Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone właścicielom w stanie nienaruszonym.
Część szósta – Noc wolności
Na zewnątrz zapadła już ciemność. Greg siedział przy swoim biurku w bardzo poważnej roli lekarza prowadzącego, przeglądał dostarczone sobie kolejne wyniki badania moczu i powtórzonej po południu morfologii pacjentki. Pielęgniarka stała obok i czekała na polecenia. Nie skomentowała faktu, że Greg nie siedział na krześle, tylko w wózku inwalidzkim – po całym dniu chodzenia o kulach jego podwójnie obciążona lewa noga w końcu stwierdziła, że ma dość.
- Czynność nerek minimalnie obniżona, ale stabilna – osądził Greg, zerkając co rusz na inny wynik. – Z morfologii najbardziej martwi mnie układ krzepnięcia. Nie było objawów krwawienia wewnętrznego, prawda? – spytał pielęgniarkę.
- Nie, poza tym pacjentka nic nie zgłaszała.
- Nad ranem powtórzcie morfologię ze wskazaniem na czynność wątroby i nadal prowadźcie badania moczu, z zapisem wszystkich wyników w karcie i kopią na moim biurku – polecił, składając plik kartek z wynikami i dołączając je do karty. – Gdyby coś się działo, zgłoście to lekarzowi dyżurnemu na internie.
- Został powiadomiony?
- Tak – odrzekł, wyjeżdżając na wózku zza biurka. Podał kartę pielęgniarce, która skinęła mu i wyszła.
- Greg? – przez szklane drzwi biura zajrzała Stacy, przygotowana do wyjścia. – Zbierasz się?
- Za kilka minut – kiwnął jej ręką, pojechał do pokoju lekarskiego i szybko przejrzał leżące na stole papiery. Zerknął też na tablicę, zmazał znak zapytania przy arytmii na liście objawów. Obrócił tablicę i spojrzał na „możliwych podejrzanych". Infekcja nadal miała sens, więc nie zmieniał treści tej strony.
- Doktorze House? – rozległ się głos Steve'a, który z Willem za plecami wchodził właśnie do pokoju lekarskiego z dwiema gęsto zapisanymi kartkami formatu A4. – To nie mononukleoza.
- Domyślam się, skoro wymięci wracacie dopiero teraz, a nie z szerokimi uśmiechami kilka godzin temu – odparł Greg, biorąc kartki od Steve'a. Była to lista infekcji, które przebadali – było na niej kilkadziesiąt, jeśli nie ponad sto pozycji.
- Co teraz? – spytał Will. Greg spojrzał na niego przenikliwie.
- Ja kończę zmianę. – Steve uniósł palce jak do odpowiedzi. – Nie zobowiązywałem się do pełnienia całodobowego dyżuru, więc się zmywam.
Greg kiwnął głową. Łatwo zauważył, że chłopaki byli wyraźnie zmęczeni – wyznaczone im zadanie należało do możliwie najnudniejszych. Will jednocześnie był zrezygnowany, podczas gdy Steve wykazywał oznaki usatysfakcjonowania tym, co dzisiaj robił. Włamał się do domu pacjentki, potem pomagał w diagnozowaniu, to nie on był tu cytrynką i za kilka minut kończył dyżur.
Steve nie wiedział, że Greg domyślił się, że to on był autorem listy podejrzanych infekcji. Wyniki były zapisane ręcznie – „podejrzani" jednym stylem pisma, wyniki zaś dwoma, na zmianę, w zależności od osoby, która dany wynik uzyskała. Lekarz w ciągu dnia dopadł notatki z zajęć swoich „podopiecznych", więc wiedział, kto jak pisze.
Greg wziął głęboki wdech i rzekł:
- Skoro stan pacjentki na razie jest stabilny, osoby, które nie mają tutaj nic do zrobienia, mogą iść do domu.
Steve uśmiechnął się, a Will spytał nieśmiało:
- Ja mam coś do zrobienia?
Greg wwiercił się w niego spojrzeniem.
- Nie wiem. Masz? – spytał.
- Pewnie mam... – mruknął Will, wbił spojrzenie w podłogę, bąknął coś w rodzaju „Dobranoc" i wyszedł jak zbity pies, a jego myśli krążyły wokół „Kompendium chorób wewnętrznych".
- Malckie – zawołał Greg za również zbierającym się do wyjścia drugim studentem. – Jesteś pewny, że to nie ty miałeś mi się podlizać i pomagać cały czas? – spytał. Steve zatrzymał się przy drzwiach i spojrzał na lekarza, który przyglądał mu się badawczo, ale nie wrogo. – Bardziej mi się przydasz – dodał.
Steve uśmiechnął się. Facet może i był despotyczny, ale ogólnie nie było tak źle.
- Zostanie z panem bardziej się przyda jemu. Po tych praktykach będzie najlepiej na roku obryty z chorób wewnętrznych – odparł lekko. Jak przy włamaniu do pacjentki, Greg nagle stracił część swojej grozy. – Chętnie wrócę jutro rano, ale na razie chcę skorzystać z jednej z ostatnich okazji, by mieć absolutnie nieodwołalne plany w życiu osobistym.
Greg uśmiechnął się lekko i skinął głową.
- Jasne. Szczęściarzu.
- Do widzenia – rzekł Steve i wyszedł, żegnając skinięciem również Stacy. Greg wrócił do biura, chwycił swoje kule i stanął na nogach.
- Możemy iść.
- Czemu tak gonisz tego biednego chłopaka? – spytała Stacy w drodze do windy.
- Nie gonię – odparł ze zdziwieniem Greg. – Powiedziałem przecież, że jak nie ma nic do zrobienia, może iść do domu.
- Gdyby powiedział, że nie ma, pewnie byś mu coś znalazł – mruknęła Stacy, wchodząc pierwsza do windy i wciskając przycisk parteru.
- Niekoniecznie – zaprotestował Greg, patrząc na wskaźnik mijanych pięter nad drzwiami. – Malckie radośnie leci teraz na randkę. Powiedział, że skończył, wyszedł, bo uważa, że zasłużył. A obaj z Hirstem popisali się dziś mniej więcej tak samo.
- Zatem, jaka jest różnica między nimi?
- Poza posiadaniem znikomego stężenia pewności siebie, Hirst popełnił na wstępie poważny błąd. Podlizał się. – Greg uniósł brwi, wyszedł pierwszy z windy i pokuśtykał do wyjścia ze szpitala.
- Uuu... – Stacy się skrzywiła, jakby oglądała nieprzyjemną scenę. – Grzech śmiertelny.
- Żebyś wiedziała – mówił Greg w drodze przez parking. Stacy z racji robienia za szofera kaleki dostała przydział na miejsce dla niepełnosprawnych, więc nie mieli dużo do przejścia. – Chłopak jest moim fanem. Ze wszystkich postaw fanów, jakie miał do wyboru, wybrał gapienie się jak cielę w malowane wrota. – Przewrócił oczami, wsiadając do samochodu. – Na co mi taki lizus? Niech oprzytomnieje i ruszy mózgownicą. Praktyki nie są do psucia wakacji, tylko do nauczenia się czegoś.
- Greg, nie wszyscy są tacy pilni, jak ty – mówiła Stacy, wyjeżdżając z parkingu.
- Bycie mną nie jest takie trudne – odparł, patrząc przez okno. – Chłopaki na pewno mają dużą wiedzę, bo za darmo się na piątym roku nie ląduje. Najważniejsze to dobrze naoliwić tryby i nie zmuszać innych, by ściągali cię na ziemię.
- Nie mnie to powinieneś mówić, tylko im – stwierdziła Stacy. – Ale jak cię znam, wychodzisz z założenia, że sami powinni dojść do tej świętej prawdy.
Greg nie odpowiedział. Stacy i tak wiedziała, że miała rację.
c.d.n.
