Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone właścicielom bez wyrządzania im krzywdy.
Część piąta, cddc. (znaczy ciąg dalszy dalszego ciągu ;) Podział zgodny z pierwotnym formatowaniem)
Wilson w towarzystwie pielęgniarki szedł do laboratorium ze świeżo pobraną od pacjenta próbką. Ze zdziwieniem zauważył studenta piątego roku, stojącego na warcie pod drzwiami i pożerającego kanapkę.
- Dzień dobry, doktorze Wilson – rzucił wesoło student między jednym kęsem a drugim. Wilson rozpoznał chłopaka i po swojemu uśmiechnął się uprzejmie.
- Dzień dobry, panie Malckie. Znajdzie się dla mnie jakiś wolny mikroskop?
- Jak najbardziej. – Pokiwał głową Steve. – Z kolegą zajmujemy tylko dwa.
Wilson nie wiedział, czemu obecność dwóch studentów w laboratorium nieco go zaintrygowała. Minął „wartownika" i wszedł do środka. Kolega „pana Malckie" badał próbki i nie wyglądał już tak radośnie. Wilson rozpoznał Willa Hirsta – obaj kilka dni temu w ramach praktyk kręcili się po onkologii, ale lekarz nie wiedział, jaki obecnie mieli przydział. Zajął stanowisko i zaczął przygotowywać próbkę do badania.
Steve wrócił pół godziny później, najwyraźniej zamienił resztę kanapki na książkę z biblioteki.
- Jeśli nie losowo, to alfabetycznie – rzekł do Willa, naśladując dziwnie znajomy dla Wilsona głos.
Will spojrzał na przyniesioną książkę i westchnął.
- Zaczynam myśleć, że to jakiś żart.
- Chciałbyś. Przestań, z tym będzie łatwiej. Rano będzie wynik posiewu, więc my zajmiemy się pozostałymi sprawcami.
- Masz tu tylko wirusologię, co z pasożytami, grzybami...?
- Nie wszystko naraz. Z samymi wirusami mamy sto lat roboty przed sobą. Poza tym, grzyby też się wyhoduje – stwierdził Steve i usiadł przy swoim mikroskopie. Otworzył przyniesioną książkę i zaczął ją wertować.
Wilson dyskretnie przysłuchiwał się całej rozmowie podczas przygotowywania próbki. Nie wtrącał się jednak, przeprowadził swoje badanie.
- Wynik pozytywny – rzekł do pielęgniarki, która zapisała coś w karcie, skinęła mu głową i wyszła. Wilson pozbierał ślady swojej działalności, co chwilę zerkając na pracujących studentów.
- Numer szesnaście: negatywny – rzekł Steve, Will coś zapisał, wrócili do pracy.
Wilson w końcu nie mógł się już powstrzymać, podszedł do studentów i zagadał:
- Może potrzebujecie pomocy?
- Nie, dziękujemy – odparł Steve, nie odrywając spojrzenia od książki. – Nam nic nie zdoła pomóc.
- Co tak właściwie robicie?
- Mamy objawy pacjentki, szukamy infekcji wirusowej, która mogła je wywołać – wyjaśnił Will, również nie przerywając pracy.
- Kto wam to zlecił? Wasz opiekun?
- EBV: negatywne – podyktował Steve. – Tak – odpowiedział Wilsonowi.
- Doktor Hamar? Od kiedy wyznacza wam takie rzeczy? – dopytywał onkolog, choć właściwie znał już odpowiedź. Hamar umiał dręczyć studentów, ale tylko jedna znana mu osoba robiła to bardziej perfidnie, a jednocześnie inteligentnie.
- EBV powinniśmy byli zbadać na początku. – Skrzywił się Will w stronę Steve'a, po czym postanowił odpowiedzieć Wilsonowi. – Doktor Cuddy kazała nam pomóc nowemu ordynatorowi diagnostyki. Doktorowi House.
- Mhm – mruknął Wilson. – To nic, powodzenia – rzucił i wyszedł, z trudem powstrzymując się przed poradzeniem chłopakom, żeby rzucili robotę w kąt, bo jeśli nie będą mieli szczęścia, przed śmiercią (własną lub pacjentki) nie zdołają niczego dowieść.
Nie znalazł Grega ani w jego gabinecie, ani w zabiegowym (przez ostatnie dwa miesiące, jak się już pojawiał w szpitalu, to kierował się od razu tam - na oględziny rany przez chirurga), ani w bufecie. Pozostał główny hol szpitala, czyli przejście do przychodni i biura Cuddy.
- Co robisz? – spytał Wilson, widząc Grega siedzącego na kanapie z widokiem na biuro Lisy.
- Pracuję, nie widać? – odparł Greg, nawet na niego nie patrząc.
- Raczej rozpracowujesz – stwierdził Wilson, opierając się o oparcie kanapy za Gregiem. – Cuddy to przyjazna osoba, nie musisz szukać sposobu, by ją zmanipulować.
- Muszę – odparł Greg. – Niewątpliwie znajomość klucza do świętego spokoju prędzej czy później mi się przyda.
- Poznałeś go już? – spytał Wilson obojętnie. Nie obchodziło go to: pracował z Lisą od roku i nie miał najmniejszych powodów do narzekań. Ale on nie był Housem. Greg z całą pewnością w końcu wpakuje się w kłopoty, a wtedy manipulacja szefową mogła być jedynym sposobem na załagodzenie konfliktu. A że z Grega manipulator był wzorcowy...
- Nie, ale dowiedziałem się dwóch ważnych rzeczy – odparł House, nawet nie patrząc na kolegę. – Dyrektor Cuddy wobec mnie wykazuje dwie postawy: współczucie, co jest strasznie wkurzające, i poczucie winy, moim zdaniem nieuzasadnione, też wkurzające, ale mniej. I to drugie prędzej czy później może się okazać przydatne.
- Za co miałaby się czuć winna? – spytał Wilson ze zdziwieniem.
- Właśnie nie wiem. Może za to, że nie wyperswadowała Stacy robienia operacji, kiedy ja sobie spokojnie spałem?
Greg w czasie procesu ratowania swojej nogi poprosił o wprowadzenie w śpiączkę, żeby mógł przespać największe nasilenie bólu. Wtedy jeszcze wierzył, że sam przejdzie. Stacy wykorzystała ten moment na podpisanie w jego imieniu zgody na usunięcie martwego mięśnia. Zatem przebudzenie ze śpiączki kilka dni później przyniosło Gregowi bardzo przykrą niespodziankę...
- Cuddy uważa, że operacja uratowała ci życie – zdziwił się Wilson.
- Więc czemu czuje się winna?
Dobre pytanie.
- Przy okazji. Wiesz, że jesteś świnią? – rzucił swobodnie Wilson.
- Wiem – odparł równie swobodnie Greg, nadal przyglądając się pracującej szefowej. – Skąd to odkrywcze stwierdzenie po pięciu latach znajomości?
- Spotkałem twoich studentów w laboratorium. Wiesz, że to, co robią, nie ma najmniejszego sensu?
- Wiem. – Skinął głową Greg. – Z drugiej strony co mają innego do roboty? Pacjentka jest na antybiotykach, pod ścisłą obserwacją. Mogą albo siedzieć w laboratorium i marnować odczynniki, albo siedzieć w pokoju lekarskim i marnować czas. W tym pierwszym przypadku przynajmniej czują się potrzebni.
Po takim argumencie Wilsonowi pozostało tylko wrócić do swoich zadań.
Konstruktywnych opinii nigdy dość! :)
