Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone prawowitym właścicielom w stanie nienaruszonym [a tam, napiszę. Co mi szkodzi.].
Część piąta – Infekcja
„Ofiary" stawiły się w szpitalu pół godziny później. Kiedy studenci zbliżyli się do pokoju lekarskiego diagnostyki, zauważyli dwie drobne zmiany – wydłużenie się listy objawów na tablicy i leżące samotnie na regale na książki opasłe tomisko. Po wejściu do pokoju i rzuceniu na stół plecaka z pamiątkami z domu Kelly, Steve przyjrzał się tablicy, a Will podszedł do regału, by potwierdzić swoje obawy – tomisko było oczywiście „idealnym sposobem na pognębienie lenia": „Kompendium chorób wewnętrznych".
- Zaczynam żałować, że się zgłosiłem – mruknął.
- Ja nie narzekam – stwierdził Steve, zaglądając na drugą stronę tablicy i z satysfakcją zauważając powrót do idei infekcji. – Już popełniliśmy największy grzech, jaki można popełnić, więc teraz będziemy pewnie robić rzeczy, które mają więcej sensu. Zwłaszcza, że wygląda na to, że nasza wycieczka niespecjalnie coś wniosła.
Popukał palcem w tablicę.
- Dużo się działo, jak nas nie było – zauważył Will, podchodząc do tablicy.
- Najwyraźniej są w tym szpitalu osoby, które bardziej niż wy przykładają się do roboty – usłyszeli znajomy już głos, dochodzący z przyległego biura. W przejściu między pomieszczeniami stanął Greg z kartą pacjentki pod pachą. Oparł ciężar ciała na lewej nodze, dzięki czemu mógł uwolnić ręce od kul i zajrzeć do teczki. – Podczas dwóch godzin waszej nieobecności pewna urocza istota odwaliła kawał dobrej roboty. Teraz przyszedł czas na wyciskanie cytrynki – uniósł brwi ze znaczącym spojrzeniem w stronę Willa, który westchnął ciężko. – Przeszliśmy od pierwszego do drugiego podejrzanego, teraz trzeba go zidentyfikować.
- Trawka nie gra tu żadnej roli? – spytał Steve.
- Według toksykologii nie, ale możecie jeszcze zapytać o to pannę Matters. Teraz macie hasło „infekcja", macie listę objawów, dodajcie jedno do drugiego, chcę usłyszeć nazwiska podejrzanych – Greg podszedł do nich z teczką pod pachą. Stanął koło stołu, rzucił kartę na blat i spojrzał na nich z wyczekiwaniem.
Takich momentów najbardziej nie lubili. W ciągu kilku sekund należało zebrać do kupy całą wiedzę, jaką posiedli w ciągu pięciu lat studiów, odrzucić to, co niepotrzebne, na wyimaginowanej tablicy zakreślić odpowiednie objawy i rzucić tym, co się najbardziej zgadzało.
Wiedzieli, że House był w tym dobry. Na tym polegała jego praca – na szybkim wiązaniu faktów, szybkim myśleniu, szybkich decyzjach i zdecydowanym działaniu. Ale on był geniuszem. Z podwójną specjalizacją. I kilkunastoma latami samodzielnej praktyki lekarskiej. A oni nawet jeszcze nie byli lekarzami. Jeszcze nie nauczyli się myśleć.
Patrzyli więc na niego tępo, Will z przestrachem, podczas gdy Steve próbował coś wykombinować. Greg widział w tych dwóch parach młodych oczu wzrastającą panikę, ale nie miał zamiaru nikomu pobłażać. Obaj jeszcze się niczym nie popisali – Steve może był bardziej aktywny, ale poziom wiedzy reprezentowali ten sam. Mógł po prostu mówić im, co myśli, co mają zrobić, nawet nie tłumacząc, dlaczego – ale to nie na tym polegały praktyki, nie w jego wykonaniu. Kiedy on odrabiał coroczny miesiąc pańszczyzny, był dla opiekunów wrzodem na tyłku; właził, gdzie go nie proszono, wyrastał, gdzie go nie posiano, o wszystko pytał, wszystko musiał zobaczyć, wszystkiego dotknąć. Próbowano go nauczyć trochę pokory, wyznaczając mu możliwie najbardziej pracochłonne i nudne zajęcia, aż pracujący w Hopkinsie onkolog nazwiskiem Richards stwierdził, że taki wrzód na tyłku mu się przyda.
Greg praktykował u niego potem jeszcze dwa razy. Uwielbiał te praktyki. Richards przez łącznie trzy miesiące stworzył, jak mówiono, potwora. To u niego Greg nauczył się sporo ze swojego obecnego toku myślenia, do dnia dzisiejszego bez wstydu przyznawał, że jest to jeden z nielicznych lekarzy, których darzył prawdziwym szacunkiem. Skoro więc te dwa głupki trafiły do niego, niech skorzystają z okazji do nauczenia się czegoś – Greg był pewny, że pod doktorem Hamarem te miesiące były skazane na zmarnowanie.
W końcu się wkurzył na przedłużającą się ciszę. Wyłączył do tej pory działający program osobowości pt. „Wykładowca" (odrobinę łagodniejszy) i włączył „Typowy dupek" (czyli codzienność, przez którą zmieniał pracę średnio co trzy lata).
- Hej! – huknął, zwiększając efekt przez uderzenie kulą o metalową nogę stołu. – Za półtora roku przestaną was prowadzić za rączkę! Zaczniecie brać na siebie odpowiedzialność za ludzkie życie! Zacznijcie w końcu myśleć, do ciężkiej cholery!
- Mmmm...mononukleoza* – wyjąkał w końcu Will.
Ale Greg był zbyt wkurzony, by go pochwalić.
- Co badamy w tej sytuacji? – spytał głosem bardziej grobowym, niż zwykle.
- Obecność wirusa Eppstein-Barr albo przeciwciała przeciwko niemu – rzekł Will nieco spokojniej.
- To jedna z możliwości. Nie będę czekał na więcej, bo pacjentka nam polegnie, zanim wydukacie cokolwiek innego.
Spojrzał na nich surowo, przygotowując się do „wyciskania cytrynki".
- Teraz grzecznie pójdziecie do pokoju pacjentki, wymienicie jej obecną kroplówkę na czystą sól, skoro leczenie zatrucia pestycydami nie ma sensu, pobierzecie odpowiednie próbki, po czym zabierzecie ją do gabinetu diagnostycznego, gdzie będę na was czekał. Przepuścimy pacjentkę przez USG jamy brzusznej w celu stwierdzenia powiększenia śledziony**, i przez wysiłkowe EKG, bo na normalnym nie widać arytmii. Potem wy zawieziecie ją z powrotem do pokoju i przeniesiecie się do laboratorium, skąd wyciągniecie wyniki badania moczu i następne kilka godzin spędzicie, usiłując wyeliminować ładnie przez was stworzoną listę możliwych infekcji, w tym mononukleozę. Do uzupełnienia potrzebnej wiedzy przyda się wam to – podszedł do regału i chwycił „Kompendium", rzucił je Willowi, który zdołał jakoś złapać kilkukilogramową cegłę. – Jak nie będziecie czegoś wiedzieli, w okolicy powinniście znaleźć kogoś, kto wam wszystko wytłumaczy. Chcę widzieć w karcie listę zastosowanych wobec pacjentki tortur. Jak będziecie chcieli czegoś ode mnie, to będziecie mnie musieli poszukać. Wszystko jasne?
Studenci z rezygnacją pokiwali głowami. Założyli swoje wiszące na krzesłach fartuchy i zabrali się do wykonywania swojego długiego zadania. Greg tymczasem wrócił do swojego biura, narzucił na koszulę marynarkę i ruszył w stronę windy.
c.d.n.
Przypisy:
* mononukleoza – wybrana bez brania pod uwagę, że dzięki tej chorobie Hugh Laurie jest teraz aktorem, a nie sportowcem (jeśli ktoś nie wie, ta choroba w czasach studiów zmusiła go do zaprzestania wioślarstwa, a ponieważ nie miał zamiaru koncentrować się na zajęciach akademickich, poszedł do studenckiego klubu teatralnego i tak się to wszystko zaczęło ;) )
** powiększenie śledziony – typowe dla mononukleozy, grozi jej pęknięciem.
A, będę wklejać sobie dalej, choć mało kto to lubi. Zrobi się trochę ciekawiej w polskiej sekcji tego fandomu, czy jak to się nazywa. Może ktoś z twórców HMD zna polski, ukradnie mi mój pomysł i sława scenarzysty przejdzie mi koło nosa, bo nie zastrzegłam praw autorskich...
BTW, szukam polsko-anglojęzycznej bety do pomocy w tłumaczeniu na angielski kilku moich miniaturek, również związanych z Housem. Nie uprawiam slashu, nie jestem fanatyczną wyznawczynią jakiegokolwiek shipa z serialu.
