— 2 —

— Harry, skup się! — zażądała Hermiona, patrząc na niego surowo.

Harry ostatkiem sił powstrzymał się od ciętej riposty. Jego przyjaciółka zachowywała się, jakby rzucenie niewerbalnego zaklęcia, na leżąco, wykonując skomplikowane ruchy różdżką i słuchając kpiących komentarzy Malfoya, było proste.

— Weasley, to zaklęcie przerasta możliwości Pottera, powinien dać sobie z nim spokój… na razie. — Głos Malfoya dobiegał z jego prawej strony. Harry nie był pewien, czy naprawdę go usłyszał — zabrzmiało to tak… jakby mężczyzna się o niego martwił? To musiało być złudzenie.

— Może masz rację, Draco. Harry powinien odpocząć — mruknęła z zawstydzoną miną Hermiona, przypatrując się uważnie przyjacielowi. — To miło, że się o niego martwisz — pochwaliła Malfoya, który od razu się skrzywił.

— Wcale się o niego nie martwię — warknął i obrzucił ją ostrym niczym brzytwa spojrzeniem. Chłód w jego wzroku zmroziłby nawet lód, ale Hermiona wcale się nie przejęła. Nalała Harry'emu odrobinę krystalicznie czystej wody i podała szklankę.

Pił zachłannie, rozkoszując się smakiem. Od kiedy kiepsko sypiał, nauczył się delektować takimi zwykłymi, codziennymi przyjemnościami. Angażował wszystkie zmysły do wykonywania banalnych, przynajmniej według innych ludzi, czynności i odkrywał ich niedoceniany urok. Czasami dziwił się, jak mógł wcześniej tego nie dostrzegać.

— Harry, musisz się skoncentrować — zaczęła łagodnym tonem Hermiona, z niepokojem przypatrując się jego twarzy. Malfoy skrzyżował ręce na piersiach i udawał, że wcale nie słucha ich rozmowy.

— Wiem!

— Spróbuj jeszcze raz — poprosiła miękko, obserwując, jak pieczołowicie odstawia szklankę na blat. — Powoli. Nie przejmuj się naszą obecnością. Jeśli chcesz, możemy wyjść…

Harry zamyślił się. Propozycja miała swoje zalety. W samotności mógłby bardziej skupić się na zaklęciu i nie rozpraszać się towarzystwem, ale… obecność Malfoya działała na niego pobudzająco. Swoimi sarkastycznymi komentarzami w przedziwny sposób, którego Harry nie do końca rozumiał, dodawał mu energii. Działo się tak w szkole, gdy rywalizowali ze sobą, działa i teraz — i nadal go irytowało. Tylko Malfoy potrafił sprawić, że Harry robił z siebie kompletnego głupka, byleby tylko nie okazać się gorszym od jasnowłosego Ślizgona.

— Hm… wolałbym, żebyście zostawili mnie samego — zdecydował się w końcu, unikając patrzenia na przyjaciółkę.

— Dobrze. Już wychodzimy — mruknęła Hermiona, odkładając trzymaną przez siebie książkę na stolik, i podeszła do drzwi. — Idziesz, Draco?

Czy brak werbalnej odpowiedzi to wyraz niezadowolenia? Pewnie tak, uznał Harry, gdy Malfoy w milczeniu odwrócił się i minąwszy, nadal bez słowa, Hermionę, wyszedł z pokoju. Przyjaciółka obdarzyła Pottera ostatnim zaniepokojonym spojrzeniem, które bezskutecznie próbowała ukryć pod lekkim uśmiechem, i wymknęła się z sypialni.

Harry wreszcie został sam; rozluźnił się, lekko i z większą energią wziął się do ćwiczeń. Zaklęcie, którego musiał użyć, nie zaliczało się do najprostszych: formuła była dość długa, poza tym jednocześnie musiał wykonywać odpowiednie ruchy różdżką. Jednak teraz, gdy nikt bacznie go nie obserwował, szło mu o wiele lepiej.

Wreszcie po kilkunastu minutach, które Hermiona spędziła, maszerując ze zmarszczonym czołem pod drzwiami, a Malfoy popijając wieloletnie wino, z jakiego słynęła, wśród tych nielicznych osób mających przyjemność je spróbować, ich domowa piwniczka, Harry rzucił poprawnie zaklęcie.

Jego twarz wypogodziła się, a organizm zapadł w długi, regenerujący sen. Gdy jego przyjaciółka, zaniepokojona ciszą panującą w sypialni, weszła do pomieszczenia, Harry wkraczał w nowy świat, o którym kompletnie nic nie wiedział.

oOo

Dwójka czarodziejów siedziała w przestronnym pokoju, rozświetlonym niewyraźnym światłem, jaki dawały unoszące się w powietrzu świece.

— Długo jeszcze? — Draco zapytał z typową dla Malfoyów cierpliwością, podnosząc głowę znad książki. Niedbale przerzucił kilka stron, niezainteresowany treścią.

Hermiona spojrzała na niego z niedowierzaniem. Czasami zastanawiała się, dlaczego w czarodziejskim świecie powszechnie uważano czystokrwistych czarodziejów za inteligentnych. Jej dotychczasowe doświadczenia z elitą (skrzywiła się) dowodziły tylko jednego — większość z nich to egocentrycy z manią wielkości, której pozazdrościłby im nawet Narcyz.

Opanowała przypływ irytacji i siląc się na spokojny ton, który nie ukrył w wystarczający sposób targających nią uczuć, odpowiedziała:

— Minęło dopiero kilka godzin. — Hermiona zerknęła na szykowny zegar wiszący naprzeciwko. — Żeby być dokładnym, trzy, więc jeśli umiesz liczyć, to chyba potrafisz powiedzieć, ile czasu zostało do przebudzenia Harry'ego.

— Sarkazm do ciebie nie pasuje, Weasley — skomentował Malfoy, podrywając się z fotela. Hermiona obserwowała, jak niedbałym, pełnym gracji krokiem, który musiał być wyreżyserowany, zbliżył się do łóżka i w skupieniu przyglądał się uśpionej twarzy Harry'ego. — Pewnie nie potrafił rzucił zaklęcia, więc postanowił się zdrzemnąć, co nie było wcale takim idiotycznym pomysłem, jeśli wziąć pod uwagę jego wygląd. Prezentuje się naprawdę fantastycznie. Powinniśmy sprawdzić, czy naprawdę śpi — zaproponował, szturchając palcem ramię nieruchomego mężczyzny.

— Malfoy, zamknij się i zostaw go w spokoju! — warknęła Hermiona, również podnosząc się z wygodnego krzesła. Szybko stanęła koło mężczyzny i poprawiając poduszkę, skomentowała: — Ślepy jesteś? Nie widzisz, że to magiczny sen? Nawet, gdybyśmy chcieli, nie zdołamy go dobudzić. Trzeba czekać… ale jeśli chcesz się przekonać, czy mówię prawdę, to proszę bardzo, droga wolna. — Rzuciła w stronę blondyna lekceważące spojrzenie, które ten zbył wzruszeniem ramion, ale odsunął się od łóżka.

Odgarnął ręką przydługie jasne włosy i z powrotem zajął miejsce na fotelu, nie zwracając już żadnej uwagi na Hermionę. Kobieta westchnęła tylko i przyjrzała się uważnie twarzy przyjaciela.

Harry wyglądał tak bezbronnie i spokojnie. Jakby nie męczyły go żadne troski. Jakby życie nie postanowiło kolejny raz stawiać na jego drodze wyzwań, z jakimi nie musieli walczyć inni ludzie. Jakby wszystko miało być w porządku. Hermiona delikatnie pogładziła miękką skórę przeraźliwie bladego policzka. Naprawdę martwiła się o przyjaciela i ciężko znosiła bezczynność. Uczucia dudniły w żyłach, domagając się aktywnego działania, jednak rozum podpowiadał, że Harry znów samotnie musi stawić czoła problemom. Ona tylko może stać z boku i czekać. Nie znosiła marazmu, ale racjonalna część jej osobowości, ta, która wielokrotnie pomagała znaleźć właściwe wyjście w trudnych sytuacjach, nakazywała zachować spokój. Zwykle Hermiona starała się postępować rozsądnie i dojrzałe, ułatwiało to wiele rzeczy, jednak teraz uczucia do Harry'ego prawie uniemożliwiały zachowanie samokontroli. Jej przyjaciel był gdzieś tam, mierząc się z nie wiadomo z czym, a ona mogła tylko czekać.

Przysunęła się bliżej do przyjaciela i ujęła jego dłoń. Pragnęła dodać mu otuchy i przypomnieć, że ona będzie na niego czekać, gdziekolwiek i w jakiejkolwiek sytuacji znajdował się jego umysł. Sen wygładził napięte rysy, zmarszczone w trosce brwi, jej przyjaciel wyglądał na odprężonego. Miała nadzieję, że wszystko będzie dobrze. A jeśli nie, to Harry chociaż się wyśpi.

oOo

Słońce przedzierało się przez grube zasłony i jasnym światłem wpadało do przestronnego pokoju, oświetlając twarz ciemnowłosego mężczyzny, który leżał w skłębionej pościeli. W momencie, gdy poczuł na twarzy ciepłe promienie, jęknął głośno. Wcale nie miał ochoty wstawać. Klnąc pod nosem na własną głupotę, powoli wyplatał się z materiału, skopując przy okazji kołdrę na podłogę. Przetarł przekrwione oczy i odgarnął ciemne włosy, które z uporem godnym opętanego fana po chwili wróciły na swoje miejsce. Mężczyzna ponownie jęknął, ale postanowił dać sobie spokój z niesfornymi kosmykami. Dopiero po chwili jako tako zebrał myśli i rozejrzał się po pokoju. Ku swojemu zdziwieniu odkrył, że znajdował się w pomieszczeniu, którego nigdy wcześniej nie widział. Siedział ze zmarszczonym czołem, próbując sobie przypomnieć, co robił wczorajszego dnia i skąd, na Godryku, się tu wziął? Czemu nic nie pamiętał? Ktoś rzucił na niego Obliviate? Cała sprawa wydawała mu się bardzo podejrzana, więc szybko wyskoczył z łóżka i rozglądając się uważnie po całej sypialni, podszedł do stojącego w kącie olbrzymiego lustra.

Musnął dłonią pięknie rzeźbione ramy, a gdy wyczuł pod palcami dziwne zgrubienie, zupełnie niepasujące do artystycznego wzoru, przysunął się bliżej, uważnie przyglądając się misternej ozdobie. Mimo wysiłków nadal nie był w stanie odczytać osobliwego napisu, jaki zdobił srebrną ramę. Zdecydowany odkryć tajemnicę zastanawiał się, jakim sposobem podejść do tego kłopotliwego problemu, ale uporczywy ból głowy uniemożliwiał znalezienie rozwiązania.

Pocierał czoło, gdy przerwało mu ciche pukanie do drzwi. Z nieco zdezorientowaną miną przyglądał się wchodzącemu do sypialni niewielkiemu domowemu skrzatowi, który z radosnym uśmiechem wnosił do pokoju tacę pełną pyszności i coś, co od razu wzbudziło zainteresowanie mężczyzny — gorącą kawą. Jej wspaniały zapach drażnił jego zmysły, kusząc obietnicą rozjaśnienia w głowie.

— Panicz Harry już wstał? To dobrze, pan będzie zadowolony. Czeka na panicza w salonie — oznajmił skrzat piskliwym głosem, stawiając tacę na okrągłym stoliku. Od razu skierował się w stronę łóżka, gdzie szybko i sprawnie zaczął poprawiać pościel. — Stworek jest naprawdę szczęśliwy, że panicz postanowił spędzić z nami trochę czasu, dawno już nas nie odwiedzał — stwierdził z nietrudną do wychwycenia pretensją w głosie.

Mężczyzna zamrugał zdziwiony. Nie rozumiał, o czym mówi skrzat, ale wyglądało na to, że ma jakieś pretensje do panicza, więc zapobiegawczo postanowił milczeć. Unikając odpowiedzi, zajął krzesło, które okazało się bardzo wygodne, i nalał sobie trochę życiodajnej kawy. W tej jednej chwili, gdy na języku wyczuł jej gorzki, trudny do pomylenia smak, wszystko przestało mieć znaczenie. Równie dobrze świat właśnie mógł się walić, a on nie ruszyłby nawet palcem, żeby spróbować cokolwiek ratować. Upił jeszcze trochę gorącego napoju, zupełnie nie przejmując się pieczeniem gardła i w milczeniu słuchał tyrady skrzata, który właśnie mocował się z butelkowozieloną kołdrą. Szala zwycięstwa jednoznacznie przechylała się na stronę przedmiotu.

— Panicz Harry powinien częściej odwiedzać pana. Panicz Teddy jest naprawdę słodkim dzieckiem, a panu jest potrzebna obecność panicza. Częściej się wtedy uśmiecha i rzadziej wychodzi na miasto, by odwiedzać te…

Wyglądało na to, że zabrakło mu odpowiedniego słowa, określającego tego kogoś, więc mężczyzna uśmiechając się niewyraźnie, podsunął mu szybko kilka, choć nadal nie wiedział, kto tak bardzo denerwuje zielonoskóre stworzenie:

— Okropne, straszne, wredne, niemądre, głupie, dwulicowe, fałszywe, koszmarne, złe, farbowane…

— Panicz Harry jak zwykle żartuje, a Stworek się martwi o pana — przerwał mu skrzat, podnosząc głowę znad łóżka, by rzucić mężczyźnie oskarżające spojrzenie. — Gdyby panicz nie wyprowadził się z domu, wszystko byłoby inaczej. Panicz powinien zostać z panem, bo wtedy pan jest szczęśliwy.

Mężczyzna milczał, zastanawiając się nad słowami skrzata. Z całej tyrady zrozumiał jedno — że stworzeniu naprawdę zależy na nim i tym tajemniczym panu.

— Stworek już skończył — zameldował skrzat, kłaniając się nisko przed swoim paniczem. — Stworek sobie pójdzie, żeby panicz mógł się ubrać odpowiednio.

Mężczyzna kiwnął głową, bo najwyraźniej tego po nim oczekiwano, ale nie umknęło mu badawcze spojrzenie rzucane przez odchodzącego skrzata.

Był zdezorientowany i ciągle miał mętlik w głowie. Czuł się dziwnie zagubiony, nie wiedział, co robi w tym miejscu, gdzie właściwie się znajduje i kim jest. Skrzat zwracał się do niego: „paniczu Harry", więc to musiało znaczyć, że tak ma na imię, ale wcale tego nie pamiętał. Sytuacja było co najmniej dziwna i irracjonalna. Jak można się obudzić i ni stąd ni zowąd nie wiedzieć, kim się jest? Kpina to albo mało śmieszny żart. Może ktoś postanowił spłatać mu psikusa? Ale kto? I dlaczego? Jaki miał w tym cel?

Żadne rozsądne wyjaśnienie nie przychodziło mu do głowy.

Z głową zaprzątniętą nierozwiązaną tajemnicą własnej tożsamości, bezmyślnie zajadał się śniadaniem, które przygotował dla niego skrzat. Nie przywiązywał wagi do tego, co znajdowało się na talerzu i gdyby ktoś próbował się od niego dowiedzieć, co takiego jadł, nie znałby odpowiedzi.

Zaspokoiwszy podstawowe pragnienia ciała, postanowił skorzystać z delikatnej sugestii skrzata i przebrać się w coś bardziej odpowiedniego. Gdy otworzył szafę, z wrażenia zabrakło mu tchu. Nigdy nie przypuszczał, że ktokolwiek może mieć tyle ubrań. Nikt tyle nie potrzebuje! Przeszukując czeluści szafy, na którą na pewno rzucono zaklęcie powiększające, bo inaczej nie zmiesiłaby się w niej taka ilość odzieży, zastanawiał się, dlaczego nic nie pamięta. Wreszcie znalazł jakieś ciemne spodnie i jasną koszulę. Szybko przebrał się w wygodne ubrania, które idealnie pasowały do jego sylwetki i podszedł do lustra, chcąc zobaczyć swoją nową prezencję.

Dopiero kiedy spojrzał na swojego lustrzanego sobowtóra, uświadomił sobie, że nawet nie pamiętał swojego wyglądu. Uważnie przyjrzał się wysokiemu ciemnowłosemu mężczyźnie o przenikliwych zielonych oczach, spoglądającego na niego w skupieniu. Na zafrasowanym czole widniała wąska, cienka blizna w dziwnym kształcie, przypominającym trochę węża albo błyskawicę. Musnął ją prawą dłonią, badając powoli strukturę niespotykanej pamiątki po jakimś wypadku z przeszłości, którego też nie pamiętał. Ciągłe zastanawianie się nad swoją przeszłością przyprawiało go o bolesny ból głowy.

Miał już dość — był zły i zdezorientowany.

Potrzebował kogoś, kto mógłby udzielić mu wyjaśnień i to natychmiast.

oOo

Schodząc po schodach, uważnie rozglądał się, podziwiając dobry gust gospodarza. O ile jego pokój (a przynajmniej przypuszczał, że sypialnia, w której się obudził, należała do niego) urządzony był w specyficznym odcieniu zieleni, do złudzenia przypominającym barwę jego oczu, i srebra, to korytarz zdecydowanie kolorystycznie odpowiadałby mugolskiej wersji nieba. Wszędzie mógł dostrzec przeróżne drobiazgi o barwie najcieplejszego błękitu, jaki kiedykolwiek widział. Gdzieniegdzie ten monochromatyczny motyw przełamywały przedmioty o białym kolorze. Całość prezentowała się zaskakująco szykownie i elegancko.

Mężczyzna zszedł na dół i nie wiedział, gdzie powinien się teraz skierować. Po obu stronach znajdowały się drzwi, prowadzące nie wiadomo gdzie. Postacie na portretach również nie były zbyt pomocne — przyglądały mu się tylko ciekawie, ale milczały, uśmiechając się lekko.

W gruncie rzeczy cała ta decyzja nie miała znaczenia, ponieważ nie wiedział, gdzie chce iść ani do kogo. Pozwalając się prowadzić instynktowi, złapał za najdziwniejszą klamkę, jaką widział w swoim życiu — w kształcie głowy małego węża — i otworzył najbliższe drzwi. Wsunął głowę do środka i rozejrzał się z ciekawością po niewielkim pokoiku, w którym jedyną interesującą rzeczą, skupiającą całą uwagę mężczyzny, był bałagan. Wszędzie leżały dziecięce zabawki; na stoliku, krzesłach, podłodze, a nawet ku swojemu zdziwieniu dostrzegł maskotki wygrzewające się w promieniach słońca, wpadających przez otwarte okno. Starannie zamknął drzwi, dbając o to, żeby przypadkiem skrzypienie nie zaalarmowało skrzata. Coś czuł, że swoim zachowaniem w sypialni wzbudził podejrzliwość stworzenia i nie miał zbytniej ochoty podszywać się pod samego siebie.

Mimo rosnącej irytacji postanowił dalej szukać właściwego pokoju, gdzie, wedle słów skrzata, czekał na niego właściciel. Otworzył kolejne drzwi i szybko je zamknął, chichocząc pod nosem. Niewielki składzik na pewno nie był jego celem, ale cała ta sytuacja zaczynała go już trochę bawić. Zwiedzał nieznany domostwo, zupełnie jak w kiepskiej powieści, więc za kolejnymi drzwiami powinna na niego czekać jakaś strasznie tajemnicza postać, która poinformuje go o supertajnej misji, jakiej tylko on może podołać, albo morderca szykujący się do ciosu. Nie wiedział, skąd do głowy przychodziły mu takie pomysły, ale grunt, że działały. Rozluźnił się, przestał z takim napięciem obserwować całe otoczenie.

Postacie na obrazach obserwowały go z coraz większą ciekawością, uśmiechnął się do nich, nieco zawstydzony tym zainteresowaniem, po czym podszedł do kolejnych drzwi. Zaraz też zmarszczył czoło, uważnie wpatrując się w długie, lekko wygięte ku górze rysy pozostawione na framudze. Dotykiem delikatnie zbadał osobliwe bruzdy, zafascynowany ich historią. Potrząsnął głową, gdy nie udało mu się wpaść na żaden pomysł, w jaki sposób mogły powstać.

Nagle jego zamyślenie przerwał radosny dziecięcy głosik, proszący o coś głośno. Nim minęła chwila, usłyszał łagodny, męski głos i zbliżające się kroki. Zamarł w bezruchu, nie mogąc się zdecydować, jaką decyzję podjąć — czy czekać na podchodzących i przywitać się z nimi, udając jednocześnie, że ich pamięta, czy też powinien skryć się w jednym z pokoi i wyjść z niego, dopiero gdy odejdą. Opanowany sprzecznymi uczuciami, próbował się zdecydować, ale każda możliwość wydawała mu się równie zła. Zanim zdążył przemyśleć całą sprawę i możliwe konsekwencje, usłyszał wołający go po imieniu, melodyjny głos, który coś mu przypomniał. Próbując zachować te znajome–nieznajome uczucie, jakie przywiodło mu na myśl te ciche wołanie, zaczął powoli się odwracać, ciągle wsłuchując się w przyjazne słowa nieznajomego, który cały czas mówił coś do jego pleców:

—… Harry, mam nadzieję, że nie przejmujesz się głupimi docinkami Syriusza, wiesz przecież, jaki on jest. Nie wyspał się przez naszego szkraba i dlatego od samego rana chodzi i warczy na wszystkich wokół niczym prawdziwy pies. Można by pomyśleć, że bardziej odpowiada mu postać Łapy niż człowieka.

— Lapa! — wyseplenił radośnie maluch, klaskając w ręce. — Lapa! Lapa!

— Tak, Teddy, Łapa jest nieznośny — przytaknął mężczyzna, poprawiając jednocześnie pozycję chłopca. — Harry, naprawdę miło, że do nas wpadłeś, choć z tego, co zrozumiałem, zrobiłeś to pod wpływem emocji? Zresztą nie musisz mówić, to twoja sprawa. Pewnie znowu się pokłóciliście…

Harry spojrzał na twarz nieznajomego, który przyglądał mu się z przyjacielskim uśmiechem, jednocześnie trzymając małego, kilkuletniego chłopca w ramionach, i przeżył szok. Ta twarz wyłoniła się z mroków niepamięci, niosąc ze sobą zarówno dobre, jak i złe wspomnienia. W ułamku sekundy przypomniał sobie, kim jest i co tu robi. Nie mogąc otrząsnąć się z szoku, zdołał tylko wyszeptać:

— Remus…

oOo

Niewysoki skrzat ukłonił się po raz ostatni i pośpiesznie wyszedł z pokoju. Hermiona zrezygnowała z piorunowania wzrokiem Malfoya (który i tak się tym nie przejął) i skupiła swoją uwagę na mahoniowym stoliku. Obrzuciła nieuważnym spojrzeniem delikatną i drogocenną zastawę, jej zainteresowanie wzbudził za to apetyczny zapach dobywający się z półmisków. Nie przyznałaby się do tego głośno, ale była niesamowicie głodna. Od rana nic nie jadła i żołądek domagał się czegoś pożywnego.

Malfoy przyglądał się jej z zadowolonym uśmiechem na ustach, gdy w niesamowitym tempie pochłaniała jedzenie. Hermiona udawała, że nie widzi satysfakcji w jego oczach. Nie zniosłaby ani jednej kąśliwej uwagi, choć sama musiała przyznać, iż miałby do tego święte prawo — jeszcze dziesięć minut temu zarzekała się, że nie jest głodna, a teraz nie może oderwać się od jedzenia.

— Minęło już sześć godzin. Ciekawe, jak też nasz Wybawca sobie radzi? — zapytał, obserwując świetlne refleksy w swoim winie, po czym odstawił kieliszek na okrągły stolik.

Hermiona nie zareagowała, bo nie wiedziała, co niby ma mu odpowiedzieć. Ją też to ciekawiło, ale ona, w przeciwieństwie do Draco, wierzyła, że przyjaciel sobie poradzi. Upiła trochę wykwintnego wina i przyjrzała się uważnie gospodarzowi.

Malfoy siedział wygodnie na fotelu, z przymkniętymi powiekami i głową opartą o szmaragdową tapicerkę. Jasne włosy rozsypały się na oparciu, tworząc naturalną aureolę wokół bladej twarzy. Zamknięte oczy ukrywały protekcjonalne spojrzenie, do którego zdążyła już się przyzwyczaić, ale teraz, gdy obserwowała uważnie jego rozluźnione oblicze, zauważyła wszystko to, czego nigdy nie potrafiła dostrzec pod maską pogardy i lekceważenia.

Malfoy w tej jednej chwili wydał jej się bardzo samotny. Hermiona widziała wcześniej, jak ukrywa za szyderstwem i ironią swój strach, ale nigdy nie zastanawiała się nad przyczynami takiego zachowania. Teraz odkryła prawdę i ta świadomość wcale nie poprawiła jej humoru. Odłożyła sztućce i sięgnęła po kryształowy kieliszek. Zwilżyła usta w wyśmienitym alkoholu i powoli, zastanawiając się nad każdym słowem, odpowiedziała:

— Harry jest świetnie wyszkolonym czarodziejem, jednym z najlepszych aurorów, o ile nie najlepszym, więc powinien poradzić sobie z każdą możliwą komplikacją, jaka może go tam spotkać.

— Weasley, nie dziwi cię cała ta sytuacja? Ty i ja, razem, w mojej sypialni, sam na sam jemy pyszną kolację w tak romantyczną noc. Ciekawe, co na to powiedziałby twój mąż? — zapytał Malfoy, uśmiechając się zimno i całkowicie ignorując pochwały, jakich nie szczędziła Harry'emu.

Hermiona zachichotała, wyobrażając sobie minę Rona. Po dwudziestu latach małżeństwa był o nią równie zazdrosny jak wtedy, gdy mieli po piętnaście lat. Malfoy najwyraźniej zaskoczony jej reakcją nie wiedział co powiedzieć. Po chwili linia jego ust złagodniała, a nawet zadrgała rozbawieniem, w szarych oczach natomiast zabłysły diabelskie iskierki.

— Czyżbyś chciała coś mi powiedzieć, Weasley? Czuję się naprawdę zaskoczony tak nieokiełznanej naturze. Nie tego spodziewałem się po surowej Panie Doskonałej.

Hermiona zmierzyła go oceniającym spojrzeniem i wybuchnęła śmiechem.

— Draco… — wyjąkała Hermiona między kolejnymi wdechami. — Czyżbyś ważył się na żart?

— Ja? — zapytał mężczyzna z komicznym zdziwieniem, uśmiechając się lekko i sięgając po kieliszek wina. — Jakżebym śmiał? Alkohol ci zaszkodził, Weasley. Malfoyowie nie żartują sobie z pospólstwem, ich godność im na to nie pozwala.

— Albo brak poczucia humoru — rzuciła wesoło Hermiona, odganiając ruchem dłoni skrzata, który chciał dolać jej wina. Najchętniej skomentowałaby jego obecność, ale po latach nauczyła się, że czasami można złapać więcej much na miód niż na ocet. Jej ustawa, nad którą pracowała przeszło trzy lata, i zdrowie Harry'ego były najważniejsze.

— Ta obraza wymaga rekompensaty — skwitował w odpowiedzi Malfoy, przyglądając się złocistym refleksom w lampce wina. Upił łyk i dopiero wtedy stwierdził: — Za tę impertynencję będziesz musiała zapłacić odpowiednią cenę, Weasley.

— Według ciebie powinnam się bać? — Hermiona postanowiła przekonać się, jak daleko jest gotowy się posunąć Malfoy w swoich intrygach. No i ukrywała sama przed sobą, że podpuszczanie go sprawiało niesamowitą frajdę. Zachowanie, które kiedyś wywoływało przypływ irytacji, teraz ją tylko bawiło. Przez te trzy miesiące zdążyła się już trochę oswoić z jego postępowaniem, gierkami i dziwacznym tokiem rozumowania. Draco odgonił trochę niepokój o Harry'ego, do którego nie chciała się przyznawać, i chociażby za to powinna być wdzięczna.

— Co by tu zaproponować? — Draco udał, że się zastanawia. Dokładnie wiedział, czego chce od przyjaciółki Pottera, ale na razie nie zamierzał ujawniać swoich planów, dlatego w zamian zaproponował coś, na co jako pani Weasley na pewno się nie zgodzi. — Powiesz swojemu mężowi, że spędziłaś ze mną noc. — Zanim Hermiona zdążyła zaprotestować, dodał: — Co będzie prawdą. Będziemy tu tylko we dwoje przez calutką noc.

W końcu otrząsnąwszy się z szoku, kobieta szybko zareagowała na ten niebywale głupi pomysł. Najwidoczniej nie doceniała Malfoya. Nie spodziewała się, że w tej sytuacji będzie chciał z nią grać w te swoje brudne gierki, ale skoro tego chciał, zdecydowała się podjąć wyzwanie. Na jej warunkach.

— Zgoda.

Hermiona z satysfakcją przyglądała się niedowierzaniu mężczyzny. Malfoy przez chwilę bawił się kieliszkiem, pozornie zajęty obserwowaniem wina. Cisza zaczęła jej przeszkadzać. Nie wiedziała, co myśleć o zachowaniu gospodarza, który przyglądał się z nieodgadnioną miną kryształowi w swojej dłoni. Przechylił go lekko, jakby złociste błyski potrafiły udzielić odpowiedzi na niewypowiedziane pytanie.

W końcu zdecydował się przerwać milczenie.

— Skoro jesteś pewna, Weasley, twoja decyzja — podjął spokojnie temat, nadal nie patrząc w jej stronę.

Hermiona zamrugała, zdziwiona obojętnym tonem. Wydawało jej się, że Malfoyowie zależy na tej gierce, ale teraz zachowywał się, jakby nie miała większego znaczenia. Chciał od niej czegoś, ale nie wiedziała czego konkretnie. Przyjrzała mu się uważnie, ale po chwili poddała się — z jego twarzy nie dało się nic odczytać. Zapewne nie spodziewał się takiego posunięcia z jej strony, rozbiła jego strategię i chwilę zajęło mu podjęcie decyzji, czy próbować innych machinacji. To tak typowe dla niego — założyć coś i oczekiwać właśnie takich rezultatów.

— Oczywiście pozostaje kwestia, w jaki sposób dowiedziesz, że to zrobiłaś. Jakieś sugestie? — zapytał bez większego zainteresowania. — Ze względu na wagę przewiny honor nazwiska wymaga odpowiedniej oprawy, nie uważasz?

Hermiona pokręciła głową, czego Malfoy nawet nie dostrzegł, bezustannie bawiąc się kieliszkiem. Zagryzając wargi, próbowała znaleźć jakiś sposób, żeby wykręcić się z tej prowokacji.

— Może ogłoszenie w gazecie? — zaproponował, uśmiechając się w ten specyficzny, malfoyowski sposób. Mógł wybrać łatwiejsze wyjście, jednym zdaniem zmienić temat, odwrócić uwagę od drażliwej konwersacji, ale nie zrobił tego. Po co? Kalkulacja była prosta. Nie zamierzał mieszać się do sprawy ministerstwa, nie szukał więc poparcia głowy Departamentu Przestrzegania Prawa. Długofalowa współpraca z Hermioną Weasley przyprawiłaby go tylko o dreszcze, już dość naznosił się jej obecności, gdy próbowała go przekonać do poparcia tej śmiesznej ustawy. Nie potrzebował jej. Niezależnie od tego, jak bardzo kochał i szanował ojca, nie był do niego podobny. Polityka nie leżała w kręgu jego zainteresowań. Skoro nadarzyła się okazja, żeby pozbyć się nachodzącej go kobiety, przy okazji wyciągając od niej kilka historii, które ciągle go nurtowały, tym lepiej.

Od razu zrozumiała, że przegrała. Wygrał. Hermiona miała ochotę potrząsnąć tym aroganckim kretynem, ale nie mogła. Pomijając już fakt, że był ich gospodarzem, wyświadczył im niesamowitą przysługę (Nie bez profitów, przypomniała sobie natychmiast) i tak miał ją w garści — nadal liczyła na jego pomoc w swojej kampanii. Westchnęła, doskonale widząc, jaką decyzję musiała podjąć. Poddała się, tak jak oczekiwał.

— Powiedz, czego tak naprawdę chcesz.

— Bardzo nieprecyzyjne pytanie, Weasley — skarcił ją pobłażliwie, a ona nabrała nagłej chęci na skręcenie mu karku, czego w gruncie rzeczy nikt przy zdrowych zmysłach nie zaliczyłby do czegoś dziwnego. Ron byłby pierwszym, który by temu przyklasnął. W końcu to Malfoy, rozgrzeszyła się w duchu. Świętego doprowadziłby do szaleństwa. — Czego mogę chcieć? Zastanówmy się… — kontynuował, nieświadom morderczych planów gościa. Na jego wargach czaił się czujny uśmieszek.

— Draco, przejdź do rzeczy — zaproponowała. — W makiawelizmie ci nie do twarzy.

— Skoro nalegasz. W takim razie musisz zaspokoić moją ciekawość. — Malfoy zignorował zduszony pisk Hermiony i, jak gdyby nigdy nic, kontynuował: — Od czego możesz zacząć? Hm… najlepiej od początku.

oOo

Harry siedział na krześle w przestronnej kuchni ze zdezorientowaną miną i starał się udawać, iż cała ta piekielna sytuacja wcale nie jest dziwna. Jakby co dzień spotykał od dawna nieżyjących znajomych, którzy uśmiechali się do niego radośnie znad ciemnej główki swojego synka. Powiedzieć, że czuł się niezręcznie, to byłoby niedopowiedzenie roku.

— Harry, słyszałem o waszym najnowszym pomyśle — zaczął Remus, podając chłopcu migającą światłami kulkę, którą ten zignorował. — Brzmi naprawdę ciekawie, ale nie jestem przekonany, czy uda wam się przekonać do tego społeczeństwo. Dużo osób zaneguje intencje, jakie przyświecają całej sprawie. Choć myślę, że… Teddy! Nie ruszaj! — skarcił syna, który nic sobie nie robiąc ze zdenerwowania mężczyzny, nadal próbował dosięgnąć nożyk leżący niedaleko Pottera. — Harry, mógłbyś?

— Jasne.

Zabrał niebezpieczny przedmiot z zasięgu rąk chłopca. Teddy popatrzył na niego w skupieniu, śmiesznie marszcząc czoło. Po sekundzie jego piegowatą twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. Harry znał tę minę i jęknął w duchu. Niezależnie od tego, jak bardzo ten świat różnił się od jego, pewne rzeczy nigdy się nie zmieniały. A szczególnie pewne małe, przebiegłe bestyjki.

— Wujek, da! — poprosił Teddy, uśmiechając się słodko.

Harry pokręcił przecząco głową. Szybko zlustrował wzrokiem całe pomieszczenie i ku swojemu zadowoleniu dostrzegł coś, co na pewno zainteresuje chrześniaka. Wstał od stołu, bacznie obserwowany przez dwie pary oczu i stanął przy oknie. Odwrócił się z uśmiechem, ukrywając wybrany przedmiot za plecami. Roziskrzone oczy Teddy'ego powiedział mu, że podstęp się udał. Chłopiec nie odrywał spojrzenia od jego lewej ręki. Harry uśmiechnął się lekko i kucnął koło niego. Nie zdążył nawet doliczyć do czterech, gdy Teddy poprosił:

— Da! Prose… — Chłopiec był rozczulający z tą błagalną minką i bezgraniczną wiarą w dobre serce chrzestnego. Harry od razu zmiękł i podał mu zabawkę. Teddy przytulił do siebie wysłużonego misia. Jedno ucho przekrzywiło się zabawnie, gdy jego chrześniak próbował udusić maskotkę.

Remus uśmiechnął się porozumiewawczo do Harry'ego.

— Masz do niego świetne podejście. Zupełnie jak Syriusz. Ciekawe, gdzie on jest? Mam nadzieję, że nie poszedł znowu do…

Stworek wparował do kuchni, mamrocząc coś pod nosem. Zamarł, gdy dostrzegł mężczyzn. Opanowawszy emocje, ukłonił się i obrzucając Harry'ego krytycznym spojrzeniem, stwierdził:

— Dzień dobry! Pan nadal czeka na panicza w salonie. Pan Remus już wstał? — Mimo że to było pytanie retoryczne, Remus kiwnął głową. — Zaraz przygotuję śniadanie. Na co ma pan ochotę? Są świeże jajka, może jajecznicę?

— Z przyjemnością. Dziękuję, Stworku.

Teddy ześliznął się z kolan taty i podszedł do Harry'ego. Remus roześmiał się chrapliwie, jakby od dawna tego nie robił, gdy jego syn wyciągnął ręce do chrzestnego.

— Mały cwaniak, Syriusz go tego nauczył.

Harry przytulił do siebie chłopca, wdychając słodkawy zapach mydła. Jego synowie już dawno wyrośli z dziecięcych przytulanek, a Lily, choć najmłodsza, nigdy nie należała do typowych pieszczochów, więc zapomniał już, jakie to wspaniałe uczucie. Teddy objął swoimi wątłymi rączkami jego szyję i zaczął się wiercić, mieszcząc się wygodnie w ramionach mężczyzny. W końcu widocznie uznał, że znalazł sobie odpowiednią pozycję i wtulił się w Harry'ego, który zaczął gładzić go głowie. Twarz chłopca rozjaśnił zabawny uśmiech.

Upuszczona zabawka poniewierałaby się po podłodze, gdyby Stworek jej nie podniósł.

Na twarzy Remusa pojawił się półuśmiech, choć, jak spostrzegł Harry, jego oczy nadal miały ten wyraz, jakiego dawno już nie widział w niczyich oczach. Mieszanina smutku, samotności i jakby… gorycz? Nie był pewien, czy prawidłowo zidentyfikował uczucia starego przyjaciela. Nigdy nie należał do ekspertów w dziedzinie odczytywania emocji, czego teraz gorzko żałował. Do szaleństwa doprowadzał go fakt, że nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Ale jednego był pewien — niezależnie od wszystkiego, dowie się całej prawdy, przy okazji pozbywając się tych natrętnych snów.


Edytowano: 2012-09-12