Szata Regina była pokryta krwią, jego krwią. Od pasa, przez żebra, aż do piersi, ciągnęło się głębokie rozdarcie z którego na podłogę kapała krew. Sonea szybko odłożyła dziecko do łóżeczka. Chłopiec zaprotestował głośnym krzykiem.
Gdy do pokoju wpadł Akkarin, a tuż za nim Rothen, Sonea już znajdowała się przy czarnym magu, który osunął się na kolana.
- Nie, Regin... - wyszeptała, nie mogąc wydobyć z siebie głosu.
Pomogła mu się oprzeć o stojącą obok szafkę.
- Cholera - warknął, odrywając drugą dłoń od rany i patrząc na spływającą po palcach bordową ciecz.
Była zupełnie bezsilna, nie mogła nic zrobić. Na ramieniu poczuła czyjeś silne ręce i została brutalnie odepchnięta na bok. Akkarin i Vinara dopadli do leżącego na ziemi młodego mężczyzny. Rothen kilkoma krokami przemierzył pokój i wziął na ręce krzyczącego Roeina. Zdała sobie sprawę, że jej dłoń dotykała czegoś ciepłego. Spojrzała w dół i zobaczyła kałużę gęstej krwi. Miała wrażenie, że znajdowała się w swoim najgorszym koszmarze. Tuż obok leżało ciało Arzy, która obserwowała ją martwymi, rozszerzonymi w strachu, oczami.
- Dlaczego? - zapytał po raz drugi Mistrz Osen, przyglądając mu się z niezadowoleniem.
Akkarin potarł skronie i westchnął. Podszedł do okna i spojrzał na ponury krajobraz, rozmyty przez krople deszczu na szybie.
- Jeśli Wielki Mistrz nie wyrazi sprzeciwu... - powiedział, odwracając głowę w stronę zebranych Magów: Osena, Balkana i Vinary.
Balkan odchrząknął głośno, jak to miał w zwyczaju i paroma krokami zbliżył się do niego.
- Nie - mruknął.
Akkarin dostrzegł, jak twarz Administratora wykrzywia się w grymasie.
- Dla Sonei, to miejsce przestało być domem - powiedział, patrząc wyłącznie w niebieskie oczy swojego przyjaciela. Ten słysząc te słowa, odwrócił wzrok.
- Dlatego nie możecie tu zostać? - spytał nagle, posyłając mu lekko zranione spojrzenie.
- Tak. Sonea jest moją żoną, zrobię dla niej wszystko. W Gildii od jakiegoś czasu czuła się źle. Ostatnie wydarzenia jedynie przyspieszyły moją decyzję. Będzie szczęśliwsza i bezpieczniejsza z dala od magii - dodał Akkarin poważnie.
- A czy ty będziesz szczęśliwszy? - usłyszał głośne pytanie Mistrzyni Vinary.
Nie odpowiedział. Odwrócił wzrok, a jego usta wykrzywiły się w półuśmiechu.
- Co z czarną magią? - wtrącił Balkan.
Zerknął w stronę Wielkiego Mistrza, który od czasu związania mocy Sonei, stał się wobec nich wyjątkowo uprzejmy.
- Macie przecież swojego Czarnego Maga - rzekł Akkarin, mrużąc oczy. - W pełni wyszkolonego. Z resztą... - ciągnął dalej. - Nie wyjeżdżamy nigdzie daleko. Zaledwie dzień drogi stąd. Jeśli zajdzie taka potrzeba, będę mógł przyjechać w każdej chwili.
Obecni w pokoju Magowie patrzyli wszędzie, tylko nie na niego. Powolnym krokiem ruszył w stronę drzwi.
- Wybaczcie, ale powinienem już wracać do żony.
Kątem oka wychwycił ruch białej szaty.
- Czarny Magu... - zatrzymał go głos. - Zanim wyjedziecie... będziemy chcieli spotkać się na wyjątkowym... Posiedzeniu.
Akkarin skinął głową. Pożegnał ich uprzejmym ukłonem i wyszedł z gabinetu Administratora.
Popchnęła drzwi i te otworzyły się do środka. Niepewnie wsunęła głowę i rozejrzała się po pokoju. Szybko dostrzegła jego sylwetkę, pochyloną nad biurkiem. Przeglądał jakieś notatki, śledząc palcem zapisany na nich tekst. Cicho przeszła przez próg i zamknęła za sobą drzwi. Odchrząknęła, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Mężczyzna w czarnej szacie odwrócił się szybko i zmierzył ją spojrzeniem brązowych oczu. Gdy tylko ją rozpoznał, uśmiechnął się przyjaźnie. Sonea skrzywiła się w duchu. Jego twarz wciąż była dość blada, a cienie pod oczami silnie widoczne. Minęły dwa tygodnie odkąd ocalił jej życie, tymczasem to on sam wyglądał jakby balansował na krawędzi śmierci. Uzdrowiciele byli spokojni, jednak Sonea nie mogła powstrzymać rosnącego strachu za każdym razem, gdy widziała jego zmęczoną twarz.
- Cześć - zagadał, prostując się powoli.
Kilkoma krokami pokonała dzielącą ich odległość i zatrzymała się tuż przed nim. Z lekko wymuszonym uśmiechem na ustach przyjrzała mu się dokładniej. Z bliska wyglądał na jeszcze słabszego. Zerknęła na leżące obok papiery i zacisnęła usta gniewnie.
- Szykujesz się do zajęć - stwierdziła ostro.
W odpowiedzi, Regin uniósł wysoko brwi, zaskoczony złością w jej tonie.
- Miałeś dać sobie kilka tygodni wolnego. Tymczasem widzę, że za nic masz własne zdrowie - skarciła go.
Mężczyzna opuścił wzrok i uśmiechnął się słabo. Sonea widziała, że nie zamierzał z nią dyskutować i zrozumiała, że wygrała ten pojedynek. Z resztą, nie przyszła do niego by kajać go za niewłaściwe gospodarowanie czasem, który miał przeznaczyć na rekonwalescencję. Cel jej wizyty był o wiele ważniejszy.
- Jak się czujesz? - zapytała, tym razem o wiele łagodniej.
Czarny Mag przez chwilę obserwował ją tak dobrze znanym jej spojrzeniem, który zdradzał jej wszystkie jego uczucia, również te, o których pragnęła zapomnieć.
- Dobrze. Z każdym dniem trochę lepiej - powiedział, zmierzając w stronę foteli. Usiadł i wskazał jej wolne miejsce naprzeciwko. - Naprawdę - dodał, widząc brak przekonania wymalowany na jej twarzy.
- Regin, ja... - mruknęła cicho, uparcie stojąc w miejscu. - Ja jeszcze ci nawet nie podziękowałam. Nie było czasu...
Młody Mag machnął nonszalancko dłonią.
- Nie masz za co dziękować. Każdy postąpiłby tak samo - odparł.
- Nie masz racji. Nie każdy zareagowałby tak szybko. Postąpiłeś jak prawdziwy Wojownik, bez wahania... - ugryzła się w język, widząc jak oczy mężczyzny rozszerzają się w słabo skrywanym przerażeniu.
- Tak. Zabiłem ją bez wahania - powiedział oschle.
- Nie to miałam na myśli! - zaprotestowała. Szybko podeszła do niego, usiadła naprzeciwko i chwyciła jedną z jego dłoni. - Gdybyś tego nie zrobił, ona zabiłaby ciebie. I tak niewiele brakowało - powiedziała, intensywnie wpatrując się w delikatną zieleń jego tęczówek. Chciałam powiedzieć, że jestem ci wdzięczna. Uratowałeś nam życie. Dziękuję.
Mężczyzna obserwował ją niepewnie spod lekko zmarszczonych brwi. W końcu spojrzał w dół na ich złączone ręce. Sonea rozluźniła uścisk. Gdy wycofywała rękę, poczuła, że jego palce na moment mocniej zacisnęły się wokół jej dłoni. Odsunęła się i opadła na fotel.
- Nie było to coś nad czym musiałem się długo zastanawiać - odparł po dłuższej chwili. - Wiedziałem, że coś było nie tak, gdy tylko cię wtedy zobaczyłem. To wystarczyło.
Uśmiechnęła się blado, lecz szybko odwróciła wzrok, nie mogąc znieść cierpienia w jego spojrzeniu. Wyjazd z Gildii wyjdzie na dobre nie tylko jej rodzinie...
- Posłuchaj, muszę ci o czymś powiedzieć - mruknęła i skupiła się na czerwonym materiale fotela. - Wyjeżdżamy.
Zamarła w oczekiwaniu na jego reakcję, lecz gdy po dłuższej chwili nic się nie wydarzyło, zerknęła na niego badawczo. Regin przypatrywał jej się uważnie, jakby nie do końca rozumiejąc jej słowa.
- Dokąd? - zapytał w końcu.
- Gdzieś w połowie drogi między Sheel, a Imardinem. Akkarin nie powiedział, gdzie dokładnie.
- Na jak długo? - zmarszczył brwi.
Zacisnęła usta i spojrzała na niego z obawą. Opuściła głowę i wymruczała odpowiedź.
- Co? - pochylił się nad nią. - Nie słyszałem.
- Na długo... - powiedziała słabo.
Podskoczyła lekko, gdy na ramionach poczuła jego dotyk.
- Na jak długo? - wypytywał dalej, mówiąc coraz głośniej.
- Nie wiem - odparła zgodnie z prawdą. - Być może na zawsze. Gildia nie jest dobrym miejscem na wychowywanie dziecka, a ja nie jestem już...
- Zawsze będziesz jedną z nas - przerwał jej twardo. - Dlaczego chcesz opuścić miasto? To przez związanie mocy? Dlatego, że Arza...
- Roien nie jest tutaj bezpieczny - ucięła. - Jeśli mam więcej wrogów, Gildia będzie pierwszym miejscem, w którym zaczną mnie szukać.
- I sądzisz, że pośrodku niczego będzie bezpieczniejszy? - warknął. - Nie bądź głupia. Nie ma lepiej chronionego miejsca w Krainach Sprzymierzonych, niż Gildia.
- Akkarin będzie z nami - powiedziała i wyślizgnęła się spod naporu jego dłoni.
Regin gwałtownie podniósł się z miejsca.
- Akkarin nawet nie ma zapasów energii!
Sonea poczuła przypływ gniewu.
- Może w każdej chwili je pozyskać - warknęła i również wstała.
- Od kogo?! - niemal krzyknął, podchodząc bliżej. Sonea odruchowo cofnęła się o parę kroków. - Od zwierząt? Między Imardinem, a Sheel nie ma żadnej większej wioski! A może będzie pobierał moc od ciebie lub Roiena!?
Z całych sił pożałowała, że nie mogła ogłuszyć go chociaż słabym uderzeniem mocy. Iskra, która sprawiała, że toczyli ze sobą ciągłe walki, była w nich wciąż żywa. Zagryzła dolną wargę i zacisnęła pięści.
- Uważaj na słowa - wymruczała gardłowo.
Regin zawahał się na moment, jednak po chwili w jego spojrzeniu na powrót rozbłysł ogień.
- Tylko tutaj będziesz bezpieczna! Nie rozumiesz? - zbliżył się. - Jak mogę cię chronić, jeśli będziesz tak daleko? - dokończył głosem o wiele słabszym i cichszym.
Sonea westchnęła cicho i opuściła głowę. Wiedziała, że zależało mu tylko na tym, by zatrzymać ją blisko siebie.
- Akkarin jest moim mężem i potrafi zadbać o własną rodzinę - powiedziała stanowczo. W spojrzeniu Regina rozpoznała cień bólu. - Po za tym, mój wyjazd dobrze ci zrobi. Zrozumiesz to, kiedy już mnie tu nie będzie.
Odwróciła się w stronę drzwi, jednak została zatrzymana przez jego dłoń wokół jej nadgarstka. Spojrzała na niego i na krótką chwilę powróciły do niej wspomnienia z dnia, w którym Regin oparzył się o jej tarczę. Był mróz i akurat wyszła z egzaminów, kiedy usłyszała jego wołanie... Był to dzień, w którym dotknął ją po raz pierwszy. Potrząsnęła głowa, odpędzając natarczywe obrazy. Stojący przed nią mężczyzna w czarnej szacie patrzył na nią błagalnym wzrokiem. Chciała wyszarpnąć rękę, jednak nie mogła się ruszyć. Wszystko było zbyt skomplikowane, a ona zbyt słaba.
- Puść mnie, proszę... - szepnęła cicho.
- Jeśli wypuszczę cię teraz, to już na zawsze... - powiedział słabo.
Poczuła jak kąciki oczu zaczynają ją nieprzyjemnie piec. Spróbowała pociągnąć dłoń w swoim kierunku, jednak Regin nie rozluźniał uścisku. Wtedy przyciągnął ją do siebie i Sonea aż zderzyła się z jego klatką piersiową. Nie mogła zmusić się do tego, by podnieść wzrok. Czuła się niepewnie, a jednocześnie na miejscu i wiedziała, że to było złe. Zamarła, gdy jego ciepły oddech musnął jej policzek. Zamknęła powieki i pozwoliła, by czający się w zakamarkach jej myśli żal, pożarł ją w całości. Poczuła na twarzy jego dotyk. Jedną dłonią czule odgarnął jej włosy, a drugą zmusił ją by podniosła głowę. Pełna obaw otworzyła oczy i napotkała tak dobrze znane jej spojrzenie brązowych oczu. Kiedyś ich nienawidziła. A teraz? Kim był on dla niej teraz?
Regin był tak przerażająco blisko, że miała ochotę odepchnąć go od siebie. W zamian za to, stała nieruchomo i przeklinała własną słabość. Mężczyzna nachylił się bliżej i Sonea aż nabrała drżący oddech do płuc. Nagle, zupełnie niespodziewanie, została otoczona ramionami i zamknięta w silnym uścisku. Przez chwilę trwała nieruchomo, czując ból, gniew, radość... wszystkie uczucia, które była w stanie w sobie pomieścić. Gdy zdała sobie sprawę z tego, co się wydarzyło, jak niewiele dzieliło ją przed popełnieniem tego samego błędu po raz drugi, oblał ją gorący dreszcz. Regin jedynie mocniej przytulił ją do siebie i pocałował czubek jej głowy.
- Teraz rozumiesz, dlaczego nie mogę tu zostać - wychrypiała. - Moje miejsce jest u boku Akkarina i naszego syna. Zostając tutaj, narażam na niebezpieczeństwo nie tylko naszą rodzinę, ale także ciebie.
Odsunęła się od niego.
- Kocham go. - Czarny Mag nawet nie drgnął.
- Wiem o tym - odpowiedział.
- Musimy wyjechać - dodała poważnie, ocierając łzy.
Skinął głową, a smutek w jego oczach był aż przytłaczający.
- Wyjeżdżamy pojutrze, z samego rana.
Odwróciła się i prawie wybiegła z pokoju. Nie mogła mu powiedzieć. Nie mogła. Skrzywdziłaby nie tylko siebie, ale przede wszystkim jego. Nie powiedziałaś mu. To dobrze. Zapomnisz, tak samo jak on. Miała przed sobą życie. Kochającego mężczyznę i syna, najcenniejszy dar od losu.
Lodowaty wiatr chłostał jej twarz, gdy wpatrywała się w niebo na wschodzie, które z każdą chwilą stawało się coraz bardziej różowe. Nie przeszkadzały jej marznące policzki. Nieobecnym wzrokiem obserwowała ledwie widoczną łunę światła. Tej nocy nie mogła zmrużyć oka, a gdy wyczuła, że zbliża się godzina świtu, wyślizgnęła się z łóżka tak cicho, jak tylko potrafiła.
Tuż obok zauważyła ruch, lecz nie przestraszyła się. Wiedziała, że on także się obudzi, jeśli tylko opuści łóżko. Stanął obok niej i również zapatrzył się przed siebie. Po krótkiej chwili zerknęła w jego stronę. Akkarin nie miał na sobie koszuli, jedynie cienkie spodnie. Jego czarne włosy opadały lekko na ramiona, a na twarzy dostrzegła cień zarostu. Słabe światło nadchodzącego dnia odbijało się w setkach maleńkich blizn na jego piersi. Odwróciła głowę, gdy mężczyzna drgnął i spojrzał na nią.
Na karku poczuła ciepło jego dłoni i przymknęła powieki, oddając się tej drobnej pieszczocie. Akkarin odgarnął włosy z jej szyi i zaczął się nimi bawić, okręcając wijące się kosmyki wokół palca. Robił to często i był to jeden z tych wielu gestów, które Sonea uwielbiała. Westchnęła cicho, otworzyła oczy i wbiła wzrok w różowe pręgi na horyzoncie.
- Będziesz tęsknić? - rozległ się jego niski głos.
Sonea poczuła dreszcz, przebiegający po jej kręgosłupie.
- Za Gildią...? Tak. Będę tęsknić za jej murami, za biblioteką, ogrodami. Za ludźmi, których poznałam - wyszeptała w odpowiedzi.
- A za nim? - zapytał beznamiętnie.
Sonea drgnęła i spojrzała na niego zaskoczona. Akkarin odsunął dłoń i zmrużył lekko oczy. Siła jego wzroku sprawiła, że znów poczuła się jak nowicjuszka, która się go bała.
- Pewnie też... - odparła bez namysłu i opuściła głowę.
Czarny Mag westchnął cicho.
- Dzielić nas będzie zaledwie dzień drogi, myślę, że pozwoli to na częste wizyty - powiedział oschle.
- Nie - odparła szybko. - Nie mam zamiaru wracać do Gildii. Tu nie jest bezpiecznie. Mamy tutaj zbyt wiele wrogów.
- Wiesz, że Roien na pewno odziedziczył nasze zdolności. Prędzej czy później zostanie Magiem.
- Wiem... - westchnęła. - Ale pozwól, że nie będę na razie o tym myśleć.
Akkarin skinął głową, odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Po chwili zatrzymał się i spojrzał na nią.
- Nawet nie zapytałaś kogo miałem na myśli - powiedział cierpko.
Sonea poczuła rosnącą gulę na wysokości gardła. Z bólem patrzyła jak Akkarin znika za drzwiami. Miał rację. Nie zapytała. Wiedziała, kogo miał na myśli i jednocześnie potwierdziła jego obawy. Żal ścisnął jej serce i miała wrażenie, że za chwilę rozerwie się ono na strzępy. Jak mogła go tak ranić? Jak mogła być tak głupia i ślepa?
- Akkarin! - zawołała za nim.
Wybiegła na korytarz i zderzyła się z jego torsem. Jęknęła cicho i zachwiała się do tyłu, lecz jego dłonie szybko uchroniły ją przed upadkiem. Trzymał ją pewnie, zaciskając palce na jej ramionach. Jego czarne jak noc spojrzenie wędrowało po jej twarzy. W tych mrocznych źrenicach dostrzegła ten sam cień bólu, który przed chwilą złapał ją za serce.
- Kocham cię - wyszeptała w pośpiechu, gdyż były to pierwsze słowa, które przyszły jej do głowy. - Kocham cię od tak dawna, że wydaje mi się, jakbym kochała od zawsze.
Jego usta wykrzywiły się w słabym półuśmiechu.
- Soneo... - mruknął delikatnie. - Nie musisz mi się tłumaczyć.
- Nie, posłuchaj - przerwała mu, kładąc dłoń na wysokości jego serca. - Jesteś najważniejszy, zawszy byłeś. Nie myśl, że mogłabym... zawsze byłam ci wierna. Przysięgałam ci wierność aż do śmierci. Regin po prostu...
- Jest dla ciebie atrakcyjnym mężczyzną w podobnym wieku - dokończył za nią. - Wiem, co do ciebie czuje.
Zmarszczyła brwi i zacisnęła usta. Po chwili pokręciła przecząco głową.
- Chcę żebyś wiedział, że dla mnie liczysz się tylko ty...
Akkarin pochylił się i pocałował ją w czoło. Zamknęła oczy i długo ich nie otwierała. Gdy uniosła powieki, obserwował ją z ciepłem w oczach.
- Prześpij się Soneo. Za kilka godzin wyruszamy. Czeka nas długa i męcząca droga.
Chciała jeszcze coś dodać, lecz mężczyzna ruszył w stronę sypialni. Poczuła na plecach zimny powiew wiatru, więc podeszła do okna i zamknęła je. Zdała sobie sprawę, że całe jej ciało pokryte było maleńką gęsią skórką. Objęła się ramionami. Jej twarz rozstała rozjaśniona pierwszymi promieniami jesiennego słońca, zbyt słabego, by mogła odczuć jego ciepło na skórze.
Nie chciała ranić Akkarina swoją głupią i zapewne chwilową słabością do Regina. Młody Wojownik obudził w niej iskrę uczucia skradzionym w dniu jej ślubu pocałunkiem. Mimo, że była wtedy na niego zła, nie potrafiła myśleć o tym zdarzeniu, jako o czymś nieprzyjemnym. Nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby poczuć do niego cokolwiek, co nie było przyjaźnią. Jednak za każdym razem, gdy rozmawiali, a w jego spojrzeniu widziała tak wyraźne i wciąż żywe uczucia, nie mogła nic poradzić na budzące się wewnątrz niej skrajne emocje.
Dlatego musiała wyjechać. Nie był to jedyny i główny powód, lecz wiedziała, że musiała od niego uciec. Jedynym, czego potrzebowała do szczęścia, była bezwarunkowa miłość Akkarina i bezpieczeństwo ich syna. Regin, zupełnie jak za czasu nowicjatu, mącił jej spokój, burzył porządek, który pieczołowicie sobie budowała. Nie mogła pozwolić sobie na popełnienie tak wielkiego błędu.
Po raz ostatni patrzyła na Dziedziniec. Przed schodami Uniwersytetu zgromadził się niemały tłum. Wszyscy przyszli ich pożegnać i poruszyło ją to, jak wielu z tych twarzy, będzie jej po części brakowało. Z samego rana, zostali zaproszeni na małe posiedzenie Starszyzny, na którym Vinara wygłosiła piękną przemowę. W imieniu wszystkich Magów wyraziła wdzięczność za wszystko, czego dokonała dwójka Czarnych Magów. Zapewniła o stałej pomocy Gildii w zakładaniu ich nowego domu. Przyjęli ją z chęcią oraz z jej strony, wzruszeniem. Na końcu przemówił Wielki Mistrz, podkreślając, że kolejne pokolenia usłyszą o ich czynach.
Najtrudniejsze okazało się być pożegnanie z Rothenem. Starszy Alchemik długo trzymał ją w objęciach, a gdy już ją wypuścił, jego oczy błyszczały od łez. Ciężko było jej się z nim rozstać. Był dla niej ojcem, którego nie miała i najbliższą rodziną. Jej serce rozpalało się wątłym ciepłem na myśl, że Rothen będzie mógł ich odwiedzać nawet co kilka tygodni, jeśli pozwoli mu na to zdrowie i siły.
Po tym wszystkim, Sonea marzyła już wyłącznie o tym, by znaleźć się w drodze. W końcu wyszli na zewnątrz, gdzie czekał na nich powóz, wraz z całym ich dobytkiem. Takan wyjeżdżał oczywiście z nimi, lecz Viola zostawała w Gildii.
- Pani Soneo, dziękuję za wszystko - mówiła służąca, ze łzami w oczach. - Będzie mi Pani okropnie brakować. Proszę na siebie uważać i przysyłać czasem jakieś listy.
- Nie martw się Violu - odparła z uśmiechem. - Byłaś dla mnie nieoceniona pomocą. Będę cię zawsze miło wspominać i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się zobaczymy.
Przyjaźnie uścisnęła dłonie młodej kobiety. Wtedy z lewej strony dobiegł do niej czyjś krzyk.
- Soneo!
Odwróciła się szybko i poczuła nadbiegające do oczu łzy, gdy zobaczyła zmierzającą w jej stronę Tanię. Wpadły sobie w ramiona i Sonea poczuła, że miała mokre policzki.
- Już się bałam, że nie zdążę! - zaszlochała Tania.
- Och, Taniu... - zdołała jedynie wydusić ze ściśniętego gardła.
Jeszcze przez chwilę trwały złączone w uścisku, aż w końcu odsunęła się od niej i spojrzała głęboko w niebieskie oczy swojej przyjaciółki.
- Będę pisać. I tęsknić. Dbaj o siebie - powiedziała słabo.
- Pani Soneo! - zawołał Takan i wiedziała, że pora rozstania właśnie nadeszła.
Idąc w stronę powozu, napotkała wiele twarzy, które niegdyś widywała w stołówce Magów. Wtedy patrzyli na nią z niechęcią. Lecz nie tym razem. Wszystkie spojrzenia były przyjazne, a część nawet zasmucona lub wzruszona. Brakowało jej tylko jednej pary oczu, lecz nie zamierzała nad tym myśleć. Wsiadła do środka i zajęła miejsce naprzeciwko Akkarina. Obok, w podróżnym koszu, leżał Roien i przyglądał im się z zaciekawieniem.
Usłyszała jak woźnica woła ponaglająco do koni i poczuła lekkie szarpnięcie, gdy zwierzęta ruszyły. Zerknęła przez okno w stronę wejścia do Uniwersytetu i wtedy zobaczyła Regina. Wypadł przez drzwi i zatrzymał się jak wryty. Ich spojrzenia spotkały się na moment. Sonea jednak szybko odwróciła wzrok i mocno zacisnęła pięści.
Czuła ból w każdym mięśniu, kiedy powóz w końcu się zatrzymał. Mimo tego, gdy Takan otworzył drzwi, wyskoczyła sprawnie na zewnątrz. Pierwszym co poczuła, był miękki piasek pod nogami. Następnie do jej nozdrzy wdarł się słony i chłodny zapach morza. Spojrzała przed siebie i zobaczyła wąską ścieżkę, która wiła się między pokrzywionymi od wiatru sosnami. Promienie wschodzącego słońca barwiły ich czubki na złocisty kolor. Z dali dobiegł do niej cichy szum. Szczelniej owinęła się płaszczem i rzuciła Akkarinowi pytające spojrzenie. Mężczyzna akurat wyszedł z powozu. Widząc ciekawski błysk w jej oczach, uśmiechnął się lekko i mruknął;
- Idź przodem.
Nie czekając ani chwili dłużej, ruszyła szybkim krokiem przed siebie. Z każdą chwilą, stawiała stopy coraz szybciej, ledwo powstrzymując się od biegu. Po zaledwie minucie, dostrzegła to, czego szukała. Pomiędzy sosnami, których widok i zapach zdążyła już pokochać, stał budynek. Z czerwonej cegły, solidny. To było to miejsce. Ich dom.
Niepewnie ruszyła w stronę drzwi. Gdy tylko dotknęła klamki, te otworzyły się, zapraszając ją do środka. Sonea nie miała czasu, by zastanawiać się, kiedy Akkarin zdążył się wszystkim zająć, włączając w to barierę bezpieczeństwa.
Przekroczyła próg i wzrokiem przelotnie omiotła wnętrze. Było zadbane, chociaż puste. Z przedpokoju, w którym stała, rozchodziła się cała sieć pokoi. Wybrała pierwszy po swojej prawej stronie, który okazał się kuchnią. Poznała to po palenisku w rogu i solidnym stole na środku. Ciemne drewno było pokryte znakiem czasu, w postaci zadrapań i wcięć po ostrych narzędziach. Mimo tego było piękne i Sonea nie mogła się powstrzymać przed pogładzeniem jego powierzchni.
Przeszła do pomieszczenia dalej, zupełnie pustego. Jej wzrok przykuły duże okna, a raczej rozciągający się za nim widok. Morze Tanjin. Wzburzone przez silny wiatr. Jego granatowa powierzchnia była pokryta pieniącym się falami. Wyszła na przestronny taras i aż zmrużyła oczy, gdy sztormowy wicher uderzył ją w twarz. Dom był zbudowany na niewielkim wzniesieniu względem morza. Z miejsca, w którym stała można było łatwo zejść na dół, na szeroką plażę, która ciągnęła się aż po horyzont.
Akkarin znalazł miejsce, które przerosło jej najśmielsze oczekiwania. Od początku nie chciał jej za wiele mówić i teraz, gdy byli już na miejscu, wiedziała, że niespodzianka była warta swojej ceny. Usłyszała jego głos. Wybiegła na zewnątrz. Czarny Mag zatrzymał się, gdy ją zobaczył. Niósł dwa duże kufry, a tuż za nim podążał Takan, w jednej ręce niosąc śpiącego jeszcze Roiena. Stopy same pchnęły ją przed siebie. Szybko zbiegła po schodach i rzuciła się Akkarinowi na szyję. Ten po chwili upuścił rzeczy na ziemię i otoczył ją ramionami. Jego dwudniowy zarost połaskotał jej szyję, gdy nachylił się nad nią.
- Dziękuję... - wyszeptała, delektując się ciszą, która ich otaczała.
Akkarin w odpowiedzi mocniej przytulił ją do siebie.
- Witaj w domu - mruknął.
Powróciło do niej wyraźne wspomnienie z dnia, w którym wprowadziła się do Rezydencji Czarnych Magów. Poczuła ciepło na wysokości serca. Nabrała do płuc głęboki oddech i rozluźniła uścisk. Czarny Mag obserwował ją z wyraźnym zaciekawieniem, gdy odwróciła się do niego plecami, by ponownie spojrzeć na ich nowy dom.
- Jest cudowny - powiedziała pogodnie, spoglądając na niego przez ramię.
Wiedziała, że było to miejsce, w którym mogli zacząć wszystko od początku. W którym mogli znaleźć spokój, brutalnie zmącony tym, co wydarzyło się w Gildii. Zapomni o wszystkim, co odebrał jej los. Zapomni o magii. Będzie mogła poświecić się wyłącznie swojej rodzinie. Wbrew temu, czym straszył ją Regin, czuła się bezpiecznie w obecności Akkarina i była pewna, że on zapewni im ochronę. Jeśli istniało idealne miejsce na wychowanie dziecka i roztoczeniem nad nim miłości, właśnie je znalazła. Poczuła, jak kąciki jej ust unoszą się do góry.
Powietrze rozdarł niski huk, gdy potężna fala rozbiła się o plażę. Akkarin i Takan minęli ją i weszli do środka. Sonea jeszcze przez dłuższą chwilę stała w miejscu i z nieobecnym uśmiechem śledziła wzrokiem ich sylwetki, migające jej w oknach. W jednym dostrzegła światło i poczuła zapach rozpalanego drewna. Akkarin wyszedł do niej akurat, gdy pierwsze krople deszczu rozbiły się o jej policzki. Podszedł bliżej, a jego oczy błyszczały w chłopięcym podekscytowaniu. Chwycił jej dłoń i obdarzył półuśmiechem. Nagle przestało padać i zmarszczyła brwi, zaskoczona tak nagłą zmianą pogody. Zadarła głowę i zdała sobie sprawę, że Akkarin otoczył ją cienką tarczą. Gdy ich spojrzenia się spotkały, z łatwością rozpoznała nutkę niepewności. Uśmiechnęła się do niego i mocnej zacisnęła palce wokół jego własnych. Przez moment stali nieruchomo, patrząc sobie głęboko w oczy. Dopiero, gdy deszcz mocniej zabębnił o jego tarczę, Sonea pozwoliła zaprowadzić się do środka.
