Harry od dziesięciu minut próbował udawać, że nic się nie stało.
Ale stało się! Na Merlina, ale z niego idiota! Dał słowo Hermionie, że nie wzbudzi w nikim podejrzeń. Obiecał? Obiecał. I co z tego? Minęło raptem kilka godzin, a on już złamał dane słowo. Syriusz jakoś nie uwierzył w marną wymówkę, czemu trudno się dziwić – jakaż to normalna osoba wzięłaby za dobrą monetę historyjkę o tym, że się przesłyszała? Żadna.
Harry dyskretnie kopnął nogę od stolika. Miał ochotę zdzielić się porządnie po głowie, ale ze względów czysto praktycznych było to w tym momencie niewykonalne; Syriusz cały czas bacznie go obserwował, zastanawiając się pewnie, czy przypadkiem ktoś nie wieloosokował się w jego chrześniaka i nie podszywał się teraz pod niego.
Co i rusz rzucał podchwytliwe pytania, z którymi Harry radził sobie coraz gorzej. W czym nie było nic dziwnego, bo przecież, o czym rzecz jasna Syriusz nie wiedział, nie należał do tego świata i nie miał najmniejszego pojęcia o niektórych sprawach. Trafił tu na dwadzieścia cztery godziny z jedną misją, której powodzenia chyba nie mógł być już pewien. Minęło raptem z dziesięć godzin, a on już wszystko zawalił. Po prostu świetnie.
Harry westchnął z głębi serca. Wszystko się skomplikowało i to z jego winy. Może gdyby udało mu się powstrzymać okrzyk zdziwienia, gdy usłyszał o Tonks, nie wzbudziłby podejrzeń Syriusza. Niestety stało się, jak stało. Teraz musiał w jakiś sposób uspokoić chrzestnego i to tak, żeby ten nie zorientował się, że Harry to nie Harry.
Spojrzał na sponiewieraną gazetę, leżącą na stoliku, gdzie kilkanaście minut wcześniej rzucił ją tak niedbale i wpadł mu do głowy pomysł, jak odwrócić uwagę Syriusza.
– Czytałeś dzisiejszego „Proroka"? – zapytał, wskazując na nią głową.
Syriusz pokręcił głową, nadal wbijając w niego podejrzliwy wzrok. Harry uśmiechnął się lekko i sięgnął po rzeczoną gazetę.
Na pierwszej stronie jego podobizna ściskała dłoń jakiegoś niskiego, korpulentnego mężczyzny o przerzedzonych ciemnych włosach i krzaczastych wąsach, zaś nagłówek nad zdjęciem głosił: „Podpisanie paktu londyńskiego", niżej niskim pochyłym drukiem był podpis: „Wczorajszego dnia w późnych godzinach popołudniowych w gabinecie Harry'ego Pottera doszło do bezprecedensowego wydarzenia – przedstawiciel mugolskiej organizacji Kervis, Stephen Grayson, ratyfikował umowę, określającą zasady współżycia czarodziei i nie-czarodziei w Wielkiej Brytanii! Więcej na str. 3.". Harry przerzucił kilka stron, aż znalazł tą właściwą i poddał gazetę Syriuszowi, który z uwagą przeczytał całe zawiadomienie.
Po chwili uśmiechnął się i powiedział z zadowoleniem:
– Wspaniała wiadomość! Remus już o tym słyszał? Molly i Artur na pewno są zachwyceni. Nie co dzień ich jedyna córka wychodzi za mąż.
– Chyba nie, nie zdążyłem mu powiedzieć. Może sam powinieneś to zrobić. No wiesz… za te swoje brzydkie podejrzenia. Nie mam pojęcia, dlaczego przyszło ci to do głowy. – Harry z niedowierzaniem pokręcił głową. – Twoje pomysłu zaskakują mnie coraz bardziej, Syriuszu.
– Powinieneś się już przyzwyczaić – padła spokojna odpowiedź.
– Nie przypominaj mi – westchnął Harry, wczuwając się w rolę. Musiał przekonać chrzestnego, że wszystko jest w porządku i żeby to zrobić, naginał prawdę do własnych celów.
– Harry... – Syriusz wyraźnie się zawahał.
Potter postanowił mu pomoc i obdarzył go wyczekującym spojrzeniem. Syriusz przełknął ślinę i zaczął mówić:
– Remus pewnie zmyłby mi za to głowę, stwierdzając, że to nie moja sprawa, ale jesteś moim chrześniakiem i martwię się o ciebie… i chyba powinienem wiedzieć takie rzeczy… zresztą - Machnął lekceważąco ręką. – Jeśli nie będziesz chciał odpowiadać, to nie musisz tego robić. Zrozumiem. Ale dlaczego z nikim się nie spotykasz? – Harry otworzył usta, ale nie wiedział, co odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Syriusz widząc jego reakcję, westchnął cicho. – Świadomość, że za chwilę mnie nie przeklniesz, byłaby bardzo budująca, wiesz? Ale do rzeczy: Harry, czy ty czujesz coś do swojego współlokatora?
Harry zamknął usta, gorączkowo próbując znaleźć jakąś odpowiedz, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Po pierwsze nie wiedział, o kim mówił Syriusz. Po drugie miał świadomość, że nie może wzbudzić podejrzeń chrzestnego, ale skoro nie znał swojego domniemanego ukochanego – Godryku! Mężczyznę! – trudno przyznać się do istnienia (lub nie) takowych gorących uczuć. Zaprzeczyć też nie mógł, bo być może właśnie ten inny Harry podkochiwał się w swoim współlokatorze i wszyscy zdawali sobie z tego sprawę, dyskretnie udając, że nic na ten temat nie wiedzą.
Potter nie potrafił podjąć decyzji, co należy powiedzieć. Za to Syriusz wiedział.
– Rozumiem – powiedział powoli. W żołądku Harry'ego pojawił się okropny ciężar, jakby przed chwilą skończył przepyszny obiad Molly, który zawsze zalegał mu w brzuchu kilka godzin. Nie chciał zranić Syriusza. Po prostu nie wiedział, co powiedzieć. Ale jak to wyjaśnić komuś, kto nie ma zielonego pojęcia o całej sytuacji. Przez ułamek sekundy chciał wszystko mu wyznać bez względu na konsekwencje, ale nim zdążył wprowadzić swój pomysł w życie, Syriusz przerwał milczenie, obdarzając go zbyt szerokim uśmiechem.
– Chodźmy powiadomić Remusa o szczęśliwej nowinie! – W jego radosnym głosie Harry usłyszał cień przesady, ale nic nie powiedział – potaknął tylko.
Harry z niepokojem przyglądał się twarzy Remusa. Teoretycznie wszystko było w porządku –lekki uśmiech błąkający się na wargach, spokojne, gładkie czoło i wyważony sposób mówienia mężczyzny przekonałyby każdego zaniepokojonego, a jednak Potter czuł jakimś szóstym zmysłem, że wcale nie jest dobrze. Nie rozumiał, skąd wzięło się te dziwne przeczucie, ale postanowił mu zaufać. Dotychczas go nie zawiodło.
Jednak radosna atmosfera w kuchni wprawiła go w lekko niefrasobliwy nastrój, więc uśmiechając się entuzjastycznie, włączył się w beztroską rozmowę Syriusza i Remusa, którzy zastanawiali się, co wręczyć młodej parze.
– Może wyposażymy ich piwniczkę? – zasugerował z najniewinniejszą miną pod słońcem jego chrzestny, podając Teddy'emu kolejną kredkę. Chłopiec siedział przy stole, machając wesoło krótkim nóżkami, z entuzjazmem kreśląc przeróżne esy i floresy po kartce i stole.
Remus zignorował tę uwagę i zwrócił się do Harry'ego:
– Może chociaż ty podsuniesz jakiś inteligentny pomysł.
– Hm… – Harry się zastanowił. – Sam nie wiem, może jakiś sprzęt kuchenny.
– Banalne – skwitował Syriusz, ale uśmiechnął się ciepło. Sięgnął pod stół i wyciągnął pokrzykującą kredkę, która zsunęła się chłopcu na podłogę. Już od jakiegoś czasu zajmował się tylko tym, ale nie wyglądało na to, że stanowiło to jakiś problem – wręcz przeciwnie: chyba dawało mu to nieliche zadowolenie, bo uśmiechał się radośnie, jakby dostał najlepszą fuchę pod słońcem. Harry nie rozumiał jak to możliwe, ale tak było.
Remus skrzywił się nieznacznie.
– Nie mam zielonego pojęcia – przyznał Harry. – Przydałaby się jakaś kobieca rada.
– Toś wymyślił. Nie zorientowałeś się, że tutaj same męskie grono urzęduje?
– Zorientowałem się, a jakże, ale słyszałem, że ktoś tutaj ma dobre chody u sąsiadek – z uśmiechem stwierdził Harry, mrugając do Remusa, który opierając się o parapet okna, nadal przeglądał gazetę. Słonecznie światło igrało w jego jasnobrązowych włosach, nadając im ciepłą, miodową barwę.
Syriusz z cierpiętniczą miną sapnął pod nosem:
– Znowu mi wypominają. Człowiek nie może nawet spokojnie pokonwersować, żeby zaraz podejrzewali go o Godryk wie co.
Remus i Harry roześmiali się wesoło. Teddy zaskoczony zachowaniem dorosłych, podniósł głowę znad stolika i zmierzył ich niezwykle dojrzałym spojrzeniem, jakby zastanawiał się jak to możliwe.
Syriusz z zadowoleniem przyglądał się całej trójce. I nagle Harry zrozumiał. Nim zdążył przemyśleć całą sprawę dokładnie, do rozmowy wtrącił się Stworek, mamrocząc pod nosem inwektywy pod adresem wspomnianych pań.
Oburzony Syriusz nie zdążył zaprotestować, bo płomienie w kominku zmieniły barwę na szmaragdowozieloną i z paleniska wyłoniła się niewysoka postać, otulona w ciemnoniebieski płaszcz, który zaraz z siebie zdjęła i otrzepała z sadzy. Dopiero po chwili uniosła głowę do góry i obdarzyła wszystkich szerokim uśmiechem. Syriusz odwzajemniając radosny gest przywitał się z gościem, miażdżąc ją w przyjacielskim uścisku. Również Teddy wydawał się być w dobrej komitywie z nowoprzybyłą, gdyż szybko zerwał się z krzesełka i z radosnym okrzykiem: „Su" pomknął wprost w jej ramiona. Szerokość uśmiechu na jego twarzy mogłaby się równać jedynie z długością języka po zjedzeniu gigantojęzycznego toffi. Jedynie zachowanie Remusa, który lekko się uśmiechnął, było bardziej stonowane, acz stanowiło to tylko niewielką różnicę w całym rozgardiaszu, jaki zapanował w kuchni.
Teddy uszczęśliwiony, że wreszcie jest ktoś, komu może opowiedzieć o swoich wczorajszych przygodach, paplał radośnie coś, czego z zainteresowaniem słuchała kobieta, skupiając całą swoją uwagę na szkrabie. Syriusz i Remus wymienili porozumiewawcze spojrzenia, jakby taka scena odbywała się już przynajmniej kilkakrotnie. Nawet Stworek wydawał się być zadowolony z przybycia gościa; porzucił mamrotanie pod nosem i jeszcze energiczniej zabrał się do swojej krzątaniny. Nim ktokolwiek z dorosłych zdążył się odezwać, na stole pojawiły się kusząco pachnące ciasteczka, na których szybko spoczęło łakome spojrzenie Syriusza. Harry uśmiechnął się pod nosem. Gdy Remus spostrzegł, na co patrzy Potter, również wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Teddy zaanektował całą uwagę gościa, tak, że Harry mógł spokojnie zastanowić się nad tożsamością nieznajomej, która właśnie czochrała włosy chłopca – tym razem różowe jak dziecięca guma do żucia, których barwa, jak uświadomił sobie z gulą w gardle, bardzo przypominała kolor włosów Tonks z tych lepszych, dobrych czasów – i śmiała się wesoło z czegoś, co powiedział.
Z niejasnym uczuciem, że powinien znać tą osobę, a przynajmniej pamiętać, bo kobieca twarz wydawała się znajoma, przyglądał się nieznajomej. Ciemne włosy przycięte tuż pod linią podbródka ładnie podkreślały delikatne rysy, otaczając twarz aureolą. Długie, lekko podwinięte rzęsy uniosły się i nieznajoma spojrzała wprost na niego. Piwne oczy błyszczały radośnie, gdy kobieta obdarzyła go szerokim uśmiechem. Wydawała się być zadowolona z jego zdziwionej miny. Kim była, nadal nie wiedział, ale miał dziwne wrażenie, że w jakiś sposób, w tym świecie, jest dla niego niezwykle ważna.
– Miło was widzieć. Przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale sami rozumiecie... – uśmiechnęła się delikatnie, jakby naprawdę wiedzieli.
Syriusz i Remus zgodnie pokiwali głową, najwyraźniej rozumiejąc o czym mowa. Teddy paplał radośnie, mocno ściskając jej dłoń i nie zwracając uwagi na kredki, które właśnie spadły na podłogę. Dopiero nieznośny hałas dobywający się spod stołu zwrócił jego uwagę. Zerknął na zmarszczone brwi swojego taty i szybko wsunął się pod stół by zebrać porozrzucane pisaki, na których cichnące zawodzenie nikt już więcej nie zwracał uwagi.
– Wpadłam tylko na chwilę – kontynuowała z przepraszającym uśmiechem. – Nie chcę przeszkadzać.
– Jesteś zawsze mile widziana, przecież wiesz. – Syriusz wyglądał na oburzonego samą myślą, że mogłoby być inaczej. – Możesz wpadać, kiedy tylko zechcesz. Taka ślicznotka jak ty nie musi się zapowiadać, by odwiedzić starego kawalera. Nasze skromne progi są zawsze dla ciebie otwarte
Kobieta zachichotała.
– Pochlebca. Znów domagasz się komplementów? – zapytała z rozbawieniem podszytym ledwo wyczuwalną drwiną. Uśmiech, jaki wymieniła chwilę potem z Remusem, wiele mówił o ich wzajemnych stosunkach.
– Oczywiście, że tak – bez wahania przyznał Syriusz, na co Lupin przewrócił oczami, a Harry ledwo powstrzymał się od głośnego wybuchu śmiechu. Swoje rozbawienie pośpiesznie zamaskował atakiem kaszlu.
Nieznajoma nie miała takich obiekcji. Roześmiała się wesoło, nie przejmując się, jak może zostać odczytane jej zachowanie. Harry kątem oka zauważył szybkie spojrzenie, jakim Syriusz obrzucił twarz Remusa, po czym dostrzegł zadowolony uśmiech wpełzający mu na usta. Dźwięczny śmiech kobiety coś mu przypominał, jakąś dawno zapomnianą historię, ale nie potrafił umiejscowić go w żadnym konkretnym miejscu ani czasie. Miał nadzieję, że niedługo uda mu się skojarzyć, skąd zna kobietę... zanim wyjdzie na jaw, że jej nie pamięta.
– Szczerość Syriusza jest naprawdę... – Remus zdawał się poszukiwać adekwatnego słowa –pobudzająca, nieprawdaż?
Kobieta bezgłośnie potaknęła, wycierając łzy z kącików oczu.
– Z przyjemnością pogawędziłabym dłużej, ale mam sprawę do Harry'ego. Mam nadzieję, że nie będziecie mieć nic przeciwko, jeśli porwę go na jakiś czas.
– Oczywiście, że nie – powiedział spokojnie Syriusz, jakby jego chrześniak nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia. Jedynie Remus wydawał się zauważyć niestosowność tego stwierdzenia.
Rzucił miażdżące spojrzenie Syriuszowi, ale ten go nie zauważył, więc szturchnął przyjaciela w ramię i zaraz sprostował:
– Harry ma w tej sprawie coś do powiedzenia, to przecież jego czas wolny. Najpierw powinieneś upewnić się, że on nie ma żadnych zastrzeżeń, Syriuszu – pouczył go, przyglądając mu się surowo.
Przez chwilę w kuchni zapanowało krótkie milczenie, gdy zgromadzeni jak zaczarowani obserwowali wymianę spojrzeń między mężczyznami. Remus nie zabierał dłoni z ramienia Syriusza, zdawało się nawet, że zwiększył nacisk. Po sekundzie, jakby uświadamiając sobie swoje zachowanie, szybko ją zabrał. Syriusz z nieprzeniknioną miną wpatrywał się w przyjaciela. Harry, w przeciwieństwie do kobiety, nie rozumiał, dlaczego w powietrzu wisi ciężkie, łatwo wyczuwalne napięcie. Nim zdążył to przemyśleć, sytuacja zdążyła się zmienić. Syriusz oderwał wzrok od Remusa. Zawstydzona mina na jego twarzy jasno mówiła, że żałuje pochopnych słów. Rzucił Harry'emu przepraszające spojrzenie i potulnie się poprawił:
– O ile, rzecz jasna, Harry nie ma nic przeciwko.
Nieznajoma uśmiechnęła się delikatnie, widząc minę Pottera, który nieco skonfundowany przyglądał się mężczyznom. Jakaś myśl przebiegła mu przez głowę, ale zaraz odrzucił ją jako niedorzeczną.
Wszyscy czekali na słowa Harry'ego, który próbował zdecydować, co będzie lepsze: czy podejmować kolejne próby zorientowania się w sytuacji w towarzystwie Huncwotów, czy udawać znajomość wszystkich realiów przy osobie, której imienia nawet nie pamięta. Nie chciał ryzykować kolejnej wpadki jak tej z Tonks. Zbyt mało wiedział o tym świecie, żeby sprawnie oszukiwać wszystkich wkoło, najbliższych sobie ludzi, którzy znali go najlepiej.
– Zajmie to tylko chwilę – zapewniła kobieta, błędnie odczytując jego milczenie. – Musisz zerknąć do kilku dokumentów i złożyć swój podpis. Berlińczycy czekają na zatwierdzenie umowy, a Marietta zapomniał dostarczyć ci je do podpisu. Nie chciałam ci przeszkadzać, wiem przecież, jak rzadko masz okazję do wolnego, ale... to wyjątkowa sytuacja. Erni trochę się już niecierpliwi, a sam dobrze wiesz, jaki on jest, gdy się stresuje. Zagada ich na śmierć i będziemy mieć dużo papierkowej roboty z uzasadnieniem, dlaczego przedstawiciele niemieckiej organizacji zmarli w naszym ministerstwie – wszystko powiedziała tonem towarzyskiej konwersacji o pogodzie. Jedynie Remus zdołał powstrzymać się od szerokiego uśmiechu.
– Harry – zaczął Syriusz, zaniepokojony jego minę – chyba lepiej będzie, jak teraz się tym zajmiesz
– W porządku, pokaż te papierki – zdecydował się w końcu Harry. Miał złe przeczucia co do tego pomysłu, ale nie przychodziła mu do głowy żadna wymówka. Grobowy ton jego głosu rozweselił towarzystwo; wszyscy, prócz niego, uśmiechnęli się.
Hermiona z niepokojem spojrzała na zegarek. Właśnie minęła północ. Księżyc wisiał nad okolicą niczym okrągły balonik, chmury częściowo przysłoniły jasną tarczę. Do pokoju wpadała srebrzysta poświata, konkurując z przytłumionym światłem zapalonych świec, które umieszczone w srebrnych świecznikach unosiły się w powietrzu.
Malfoy zasnął już jakiś czas temu. Gdy przeciągając się, zapytał tym swoim znudzonym głosem, czy ma zamiar iść spać, szybko odparowała, że nie ma zamiaru pozwolić, by Harry został sam. Gospodarz zbył jej obawy machnięciem ręki i przykazał jednemu ze swoich skrzatów pilnować śpiącego Harry'ego, po czym bez zastanowienia udał się na spoczynek, nie przejmując się więcej swoimi gośćmi. Ona tak nie mogła, zbyt mocno martwiła się o przyjaciela i choć zwykle o tej porze już spała, dzisiaj nie potrafiła przysnąć. Może gdyby był koło niej Ron... ale go nie było.
Hermiona westchnęła, kiedy uświadomiła sobie, ile czasu zostało jeszcze do przebudzenia Harry'ego. I choć w gruncie rzeczy śmiało można by rzec, że te kilkanaście godzin to niewiele, jednak teraz wydawały się wiecznością.
Zdążyła już kilkakrotnie przeczytać „Magię snów", przekartkowała książki, które również wypożyczył jej – o dziwo, dość chętnie – Malfoy, opracowała konspekt do dokumentów, prawie w całości przeredagowała dwa raporty, dogłębnie przeanalizowała relacje i nie miała już nic do roboty. Skrzaty, posłuszne dyspozycjom pana domu, zadbały, by niczego nie zabrakło; dostarczyły stos pergaminów, atrament, więc mogła całą swoją uwagę skupić na pracy. Co kilkanaście minut zerkała na śpiącego na łóżku Harry'ego, upewniając się, czy wszystko z nim w porządku. I tak minęło kilka godzin, teraz zaś, gdy wreszcie skończyła, uświadomiła sobie, że do świtu zostało jeszcze dużo czasu. Z każdą mijającą minutą niepokój rósł. Nie miała czym zająć rąk i umysłu, więc wiedziała, że czarne myśli przychodzące jej do głowy są bezpośrednim efektem właśnie bezczynności, co wcale nie pomagało uporać się z tym konkretnym problemem.
Martwiła się o przyjaciela, mógł stawać przed niewyobrażalnymi wyzwaniami, a ona nie była w stanie pomóc. W żaden sposób. Wiedziała, że musi na siebie uważać, mówiła mu o tym, ale
gnębiła ją jednak świadomość, że Harry z tym swoim impulsywnym i popędliwym usposobieniem zrobi coś, co narazi go na niebezpieczeństwo. Zbyt dobrze go znała, by się tego nie obawiać.
– Jeszcze nie śpisz? – Zaskoczona obejrzała się do tyłu. Malfoy ubrany w ciemnozielony, jedwabny szlafrok z wyhaftowanym na piersi srebrnym monogramem przyglądał jej się uważnie i jakby z zaskoczeniem.
– Nie mogę zasnąć – mimowolnie wyznała, nie zastanawiając się nawet przed sekundę. Dziwne, ale prawda wydawała się jej najwłaściwsza.
Malfoy przechylił głowę na bok i obrzucił ją uważnym, oceniającym spojrzeniem, po czym krzyżując ręce na piersiach, stwierdził z wyrzutem:
– Zależy ci na nim. – To nie było pytanie, ale Hermiona przytaknęła, jakby nim było.
– Dlaczego?
Gdyby nie usłyszała w jego głosie autentycznej ciekawości, bardziej podobnej do dociekliwej analizy naukowca niż do wścibstwa, nie odpowiedziałaby. Jednak Malfoy ją zaskoczył, po raz kolejny.
– Jest moim przyjacielem.
I nagle zrozumiała, że to nie do końca prawda. Był kimś więcej – bratem, którego nie miała, a którego zawsze pragnęła mieć. Uśmiechnęła się, gdy uświadomiła sobie, że magia dała jej wszystko, o czym marzyła mała, nielubiana przez inne dzieci dziewczynka.
Malfoy obserwował ją w milczeniu. Wyglądem przypominał teraz trochę nieruchomy, drogocenny posąg, był tak samo znieruchomiały, zastygły, opuszczony. Bez życia.
Hermiona doceniła trafność swojego wcześniejszego spostrzeżenia. Nie zrobiła jednak żadnego gestu w jego stronę, wiedziała, że nie zaakceptowałby go. Resztka cierpliwości, jaką dysponował, prawdopodobnie wyczerpała się, gdy korzystając ze swojej wiedzy, zmusiła go do respektowania dawnych zasad, które wpajano mu od małego.
– Rozumiem.
Hermiona wierzyła, że tak – widziała to w jego oczach, tak niezwykle poważnych i niebywale samotnych.
Harry westchnął, przeglądając kolejny pergamin. Setny. Może tysięczny. I to miało być kilka? To już nie chciał wiedzieć, jak wygląda dużo dokumentów.
Kobieta uśmiechnęła się, kiedy spostrzegła wyraz jego twarzy.
– Wiem, wiem, ale nie jest tak źle. – Harry prychnął, jasno dając do zrozumienia, co myśli o jej słowach. – Potrzebuję jeszcze tylko pięć twoich podpisów i już się odczepię do poniedziałku – obiecała z ręką na sercu, po czym szybko zagłębiła się w papierkach.
Harry westchnął raz jeszcze i znów pochylił się nad dokumentem. Pobieżnie przebiegł wzrokiem wytyczne, już nie próbował domyślać się nad niuansami szczegółów, których i tak nie rozumiał. Jego cierpliwość miała swoje granice, ale z całej tej sytuacji wyciągnął chociaż jedną korzyść – miał okazję dowiedzieć się mnóstwo informacji o swojej pracy, ponieważ nieznajoma bardzo lubiła dźwięk swojego głosu. Jak się domyślił, najwyraźniej byli ze sobą dość blisko, być może nawet się przyjaźnili, bo bez żenady wprowadzała go w kolejne detale ze swojego życia i pracy.
– Musimy dotrzeć do jak największej liczby osób i przekonać ich do zaakceptowania naszego punktu widzenia, w innym przypadku cała praca włożona w przygotowanie dekretu pójdzie na marne. Nie potrzebne nam kolejne zapisy prawne, które nie będą respektowane – spokojnie kontynuowała swoje rozważania, podczas gdy Harry podpisywał następny pergamin. Niestety, nad czym skrycie ubolewał, jego podpisy były konieczne, by dokumenty były wiążące. Zaklęcia ochronne rzucone na papiery uniemożliwiały wszelkie ingerencje w zapisy od chwili, gdy własnoręcznie i pisemnie świadczył o ich autentyczności. – Być może uda nam się namówić naszego sojusznika w klanie Ces Masvir do zorganizowania spotkania z ich przywódcą, ale nie jestem przekonana, czy takie działanie da oczekiwany skutek. Jak myślisz?
Harry w myślach podziękował Hermionie, która od zawsze lubiła się dzielić zdobytą wiedzą ze swoimi przyjaciółmi ku ich nieskrywanemu rozdrażnieniu. Czasami zastanawiał się jak to możliwe, że Ronowi, nieprzepadającemu za takim zachowaniem, udało się z sukcesem przystosować do tej cechy charakteru żony. Do dziś tego nie wiedział, ale doceniał, że – przynajmniej w jego obecności – nigdy nie wybuchały między nimi kłótnie z tego powodu.
– Wampiry są bardzo dumne i taka ingerencja w ich prywatność prawie na pewno wyda im się wyrazem naszej pogardy – stwierdził powoli, przypominając sobie szczegóły. – Jeśli stanie się tak, jak mówię, nasze pertraktacje już na wstępie będą pod znakiem zapytania. No i nie powinniśmy tak bazować tylko na jednej osobie. Nigdy nie wiadomo, czy coś nie stanie jej na drodze w wypełnianiu zobowiązań. Różnie się dzieje w życiu. I nie chodzi tylko o niespodziewane wypadki losowe, ale również o zmianę stron. Być może jej intencje nie są tak do końca czyste – dodał bez zastanowienia, składając podpis pod kolejnym dokumentem.
Kobieta podała mu kolejny pergamin. Harry nic więcej nie mówiąc pozwolił jej zastanowić się nad swoimi słowami. Po chwili uśmiechnęła się i odrzuciła opadające na czoło włosy do tyły, co coś mu przypomniało, ale nie potrafił utrzymać na dłużej tego wspomnienia. Był pewnie, że kiedyś się spotkali. Musieli, zbyt wiele sygnałów o tym świadczyło.
– Masz rację – przyznała, obserwując uważnie jego twarz. – Nie pomyśleliśmy o tym wcześniej. A raczej zapomnieliśmy, bo tak było wygodniej. A wszystko przez to, że chcemy jak najszybciej osiągnąć najlepsze efekty. Nic dziwnego, że to ty jesteś szefem. – Lekki uśmiech na jej twarzy świadczył, iż naprawdę jest z tego faktu zadowolona. – Zajmiemy się tym problemem, podczas gdy ty będziesz się lenił. No, ale zasłużyłeś. Podpisanie układu jest przełomem w naszych stosunkach z mugolami.
Harry nieuważnie skinął głową, zbyt zajęty przeglądaniem pergaminów, by zwrócić baczniejszą uwagę na jej słowa.
– Nie wiem, jak ty, ale ja jestem niesamowicie głodna. Od rana nic nie jadłam i mój żołądek domaga się czegoś pożywnego. Myślisz, że Stworek będzie miał dla mnie coś dobrego?
– Jeśli nie, to Syriusz już się tym zajął.
– No tak, przecież uwielbia gotować – z uśmiechem zauważyła brunetka, porządkując papiery, które właśnie zdążył podpisać. – To już ostatni – i podała mu kolejny pergamin. Harry westchnął z ulgą i rzucił okiem na dokumenty, po czym szybko je podpisał. Odłożył pióro na stolik i rozprostował dłonie. Przeciągając się, spróbował rozluźnić napięte mięśnie. Wstał i poprawił zsuwające mu się z nosa okulary.
– Wreszcie. A wiesz, ja też jestem głodny. Chodźmy zobaczyć, co dobrego przygotowali dla takich pracusiów jak my.
Roześmiała się wesoło, zgarnęła wszystkie pergaminy, wrzuciła je do torby i ujęła go pod ramię z zachwyconym uśmiechem.
– Wiesz, jak skusić kobietę... a propo, jeśli mnie pamięć nie myli, to chyba dziś wieczorem jesteś umówiony na jakieś spotkanie, tak?
Patrzyła na niego z oczekiwaniem, z którym nie bardzo wiedział, jak sobie poradzić. Może i był umówiony, ale... cóż, raczej niemożliwe, żeby o tym pamiętał.
Mruknął coś niezobowiązującego, co mogła odczytać zarówno jako potwierdzenie, jak i zaprzeczenie, ale to wystarczyło. Nim zdążyli dojść do drzwi, szybko zmieniła temat, opowiadając mu o problemach ze swoją córką. Harry w odpowiednich momentach odpowiadał, ale myślami był daleko stąd. Zastanawiał się nad całkowicie odmiennym życiem tego drugiego Harry'ego. I choć nadal informacje, jakie zdobył, były niepełne, to jednak musiał przyznać, że wszystko, czego się dowiedział, ujawniało takie aspekty jego osobowości, których nigdy by się nie spodziewał. I co jeszcze dziwniejsze – z całym przekonaniem mógłby przyznać, że mimo wszystko podoba mu się ten świat. W znaczący sposób różni się od jego i choć istniały punkty styczne, to jednakże różnice były zbyt wyraźne, żeby umiał je zignorować. To właśnie świadomość, że ten drugi Harry jest tu szczęśliwy, w ogromnym stopniu przyczyniała się do takiego przekonania.
– Kiedy nie zastałam cię u domu, domyśliłam się, że będziesz tutaj. A że potrzebujem...
– Ty idioto, to, że zachowałeś się kolejny raz jak kretyn, nie daje ci prawa wystawiać mnie do wiatru! – czyjś głośny wrzask przerwał jej w dość drastyczny sposób. Harry obejrzał się do tyłu i zamarł. Mógł spodziewać się każdego, ale nie jego.
– To może ja pójdę, muszę zanieść Erniemu te dokumenty – szybko mruknęła kobieta. Najwyraźniej ona również rozpoznała mężczyznę i widząc rozwścieczony wyraz jego twarzy, postanowiła taktycznie się wycofać, zanim dojdzie do ofiar w ludziach.
Mądra decyzja. Gryfon nie Gryfon, ale nie był głupi – też miał ochotę to zrobić.
