— 3 —
— Harry — zaczął po chwili Remus — chyba powinieneś już iść do Syriusza. Sam wiesz, jaki jest niecierpliwy. Daj mi tego szkraba, sam się nim zajmę.
Potter zawahał się, ale nie chcąc wzbudzać podejrzeń, oddał Teddy'ego ojcu. Przeczesał palcami włosy i lekko westchnął, po czym wstał z tak nieszczęśliwą miną, że twarz Remusa znów rozjaśnił uśmiech.
Nim Harry zdążył podejść do drzwi, te otwarły się z rozmachem, a na progu stanął chrzestny z morderczym błyskiem w oku. Wyraz jego twarzy zmienił się gwałtownie, gdy omiótł spojrzeniem kuchnię.
— Harry! Stworek nie powiedział ci, że na ciebie czekam? — zapytał, wpatrując się ciągle w Remusa, który speszył się lekko.
— Powiedział… — wybąkał Harry, próbując opanować chęć uszczypnięcia się. Cała ta scena wydawała mu się surrealistyczna; Syriusz wgapiający się z pełną niedowierzania miną w Lupina, Stworek spokojnie rozbijający jajka nad jakąś miską i zielono–różowowłosy Teddy próbujący zdjąć ojcu zegarek i on sam, zdezorientowany jak nigdy dotąd.
Opanowawszy emocje, przyjrzał się swojemu chrzestnemu. Tyle lat nie miał do tego okazji. Z niespokojnie bijącym sercem omiótł szybkim spojrzeniem niestaranny ubiór i zatrzymał wzrok na jego twarzy, odprężonej i spokojnej; tylko oczy błyszczały podejrzanie. Lśniące ciemne włosy opadały na policzek podkreślając wąską bliznę, której on, Harry, nigdy przedtem nie widział. Skąd się ona wzięła? Czyżby ten świat aż tak bardzo różnił się od tego, z którego on pochodzi? Potter zaznaczył sobie w myślach, żeby się tego dowiedzieć. Zarówno Remus jak i Syriusz wyglądali inaczej, niż kiedyś. I nie chodziło tylko o to, że byli żyli, lecz… sam nie wiedział, ale obaj mieli w oczach coś takiego, coś, czego nigdy przedtem tam nie było. Z lekkim westchnieniem Harry uzmysłowił sobie po raz pierwszy, że czeka go naprawdę trudne zadanie. Przedtem, gdy zastanawiał się nad użyciem tego zaklęcia, wszystko wydawało się być proste, ale teraz… teraz z każdą chwilą uświadamiał sobie, jak mało wie o tym świecie i jak trudno będzie mu udawać, że jednak tu pasuje. Niby istniał limit czasu, w którym pokładał pewną nadzieję, ale gdyby coś poszło nie tak, nie będzie miał możliwości, żeby wrócić do swojego świata. Do swojej rodziny — Ala, Jamesa, Lily, Hermiony, Rona, Neville'ego, Teda, Andromedy, Molly… do wszystkich, którzy byli dla niego tacy ważni… do ukochanej pracy… do…
Te rozmyślania przerwał mu głos Lupina.
— Syriuszu… — zaczął Remus i spojrzał na czubek jego głowy.
Harry powstrzymując się od śmiechu, podszedł do Syriusza i zdjął mu z głowy wypchany czerwono–złoty kapelusz.
— Hm… wybierałeś się gdzieś z tym? Pewnie na bal przebierańców… — zasugerował z kpiącą miną, przypatrując się uważnie kolorowemu nakryciu głowy — a może chciałeś w tym iść na randkę?
— Bardzo zabawne, Potter! — odwarknął mu Syriusz, w końcu odwracając wzrok od swojego przyjaciela i obrzucając chrześniaka karcącym spojrzeniem. — Lepiej powstrzymaj się od uwag, bo nadal jestem na ciebie wściekły! Poczekaj no łobuzie, zaraz się tobą zajmę, najpierw jednak…
Syriusz ruszył w stronę Remusa z przewrotnym uśmiechem, wróżącym siedzącemu mężczyźnie katastrofę co najmniej na miarę plag egipskich. Harry nie wiedział, o co tu chodzi — wszystko wydawało się być na opak — ale nie mógł pozwolić, by jego chrzestny zaatakował Lupina. Stanął mu na drodze i zmarszczył groźnie brwi, mając nadzieję, że to go powstrzyma.
Złudna była to wiara, ponieważ Syriusz nie wahając się nawet przez ułamek sekundy, sprawnie go wyminął, potrącając jednocześnie kręcącego się po kuchni Stworka i jednym susem znalazł się przy Remusie. Pochylił się nad mężczyzną i zaczął łaskotać Teddy'ego, który od razu się rozpiszczał.
Harry skrzywił się, gdy jego uszy zaatakowała kanonada piskliwych dźwięków, z trudem powstrzymując się od zasłonięcia uszu. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniały — czy to mowa o syriuszowej skłonności do żartów czy zdolności Teddy'ego do emitowania naprawdę wysokich tonacji. Westchnął cicho pod nosem, karcąc się jednocześnie za brzydkie podejrzenia i obiecując sobie solennie, że następnym razem zaufa instynktowi, który podpowiadał ufność w hm… dobre intencje chrzestnego.
— No już Syriuszu… Syriuszu!… Syriuszu!… Przestań już! — krzyczał Lupin, przekrzykując swojego syna. Remus próbował opanować przyjaciela, ale jak dotychczas nic to nie dawało. W końcu zdenerwowany pacnął Syriusza lekko przez głowę, co od razu wywołało pożądany efekt. Mężczyzna odsunął się trochę i oburzony zawołał:
— Za co to? — Rozmasowując sobie głowę, obrzucał Remusa zdziwionym spojrzeniem.
Harry uśmiechnął się do Teddy'ego, który z tego wszystkiego dostał czkawki i wyjął z kieszeni różdżkę.
— Następnym razem słuchaj, co się do ciebie mówi — powiedział spokojnie, zanim Lupin zdążył odpowiedzieć, po czym zaczął szeptać przeciwzaklecie.
Syriusz z niedowierzaniem przyglądał się obu mężczyznom, którzy wymienili znaczące spojrzenia. Pokręcił głową, nadal pełen wątpliwości, ale nawet nie minęła sekunda, gdy znowu się odezwał:
— Dwóch na jednego, no no, nie spodziewałem się tego — z udawanym żalem popatrzył najpierw na Remusa, później na Harry'ego, na którym jego wzrok się zatrzymał. Potem dodał: — Z tobą nadal mam do pogadania, nie myśl, że ci się upiekło.
— Tak?
— Nie udawaj niewinnego, Harry! — Ostrzegł go Syriusz, ale oczy mu się śmiały. — No chyba, że jesteś niewinny, wtedy… wtedy mogę ci tylko współczuć.
Harry spąsowiał. Nie spodziewał się, że jego chrzestny może sugerować coś takiego. W jego świecie Syriusz nie pozwalał sobie na tego typu insynuacje. Czy to znaczyło, że tutaj łączyła ich bliższa więź? Jak długo się znali? Może… może nawet w jego świcie zachowywaliby się w taki niefrasobliwy sposób, gdy zamieszkał z Syriuszem, tak jak mu to zaproponował na trzecim roku?
— Syriuszu! — jęknął Remus. — Nie zawstydzaj go!
— Nie robię tego! Ja tylko stwierdziłem fakt. Jeśli nadal jest…
— Nawet jeśli to prawda nie powinieneś mówić tego w tak obcesowy sposób. To prywatna sprawa Harry'ego i nie wolno ci się wtrąca…
— Skończmy ten temat! — przerwał im zdecydowanie Harry. Miał już dość. Słuchanie, jak ta dwójka sprzeczała się na temat jego życia erotycznego, było grubo ponad jego siły.
— Masz rację — przyznał Remus, uśmiechając się do niego uspokajająco.
Syriusz powstrzymał się od komentarza, za co Harry był mu niewymownie wdzięczny. Dzisiejszy dzień zaliczył do najdziwniejszych w swoim życiu… i jednocześnie do najszczęśliwszych. Bo mimo wszystko czuł się tak naprawdę dobrze — miał koło siebie Syriusz i Remusa, którzy właśnie zaczęli dyskutować na temat jakiejś ustawy. Był pewien, że niedługo zobaczy swoich przyjaciół i wszystko będzie dobrze. I choć nadal pamiętał przestrogi Hermiony, to jakoś nie wydawały mu się równie ważne, jak przedtem. Wszystko zmierzało w dobrym kierunku.
oOo
Albo i nie.
Harry ostatkiem sił powstrzymał się od głośnego wyrażania swojego niezadowolenia, miał ochotę krzyczeć tak głośno, że zagłuszyłby gadanie Syriusza. Od przeszło dziesięciu minut słuchał tyrady chrzestnego, który perorował mu coś nad uchem, niepomny tego, że chrześniak w ogóle go nie słuchał. Jakby tego było mało — nadal nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Syriusz maszerował w tę i we w tę, narzekając i złorzecząc na przemian, ale nic sensownego nie dało się wywnioskować z przedłużającej się gadaniny. Harry próbował, naprawdę próbował, dowiedzieć się, co tak go poruszyło, ale dotychczas jego wysiłki spełzały na niczym.
— I mam nadzieję, że to będzie ostatni raz! — zakończył w końcu mężczyzna, zatrzymując się przed Harrym.
Potulne skinienie głową chyba uspokoiło Syriusza… na kilka sekund, bo nim Potter zdążył czmychnąć z pokoju, rozległ się jego zwodniczo łagodny głos:
— Harry, czy ty mnie w ogóle słuchałeś?
— Eee…
Harry nie chciał kłamać, naprawdę, a jednocześnie nie chciał się przyznać do nieuwagi, ponieważ wtedy — na Merlina! — czekałaby kolejna krótka rozmowa, która pewnie byłaby o wiele treściwsza niż poprzednia. Cierpliwość też miała swoje granice.
— Harry? — Syriusz spojrzał na jego przerażoną minę i zagryzł wargi. Nie wytrzymał jednak długo — roześmiał się tak głośno, że salwa szczękliwego śmiechu po chwili zwabiła do niewielkiego pokoju Remusa.
Mężczyzna stanął w wejściu, przypatrując się obu uważnie. Widząc ulgę na twarzy Harry'ego, uśmiechnął się łagodnie i patrząc Syriuszowi prosto w oczy, z leciutką drwiną w głosie stwierdził:
— Jak widzę, twoja rozmowa uświadamiająca udała się znakomicie.
Tym razem to Harry nie zdążył opanować nagłego parsknięcia.
— Rozmowa okazała się sukcesem — odparł Syriusz. Harry za jego plecami udał, że zasypia.
— Tak… o ile za sukces można poczytać sobie kompletne zanudzenie Harry'ego — odparował szybko Remus, mrugając porozumiewawczo do Pottera.
— Bardzo zabawne! — odciął się Black, ale zaraz spojrzał z niepokojem na swojego chrześniaka i zapytał: — Nie zanudziłem cię, prawda?
Harry nie miał serca powiedzieć mu prawdy; Syriusz naprawdę się starał, ale ponad dwudziestominutowa pogadanka na temat, który był mu kompletnie obcy, nawet świętego doprowadziłaby do rozpaczy.
Widocznie miotające nim uczucia odbiły się na jego twarzy, ponieważ Syriusz wyraźnie oklapł. Remus poklepał go pocieszająco po ramieniu.
— Nic się nie stało — pocieszał go cicho. — Harry jest już dorosły i tak powinieneś go traktować.
Potter entuzjastycznie pokiwał głową. Nie bardzo wiedział, co powinien powiedzieć, gdy obaj mężczyźni wlepili w niego wzrok. Remus naglący, a Syriusz pełen wyczekiwania, że jednak nie okazał się aż tak tragiczny.
— Eee… właśnie… Remus ma rację — jestem dorosły i to ja ponoszę konsekwencje swoich działań… nawet, jeśli popełnię błąd, to będzie moja następstwo mojej decyzji… i… Syriuszu… wiem, że jeśli będę potrzebował twojej pomocy, to na pewno mi jej udzielisz… bez wahania… i nie musisz… — mnie zanudzać — Harry przygryzł wargi, powstrzymując cisnące się na usta słowa, szybko zastąpił je bardziej neutralnymi: — mnie uświadamiać ani nic… wystarczy, że będziesz przy mnie, gdy będę tego potrzebować… tak jak dotychczas…
Remus przyglądał mu się uważnie, najwyraźniej zaskoczony tym co właśnie padło z ust Harry'ego. A może sposobem, w jaki to wyraził? Potter czuł na sobie jego podejrzliwy wzrok, gdy Syriusz mocno go do siebie przygarnął. Otoczony silnym uściskiem, miał pewne trudności w oddychaniu, ale nie przejmował się tym zbytnio. Czuł się niezwykle na miejscu, jakby… jakby zawsze powinien tu być. Harry opanował początkowe zakłopotanie i odwzajemnił uścisk. Wdychając lekki zapach wody kolońskiej, próbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek pozwolił sobie na takie zachowanie. Jak to twierdziła Hermiona — zawsze był osobą łatwo ulegającą emocjom, ale rzadko pozwalającą sobie na bliskość z drugim człowiekiem. Teraz wydawało mu się to bez znaczenia. Był tam, gdzie być powinien.
Gdy Syriusz odsunął się od niego z wyraźną niechęcią, Harry uśmiechnął się lekko. Spojrzenie Remusa nie zmieniło się ani o jotę, ale wydawał się dużo spokojniej przypatrywać obu czarodziejom. Nawet, jak to wydawało się Harry'emu, z pewną dozą zadowolenia i… satysfakcji?
oOo
— To już wszystko? — zapytał Malfoy z zawiedzioną miną. — Weasley, powiedz, że oszukujesz…
— Oczywiście, że nie! — zaprzeczyła i znów pochyliła się nad pergaminem.
Malfoy przypatrywał jej się niedowierzająco. Milczenie przeciągało się, aż w końcu Hermiona westchnęła cicho i obiecując sobie w duchu, że już nigdy więcej nie da się podpuścić, poinformowała go sucho:
— Wszystko, o czym ci opowiedziałam, jest prawdą. Nie masz żadnych podstaw, żeby podejrzewać mnie o kłamstwo — zaznaczyła surowo.
Malfoy zignorował jej zmarszczone w wyrazie dezaprobaty czoło i zamyślił się. Zastanawiał się, jak to możliwe. Kiedy poprosił — ha! — zmusił Weasley do zwierzeń, oczekiwał innej historii. Czegoś całkowicie odmiennego. Historyjka, którą mu opowiedziała, była równie wiarygodna, jak opowieści jego żony o przedłużających się lunchach z przyjaciółkami. Jakby Astoria wierzyła, że jest równie naiwny, by uwierzyć w bajeczki. Żałosne i niezwykle infantylne postępowanie, które w innych okolicznościach śmieszyłoby go, choć, jak sam to przyznawał ojcu… niezwykle przydatne. Łatwo mógł wykorzystywać jej poczucie winy do własnych celów.
Ale Weasley była inna — widział to doskonale. I choć strasznie deprymowało go szczere i bezpośrednie zachowanie, musiał przyznać, że miało swoisty urok. Mógł z rozbawieniem przyglądać się nieudolnym wysiłkom, jakie próbowała przedsięwziąć, by chronić Pottera. W tej grze nie mogła stawić mu czoła, choć dzielnie próbowała. Prawdziwa Gryfonka.
Prawie westchnął, ale przecież Malfoyowie nie wzdychali, nawet jeśli… nawet jeśli to jedyne, co przychodziło im na myśl.
Skoro Weasley była tego typy osobą, ciężko podejrzewać, że go świadomie oszukiwała. Na pewno przemilczała większość spraw, które uznała za nieodpowiednie dla jego uszu, ale — na Salazara! — to przyjaciółka Pottera. Święta, dzielna Gryfonka, bohaterka, uczciwa do szpiku kości — prawie udławił się tym sformułowaniem. Zabrzmiało to trochę tak, jakby… jakby ją podziwiał. Śmieszne.
Odpędził szybko niewygodne myśli, w których z łatwością wychwycił nutkę zazdrości. Wydawało mu się, że poradził sobie z tymi niedorzecznymi uczuciami. A przynajmniej zepchnął je w odległą przeszłość razem z innymi niewygodnymi wspomnieniami.
Wykorzystał okazję, jaką podsunął mu los, dowiedział się tego, czego chciał, ale… nawet jeśli nie tego oczekiwał. I nadal nie wiedział, jak zareagować.
Coś musiał zrobić, bo inaczej… inaczej Weasley pomyśli, że naprawdę się przejął, a do tego nie wolno dopuścić. Nigdy. W końcu nie po to tyle lat ukrywał prawdziwe uczucia, żeby teraz jakaś Gryfonka go rozszyfrowała.
— Chcesz powiedzieć, że powiedziałaś mi całą prawdę? — zapytał, akcentując, najważniejsze w jego mniemaniu, słowo, które wytrąci ją z równowagi.
Wcale się nie pomylił. Weasley zagryzła wargi, spojrzała na pergamin, w daremnej próbie znalezienia odpowiedzi, w końcu spojrzała mu prosto w oczy i zapytała:
— Chyba nie oczekiwałeś, że opowiem ci wszystko? — W jej głosie prócz irytacji zabrzęczała ledwo słyszalna nuta rozbawienia, którą z łatwością wychwycił, przyzwyczajony do odczytywania ukrytych znaczeń słów. Ojciec był dobrym nauczycielem.
Tym razem to on się speszył, ale nie dał po sobie tego poznać. Nie podejrzewał, że Weasley będzie potrafiła odwrócić sytuację w równie umiejętny sposób. Zaskakujące… i obiecujące.
Może to wcale nie będzie taka nudna noc, jak oczekiwał.
oOo
Na Merlina! Czy ten świat naprawdę oszalał?
Harry był w stanie zrozumieć wszystko — to, że ten świat naprawdę różni się od jego w sposób dość nieprzewidywalny i zaskakujący — ale, na Godryka, to już była przesada!
Zmiął gazetę w bezsilnej złości, lecz nie przyniosło mu to żadnej ulgi. Ciągle miał przed oczami te wszystkie bzdury, które tam powypisywano.
To niemożliwe!, stwierdził w duchu z niezachwianą pewnością siebie. Nierealne! I jak najbardziej fałszywe! Nie! Nie! Nie! Nie wierzę! Kolejna sztuczka, żeby mnie oszukać.
I choć w głębi serca Harry wiedział, że to co przeczytał, niestety było prawdą, to nie miał zamiaru się do tego przyznać. Wszystko byle nie to! Gdyby artykuł okazał się prawdziwy, musiałby stanąć w obliczu czegoś, na co nie był gotowy. I nie chciał być gotowy!
— Harry, coś się stało? — zapytał Lupin, zaskoczony jego zachowaniem. — Zbladłeś…
Potter rozluźnił dłonie i zmusił się do uśmiechu, który nie przekonał jednak Remusa. Nadal wpatrywał się w niego z niepokojem.
— Nic się nie stało… po prostu… — urwał. Nie wiedział, jak wyjaśnić, dlaczego tak się zdenerwował.
Remus westchnął lekko i pokręcił głową.
— Pewnie widziałeś ten artykuł…
Harry pobladł, zastanawiając się gorączkowo, czy przypadkiem nie wymsknęło mu się coś głośno, gdy tak rozmyślał.
— I jeśli mogę ci coś doradzić… — kontynuował spokojnie Remus, jakby nie zauważył jego podejrzanego zachowania — sądzę, że powinieneś zignorować całą sprawę. Dziennikarze szukają taniej sensacji, a biorąc pod uwagę wasze wpływy, wcale mnie nie dziwi, że wzięli was na celownik. To w końcu nie lada gratka — obaj jesteście samotni, wspólnie mieszkacie i pracujecie. Wasze zachowanie też pozostawia wiele do życzenia — urwał, jakby oczekując z jego strony jakiejś próby zaprzeczenia. Kiedy nic takiego się nie stało, Remus obrzucił go wyrozumiałym spojrzeniem i uściślił: — ciągle prowokujecie podejrzane sytuacje… może podejrzane to złe słowo… bardziej… hm… dwuznaczne sytuacje, w których dajecie się przyłapać. Wiem, że to wasz sposób na radzenie sobie z mediami, ale Harry, na Merlina, nie powinieneś się dziwić, że dużo osób w to wierzy… nawet jeśli zaprzeczycie, większość wam nie uwierzy, po prostu.
Harry pokręcił głową. Nie widział najmniejszego sensu w tym, co mówił Remus. Wszystko wydawało się być mętne i skomplikowane. Musiał dowiedzieć się czegoś więcej.
— Dlaczego?
— Harry… — Remus westchnął. — W gruncie rzeczy wcale się wam nie dziwię. Nie jest łatwo być na świeczniku. To zrozumiałe. Ty — pokonałeś Voldemorta, jesteś jedną z najważniejszych osób w ministerstwie, ciągle pracujesz nad ustawami, które, nie oszukujmy się, są kontrowersyjne.
— Kontrowersyjne? — powtórzył jak echo Harry, próbując jednocześnie poukładać sobie w głowie. Z tego, co mówił Remus, jasno wynikało, że w tym świecie również zwyciężył z Voldemortem, nadal pracuje w ministerstwie… tylko skąd te ustawy? Przecież on nigdy… to znaczy Hermionę fascynowała praca nad nimi. Dziwne.
Remus spojrzał na niego pobłażliwie, jakby powiedział coś bardzo naiwnego. Pewnie miał rację, tyle że Harry'ego wcale to nie obchodziło. Na razie na jego liście priorytetów pierwsze miejsce zajmowało zdobycie jak największej ilości informacji. Każda, nawet najbłahsza, mogła umożliwić mu pozbycie się snów. I, jak to mógł stwierdzić z całą szczerością, naprawdę ciekawiło go, jak zmieniłoby się jego życie, gdyby jednak Tiara przydzieliła go do Slytherinu. Dotychczas wszystkie informacje, jakie udało mu się zdobyć, świadczyły na korzyść tej zmiany. Syriusz i Remus, nawet mały Teddy. Wyglądało na to, że dawno temu popełnił błąd, decydując się na Gryffindor. Hm… może nie błąd, ale pomyłkę. Pomyłkę, która kosztowała wiele osób życie. Widocznie te sny miały rację. Jednak to on okazał się idio…
— Harry! Harry! — powtórzył głośniej Remus, przypatrując mu się uważnie. — Coś ci przyszło do głowy? To nie w twoim stylu tak się wyłączyć.
Potter skinął głową.
— Przepraszam. Odpłynąłem myślami daleko stąd. Na czym skończyliśmy?
— Naprawdę chcesz kontynuować tę rozmowę? — upewnił się Remus.
Harry spostrzegł jego niepokój, ale nie wiedział, jak go uspokoić. Zależało mu na kontynuowaniu rozmowy, więc potaknął tylko, bezgłośnie modląc się o odrobinę szczęścia.
— Tak… po prostu zastanawiałem się nad twoimi słowami…
— Rozumiem — przytaknął Remus. — Jesteś już dorosłym mężczyzną, a mi nadal czasami wydaje mi się, że jesteś tym małym chłopcem, który skrzyczał Syriusza za bezsensowne uprzedzenia, pamiętasz?
Harry potaknął. Nie miał zielonego pojęcia, o czym mówi Lupin, ale przecież nie mógł się do tego przyznać.
— Tak… — Zamyślony uśmiech nie zniknął z twarzy Remusa, gdy kontynuował: — zawsze miałeś silny charakter, ale wtedy uświadomiłem sobie, że mimo swojego młodego wieku już jesteś dorosły. I niezależnie od tego, co życie będzie próbować ci narzucić, ty sobie poradzisz… I zobacz — jesteś jednym z najbardziej znanych czarodziejów tego wieku, wszyscy na ciebie liczą, a ty radzisz sobie z tą presją po prostu wspaniale — pochwalił go, uśmiechając się ciepło. — Przypominasz Lily dużo bardziej niż Jamesa, przynajmniej z charakteru. Byliby z ciebie dumni, tak samo jak Syriusz i ja jesteśmy.
Harry zaniemówił; nie potrafiłby nic powiedzieć, nawet gdyby od tego zależało czyjeś życie. Zamrugał, wzruszony jak nigdy dotąd. Nie zdążył poznać rodziców, od lat zbierał każdy skrawek informacji, który pozwalał mu się choć trochę się do nich zbliżyć. A teraz zyskał niepowtarzalną okazję, żeby ich przyjaciele mogli o nich opowiedzieć.
Pochylił głowę, nie pozwalając Remusowi przyjrzeć się bliżej swojej twarzy. Wstydził się trochę tych wszystkich gwałtownych emocji.
— Remus… ja… — zdołał wyjąkać, ale to wystarczyło.
Lupin przygarnął go do siebie i przytulił mocno, szepcząc:
— Wiem, Harry… nie mówimy o tym zbyt często, ale naprawdę jesteśmy z ciebie dumni…
— Syriusz też? — spytał Harry, zanim zdążył powstrzymać te dziecinne pytanie.
Lupin spojrzał mu prosto w oczy i stwierdził stanowczo, bez najmniejszego wahania:
— Oczywiście… nie jest mu łatwo mówić o uczuciach… tak jak tobie… — Remus uśmiechnął się do niego porozumiewawczo — ale musisz zdawać sobie sprawę, że jesteśmy z ciebie niesamowicie dumni, bardziej nawet niż jesteś w stanie sobie to wyobrazić. Wszyscy. Teddy też. Szkoda, że nie słyszysz jak opowiada ciągle o wujku Harrym… wujek to, wujek tamto… jedynie ty i Syriusz macie u niego takie względy — uściślił z lekkim mrugnięciem.
Harry roześmiał się, niesamowicie szczęśliwy. To wszystko, co powiedział mu Remus… nikt dotąd nie mówił tego tak szczerze. Oczywiście wiedział, że uszczęśliwił mnóstwo osób pokonując Voldemorta, ale zabrakło kogoś, kto spojrzałby mu prosto w oczy i po prostu oświadczył: „Harry, jestem z ciebie dumny". Nikt nawet o tym nie pomyślał — wszyscy ciszyli się ze swoimi bliskimi, a on… został jak grzeczne dziecko poklepane po plecach, nagrodzone medalem i zaproszone na uroczystość. Ściskał dłonie zupełnie obcych ludzi, pocieszał tych, którzy stracili bliskich, a późnej wracał sam do pustego domu. Jego przyjaciele zajęci swoimi sprawami też nie mieli dla niego czasu, póki nie było za późno na takie deklaracje. I wszystko rozeszło się po kościach.
— Dziękuję — szepnął i obiecał sobie solennie, że jak tylko wróci do domu powie swoim dzieciom, że jest z nich niesamowicie dumny. Żeby to wyraźne usłyszały. Żeby wiedziały.
oOo
Syriusz, jak to miał niezmiennie od lat w zwyczaju, bez pukania wparował do pokoju. Rozgrywająca się przed jego oczami scenka zabrała mu na kilka sekund oddech. Przemknęło mu przez głowę, czy przypadkiem nie pomylił rzeczywistości ze snem, ale wszelkie wątpliwości rozwiał szybki rzut okiem na błękitne ściany, niewielką biblioteczkę, komodę wujka Alfreda, do której nadal bał się zajrzeć, oczekując jakiejś dziwnej niespodzianki. Kto jak kto, ale jego rodzina, nawet ta porządniejsza część, miała dziwne skłonności. Nie miał ochoty naocznie przekonać się, co takiego skrywał wuj. Wystarczyło mu wspomnienie zestawu akcesoriów erotycznych znalezionych w starej sypialni; po tej niespodziance nic już nie mogło go zaskoczyć. Te niewielkich rozmiarów, skórzane i — Merlinie! — kobiece ubrania, różowe kajdanki i zestaw dziwnie pachnących lubrykantów przyprawiły go o senne koszmary. Żadnych więcej rodzinnych tajemnic! Nigdy! Syriusz nie miał ochoty na kolejny uraz — jeden mu wystarczył. Zamknął oczy, próbując pozbyć się natrętnej wizji przedmiotów znalezionych w sypialni wuja.
Rozchylił powoli powieki, ale nadal widział to, co przedtem. Przetarł oczy. Nadal ten sam obraz. Merlinie! Przetarł jeszcze raz. Przecież to niemożliwe! Syriusz zaczął już wątpić we własne zmysły.
Harry wreszcie wyplątał się z objęć Remusa i obdarzył go szerokim uśmiechem. Obaj, nieświadomi obecności Syriusza, zajęli się przerwaną rozmową. Kiedy w końcu zwrócili na niego uwagę, mężczyzna nadal znajdował się w stanie dziwnej nierealności. Wszystko wydawało się być całkowicie normalne, ale on wiedział, że tak nie jest.
— Syriuszu, kto zajmuje się moim synem? — Remus zapytał go bardzo powoli.
Syriusz, speszony jego surowym spojrzeniem, zarumienił się lekko i wyjąkał, że Stworek. Nim zdążył zrobić unik, już dostał porządnego szturchańca w bok. Przyznając w duchu rację przyjacielowi, który nie raz już skarcił go za wykorzystywanie skrzata, powstrzymał się od wymówek.
Harry szczerzył się do niego jak głupi, gdy drzwi trzasnęły za Remusem.
Syriusz przełknął ślinę, jak nigdy świadomy własnej nieudolności wychowawczej. Jego talenty rodzicielskie można by określić jednym, słowem — mizerne, wiedział to doskonale, ale teraz postanowił stanąć na wysokości zadania i właściwie zająć się swoim chrześniakiem.
— Harry… — wydukał cicho i poczekał, aż Potter zwróci na niego uwagę. Nie odwzajemnił uśmiechu, zastanawiając się gorączkowo, jak powiedzieć jednej z najważniejszych osób w swoim życiu, że związek ze sporo starszym mężczyzną nie należy do jego najbystrzejszych pomysłów.
— Tak? — Harry wlepił w niego wzrok, całkowicie nieświadomy problemu trapiącego mężczyznę.
— Hm… uważam… znaczy się musimy poważnie porozmawiać — powiedział w końcu. Powoli odetchnął, próbując znaleźć właściwe słowa. To było trudne zadanie – z Harrym łączyła go dziwna więź, ni to ojcowska, ni braterska, ale definitywnie nie taka, jaka powinna łączyć młodego mężczyznę ze swoim chrzestnym. Gdy w końcu uciekł z Azkabanu, chrześniak już był wystarczająco dorosły i zdystansowany, nie potrzebował go i głośno dawał temu wyraz, a ich związek zaczął się umacniać dopiero, gdy Syriuszowi udało się dojść do ładu ze sobą, swoimi oczekiwaniu w stosunku do nastoletniego chłopca, w którym zbyt mocno próbował dopatrzyć się Jamesa, i powięzienną traumą. Z jednej strony grał rolę przyjaciela i pomocnika jednocześnie, z drugiej musiał czasami wtrącić się w jego sprawy, niczym adwokat diabła, grając rolę dorosłego. Zaufanie Harry'ego było zbyt kruche, żeby mógł ważyć się na jakieś nieopatrzne słowa. Syriusz odetchnął głęboko, prosząc niebiosa o litość nad biednym kretynem, któremu zbyt łatwo przychodziło granie nieświadomego żartownisia.
— Znowu?
— Niestety tak.
Łobuzerski uśmiech Harry'ego sprawił, że Syriusz stracił całą odwagę. Dyskretnie wytarł zwilgotniałe dłonie w szatę i zacinając się, zaczął wyjaśniać:
— Harry… jesteś już dorosły i masz prawo spotykać się z kim chcesz… ale chyba powinieneś zastanowić się nad wyborem bardziej odpowiedniego kandydata… nie żebym miał coś przeciwko Remusowi — zapewnił szybko, nie patrząc Harry'emu w oczy, dlatego nie zauważył jego ogłupiałej miny. — Oczywiście, że nie… ale związek z osobą, która jest od ciebie tyle starsza, ponadto opiekuje się dzieckiem… i… zresztą sam wiesz, o co mi chodzi… nie jest czymś prostym. Przyznam, że trochę mnie zaskoczyliście, gdy…
— Syriuszu. O. Czym. Ty. Mówisz? — wydukał Harry, zszokowany.
— Ty i Remus… obściskiwaliście się przed chwilą — wyjaśnił Syriusz, w końcu podnosząc wzrok na chrześniaka.
Harry zaczął chichotać jak opętany. Tego właśnie potrzebował, trochę śmiechu, żeby spuścić napięcie, które powoli zbierało swoje żniwo; bądź co bądź rzucanie się w szaleńczą przygodę w sennym świecie, o którym nic nie wiedział, nie było łatwe. Łzy ciekły mu po policzkach, a on sam skulił się lekko, trzymając się za brzuch. Obserwowany przez zdziwionego Syriusza, który nic a nic nie rozumiał z jego zachowania, w końcu się opanował i wystękał między kolejnymi spazmatycznymi chlustami powietrza:
— Remus… powiedział… że jesteście ze mnie… dumni… i przytulił mnie… A ty… co sobie… pomyślałeś? Że niby jak? On i ja?
Kolejny wybuch śmiechu przeszkodził mu w tej urywanej konwersacji.
Syriusz w końcu przypomniał sobie, że przyszła pora by zamknąć usta i uśmiechnął się do Harry'ego, całkowicie uspokojony. Jak mógł być tak głupi, żeby pomyśleć coś takiego? Wczorajsza libacja zaszkodziła mu chyba bardziej, niż myślał. A może te wina tych kajdanek wuja Alfreda?
— A ciekawe, co powiedziałaby Tonks na to, że podrywam jej męża? — zapytał Harry, gdy wreszcie się opanował.
Syriusz zagapił się na niego z głupią miną. Dlaczego Harry to powiedział? Przecież…
— Coś się stało? — zainteresował się Potter, widząc jego zaskoczoną minę. — Powiedziałem coś nie tak?
— Harry… przecież Tonks… ona… umarła pół roku temu…
Edytowano: 2012-09-14
