Część siódma, cddc

- Bardzo jest strasznie? – spytał z uśmiechem Wilson, zakładając lateksowe rękawiczki. Razem ze studentami House'a siedzieli przy łóżku Kelly, zabierali się za wyszukiwanie węzła chłonnego do biopsji w kierunku nowotworu.

- Bywało straszniej – odrzekł Will, uważnie przyglądając się czynnościom wykonywanym przez onkologa. Wilson delikatnie badał brzuch pacjentki: wiedział, że niedawno przeszła zabieg tych okolic, więc nie chciał narobić bałaganu. Musiał jednak znaleźć jakiś węzeł do wbicia w niego igły.

- Ma się przynajmniej wrażenie, że robimy coś konkretnego, zamiast pisać stustronicowe referaty na jakieś durne tematy – dodał Steve, również przyglądając się dłoniom onkologa.

- Tylko nie rozreklamujcie House'a zbyt intensywnie wśród innych studentów, bo on was wziął na praktyki z powodu pilnej potrzeby, a nie z sympatii do młodego pokolenia. – Uśmiechnął się Wilson. Coś wymacał. Sięgnął po strzykawkę i fiolkę ze środkiem znieczulającym. Kelly była nieprzytomna, ale nie miał sumienia wbijać w nią grubej igły bez żadnego znieczulenia, bo istniało ryzyko, że by się przedwcześnie obudziła.

- Ma podejście wykładowcze, powiedziałbym – mruknął Will, patrząc, jak strzykawka napełnia się przezroczystym płynem lignokainy.

- Ja bym tego tak nie nazwał – uśmiechnął się Wilson, delikatnie aplikując znieczulenie dookoła wybranego węzła. – Lubi mieć władzę, ale umie ją odpowiednio dawkować.

- Pan doktor go dobrze zna? – spytał Will.

Wilson skinął głową. Czasami myślał, że znał go aż za dobrze, z drugiej strony po pięciu latach znajomości House nadal potrafił go zaskoczyć. I będzie go zaskakiwał również za pięć kolejnych lat. Albo za dziesięć. I zaskoczy go pewnie na łożu śmierci (którykolwiek z nich by na nim nie leżał). Cholernie zaskakujący człowiek, choć pozornie tak łatwy do odszyfrowania.

Wilson chwycił drugą strzykawkę, pustą, z grubszą igłą. Następnie bardzo fachowo, powoli i możliwie delikatnie przekłuł znieczuloną skórę nieprzytomnej pacjentki, po pokonaniu określonego przez siebie dystansu odciągnął tłoczek, wciągając do wnętrza strzykawki trochę słomkowożółtego płynu. Kiedy był zadowolony z objętości próbki, wyciągnął strzykawkę, zabezpieczył igłę.

- Kiedy macie zabrać ją na rezonans?

- Doktor House mówił o jakiejś godzinie po zabiegu – odrzekł Steve.

- Myślę, że na początek odpowiednie będzie USG. Rezonans zrobimy nieco później, żeby jakoś ugłaskać waszego srogiego opiekuna – uśmiechnął się Wilson.


Dopóki Greg się nie upominał o swoich studentów, dopóty Wilson ich przetrzymywał pod swoimi, znacznie łagodniejszymi skrzydłami. Steve i Will na początku nie zdawali sobie z tego sprawy, dopiero później zauważyli, że miła i spokojna osobowość onkologa działa kojąco na ich z lekka zszargane nerwy. Wilson nie tylko wytłumaczył im, jak badać próbkę pod kątem komórek nowotworowych, ale też zabrał ich na swój oddział, gdzie mogli trochę popraktykować za plecami właściwych opiekunów. Jednocześnie mieli okazję posłuchać trochę o House'ie – Wilson chętnie rozwiewał wątpliwości, a jedyne pytanie, na które nie odpowiedział, dotyczyło przyczyn utykania diagnosty. Studenci domyślili się, że onkolog odpowiedź znał, tylko nie chciał jej udzielić.

Było już po południu, kiedy ostre dźwięki pagerów przygnały ich z powrotem do świeżo opuszczonego pokoju pacjentki, którą chwilę wcześniej przywieźli z rezonansu. Poniekąd powtórzyła się sytuacja z ósmej rano, z biegającymi w obu kierunkach lekarzami i pielęgniarkami, z tym, że wtedy nie był potrzebny defibrylator.


A Greg House wyparował w momencie, kiedy studenci mieli dla niego bardzo ważną wiadomość.


- Wygląda nieźle.

- Wygląda obrzydliwie.

- Lepiej nie będzie. Noszenie slipek w miejscach publicznych może się teraz wiązać z pewnym problemem estetycznym. – Chirurg pokiwał głową, prostując się nad badanym. – Już się zagoiło. Możemy zacząć pana uwalniać od szyny, musi pan zacząć używać tę nogę. Bez profesjonalnej rehabilitacji się nie obędzie, zaraz wypiszę panu skierowanie. Dobrze, że mamy rehabilitantów na miejscu, może pan ćwiczyć bez zwalniania się z pracy.

Drzwi pokoju zabiegowego otworzyły się gwałtownie. Do środka wpadli Will i Steve. Dopiero po chwili zauważyli Grega leżącego na stole zabiegowym, bez szyny na prawej nodze, w ogóle bez spodni. Obaj odruchowo spojrzeli na najbardziej wyróżniający się element i obaj tak samo zbledli, jakby im się niedobrze zrobiło.

Chodziło oczywiście o prawe udo House'a.

Coś, co kiedyś było skórą przykrywającą mięsień czworoboczny uda, było teraz zapadniętą plamą z przebiegającą przez środek wypukłą, długą na piętnaście-dwadzieścia centymetrów, nierówną, czerwoną i poszarpaną blizną. Niewątpliwie niezbyt miły widok, będący pamiątką po czymś, co House w chwilach złości nazywał „wybebeszeniem jego nogi".

- To zdecydowanie nie był wypadek na nartach – mruknął po chwili Steve, kiedy już doszedł do siebie.

- Czego chcecie? – warknął Greg, dzielnie znosząc zabiegi chirurga na swoim okaleczonym udzie.

- Doktor Wilson nie wykrył nowotworu ani w biopsji, ani w rezonansie, za to pacjentka przed chwilą została wyprowadzona z zatrzymania akcji serca – wyrecytował Steve na jednym wydechu.

- Jak długo to trwało? – spytał Greg przez zaciśnięte z bólu zęby.

- Około pół minuty.

Kiedy chirurg przestał męczyć jego ranę, Greg chyba nieco zbyt głośno wypuścił powietrze z płuc. Po czym znowu możliwie cicho, ale słyszalnie dla reszty zaklął. Po kilku sekundach, nadal patrząc w sufit, polecił:

- Ściągnijcie z diagnostycznego aparat do echa. Trzeba zobaczyć ten nowy burdel. Zaraz do was dołączę.

Studenci wyszli z niepewnymi minami. Dopiero po zamknięciu drzwi i oddaleniu się od gabinetu zabiegowego, Will odważył się stwierdzić:

- Teraz już wiemy, czemu utyka...

- I czemu doktor Wilson nie chciał nam o tym powiedzieć – zgodził się Steve.

- I czemu doktor House mówił, że pacjentka nie dożyje jego powrotu do formy...

- Kurde! Ale to było obrzydliwe – podsumował Steve, kierując Willa do innego gabinetu, z którego po chwili wyszli, pchając przed sobą echokardiograf.


Greg pojawił się w pokoju pacjentki jakieś dziesięć minut później, w wyraźnie gorszym niż wcześniej humorze. Rzucił okiem na odczyt z EKG i saturację, po czym bez słowa chwycił głowicę echa i rozpoczął badanie.

Studenci się na tym jeszcze nie do końca znali, ale domyślili się, że nie wyglądało to dobrze. I nie wyciągnęli tego wniosku z zamyślonej twarzy House'a, tylko z wyraźnych zaburzeń pracy zastawek.

Greg odłożył głowicę i spojrzał w przestrzeń gdzieś pod łóżkiem pacjentki.

- Podaj mi kartę zleceń – rzekł. Stojący bliżej końca łóżka Steve podszedł i podał to, o co proszono. Greg rzucił okiem na listę podawanych Kelly leków, znalazł na końcu środki poprawiające pracę serca, zlecone przez specjalistów od intensywnej terapii. W końcu westchnął, oddał kartę i znów rzucił w przestrzeń:

- Przynieś mi zestaw do pobierania próbek.

Tym razem poszedł Will.

Greg popatrzył za idącym do stanowiska pielęgniarek chłopakiem, zobaczył stojącą tam Lisę Cuddy, niby przeglądającą dokumenty, ale naprawdę obserwującą go. Ich spojrzenia się spotkały, nie spuściła wzroku, kiedy zobaczyła, że ją widzi. Greg patrzył na nią pozornie spokojnie, ale nie wiedział, czy się zdenerwować. Słyszał tylko ten cichy przekaz od szefowej: „Fakt, zatrudniłam pana, sama zaproponowałam panu pracę, ale to nie znaczy, że nie mogę mieć na pana oka."

Wpatrywał się w nią, jakby mówił „Nikomu nie muszę nic udowadniać".

W końcu stwierdził, że na jawną kontrolę zacznie się denerwować za tydzień, na ukradkową za trzy, zaś sporadyczna wiąże się nieodłącznie z posiadaniem szefa, więc może się z nią pogodzić. Zwłaszcza, że sam wiedział, że musi mieć kogoś, kto go ewentualnie powstrzyma w jakiejś ekstremalnej sytuacji, a o Cuddy słyszał, że jest rozsądna.

Teraz jednak prowadził z nią nieco dziecinny pojedynek, które z nich pierwsze odwróci wzrok.

Tym razem nikt nie wygrał, bo w tym samym momencie, co Will wrócił, uwagę Lisy zwróciła pielęgniarka z kolejnym plikiem papierów.

Greg założył rękawiczki, wciągnął do mniejszej strzykawki trochę środka znieczulającego, wybrał jakiś kawałek skóry i zatroszczył się o odczucia pacjentki podobnie, jak Wilson kilka godzin wcześniej. Jedyna różnica polegała na tym, że House nie był znany z delikatności, a jego drugim narzędziem pracy był skalpel, a nie druga strzykawka. Studenci w milczeniu patrzyli na diagnostę odcinającego kawałek skóry. Greg machnął na studentów, Steve domyślił się o co chodzi, przycisnął do zranionego miejsca bawełniany wacik, zabezpieczył go plastrem.

- Co teraz? – spytał Will.

- Teraz polecicie do labu i zrobicie na tej próbce badania w kierunku amyloidozy – rzekł spokojnie Greg, umieszczając próbkę na szklanej płytce i przykrywając ją drugą.

Studenci popatrzyli po sobie.

- W amyloidozie poziom leukocytów jest obniżony – zaprotestował Will.

- Nie mogłeś być wczoraj taki mądry? – odparł Greg, wyrazem twarzy sugerując, że ma już dość swojej nauczycielskiej roli i od tej pory studenci naprawdę będą jego chłopcami na posyłki. Podał Willowi płytki, studenci popatrzyli po sobie i wyszli.

Obiecywał sobie, że się jeszcze nie wkurzy. Ale ledwo się powstrzymał, kiedy zobaczył, że Lisa zatrzymała jego „podopiecznych", krótko ich o coś wypytała, po czym skinęła z aprobatą, na co studenci odeszli do swojego zadania.

Greg pomyślał chwilę. OIOM miał oko na jego pacjentkę, więc jeśli się chwilowo zajmie innymi sprawami, nikomu nie powinna stać się krzywda.


Jego sprawy dotyczyły również Wilsona. Lisa z całą pewnością wiedziała o przyjacielsko-partnerskim trójkącie, jaki łączył Grega, Wilsona i Stacy, więc jeśli chciałaby uzyskać jakieś informacje o House'ie, poszłaby do kogoś z pozostałej dwójki. A jeśli House chciałby się czegoś dowiedzieć o szefowej, przesłuchałby Wilsona. Stacy była mniej obiektywna i mniej chętna do dzielenia się wiedzą, poza tym głupio mu było obgadywać szefową z osobą, która się z obgadywaną jawnie przyjaźniła.

- Czy zawdzięczam tę robotę któremuś z was? – spytał Greg chwilę później, wsadzając głowę przez otwarte drzwi biura Wilsona. – Tobie albo Stacy? – dodał.

- Mi na pewno nie. Skąd ta myśl? – zdziwił się onkolog, unosząc wzrok znad papierów, którymi zajmował się chyba całymi dniami w przerwach między informowaniem kolejnych pacjentów, że nie ma dla nich nadziei.

Greg wszedł do biura i rozsiadł się na kanapie.

- Cuddy zachowuje się, jakby właściwie nie miała pojęcia, kogo zatrudniła.

- Ostrzegaliśmy ją, ale zderzenie z rzeczywistością mogło być szokujące – odparł swobodnie Wilson.

- Więc nic jej nie sugerowaliście? – upewnił się Greg.

Wilson potwierdził ruchem głowy.

Greg wydawał się być usatysfakcjonowany tą odpowiedzią, ale po chwili zapytał:

- Tak właściwie, dlaczego nie? Z ciekawości pytam.

Wilson przewrócił oczami, choć robił to mniej teatralnie od Grega.

- Po pierwsze, byłoby to nie w porządku. Po drugie, znam cię wystarczająco dobrze, by być niemal pewnym, że prędzej czy później byś się o tym dowiedział. Po trzecie, nie znam cię na tyle, by wiedzieć, co byś z tą wiedzą zrobił. Jedyny sposób, w jaki mogłem ci pomóc, to ostrzeganie Cuddy w taki sposób, by jej ostatecznie nie odstraszyć. Ale rozmawiałem o tym ze Stacy i doszliśmy do wniosku, że w momencie rozmów z nami decyzję miała już podjętą.

Przerwał na chwilę, patrzył na kolegę przed sobą. Myślał o rozmowie ze Stacy tego ranka, o tym, co podejrzewał, że mogło się niedługo stać. I nie miał pojęcia, co teraz zrobić. Ostrzec go? A jeśli wszystko będzie dobrze? Jeśli Stacy nie zrobi najgorszej rzeczy, jaką można i go jednak nie zostawi?

Zostawi go. Oboje się kiszą w tym związku, tylko boją się do tego przyznać.

Nie ostrzegł go. Nic nie powiedział, kiedy House po kilku minutach siedzenia w ciszy po prostu wstał i wyszedł.


c.d.n.