Powiem nieskromnie, że poniższy fragment należy do moich ulubionych.
Postaci i miejsca pożyczone. Zostaną zwrócone właścicielom w stanie nienaruszonym.
Część szósta, c.d.
Wieczory były najtrudniejsze.
Po operacji Grega chciała odejść z pracy, ale się nie zgodził – z góry zaznaczył, że mają żyć po staremu – przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe. Przez pierwsze dwa tygodnie leżał w szpitalu, w którym ona pracowała, więc mogła do niego zajrzeć w każdej chwili. Potem wrócił do domu, większość czasu spędzał w łóżku, ruszając się z mieszkania tylko po to, by jego ranę obejrzał chirurg. Stacy poprosiła wtedy Lisę o ograniczenie swojego etatu – dzięki temu szybciej wracała do domu, by Greg krócej siedział sam. Po kolejnych dwóch tygodniach zaczął się poruszać na wózku – potrzebował pomocy, ale korzystał z niej tylko wtedy, kiedy naprawdę musiał. Na początku podstawowym ograniczeniem były trzy schodki, które prowadziły z ulicy na ich klatkę schodową (mieszkanie Grega szczęśliwie było na parterze), ale temu szybko zaradził dozorca kamienicy, ustawiając prowizoryczną rampę.
W tym czasie zaczął przygotowywać się do rehabilitacji, głównie wzmacniając lewą nogę, która teraz musiała utrzymać cały ciężar mężczyzny mierzącego prawie 190 cm wzrostu. Stacy wróciła na pełen etat. Wychodziła rano, wracała wieczorem.
Czasami wychodziła wcześniej, niż musiała, jeszcze przed przebudzeniem Grega, który był śpiochem.
Ale wieczorów nie udawało się uniknąć.
Przed operacją, kiedy oboje już wracali do mieszkania po pracy, wieczory polegały na siedzeniu przy piwie przed telewizorem, cichych rozmowach z delikatnym gładzeniem drugiej osoby po ramieniu lub udzie. Czasem jakaś dobra kolacja, przygotowana przez któreś z nich (przy czym kolacje Grega wbrew pozorom nie były typowo starokawalerskie – lekarz umiał gotować, i to całkiem znośnie, najczęściej jednak brakowało mu do tego zapału). Potem rozrywki w łóżku i dobrze przespana noc.
Po operacji motyw z telewizorem pozostał, ale w ciszy. Siedzieli oparci o siebie, ale nie było głaskania. Nie było rozmów. Romantyczne kolacje się skończyły. Rozrywki w łóżku również. Były kłótnie i wyraźna frustracja. Był ból – psychiczny, bo fizyczny pozostawał stłumiony z biegiem czasu coraz silniejszymi tabletkami. Była bezsenność. Stacy nienawidziła tych wieczorów.
A teraz nadchodził kolejny.
Greg jakieś dwa tygodnie przed problemem z nogą kupił fortepian. Stacy nie wiedziała jeszcze, dlaczego, denerwowała się tylko, że olbrzymi instrument zajął sporą powierzchnię salonu wcale nie takiego dużego mieszkania. Przez te dwa tygodnie Greg zdołał tylko trochę pobrzdąkać i załatwić strojenie. Od tamtego czasu fortepian stał osamotniony, nieużywany, jako dodatkowa półka na książki. Stacy nawet nie wiedziała, że Greg umie grać.
Więc wielkie było jej zdziwienie, kiedy tego dnia, po cichej kolacji zjedzonej w kuchni, Greg zamiast przed telewizorem, usiadł przy fortepianie.
Stacy wyszła z kuchni po pomywaniu, powoli skierowała się w stronę korytarza do łazienki. Szła powoli, patrzyła, jak Greg niemal z czułością zgarnia dłonią kurz nagromadzony na pokrywie klawiszy, unosi ją, wciska jeden, dwa klawisze... Stacy doszła do łazienki, zaczęła zmywać makijaż.
I wtedy to usłyszała – spokojną, cichą melodię, powolną, prostą – Greg wyraźnie nie był pewny swoich umiejętności, skoro najprawdopodobniej to było jego pierwsze granie co najmniej pięciu lat. Grał z pamięci lub improwizował, bo Stacy nie natknęła się w mieszkaniu na nuty. Najpierw jedną ręką, potem dołączyła druga.
Stacy patrzyła na swoje odbicie w lustrze, ale widziała tego smutnego, okaleczonego przez los mężczyznę, spokojnego, wysokiego, szczupłego, o pięknych, niebieskich, głębokich jak ocean oczach, siedzącego teraz przy fortepianie i przelewającego swoje uczucia tam, gdzie umiał. Przez dwa miesiące dusił je w sobie, w końcu zobaczył ścieżkę do wolności i teraz nią szedł. Stacy wiedziała, że to dzięki powrotowi do pracy, bo znów mógł być sobą, znów mógł myśleć o czymś innym poza swoją nogą.
I nie wiedziała, co ma o tym myśleć, co teraz zrobić. Greg był beznadziejny w wyrażaniu uczuć, jeśli miał to robić słowami. Wszystko, co można było nazwać sympatią, miłością – ukrywał pod cwaniackimi odzywkami albo w ogóle uciekał od tematu. To fortepian był kluczem, tu nie dało się niczego ukryć. Nie trzeba było.
Melodia była piękna, a jednocześnie tak smutna, że wyciskała łzy.
Stacy cicho, na palcach gołych stóp wróciła do salonu, w którym wciąż rozbrzmiewała muzyka. Spojrzała na Grega, który nie zareagował na jej pojawienie się, grał dalej, coraz sprawniej. Wiedziała, że powinna teraz coś zrobić.
W końcu podeszła, usiadła obok niego, patrzyła jak zaczarowana na jego palce, dotychczas znane jej jako niezwykle sprawne w obracaniu długopisów, a teraz nie dopuszczające do melodii ani jednej fałszywej nuty. Uniosła dłoń, objęła ramieniem jego plecy i pogładziła go po głowie, on jakby nie zwrócił na to uwagi. Oparła głowę o jego ramię, nie przeszkadzało jej, że jego bark ciągle zmieniał pozycję przy grze. Muskała palcami jego ucho, jego włosy, w końcu szepnęła przez uwolnione z oczu łzy:
- Przepraszam za to, co ci zrobiłam.
Grał dalej, ale pochylił swoją głowę w stronę jej. Siedzieli tak, przytuleni do siebie ciepło – po raz pierwszy od dwóch miesięcy.
- Już przepraszałaś – szepnął.
- Wiem – mruknęła, nie odrywając spojrzenia od jego palców na klawiaturze. – Ale czuję, że tych przeprosin nigdy nie starczy na wyrażenie tego, jak bardzo mi przykro.
- Zrobiłaś to, co uważałaś za słuszne.
- To nie oznacza, że mnie nie nienawidzisz.
- Nie nienawidzę cię – odrzekł. Grał dalej, aż odpłynął myślami gdzieś daleko.
Ten nocy nie spał z nią w łóżku. Kiedy koło drugiej poszła do salonu, zastała go głęboko uśpionego na kanapie, ze spokojem wypisanym na twarzy. Zdążyła zapomnieć, jak to jest – widzieć go takim, niemal szczęśliwym, uspokojonym. Wolnym. Choć na chwilę.
c.d.n.
