Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone prawowitym właścicielom w stanie nienaruszonym [czy muszę to pisać za każdym razem?].
BTW, kategoria T jest związana z okazjonalnymi brzydkimi słowami, ale bez ekscesów. Poza tym sam serial jest dozwolony od lat... killkunastu. ;)
Część czwarta – Czynnik środowiskowy
Greg dojechał do pokoju lekarskiego, odwrócił się tyłem do szklanych drzwi i plecami je otworzył. Dojechał do tablicy, przy niej wstał, chwycił pisak i na liście objawów dopisał „ARYTMIA?" i „KRWAW. Z NOSA". Zamknął marker, zaczął obracać go w palcach, wpatrując się we własne pismo. Było całkiem wyraźne, jak na lekarza, zresztą odczytanie go ułatwiał fakt, że pisał znakami drukowanymi. Kilka prostych zasad ułatwiania sobie pracy – przy potrzebie szybkiego wiązania faktów nie ma sensu utrudniać sobie życia. Tekst musiał być łatwy do odczytania i zrozumiały od razu, dlatego hasła były pisane prostym, „ludzkim" językiem. Żadnego „tachypnoe" w miejsce „przyspieszonego oddechu" czy „nadciśnienia" [ang. hipertension] zamiast „podwyższonego ciśnienia krwi". Fakt, pojęcia medyczne były krótsze – ale co to za problem uciąć jakieś słowo i zakończyć je zgrabną kropką.
Oczywiście nie o tym myślał Greg podczas tych kilku minut bezruchu. Myślał o możliwościach. O dalszym postępowaniu. I metodach wyciągnięcia z Willa czegoś więcej, niż głupkowatego spojrzenia. Nie wszyscy go nienawidzili – niech mu będzie, ale wolałby, żeby z tego ślepego uwielbienia coś wynikało.
Ruszył do swojego biura, wyciągnął z szuflady druczek i zaczął pisać zlecenia na badania pacjentki. Dopiero po chwili zauważył, że na krześle naprzeciwko niego leżała zielona torba podróżna z plakietką z nazwiskiem chorej.
- Cholerny tajemniczy wielbiciel – mruknął do siebie. – Zawsze musi coś podrzucić, kiedy nie widzę...
Napisał zlecenia na morfologię krwi, toksykologię, badanie moczu i wykonanie EKG. Chciał zobaczyć swoją arytmię z tablicy.
Ledwo skończył pisać i odchylił się na krześle, usłyszał łagodny, żeński głos, dobiegający z okolic drzwi.
- Doktorze House?
Uniósł wzrok i zobaczył urodziwą, drobną, chudą brunetkę o jasnych oczach. Stała w progu nieśmiało i uśmiechała się ciepło.
- Słyszałam, że pan wrócił. Zniknął pan tak nagle, rok temu... – rzekła.
- Znamy się? – spytał, marszcząc brwi.
- Czasami rzucało mi się w oczy pana nazwisko, to wszystko – wzruszyła ramionami.
- Jesteś studentką?
- Tak, ostatniego roku. Potem staż. Mam tu praktyki.
Zapadła cisza. Patrzyła na niego dziwnie. Poczuł się nieswojo, ale nie byłby sobą, gdyby to okazał w jakikolwiek sposób.
- Chcesz poczuć władzę nad pielęgniarkami? – spytał, unosząc bloczek ze zleceniami.
- Jeszcze będę miała na to czas – uśmiechnęła się. – Poza tym, mój opiekun na mnie czeka.
- Ten sam, co dręczy tych dwóch, których mi przydzielono? Uroczy internista o fizjonomii i nazwisku jadalnego skorupiaka?
Zaśmiała się cicho.
- Tak, podejrzewam, że to ten sam.
- Facet jest niezniszczalny. – Greg przewrócił oczami. – Ma chyba dożywotni kontrakt ze szpitalem, tylko nie wiem, czemu jako gówniany opiekun studentów miałby narobić mniej szkody, niż jako gówniany lekarz. – Westchnął. Taaaak. Doktor Hamar był jedną z osób, które do listy swoich zwycięstw mogły dopisać wylanie go z roboty rok temu. – Wolisz pobiegać po szpitalu w moim czy jego imieniu? – Greg uniósł brwi i uśmiechnął się możliwie czarująco.
- Wolałabym w pańskim, ale doktor Hamar po pańskim przejęciu dwóch studentów podwójnie goni ocalałych. Boję się, co w tej sytuacji stanie się z pozostałymi.
- U mnie przynajmniej zrobisz coś pożytecznego. Dwie godzinki. Tamci dwaj są zajęci, a ja mam areszt domowy. Nie wolno mi wychodzić poza to biuro albo pokój lekarski – uniósł swoje kule.
Znów się uśmiechnęła.
- Masz moje zezwolenie na osobiste przypilnowanie pobierania krwi i podłączania EKG. Możesz nawet wisieć laborantce na głowie, kiedy będzie robić toksykologię. – Kolejny czarujący uśmiech z miłym wyrazem tych wielkich, niebieskich oczu.
Tym razem nic nie odpowiedziała, po prostu podeszła i przejęła od niego bloczek ze zleceniami.
Była pewna, że wysłała impuls. Powinna była poczuć coś w zamian. Ale on nawet nie zareagował. Jakby go nie odebrał. W duszy zawiodła się nieco, ale ostatecznie dygnęła lekko i wyszła, by „poczuć władzę nad pielęgniarkami".
Willowi i Steve'owi zdecydowanie się nie podobało to zadanie. Mieli się włamać do czyjegoś domu! Nic dziwnego, że jazda do mieszkania panny Matters zajęła im godzinę. Siedzieli w Toyocie Yaris Willa, właściciel prowadził.
- Robiłeś to już kiedyś? – spytał Will, burząc przedłużającą się ciszę.
- Otwieranie barku rodziców to co innego, niż włamywanie się do mieszkania – mruknął Steve. – Taki byłeś zafascynowany tym gościem, to teraz masz. Będzie cię wyciskał jak cytrynkę – ostatnie zdanie wypowiedział, naśladując lekko zachrypnięty głos Grega. – Przynieś, podaj, pozamiataj – tym razem udawał Lisę. Dalej mówił swoim głosem. – Włam się do domu i poszukaj czegoś podejrzanego. To będą najciekawsze praktyki w moim życiu – zakończył, gapiąc się tępo przez okno.
- Możesz się w końcu zamknąć? – warknął Will. – Co to, moja wina, że możemy zaliczyć swoje pierwsze aresztowanie?
- Mów za siebie – mruknął Steve, nadal gapiąc się przez okno.
Will spojrzał na niego dziwnie.
- Co, byłeś kiedyś aresztowany?
Steve nie odpowiedział. Po chwili wskazał na niewielki domek, którego adres zgadzał się z zapisanym na karteczce, którą trzymał w ręku. Will westchnął ciężko i zaparkował kilka domów dalej.
- Zaczekaj tu chwilę – polecił Steve i wysiadł. Will widział, że podszedł do kogoś na ulicy i rozmawiał z nim przez kilka minut. Potem dał znak ręką i ruszył w stronę domku Kelly, idąc od razu na tył. Will nie miał innego wyboru, jak pójść za nim.
- Jasna cholera – mruknął Steve, kiedy już pozaglądał do środka przez odsłonięte okna.
- Co jest? – poważnie zmartwił się Will.
- Kobieta ma alarm – Steve obrócił się w stronę ogrodu i rzucił szybko okiem dookoła. – Masz ćwiartkę? – spytał Willa. Hirst był tak skołowany, że bez dalszych pytań wyciągnął monetę z kieszeni i podał koledze. – Rozejrzyj się w ogrodzie, ja muszę zadzwonić.
- Do kogo? Wspólników?
- Nie. Informatora – uśmiechnął się Steve i pobiegł na drugą stronę ulicy, gdzie stała budka telefoniczna.
Zawartość zielonej torby podróżnej zapełniła pustkę na jego biurku. Greg był właśnie w trakcie czytania opasłego zeszytu w twardej oprawie, kiedy zadzwonił jego telefon.
- Słucham – rzekł bez przedstawiania się. Znajdujący się po drugiej stronie linii Steve szybko wyjaśnił, na czym polega problem. – Aż godzinę tam jechaliście?
- Przepraszam, że się nie palimy do wykonywania niestudenckich zajęć – burknął Steve. Dla niego House znajdujący się kilkanaście mil od niego nie stanowił zagrożenia. – Dowiedziałem się, że zamieszkała tu jakiś miesiąc temu, może pan znajdzie jakieś wskazówki.
Greg szybko przełożył kilkanaście kartek zeszytu, jak się okazało, pamiętnika pacjentki.
- Jej data urodzenia to jedenasty stycznia siedemdziesiątego czwartego – rzekł. – Jest notatka o przeprowadzce – zauważył. Obrócił kartkę. – Coś pisze o kocie, który jej zdechł niedawno. Poszukam dalej i zadzwonię na ten numer.
- Dobrze, Will kręci się po ogrodzie – powiadomił Steve, rozglądając się dookoła, czy nikt nie podsłuchuje. – Damy panu znać, jak się czegoś dowiemy – zakończył i odłożył słuchawkę.
Greg również odłożył słuchawkę swojego telefonu, uśmiechając się lekko. Chłopak mówił jak profesjonalista. Najwyraźniej studenckie grzeszki nie były niczym niezwykłym na akademiach medycznych. Sam miał parę na sumieniu. Jeden zmusił go nawet do zmiany uczelni.
Odchylił się do tyłu, pomagając sobie rękami uniósł prawą nogę i oparł ją o blat biurka, na niej oparł lewą nogę. Wymuszone przez szynę zgięcie kolana nie ułatwiało uzyskania wygodnej pozycji, dodatkowej frustracji dodawał fakt, że nie był już w stanie unieść tej nogi bez pomocy rąk. Zauważył jednak dziwną zależność – im bardziej był zajęty pracą, tym mniej myślał o tej pieprzonej nodze.
Wykręcił numer budki telefonicznej pięć minut po poprzedniej rozmowie. Steve odebrał od razu.
- Mam trzy daty związane z tym kotem – rzekł Greg. – Datę urodzenia, przygarnięcia i śmierci.
- Niech pan poda dwie ostatnie – odparł Steve po kilku sekundach namysłu. Spisał długopisem na ręce podane sobie liczby i bez słowa rozłączył się. Wiedział, że w typowych urządzeniach alarmowych blokada włącza się po trzykrotnym popełnieniu błędu. Miał trzy daty. Któraś musiała być właściwym hasłem.
Greg tymczasem zauważył w końcu bałagan na biurku i pozgarniał rzeczy pacjentki z powrotem do torby, którą położył na podłodze za plecami. Na wierzchu został tylko pamiętnik, który przeglądał bez większego zainteresowania.
W pewnym momencie pokiwał głową i uśmiechnął się nieco triumfalnie.
- Wszyscy kłamią... – mruknął i przewrócił stronę.
- Doktorze House? – usłyszał głos szefowej. Spojrzał na nią, ale nóg z biurka nie ściągnął.
- Słucham, pani dyrektor.
- Słyszałam, że ukradł pan kolejną studentkę. Gdzie są pana chłopcy na posyłki? – Lisa stanęła niedaleko drzwi z jedną nogą do przodu i oparła dłonie na biodrach.
- Sprawdzają, czy w domu pacjentki nie ma czegoś, co by wywołało jej objawy – odparł lekko Greg. Lisa przyjrzała mu się. Nie znała go za dobrze, ale w jej głowie zrodziły się pewnie podejrzenia, kiedy w jego oczach chyba dostrzegła ten sam zawadiacki błysk, co przy jego wcześniejszej wypowiedzi o psuciu studentów.
„On miewa szalone i czasami nie do końca zgodne z prawem pomysły. Wszystko ma jednak swoje medyczne uzasadnienie. Wszystko ma na celu uratowanie pacjenta, za wszelką cenę. Nawet jego ciekawość. On jest straszliwie, denerwująco ciekawski – ale nigdy bez powodu" – mówił Wilson, kiedy zapytała go o styl pracy wtedy jeszcze przyszłego pracownika.
- Mam nadzieję, że pacjentka o tym wie? – spytała.
Tym razem to był zdecydowanie zawadiacki błysk.
Spojrzał jej w oczy i bardzo spokojnie odparł:
- Oczywiście, pani dyrektor.
Widziała te wściekle błękitne tęczówki i przypomniały jej się słowa Stacy:
„Wszyscy kłamią - to jego podstawowa dewiza w podejściu do ludzi, nie tylko do pacjentów. Największy problem polega na tym, że on też kłamie, i to jak z nut. To świetny manipulator. Powie ci to, co będziesz chciała usłyszeć i dopóki nie złapiesz go na gorącym uczynku, będziesz musiała wierzyć w to, co będzie ci mówił. Potem... może będziesz ostrożniejsza. Ale przy nim nie da się być absolutnie ostrożnym, bo i tak prędzej czy później cię przechytrzy."
- Dlaczego panu nie wierzę i jednocześnie nie chcę znać prawdy? – spytała, przyglądając mu się jeszcze baczniej.
Greg zrobił najniewinniejszą minę, na jaką było go stać przy wyrytym na wieczność ironicznym wyrazie twarzy i odparł z anielskim uśmiechem:
- Nie mam najzieleńszego pojęcia, pani dyrektor.
Lisie nie pozostało nic innego, jak westchnąć głęboko, odwrócić się na pięcie i odejść.
A Gregowi mieszkanie z jedną kobietą od pięciu lat nie przeszkadzało w stwierdzeniu, że dyrektor Cuddy ma całkiem zgrabny ty... zgrabne nogi.
- Znaleźliśmy pestycydy – ogłosił Steve podczas kolejnej rozmowy telefonicznej.
- Zioło do palenia też?
Steve'a zatkało. Słyszał, że ten facet wie więcej, niż na pierwszy rzut oka powinien, ale teraz autentycznie się przestraszył.
- Też – wybąkał w końcu.
- Przywieźcie wszystko – zakończył Greg i rozłączył się.
Greg w asyście pielęgniarki wszedł do pokoju panny Matters. Pielęgniarka powiesiła na stojaku worek z solą fizjologiczną, podłączyła go do wenflonu w dłoni pacjentki.
- Co się dzieje? – spytała Kelly z podejrzliwością w głosie.
- Uważamy, że zatruła się pani pestycydami – wyjaśnił Greg. Zerknął na ekran EKG, na którym nie było widać nic podejrzanego. Założył rękawiczki, zajął miejsce pielęgniarki i powoli przez zaworek wstrzyknął do soli zawartość osobnej strzykawki. – Dostanie pani pralidoksym.
- To mi pomoże?
- Zobaczymy – rzucił jej spojrzenie numer pięć, ściągnął rękawiczki, rzucił je na tackę obok pustej strzykawki i nie mówiąc nic więcej wyszedł z pokoju.
- Doktorze? – usłyszał na korytarzu głos „ukradzionej" studentki. Dziewczyna podbiegła do niego drobnymi kroczkami, spowodowanymi butami na obcasach. – Wyniki morfologii i toksykologii.
Podała mu kartkę.
Kolejny impuls. Znowu nic.
- Leukocytoza*, anemia – mruknął, przebiegając wzrokiem wydruk. – Z toksykologii nic nie wynika, oprócz tego, że dziewczyna paliła trawkę. Kłamczucha.
- Wzrost czasu krzepnięcia, mniej czynników – zauważyła studentka. – Laboratorium bada jeszcze mocz – dodała.
- Trombocytopenia**... – Greg odczytał kolejną wartość z kartki.
- Leczy pan ją już na coś? – spytała nieśmiało studentka, widząc jego zmarszczone czoło i zamyślenie w oczach.
- Tak – odparł na szybkim wydechu. – Problem w tym, że to jej chyba nie pomoże.
Spojrzał przez szybę do pokoju pacjentki, zmrużył oczy, by widzieć wyraźniej – Kelly zaczęła się bardzo intensywnie drapać po zaczerwienionym niekoniecznie od drapania ramieniu. Spojrzał gdzieś w przestrzeń przed sobą i zamyślił się.
Studentka cichutko stuknęła obcasem, co zwróciło na nią jego uwagę.
- Jestem jeszcze panu do czegoś potrzebna? – spytała nieśmiało.
- Raczej nie, dzięki. Moje dwie ofiary powinny niedługo wrócić.
Dziewczyna uśmiechnęła się. Zaczęła się odwracać, ale nagle ją zagadnął:
- Gdzie chcesz robić staż?
- W klinice Mayo.
Skinął głową.
- To dobre miejsce.
Znów się uśmiechnęła.
- Owszem. Chyba, że ma pan lepsze...
- Nie – przerwał jej, minął ją i odszedł do swojego biura. Nie widział więc, jak chuda, wysoka postać uroczej studentki szóstego roku w fartuchu do kolan kręci się w miejscu z niezdecydowaniem, po czym odwraca się i idzie w drugą stronę.
Greg po dotarciu do biura chwycił marker i na dole listy objawów pacjentki dopisał cztery kolejne: trzy z wyników morfologii i wysypkę. Następnie obrócił tablicę na stronę z możliwymi przyczynami, papierowym ręcznikiem zmazał napis „Czynniki środowiskowe", po czym podkreślił i postawił znak zapytania przy haśle „Infekcja".
Przypisy:
* Leukocytoza – wzrost ilości białych krwinek.
** Trombocytopenia – spadek ilości płytek krwi.
Nie podoba się? Trudno.
