Część siódma – Zwrot akcji

Kiedy Wilson o ósmej rano zajrzał do pokoju lekarskiego, był bardzo zdziwiony, że w zazwyczaj o tej porze pustym pomieszczeniu ktoś spał. Do niezwykłości obrazu przyczyniał się fakt, że śpioch zasnął oparty o stół, z opasłym tomiskiem pod głową w roli poduszki. Wilson po chwili rozpoznał jednego z pomocników House'a i pokiwał głową z dezaprobatą – wcześniej nie podejrzewał kolegi o taką perfidię.

- Panie Hirst? – rzekł cicho, delikatnie szturchając śpiącego. Mimo jego starań chłopak podskoczył gwałtownie, wybudzając się od razu.

- Co się stało? – spytał niemal w panice.

- Jeszcze nic. – Uśmiechnął się Wilson. – Co tu robisz?

- Najwyraźniej śpię – mruknął Will, przecierając oczy. Spojrzał na książkę, która służyła mu za poduszkę. Było to oczywiście „Kompendium chorób wewnętrznych", otwarte w mniej-więcej dwóch trzecich. – Dojechałem do „R"? Ostatnie co pamiętam, to „O".

- Kiedy indziej nadrobisz resztę. Idź się lepiej ogarnąć, zanim doktor House znowu cię dopadnie.

Will spojrzał na wyświetlacz swojego nagle rozśpiewanego pagera.

- To chyba będzie musiało zaczekać – rzekł i wybiegł, zostawiając na stole swoją lekturę.


Kiedy dotarł do sali pacjentki, panował tam kompletny chaos. Pielęgniarki i lekarze biegali w tę i z powrotem, a w samym centrum tego bałaganu znajdowała się nieprzytomna i ogarnięta drgawkami Kelly Matters, i wielka plama krwi na pościeli między jej nogami.

- Jasna cholera – mruknął Will, uskakując przed kolejną biegnącą osobą w fartuchu. – Doktor House o tym wie? – rzucił w przestrzeń, ale siłą rzeczy nie uzyskał odpowiedzi. Zrobił zwrot w tył i ruszył do wyjścia, ale prawie zderzył się w drzwiach z wysokim mężczyzną, stojącym... o kulach.

- Znajdź Malckiego – polecił Greg, patrząc na całą scenę ze stoickim spokojem. – Czeka nas seans zaopatrywania dolnego odcinka przewodu pokarmowego.

Odwrócił się i odszedł w stronę biura. Will tylko z niewyspania i szoku nie zauważył, że szedł inaczej niż wczoraj, szybciej i bardziej wyprostowany.


Rozległo się pukanie do drzwi biura Jamesa Wilsona, po czym do środka bez zaproszenia weszła Stacy. Wilson przerwał przeglądanie poczty i spojrzał na koleżankę, która wyglądała na nieco zakłopotaną.

- Wiedziałeś, że Greg umie grać na fortepianie? – spytała bez wstępów.

Wilson pokiwał głową.

- Skoro ty nie wiedziałaś, to czemu ja miałbym?

- Racja – rzekła Stacy. Kręciła się po biurze, najwyraźniej nie wiedząc do końca, czy powinna tu być, co powinna powiedzieć.

- Dobrze się dogadujecie, prawda? Ty i Greg? – spytała po chwili.

Wilson położył koperty na stole.

- Tak, dobrze się dogadujemy. Powiesz mi w końcu, co się dzieje?

Stacy usiadła na krześle przed jego biurkiem i opowiedziała o grze Grega poprzedniego wieczora.

- Mam problem, by do niego dotrzeć – mówiła. – Wszystko się staje nagle takie... trudne. Pomyślałam... Myślałam o zrezygnowaniu z pracy tutaj.

- I co by to wam dało? – spytał Wilson, patrząc na nią spokojnie.

- Nam? Pewnie nic. Ale skoro obaj się dogadujecie, to byłabym spokojna, że jest ktoś, kto by miał na niego oko w razie... – Przerwała, wbiła wzrok w podłogę.

Wilson przyglądał się jej i czuł coraz silniejszy skurcz w dołku.

- Nie rób mu tego – rzekł. – Nie teraz. Za chwilę zacznie pełną rehabilitację, jesteś mu potrzebna. Ty, nie ja. – Otworzyła usta, by mu przerwać, ale nie pozwolił jej na to. – Bałem się, kiedy do mnie przyjdziesz i zaczniesz coś mówić, bym miał na niego oko. Oddalacie się od siebie, sama wiesz, dlaczego. To trudne dla was obojga, ale załatwianie tego w ten sposób jest najgorszym wyjściem z możliwych.

Zapadła chwilowa cisza. Stacy już nic nie mówiła, Wilson wciąż się jej przyglądał, stojąc za swoim biurkiem.

- House jest strasznie trudnym do zniesienia człowiekiem i pewnie nikt by go nie podejrzewał o wrażliwość. Znasz go lepiej ode mnie, ale oboje wiemy, że się rozsypie, kiedy... „będę musiał mieć na niego oko" – rzekł w końcu onkolog.

Stacy pokiwała głową.

- Nie myślałam, by go... – zaczęła.

- Na pewno? Ani ci to przez myśl nie przeszło? To on jest od uciekania, nie ty.

Stacy wiedziała, że Wilson miał rację. Myślała o tym. I nienawidziła siebie za to.

- Stacy... – Wilson przeszedł na drugą stronę biurka, usiadł na blacie, przed nią. – Wiesz, że oboje możecie na mnie liczyć. Ale jak już przyjdzie co do czego... to będę bronić House'a, nie ciebie. Bo on już jest na straconej pozycji, już traci nad wszystkim panowanie. – Znów chciała mu przerwać, znów jej nie pozwolił. – Nie twierdzę, że twoja decyzja o operacji była zła, wręcz przeciwnie. Ale musisz wziąć na siebie odpowiedzialność za to, co to przyniesie ze sobą. Nie uciekaj teraz. Nie proś mnie, bym miał na niego oko.

Stacy wciąż przyglądała się szarej wykładzinie. W końcu pokiwała głową.

- Nie wiesz, jak to jest...

- Wiem, widzę – odparł. – Widzę więcej, niż myślisz. To można przetrwać. Nie wolno ci uciec. Na pewno nie teraz.

Stacy nic nie odpowiedziała, po prostu wstała i wyszła.

Przeklinanie nie było w stylu Wilsona. Ale pustemu pomieszczeniu nie przeszkadzała wulgarna wiązanka, pełna bezsilności.


c.d.n.