Część piąta, c.d.

Kiedy studenci na wózku dowieźli pacjentkę do gabinetu diagnostycznego, Greg siedział na stole pod ścianą i wcinał chipsy. Wyglądał, jakby miał ochotę przy tym wymachiwać nogami, ale przeszkadzała mu szyna na prawej kończynie. Poza tym był śmiertelnie znudzony. Patrzył obojętnie na scenkę ze studentami kierującymi pacjentkę na leżankę. Kelly jednak się nie położyła, tylko stanęła przed lekarzem z wojowniczym wyrazem twarzy.

- Czemu to oni się mną zajmują? Przecież dałam do zrozumienia, że mi się to nie podoba – rzekła.

Na Gregu nie zrobiło to wrażenia.

- Szybciej biegają i zawsze mnie prześcigną do pokoju – odparł obojętnie, wskazując na szynę.

- Może ja zaczekam, aż zacznie pan wygrywać?

Greg wsadził sobie do ust kolejnego chipsa, przeżuł go bez emocji, wbił w Kelly świdrujące spojrzenie.

- Może pani zaczekać, chociaż jest olbrzymie ryzyko, że pani nie dożyje. Jazda na leżankę. - Machnął ręką w odpowiednim kierunku.

Trzem świadkom tej wypowiedzi opadła szczęka.

- Jak to, nie dożyję? – spytała mocno zaniepokojona Kelly, czyniąc słaby ruch w stronę leżanki.

- Normalnie. – Wzruszył ramionami. – Poza tym, straciła pani prawo veta, kiedy w pani mieszkaniu znaleźliśmy trawkę.

- Jaką trawkę? – Kelly usiadła na leżance, chyba dlatego, że jej się słabo zrobiło od ostro podanych rewelacji.

- Zieloną. Do palenia – mówił Greg wciąż tak samo obojętnie. Zszedł ze stołu, wyszarpnął z pojemnika dwie rękawiczki i zamaszyście założył je na dłonie. Usiadł na stołku na kółkach i podjechał do leżanki. – Nie byłoby problemu, gdyby nam pani o niej powiedziała. Położyć się, podciągnąć koszulkę.

Kelly już chyba z bezsilności zrobiła to, o co ją proszono. Chociaż aparat do USG stał tuż obok, gotowy do pracy, Greg najpierw zaczął uciskać brzuch pacjentki, obserwując jej reakcję.

- Z drugiej strony może i by był problem, tyle, że nie dla nas. Szybciej byśmy ten fakt wykorzystali przeciwko pani. To boli? – spytał, widząc bolesny grymas na twarzy pacjentki.

- Trochę – odparła cicho, już posłuszna.

- Tylko przy ucisku, czy bolało już wcześniej? – spytał, przerywając badanie.

- Pobolewało, nic wielkiego.

- Kolejna rzecz, o której nam pani nie powiedziała przy pierwszej rozmowie. – Pokiwał głową Greg, chwytając głowicę USG. – Praca na niepełnych informacjach jest z góry utrudniona, a skoro pani nam nie ułatwia naszego zadania, kwestia studentów pozostaje nadal moją decyzją. – Uniósł brwi z lekko triumfalnym wyrazem twarzy.


Drzwi do gabinetu diagnostycznego otworzyły się godzinę później. Najpierw wyszedł Greg, za nim Steve wywoził pacjentkę na wózku, a Will zamykał pochód. Lekarz stanął z boku, pozwalając, by Steve go minął w drodze do windy.

- Lekkie upośledzenie kurczliwości serca – rzekł Greg do stojącego obok niego Willa. – Śledziona nie jest powiększona, ale i tak zróbcie badania też na EBV*.

- Jak zły jest stan pacjentki? – spytał Will, przyglądając mu się uważnie. Greg spojrzał na niego oczami bez wyrazu.

- Na razie jest dobry, ale jeśli się nie dowiemy na pewno, co jej jest, może się pogorszyć.

- Więc o co chodziło z tym, że nie dożyje pańskiego powrotu do formy?

- Nie masz nic lepszego do roboty? – spytał Greg, patrząc nieco ostrzej.

- O co chodziło z tym, że może nie dożyć? – powtórzył pytanie Will. Pamiętał tekst o dwóch twardych przedmiotach i możliwym ich użyciu na swojej głowie, ale postanowił, że tym razem nie odpuści.

- Ja mogę nie dożyć, a oprócz nogi nic mi nie jest. Pacjentka natomiast nie ma w karcie jednoznacznej diagnozy, więc zrób to, co do ciebie należy – Greg próbował zrobić zwrot w tył i odejść, ale siłą rzeczy był skazany na ponowne zobaczenie studenta przed sobą.

- To miał być tylko wypadek na nartach – rzekł zdecydowanie Will. – Z takiej kontuzji się wychodzi.

- Co? Nigdy nie mówiłem, że to był wypadek na nartach. Zjeżdżaj do laboratorium – Greg ostatnie zdanie wycedził przez zęby, wyprostował się, by spojrzeć na studenta z góry.

Zadziałało. Will niemal podkulił uszy i ruszył w swoją stronę.


Greg za plecami podopiecznych nakazał podanie pacjentce dożylnych antybiotyków o szerokim spektrum**, choć wynik posiewu mieli otrzymać dopiero rano. Nie lubił jednak czekać na wyniki badań czy na samoistną zmianę stanu pacjenta – zawsze twierdził, że działanie da odpowiedź szybciej, niż jego brak.

To był jego pierwszy przypadek od operacji. Czuł na sobie dziwną presję, coś, co go zmuszało do szybkiego, zdecydowanego działania. Jeszcze przed operacją zdarzało mu się zaatakować „podejrzanego" nieco zbyt agresywnie, co parę osób niemal kosztowało nerki, a jego raz nawet pracę, ale tym razem to nie była zwykła ochota na jak najszybsze poznanie prawdy – to był lęk. Lęk przed popełnieniem tego samego błędu, jaki lekarze popełnili w jego wypadku. W wypadku jego nogi.

Greg wcisnął na tablicy kolejny objaw („BÓL BRZUCHA"), po czym stwierdził, że nie wymyśli nic więcej do zrobienia w tej chwili i w gruncie rzeczy można zjeść jakiś lunch. Na co pozwalała mu jego presja.


- Czy dobrze słyszałem, że dwóch studenciaków biega po szpitalu w twoim imieniu? Nie mogłem uwierzyć, że byś się zgodził na coś takiego – rzekł Wilson, dosiadając się do bufetowego stolika, przy którym Greg wcinał poważną porcję frytek.

- Nie tyle się zgodziłem, co sam o nich poprosiłem. – Spojrzał na danie Wilsona i rzucił mu pogardliwe spojrzenie. Sałatka. Znowu nic, co można by mu wyjeść. – Coś się słabo ostatnio czuję, niech ktoś młodszy zalicza moje kilometry.

Wsadził sobie frytkę do ust i przeżuł ją w zamyśleniu.

Wilson przyglądał się mu w milczeniu przez chwilę.

- Zaczynasz się godzić z tym, że...

- Nie – przerwał mu ostro Greg. – Z tym się nigdy nie pogodzę. Pogodzenie się oznacza zostanie w miejscu. A ja nie chcę stać w miejscu, chcę szukać sposobu na to, by znów normalnie chodzić, normalnie funkcjonować.

Wbił spojrzenie w swoje frytki. Wzruszył ramionami.

- Po prostu uczę się z tym żyć. Korzystam z prawa do pomocy.

Wilson spojrzał na niego spokojnie i uśmiechnął się ciepło.

- Zawsze coś – rzekł.

- Niespecjalnie mam wybór, prawda? – mruknął Greg, wciąż unikając jego spojrzenia. Umarła kolejna frytka.

- Jesteś człowiekiem czynu. Już to, że wróciłeś do pracy, dużo znaczy – mówił spokojnie Wilson. – Zawsze mógłbyś zamknąć się w mieszkaniu i rozpaczać, jak ci życie dokopało. A miałbyś powód. Cztery razy zmieniałeś pracę, teraz wskutek błędu lekarzy zostałeś kaleką...

- Dodać do tego gówniane dzieciństwo i nie pozostaje nic innego, jak się urżnąć w trupa w jakiejś zapadłej dziurze. Rzeczywiście, jestem cholernie silny.

Wilson spojrzał na niego z zaintrygowaniem, ale domyślił się, że Greg nie będzie chciał ciągnąć tematu dalej. Obaj po prostu siedzieli przy tym samym stoliku w bufecie i jedli w ciszy to, co sobie wybrali.

Wilson jednak miał powód do przemyśleń. Znali się z Housem od pięciu lat, a po raz pierwszy usłyszał sugestie, że jego dzieciństwo nie było zbyt szczęśliwe. Fakt, nie byli bliskimi przyjaciółmi, poznali się przez Stacy, ale parę wypadów na piwo do baru też zaliczyli i znali się całkiem nieźle.

W sumie teraz nie był tego pewny. Znał jego charakter. Wyczuwał zmiany w zachowaniu (wykrycie frustracji House'a po operacji nie było wielką filozofią), umiał do niego dotrzeć. Ale czy znał powody, dla których House był taki, a nie inny?

W końcu przestał mu się przyglądać i jeszcze intensywniej wgryzł się w swoją pogardzaną sałatkę.


Kiedy Greg wrócił do swojego biura, znalazł na stole w pokoju lekarskim wyniki badania moczu panny Matters. Szybko przestudiował podstawowe parametry.

- Białkomocz, wzrost kreatyniny... – mruknął, pomyślał przez sekundę i zmarszczył brwi. – Jasna cholera, dziewczynie zaczynają wysiadać nerki.

Wypisał kolejne zlecenie i sam je zaniósł do stanowiska pielęgniarek – co dwie godziny należało sprawdzać ilość wydalanego przez pacjentkę moczu i oddawać próbkę do kolejnych badań pod kątem czynności nerek.

Można było mieć tylko nadzieję, że antybiotyki były dobrym wyborem. Na pewno nie przyczyniły się do spadku funkcji nerek, bo badana próbka była „stara". Greg zaczął mieć bardzo nieprzyjemne wrażenie, że coś zaczyna mu powoli płatać figle.


Przypisy:

* EBV – wirus Eppstein-Barr, sprawca mononukleozy.

** antybiotyki - działanie wedle ogólnych reguł nieodpowiednie, ale w serialu też już widzieliśmy takie rzeczy ;)

Wersja poznania House'a i Wilsona nie zgadza się z tym, co ostatecznie widzieliśmy w serialu, ale to opowiadanie powstało przed emisją 5x04, więc opierałam się na posiadanych wcześniej informacjach.

Opinie? [spojrzenie kota ze Shreka ;)]