Część dziewiąta - Diagnoza
Oba skrzydła drzwi świetlicy lekarskiej otworzyły się z trzaskiem, na progu stanął Gregory House w wyraźnie bojowym nastroju. Ocena sytuacji zajęła mu dwie sekundy – wypatrzył swoich studentów zaczytanych w medycznej prasie w dalekim rogu pomieszczenia, a niezbyt radosna grupka doktora Hamara w kącie rekreacyjnym była zajęta pisaniem referatów pod surowym okiem opiekuna.
- Uwielbiam zapach paniki – mruknął Greg, nawiązując do swojego sposobu odnalezienia pomocników. – Hirst i Malckie, jazda do pokoju lekarskiego – rzucił władczo. Studenci popatrzyli po sobie, wstali, minęli go w drzwiach i ruszyli w stronę windy. House zaczekał, aż znikli z pola widzenia, spojrzał na odwiecznego wroga i ledwo powstrzymał uśmiech. – Doktorze Hamar, dyrektor Cuddy wzywa pana na dywanik.
Początkowe zaintrygowanie Hamara zdecydowanym wejściem Grega zamieniło się w zaniepokojenie. Były internista podniósł się z wahaniem, podszedł do stojącego w drzwiach, bardzo zadowolonego i nieco naćpanego House'a.
- Co jej powiedziałeś?
- Mówiąc o niej, masz na myśli panią dyrektor? Co miałem jej powiedzieć?
- Wiesz, co.
- Nie wiem. Nie powiedziałem jej nic dzisiaj, nie powiedziałem nic półtora roku temu. Nie musiałem. Twoje czyny mówiły za mnie.
Hamar spuścił wzrok pod stalowoniebieskim spojrzeniem przeciwnika.
- Miło się razem pracowało – wyszczerzył zęby Greg, odwrócił się i ruszył do windy.
Kiedy Greg dziarsko wmaszerował do gabinetu, studenci tym razem zdołali zauważyć, że zachowywał się inaczej. Pochodzący z dobrej rodziny i posłuszny Will, w przeciwieństwie do Steve'a, nie skojarzył jednak nieco nakręconego zachowania lekarza z pochłonięciem przez niego dość dużej dawki opioidowych leków przeciwbólowych. Steve lekko się zmartwił, ale nie okazał tego w żaden sposób.
- Jeśli chodzi o nasze zadanie, jesteśmy na ostatniej prostej – ogłosił Greg. – Zahaczyliśmy o nią pomysłem z amyloidozą, teraz podejdziemy z innej strony.
- To znaczy? – odważył się zapytać Steve.
- Na czym tak ogólnie polega amyloidoza? – spytał Greg swoim belferskim tonem.
- Komórki odpornościowe, które przeniknęły do tkanek, zaczynają wydzielać nieprawidłowe białko, które zaburza czynność organów – odparł Will.
- Czyli mamy problem z układem odpornościowym. Mówię więc, że pociągniemy to dalej, tylko inaczej. Tablica pełna objawów i brak innej przyczyny może oznaczać chorobę autoimmunologiczną.
- Leukocytoza wydawała się nieco za niska – mruknął nieśmiało Will.
Greg przewrócił oczami.
- A co, jeśli nasza pacjentka oryginalnie miała za niski poziom białych krwinek, dopiero teraz się to rozbuchało? Dla niej taka leukocytoza może oznaczać poważną chorobę, a dla kogo innego może być normą.
- Chorób autoimmunologicznych są setki, nie mamy czasu siedzieć w laboratorium i robić badań przez cały dzień, jak wczoraj z wirusami – zaprotestował Steve. – Stan pacjentki jest zbyt ciężki.
- Pomijając już fakt, że mamy odgórnie ustalony limit czasowy do wieczora – mruknął Greg. – Kolejna zasada: jeśli masz do wyboru setki, wybierz najpopularniejsze albo najfajniejsze.
- Toczeń układowy – rzucił Will tonem, jakby go nagle oświeciło. – Objawy pochodzą z atakowania narządów przez własny układ odpornościowy pacjentki.
Greg kiwnął głową. On o tym też pomyślał.
Przechodząca korytarzem pielęgniarka zastukała w szklaną ścianę pokoju lekarskiego i pokazała otwartą dłoń. Greg skinął jej i wrócił do tematu.
- W takim razie jeden z was upuści pacjentce kolejną porcję krwi i zbada poziom przeciwciał specyficznych dla tocznia, drugi zaraz potem uzupełni braki solidną dawką prednizonu i będzie siedział przy dziewczynie w celu pilnowania jej stanu. Chcę was obu zobaczyć za dwie godziny z wynikami tych działań.
Dziesięć minut po wyjściu studentów do biura Grega wpadła wzburzona Stacy.
- Możesz mi powiedzieć, co się tu działo?
Greg, siedzący z nogami na biurku, spojrzał na nią zza egzemplarza prasy medycznej.
- Długo by opowiadać. – Wzruszył ramionami. – Chyba, że uściślisz.
- Lisa chce zwolnić Hamara, bo myśli, że się pobiliście.
- A niech sobie myśli, nam wszystkim to wyjdzie na zdrowie – odparł i wrócił do lektury.
- Greg. – Stacy podeszła do niego i brutalnie wyrwała mu gazetę z dłoni. – Chcę wiedzieć, jak było naprawdę.
- Po co? Hamar powinien był wylecieć lata temu, nie obchodzi mnie, z jakiego powodu się to ostatecznie stanie.
- To nie chodzi o Hamara, tylko o ciebie – odparła Stacy przez zęby, żeby nie krzyczeć. – Nie sądzisz, że mam prawo wiedzieć, co się z tobą dzieje?
- Nic się nie dzieje – skrzywił się Greg, patrząc na nią spokojnie. Stacy uspokoiła się nieco.
- Więc jak? Pobiliście się czy nie? – spytała.
Greg prychnął tylko, potem szybko okrążył spojrzeniem podłogę, biurko, okno, ostatecznie spojrzał na nią i rzekł spokojnie:
- Nie.
- Żałuję, że spytałam – mruknęła wyraźnie nieusatysfakcjonowana Stacy i ruszyła do wyjścia.
- Przecież powiedziałem, że nie! – zawołał za nią.
- Greg, powiedziałeś wszystko, by nie powiedzieć nic! – krzyknęła, zatrzymując się w drodze do drzwi. – Nawet nie wiesz, jak bardzo nienawidzę momentów, kiedy patrząc mi w oczy i mówiąc coś w ten sposób sprawiasz, że nie mam pojęcia, czy ci wierzyć, czy nie! Znam cię na tyle, by zazwyczaj wiedzieć, kiedy manipulujesz, a jednocześnie za słabo, by być pewną, co z tej manipulacji wynika! To wcale nie sprawia, że się tobie ufa!
- Wcale mi nie zależy na tym, żebyś mi w tym wypadku ufała – odparł spokojnie, wręcz zimno. – Naprawdę mam gdzieś, z jakiego powodu Cuddy zwolni Hamara. Będę się tylko cieszył, jeśli w ogóle to zrobi. A czy się pobiliśmy, czy nie... – Wzruszył ramionami. – Nie ma to żadnego znaczenia.
- Możesz mi powiedzieć, skąd się to u ciebie bierze? Nazwiesz innego lekarza idiotą, wyciągniesz na światło dzienne brudy z jego prywatnego życia, ale kiedy dochodzi do karygodnego błędu lub złamania etyki, milczysz jak grób.
- To nie tak – skrzywił się Greg. – I tak nie zrozumiesz.
- Najwyraźniej. – Pokiwała głową i ostatecznie wyszła.
- Jest już wieczór, czas zakładu się kończy – stwierdziła Cuddy, wchodząc do pokoju lekarskiego. Greg siedział na stole i patrzył na tablicę, bawił się jo-jo. Spojrzał na nią zmęczonymi już oczami, nieco mętnymi i nagle smutnymi.
- Mój los zależy od dwóch studentów i dwóch kartek – rzekł. – Tak łatwo się nie poddam.
Steve wybrał ten moment, by pojawić się z pierwszą kartką. Podał ją Gregowi.
- Przeciwciała wyszły negatywnie – wysapał. Najwyraźniej biegł tutaj z laboratorium zaraz po uzyskaniu wyników. – To nie toczeń. Jaki jest stan pacjentki?
- Poprawia się. To musi być toczeń – usłyszeli zdziwiony głos Willa. Hirst stał w wejściu do pokoju lekarskiego, ale bez drugiej, zapowiadanej przez Grega kartki.
- Albo to cokolwiek innego, a pan podanym bez wyników badań prednizonem na tyle przytłumił układ odpornościowy, że może się tylko wydaje, że pacjentka czuje się lepiej – stwierdziła twardo Lisa.
- Wiemy na pewno, że to nie infekcja, nie nowotwór, nie zatrucie, a prednizonem leczy się nie tylko tocznia – odparł Greg. Nagle usłyszeli powolny skrzyp kartki wychodzącej z paszczy faxu. Greg stanął na nogach i powoli ruszył do maszyny, która stała na biurku pod ścianą, oddzielającą pokój lekarski od jego biura.
- Doktorze House, teraz będzie pan zgadywał? – spytała Lisa z irytacją w głosie. – Pacjentka zaliczyła atak serca i perforację jelita grubego, myślę, że nie ma pan czasu na domysły.
- Oczywiście, że nie – odparł Greg. Doszedł do biurka, czekał na powoli wypluwaną, drugą kartkę. – Zignorujcie wszelkie stresory w pomieszczeniu i pomyślcie, co by to mogło jeszcze być – rzekł do studentów. „Stresor" w postaci Lisy Cuddy spojrzał na niego ze zdziwieniem. Studenci zamiast odpowiedzieć, razem z panią dyrektor patrzyli na rodzący się wydruk.
- Hej! – huknął Greg po raz kolejny tego dnia. – Pytałem o coś.
- T...teraz ciężko powiedzieć, bo badania mogą być nierozstrzygające przez podanie prednizonu – odważył się Will.
- Ale zostajemy przy chorobie z autoagresji? – spytał Greg, ostatecznie wyszarpując wydruk.
- Chyba tak – mruknął nieśmiało student.
Greg zerknął krótko na kartkę i ruszył z powrotem do tablicy.
- A co, jeśli jedno z naszych założeń było błędne? – spytał, patrząc na swoje nieco koślawe pismo. Usiadł na stole. Lisa przestąpiła z nogi na nogę, tracąc cierpliwość.
- Które? – spytał Will, zaintrygowany.
- Mówiliśmy, że zapalenie wzięło się z martwicy. Najpierw podejrzewaliśmy DIC z nowotworu, potem amyloidozę, ostatecznie tocznia. A może było na odwrót? – teoretyzował Greg, zupełnie nie zwracając uwagi na poirytowaną szefową. – Może to martwica wzięła się z zapalenia, tyle że nie bezpośrednio?
Studenci spojrzeli po sobie, nic nie rozumiejąc. Lisa już nie zdołała powstrzymać zaintrygowania.
- Zaburzenia funkcji nerek i wątroby, atak serca, krwawienie z odbytu, wysypka, to objawy niedokrwienia i niedotlenienia narządów – mówił Greg, zwracając się wyłącznie do studentów i wskazując kulą odpowiednie elementy na tablicy. – Mamy jeszcze leukocytozę i gorączkę, czyli wskaźniki zapalenia. A co jeśli choroba nie atakuje bezpośrednio narządów, tylko idzie od tyłu: uderza w dostawcę tlenu i składników mineralnych?
Studenci milczeli, Cuddy również. Greg chwycił kartę pacjentki i długopis, otworzył teczkę na jednej z ostatnich stron i rzekł, pisząc:
- Zwycięzcą zostaje... guzkowe zapalenie tętnic!
Rzucił kartę Lisie, która ledwo zdołała ją złapać.
- Wygrałem – mruknął, przechodząc obok niej w stronę wyjścia z pokoju lekarskiego.
Studenci znów spojrzeli po sobie i wydali bardzo głębokie westchnięcie.
Nad Plainsboro zapadła już noc. Greg stał na swoim tarasie, oparty o murek, zamyślony.
Dwa dni. To były dobre dwa dni. Wrócił do pracy, by znów być sobą. Jeszcze ma czas na powrót do wprawy w leczeniu – na głos się nie przyznał, że jak na jego standardy cała sprawa poszła mu zdecydowanie za wolno. Że diagnozę mogli mieć w pięć minut – wystarczyło wsadzić pacjentkę do tomografu, bo guzkowe zapalenie tętnic byłoby bardzo wyraźnie widoczne. To było jedyne badanie, którego nie przeprowadzili, a które powinno być pierwszym na liście. Żadna filozofia. Tak samo mógł przeprowadzać kilka badań jednocześnie - właśnie dzięki temu mieli ostateczny werdykt, bo przed pójściem po studentów zlecił pielęgniarce pobranie kolejnej próbki, tym razem z tętnicy, i zbadanie jej w kierunku ostatecznie wykrytej choroby. Z drugiej strony nie leczył przez rok, a przez ostatnie dwa miesiące był w ogóle odcięty od medycznego świata jako lekarz. Grunt, że pacjentka przeżyła, była leczona i jej stan się poprawiał. Zrzucił na studentów obowiązek powiadomienia urodziwej, szczupłej dziewczyny, że czeka ją dożywotnie leczenie i po sterydach (czyli prednizonie) może się spodziewać znacznego przybrania na wadze, i musi pilnować stanu kości, ale lepsze chyba coś takiego od utraty jelit.
W nikłym świetle latarni zobaczył kogoś biegnącego przez park koło szpitala. Całkiem szybko mu to szło – może uciekał przed policją? Przypomniały mu się dawne czasy, jeszcze kiedy pracował tutaj pod poprzednim dyrektorem. Kiedy coś szło źle, zostawiał wszystko, przebierał koszulkę i spodnie, i szedł pobiegać. Był typowym biegaczem, potrafił dziennie pokonać dziesięć mil. Czuł wiatr we włosach, oddychał głęboko, odrywał się od nawału informacji, z których nie potrafił wydobyć jednej prawdy. Potem wracał i wszystko nagle stawało się jasne.
Piłką i jo-jo bawił się tylko wtedy, kiedy pogoda lub inne, ważne okoliczności nie pozwalały mu zniknąć. Teraz zostały mu tylko te wyjścia awaryjne i nadzieja na inspirację – jak dziś, przy rozmowie z Wilsonem.
Życie jest strasznie porypane – pomyślał.
Ale przynajmniej afera Hamara się skończyła. Idiota wyleciał z hukiem. Wpadł w pewnym momencie do biura Grega z wielką mordą, wyszedł znacznie ciszej, utykając.
Narodzonych później plotek Greg również nie komentował.
Podopieczni Hamara zostali przydzieleni imiennie na różne oddziały. Greg nie zgodził się zwolnić Willa z praktyk – jeśli chciał skończyć je wcześniej, musiał wytrzymać pełny tydzień. Tym razem jednak Hirst został wypuszczony do domu z przyzwoleniem pojawienia się przed jedenastą następnego dnia. Steve dał posmakować przygody z diagnostą innym studentom, sam poszedł pomagać Wilsonowi na onkologii.
Greg spojrzał na ciemne już biuro Wilsona. Potem oparł się plecami o murek i zlustrował swoje nowe królestwo, kryjące się za żaluzjami, przez które przebijało się światło z korytarza.
- To były dobre dwa dni – rzekł do siebie cicho, uśmiechając się.
KONIEC.
Mam jeszcze jeden taki "odcinek" (0x02) do wklejenia, za co być może się zabiorę niedługo. Kolejne teksty będę już chyba próbować tlumaczyć na angielski, chociaż nadal nie mam bety.
Dziękuję za czytanie i komentowanie. :)
BTW, czy jak wywalę jakiś plik z mojego Document Managera, to czy on znika z sieci (znaczy czy razem z nim usuwam opowiadanie albo rozdział)?
