"Epilog - cz. II"

Druga część epilogu. Proszę posłuchajcie Snow Patrol - The finish line :)


Świetlista kula nad jego głową coraz słabiej oświetlała pokój, w miarę jak z każdą minutą czuł się bardziej senny. Ciepłe, letnie powietrze wdzierało się do środka przez otwarte drzwi, wraz ze znajomym zapachem morza. Szum fal działał na niego uspokajająco. Otrząsnął się dopiero, gdy poczuł, jak jego głowa bezwładnie zaczyna opadać na oparcie fotela. Zganił się w myślach i posłał w ciało drobną strużkę energii. Miał jeszcze wiele do zrobienia. Razem z Soneą pracowali nad podręcznikiem do nauki Czarnej Magii. Na bieżąco dzielili się postępami z Reginem, a ten konsultował je ze Starszyzną.

Pomoc Sonei okazała się bezcenna. Miała wrodzony talent do przekazywania wiedzy. Zanim poprosił ją o udział, był pełen obaw, co do tego, jakie emocje wywołają w niej wspomnienia, przed którymi po części uciekli. Jednak przyjęła jego propozycję z uśmiechem i tak dobrze znanym mu błyskiem w oku. Dzięki wspólnej pracy, którą wkładali w napisanie książki, pierwszy egzemplarz był już niemal skończony.

Nawet nie zauważył, gdy jego wzrok powędrował w kierunku okna i zatrzymał się na szarym niebie, przetykanym różowymi pasmami, które zostawiło po sobie zachodzące słońce. Otaczała go cisza, którą przerywał jedynie rytmiczny szum morza. W takich chwilach, miał wrażenie, że czas stawał w miejscu. Nie pamiętał kiedy ostatnio się czymś martwił. Ostrożnie, w obawie, że zniszczy ten cenny moment, zajrzał w głąb siebie, lecz odnalazł wyłącznie spokój. Na jego twarzy pojawił się mimowolny uśmiech. Niechętnie spojrzał w dół na piętrzącą się na stoliku stertę papierów. Wolałby dołączyć do Sonei w łóżku. Wtulić twarz w jej włosy i otoczyć ramionami jej drobne ciało, tak ciepłe i kuszące.

Wtedy usłyszał cichutkie skrzypnięcie drzwi. Nawet nie drgnął, gdy do jego uszu dotarł dobrze znany mu dźwięk. Odgłos maleńkich, bosych stópek na drewnianej podłodze. Jego usta rozciągnęły się w szerszym uśmiechu. Na wysokości podłokietnika dostrzegł burzę gęstych brązowych włosów.

- Tato... - wyszeptał głosik, wypełniające jego serce ciepłem, rozprzestrzeniającym się po całym ciele. Najsłodsze słowa świata.

Spojrzał w dół na okrągłą buzię swojego dziecka.

Chłopiec opierał się oboma rączkami o fotel, zza którego ledwie wystawał czubek jego głowy. Jego ogromne, czarne oczy wpatrywały się w niego z ciekawością, błyszcząc w słabym świetle, które dawała kula, zawieszona nad głową Akkarina.

- Co tutaj robisz, łobuzie? - zapytał i zmierzwił dłonią krótkie loczki na głowię Roiena.

Malec nie odpowiedział. Dopiero co opanował pierwsze słowa, lecz na dźwięk jego głosu, uśmiechnął się szeroko i przysunął się bliżej. Wyciągnął rączki w górę, dając mu jasno do zrozumienia, czego oczekiwał. Akkarin z cichym westchnięciem nachylił się i podniósł go z ziemi. Dziecko natychmiast otoczyło jego szyję ramionami. Gdy się prostował, dostrzegł sylwetkę, stojącą w drzwiach.

Sonea. Patrzyła na nich z lekkim uśmiechem na ustach. Miała na sobie dość krótką koszulę, a lekko potargane włosy, które ścięła tego lata, opadały na jej ramiona. Jedną dłoń trzymała opartą na boku, a drugą gładziła swój dość duży, jak na taki etap ciąży, brzuch. Była to ich wspólna decyzja, chociaż miejsce i moment poczęcia ich drugiego dziecka, była zupełnie przypadkowy. Wciąż czuł przyjemny dreszcz na karku na myśl o tamtej nocy. Gdy się dowiedział, że zaszła w ciążę, dopadł go ten sam strach, który czuł wtedy, gdy został ojcem po raz pierwszy.

Sonea zaśmiała się, gdy Roien zacisnął piąstkę na uchu Akkarina i dość silnie pociągnął w dół, niezadowolony faktem, że więcej uwagi poświęcał jej, niż jemu.

- Nie chciał spać, więc powiedziałam, że ma iść do ciebie - powiedziała, ruszając w ich stronę.

Gdy tylko chłopiec usłyszał jej głos, spojrzał na nią i gorliwie wyciągnął ramiona w jej stronę. Sonea wzięła malca na ręce i obdarzyła całusem w szyję, na co ten zareagował cichym piskiem i odepchnął od siebie jej twarz, śmiejąc się. Akkarin obserwował ją uważnie, gdy siadała w fotelu naprzeciwko. Roien przez chwilę wiercił się i bawił się z nią w grę "co to jest?". Sonea jak zwykle cierpliwie odpowiadała, gdy palcem dotykał jej nos, oko, usta, a nawet brwi. W końcu, wyraźnie znudzony słowami, które doskonale już znał, oparł głowę na jej piersi i zapatrzył się swoim dziecięcym wzrokiem w widok za oknem. Sonea zaczęła kołysać się lekko, aż w Roien zasnął, zapewne słuchając dźwięku bicia jej serca, które towarzyszyło mu zanim jeszcze przyszedł na świat.

Akkarin nie mógł oderwać wzroku od tego małego obrazka. Sonea patrzyła przed siebie lekko nieobecnym wzrokiem. Na dworze zapadła już zupełna noc, jednak niebo nad morzem prawie zawsze zachowywało pewien odcień szarości. Zachłannie obserwował każdą rysę jej twarzy, każdy szczegół, który tak w niej kochał i który nie raz widział w ich synu. Nagle Sonea, jakby czując jego intensywne spojrzenie, odwróciła głowę. Jej duże, ciepłe oczy uśmiechały się do niego, podobnie jej usta.

- Znowu mnie obserwujesz - stwierdziła szeptem.

Przytaknął. Miała rację. Znowu to robił, ponieważ to lubił. Patrzenie na nią sprawiało mu przyjemność. Za każdym razem, gdy na jej twarzy widział uśmiech, czuł ciepło w sercu. Cieszył się, widząc, że Sonea była szczęśliwa, w miejscu, które dla nich wybrał. Na początku była lekko nieobecna, lecz z czasem oswoiła się z nowym domem i w końcu zaczęła tak naprawdę żyć. Wiedział, że przeszłość będzie powracać i nie mógł jej przed tym uchronić. Jednak gotów był być przy niej, gdy nadejdzie gorszy dzień. Przysięgał jej to i wiedział, że dotrzyma słowa.

- Lubię na ciebie patrzeć, gdy jesteś szczęśliwa - mruknął po chwili.

- Jestem - odparła, lecz szybko odwróciła wzrok i przytuliła policzek do główki śpiącego dziecka.

Poczuł ukłucie niepokoju. Czy na pewno mówiła mu prawdę?

- Soneo - przywołał ją.

Spojrzała na niego lekko nieobecnym wzrokiem, za którym czaił się cień smutku. I wtedy do niego dotarło. Dziś mijały trzy lata od walki z Ichanimi. Trzy lata od dnia, w którym zginął Dorrien i kiedy wszystko, zamiast się skończyć, tak na prawdę się zaczęło. Nie musiał nic mówić. Z łatwością wyczytała wszystko z jego spojrzenia.

- Czasem się zastanawiam... - szepnęła. - Jakby wyglądało nasze życie, gdybym nie była taka lekkomyślna.

Zmarszczył brwi.

- O czym ty mówisz? - zapytał zaskoczony.

Westchnęła cicho i pogładziła Roiena po główce, który sapnął cichutko, gdy Akkarin podniósł głos.

- Nie zaprzeczysz, że większość rzeczy, które napotkaliśmy na swojej drodze, wydarzyła się przez moją nieostrożność.

Nie podobał mu się ton, którym mówiła.

- Dlaczego mówisz tak, jakbyś...

- Położę go do łóżeczka - ucięła, podnosząc się z miejsca. Gdy odchodziła, poczuł niepokój podobny do tego, który niegdyś towarzyszył mu całe życie.


Wyszedł za nią na taras, z którego rozciągał się widok na morze i otaczający ich las. Zatrzymał się tuż obok. Po chwili na ramieniu poczuł ciężar, gdy oparła na nim głowę. Słońce zaczynało świtać. W głowie czuł ciężar, spowodowany nieprzespaną nocą i kotłującymi się w środku myślami.

- Gdybym mógł, cofnąłbym czas i zapobiegł wszystkiemu, co stało się w tamtych dniach. Nie dopuściłbym do śmierci Lorlena, Dorriena i reszty Magów - przemówił po długiej chwili. - Jednak to niemożliwe. Nie zmienimy przeszłości, więc jedynie możemy nauczyć się z nią żyć. Wiem, że mógłbym zapewnić wam lepszą przyszłość i wiele rzeczy zaplanowałbym inaczej... Nie naraziłbym cię na tak wielkie poświęcenie. Lecz tego też nie jestem w stanie zrobić. Jeśli nie jesteś ze mną w pełni szczęśliwa, powiedz... - jego głos ucichł, gdy zawahał się na moment. - Zrobię wszystko co w mojej mocy, jednak najpierw muszę wiedzieć, co wymaga naprawy.

Sonea milczała i przez jego głowę przemknęła myśl, że być może wcale go nie słuchała.

- Akkarin... - rozbrzmiał jej głos. Stanęła twarzą w jego stronę, więc odwrócił głowę, by napotkać jej poważne spojrzenie. Marszczyła brwi i nieświadomie zagryzała dolną wargę.

- Wtedy na Dziedzińcu... - zaczęła słabo, opuszczając wzrok. - Gdybym nawet potrafiła cofnąć czas, nie zmieniłabym niczego. Jeszcze raz zaryzykowałabym wszystko, nawet jeśli istniałaby tylko maleńka szansa na to, że cię ocalę - zadarła głowę i Akkarin westchnął cicho, gdy zobaczył, że jej podbródek zaczyna lekko drgać. - Długo nad tym myślałam - mówiła coraz głośniej. - Widocznie tak musiało być. Nic nie zdarza się przez przypadek.

Pierwsze promienie wschodzącego słońca odbiły się w jej oczach i dopiero wtedy zauważył czyhające w nich łzy. Wpatrywała się w niego z determinacją. Akkarin był oszołomiony jej nagłym wyznaniem. Spodziewał się zupełnie czegoś innego, a ona, jak zwykle go zaskoczyła. Ciężko było mu ją w pełni zrozumieć, szczególnie po nieprzespanej nocy.

- To prawda, los nie potraktował nas łagodnie. Słono zapłaciliśmy za to, by w końcu odnaleźć spokój. Jednak kiedy patrzę na naszego syna... - jej głos zadrżał.

Akkarin wyciągnął dłoń i dotknął jej policzka, niezdolny by wydusić z siebie choć słowo.

- Kiedy na niego patrzę i widzę w nim nas... Akkarin, jeśli to on jest sednem tego wszystkiego, metą naszych zmagań... Jak mogłabym żałować?

Chwyciła koszulę na jego piersi i mocno zacisnęła na niej palce. Jej twarz znajdowała się zaledwie centymetry od jego własnej i z tak bliska widział, zwykle niewidoczne piegi na jej policzkach.

- Nie żałuję niczego... Pozwoliłabym związać moją moc po raz drugi, bez wahania - wyszeptała przez drżące usta. - Nie żałuję ani jednego momentu, który z tobą dzieliłam, nie ważne jakie były jego konsekwencje. Cokolwiek wydarzyło się wcześniej, jakąkolwiek cenę zapłaciłam za to, gdzie mogę teraz być, chcę żebyś wiedział, że było warto. Ty i Roien jesteście warci każdego poświęcenia. Wybacz, jeśli kiedykolwiek sprawiłam, że mogłeś pomyśleć inaczej...

Łzy w końcu znalazły drogę ucieczki z jej oczu i stoczyły się po policzkach. Patrzył na nią zdumionym spojrzeniem, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Serce w jego piersi dudniło z ogłuszającą siłą. Dopiero cichy szloch, który wydobył się z jej rozchylonych warg, sprawił, że w końcu odzyskał nad sobą kontrolę. Przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił. Po chwili pod burzą jej targanych wiatrem włosów, odnalazł jej usta.

Gdy odsunął się od niej, odetchnęła głęboko i na powrót wtuliła w jego pierś.

- Jestem najszczęśliwszym człowiekiem w całych Krainach Sprzymierzonych - powiedział zduszonym głosem. - Jestem zaszczycony, że jesteś moją żoną. Nie zasługuję na ciebie.

Sonea trwała w milczeniu, ukryta w jego objęciach. Pragnął na zawsze zapamiętać ten moment. Nigdy nie przypuszczał, że ktokolwiek obdarzy go taką miłością. Uczucie Sonei było najcenniejszym skarbem, który posiadał. Ona cała nim była. Jego żołądek wykręcił się boleśnie na myśl, że mógł ją już kilka razy stracić. Mocniej otoczył ją ramionami.

Nigdy więcej do tego nie dopuści. Będzie strzegł jej całe życie i pielęgnował uczucie, które wbrew wszystkiemu i wszystkim, zrodziło się między nimi. Z każdym kolejnym dniem kochał ją bardziej. Jego Sonea. Tylko jego.

- Udusisz mnie... - dotarł do niego jej głos.

- Trudno - odparł i jeszcze mocniej przyciągnął ją do siebie.

Cisza poranka rozstała przerwana jej zduszonym śmiechem, kiedy próbowała wydostać się z jego ramion.

- Akkarin! - pisnęła, gdy w końcu jej się udało.

Z jej oczu zniknęły wszelkie ślady wcześniejszych łez. W zamian za to, uśmiechała się do niego promiennie. Było to coś, co mógłby oglądać codziennie. I taki właśnie miał zamiar. To był jego plan.


***KONIEC***

A/N: Trochę nie wierzyłam, że ten moment nadejdzie, a jednak :) Jestem wzruszona, że mi się udało... że NAM się udało! Dziękuję wszystkim osobom, które wspierały mnie podczas tej długiej drogi. Zawdzięczam Wam wszystko - wenę, chęci do dalszego pisania, motywację do publikowania rozdziałów na czas... Po części mój mały sukces jest waszym udziałem :):):)

DZIĘKUJĘ!

DO ZOBACZENIA! :)