Podobny wyraz twarzy widywał już wielokrotnie, ale jakoś nigdy nie wydawał mu się tak przerażający jak teraz. Zwykle blada cera była zarumieniona, ostre rysy ściągnięte w morderczej furii, a szare oczy błyskały groźnie, gdy Malfoy gwałtownie zbliżał się w jego stronę. Harry przełknął ślinę; zdążył już zapomnieć, jak wygląda rozwścieczony Ślizgon albo wydawało mu się, że zapomniał... lub też nigdy nie widział go w stanie autentycznej wściekłości... do teraz.

Pchnięty naprawdę mocno uderzył o ścianę. Siła ciosu zamroczyła go na kilka sekund; nie spodziewał się, że Malfoy może mieć tyle pary w rękach. Uchylił się przed kolejnym atakiem, wykręcając odpowiednio głową. Bez współczucia obserwował, jak szczupła pięść zderza się ze ścianą. Satysfakcja, z jaką przyjął głośny odgłos łamiących się kości, napełniła go odrazą do samego siebie, ale nie potrafił się przed tym powstrzymać.

Odetchnął głęboko, próbując pozbyć się niezwykłej duszności w płucach i odsunął się od Malfoya. Wyminął go i stanąwszy z boku w taki sposób, by móc z łatwością uchylić się przed kolejnymi atakami, przyjrzał się uważnie mężczyźnie. Malfoy, nieświadomy bacznego spojrzenia, grzebał lewą dłonią po kieszeniach w poszukiwaniu różdżki.

Przeklinając swoje dobre serce, Harry spróbował znaleźć własną. Kiedy to nic nie dało, pozostało mu tylko jedno.

– Pomóc? – Nie czekając na jego odpowiedź, przysunął się bliżej i wsunął dłoń w prawą kieszeń jedwabnej odzieży. Znalazłszy zgubę, a znając ubytki w swojej wiedzy na temat zaklęć leczniczych, podjął decyzję o zwróceniu jej właścicielowi. Z pewnym niepokojem, który jednak miał dość solidne podstawy, obserwował, jak Malfoy nastawia kości w swojej dłoni. Nie był przekonany, czy dawanie do ręki różdżki komuś, kto jest naprawdę na niego wściekły, to mądry pomysł, ale stało się. Teraz pozostało tylko czekanie na efekty tej decyzji.

Malfoy sprawił mu niespodziankę, uśmiechając się – Godryku! On naprawdę się uśmiechał! – i chowając swoją różdżkę do kieszeni. Oczywiście nie odmówił sobie przy tym komentarza.

– Prawie dobrze. Poprawił ci się refleks... niewiele, ale znacząco. Następnym razem lepiej się pilnuj – stwierdził. – I nie myśl sobie, że ta pomoc cokolwiek zmieniła. Nadal jesteś kretynem.

Harry, o dziwo, odwzajemnił uśmiech; czuł się trochę uspokojony. Nie wiedział, czego może się spodziewać po Malfoyu, ale jego zachowanie jak na razie dobrze wróżyło. Oczywiście, jeśli bardzo wygodnie zapomniało się o nieszczególnym początku.

Poza tym chyba zdążył przyzwyczaić się do dziwnych niespodzianek. Spokój spłynął na niego niespodziewanie. Gdzieś między rozmową z Syriuszem a niespodziewaną wizytą nieznajomej zaakceptował wszystko, co mogło mu się tu przydarzyć. Pewność, że teraz będzie już tylko dobrze, pojawiła się gdzieś w głębi jego jestestwa, nastrajając go bardzo optymistycznie do tego świata. I choć pewnie była to naiwność granicząca z głupotą, nie próbował doszukiwać się sensu w swoich uczuciach.

Zupełnie inaczej niż kiedyś. Chyba zbyt wiele się wydarzyło w ciągu tych kilku miesięcy, żeby nic się w nim nie zmieniło. Całe jego życie stanęło pod znakiem zapytania, gdy podjął pierwszą decyzję, później pojawiły się sny, które wywróciły wszystko do góry nogami, otwierając przed nim kolejne drzwi. Harry miał mnóstwo czasu, by zrozumieć i zaakceptować pewne fakty, ale nadal nie wiedział, dlaczego wszystko zawsze przydarza się jemu.

Nikt nie potrafił tego wyjaśnić; ani Hermiona ani Draco, który ze względu na swoje zainteresowanie powinien być najlepiej poinformowaną osobą. Harry – nie po raz pierwszy zresztą – żałował, że nie ma kogoś, do kogo mógłby zwrócić się ze swoimi problemami. Zawsze musiał zajmować się nimi sam. I choć zarówno Ginny, jak i jego przyjaciele, kierowani dobrymi chęciami i nieskrywaną troską, próbowali mu pomóc je rozwiązać, to i tak zwykle wszystko spadało na jego barki. A on, idiota jeden, w milczeniu próbował poradzić sobie z całym światem.

Zamyślony, dopiero po chwili zorientował się, że Malfoy wpatruje się w niego z dziwną miną, mieszaniną troski i niedowierzania, w której było mu zdecydowanie nie do twarzy. Harry lekko zirytowany kierunkiem swoich myśli, szybko odpędził nonsensowne skojarzenia i uśmiechnął się do mężczyzny.

– Jeśli ja jestem kretynem, to ty jesteś idiotą, do tego dość nieudolnym. Nie potrafiłeś nawet porządnie we mnie walnąć.

– Nie mogłem obić tej twojej brzydkiej gęby, bo wystraszyłbyś ludzi. A musisz zrobić dobre wrażenie na naszych gościach, więc... – wzruszył ramionami, jakby to było oczywiste, że pewne rzeczy mogą poczekać. Harry zrozumiał ten gest aż za dobrze i stwierdzenie, że nie spodobała mu się ta sugestia, byłoby równie prawdziwe, jak próba udowodnienia bezspornej wyższość Ślizgona nad Gryfonem, do czego co jakiś czas próbowała przekonać go jego współpracownica, Keira.

Przygryzł wargi, powstrzymując się od ostrej riposty i wsunął dłonie do kieszeni. Z niedowierzaniem wyjął z niej różdżkę, której dosłownie kilka sekund temu poszukiwał. Dlaczego znalazł ją dopiero teraz? Przecież nie pojawiła się znikąd.

Harry lekko wzruszył ramionami, uznając, że nie dostrzegł jej przez nieuwagę. Dopiero po chwili dotarło do niego pełne znaczenie słów Malfoya. Ulegając rozsądkowi – czemu na pewno pierwsza przyklasnęłaby Hermiona – postanowił zachowywać się, jakby jego podejrzane zachowanie stanowiło coś całkowicie normalnego. Musiał udawać, że nic się nie stało. Wiedział, że Malfoy nie oprze się prowokacji – był przecież Ślizgonem – dlatego postanowił oprzeć się na starych, dobrych metodach.

– Ach tak? – Uniósł wysoko brew, z niedowierzaniem wypisanym na twarzy. – Czyż może rzecz w tym, że wolałbyś się nie przyznawać do własnej nieudolności?

Spodziewającemu się jakiejś wyraźnej reakcji Harry'emu, Malfoy sprawił niemałą niespodziankę, zachowując się, jakby nic szczególnego przed chwilą się nie stało.

– Potter, nie przeginaj, jeśli chcesz mieć gdzie spać – skwitował tylko, otrzepując swój ciemnozielony płaszcz z nieistniejących pyłków. Harry przewrócił oczami na ten pokaz pedanterii w wykonaniu Malfoya. Zupełnie umknęły mu jego słowa, bo zbyt mocno skoncentrował się na powstrzymaniu się od głupiego uśmieszku. Bawiła go drobiazgowość mężczyzny, który kilkakrotnie upewnił się, że na odzieży nie pozostała nawet odrobinka brudu. – Potrzebna ci jeszcze do czegoś różdżka? – zapytał powoli Malfoy, gdy w końcu uniósł na niego wzrok. Z kpiną wypisaną na twarzy obserwował zażenowanie Harry'ego, który czym prędzej wsunął ją do kieszeni. – Masz rację, wyglądałeś z nią naprawdę... hm...

– Chyba nie chcę wiedzieć – wymknęło się Harry'emu, zanim zdołał się powstrzymać. Spuścił wzrok, przeklinając w duchu swój niewyparzony język. Znów coś chlapnął bez namysłu.

Jego zaskoczenie nie miało granic, kiedy w odpowiedzi usłyszał bardzo stonowany śmiech. Nie było w nim za wiele prawdziwej radości, a jednak Harry z niedowierzaniem przyglądał się Malfoyowi. Nigdy dotąd nie widział, żeby mężczyzna śmiał się głośno. Szydercze chichotanie wywołujące dreszcze u zażenowanych ofiar celnych kpin, ironiczne uśmiechy, jakimi obdarzał wszystkich wokół bez względu na pochodzenie i przynależność domową, wredne uśmieszki, które pojawiały się na bladej twarzy za każdym razem, gdy jego wzrok padał na Harry'ego – wszystkie je Potter pamiętał. Ale śmiechu nigdy. Dlaczego? Czyżby Malfoy z tego świata naprawdę się różnił od tego Ślizgona, jakiego Harry zachował we wspomnieniach? A może po prostu on, Gryfon, nigdy nie miał okazji, by obserwować jego naturalne zachowanie? Harry nie wiedział, ale czuł, że odpowiedź jest ważna.

– Potter, zachowuj się – mruknął Malfoy, nadal uśmiechając się krzywo. – Może wreszcie powiesz przepraszam i zakończysz całą sprawę...

Harry z nieskrywanym i nieudawanym niedowierzaniem spojrzał na blondyna. Nie miał zamiaru go za nic przepraszać. Nigdy w życiu! Nawet w tym świecie nie jest na tyle zdesperowany, żeby to zrobić.

– Chyba śnisz, Malfoy – bez wahania oznajmił stanowczo, obrzucając go zbulwersowanym spojrzeniem.

Malfoy przestał się uśmiechać i spojrzał na niego zimno. Harry wzdrygnął się. Identycznym wzrokiem obrzucał go kiedyś Lucjusz i choć miało to miejsce dawno temu, nie udało mu się zapomnieć. Potter nigdy się nie spodziewał, że i on może kiedyś zachować się tak samo. Dziwne. Malfoy zawsze wydawał mu się obślizgłym dupkiem zdolnym do każdej podłości, ale nigdy – nawet wtedy, gdy widział go celującego różdżką w Dumbledore'a – nie czuł, iż kiedykolwiek mógłby być taki jak swój ojciec. Aż do teraz.

Zmusił się do zachowania spokoju, wiedział, że nie może pokazać Malfoyowi jak bardzo zdenerwowało go jego zachowanie.

– Skoro tak, to zapomnij o dalszej współpracy. Nie dość, że muszę męczyć się z takim idiotą jak ty, to na dodatek nie potrafisz się zachować jak przystało na prawdziwego czarodzieja.

Harry przełknął ślinę, która nie wiadomo kiedy zatamowała mu gardło i postanowił nie rezygnować. Nawet jeśli miało to wzbudzić podejrzenia.

Chłód w spojrzeniu Malfoya wcale nie był udawany i Harry – trochę wbrew sobie – postanowił załagodzić sytuację. Ale tylko trochę.

– Masz zamiar porzucić wszystko, co udało nam się zrobić, z powodu małej kłótni? – zapytał powoli. Kiedy Malfoy zmarszczył czoło, intensywnie myśląc, Harry pogratulował sobie w myślach. Jednak nie miał długo cieszyć się tym uczuciem.

– Tak, to brzmi rozsądnie – przyznał w końcu Malfoy, a Harry westchnął pod nosem, tak, by mężczyzna tego nie zauważył. Nic nie było takie proste, jak myślał. Wredny, marudny Malfoy wszystko musiał sknocić, jak zwykle.

– Dlaczego?

– Sam rozumiesz – O to chodzi, że nie rozumiem, nic, poprawił go w duchu Harry – że jestem Malfoyem, a to zobowiązuje. Nie będzie mi tu byle chłystek próbował narzucić, jak mam się zachowywać. Tym bardziej ty.

– Malfoy, znam taką dobrą klinikę w sam raz dla ciebie. Powinni ci tam pomóc uporać się z problemami.

– Och, zamknij się! – żachnął się mężczyzna, ale Harry ku swojemu zaskoczeniu dostrzegł uśmiech na jego twarzy. – Taki z ciebie obrońca uciśnionych jak ze mnie Ślizgon.

Harry zmarszczył brwi. Coś mu tu nie pasowało. Nagle zrozumiał i ledwo powstrzymał się od klapnięcia dłonią w czoło. Ależ z niego idiota!

– Draco! Jak miło cię widzieć! – Z pobliskich drzwi wyłoniła się głowa Syriusza, obdarzając ich obu szerokim uśmiechem. – Choć tu do nas, pewien mały kawaler nie może się ciebie doczekać – zachęcał radośnie.

Harry nie mógł powstrzymać się od westchnienia. A było już tak blisko. Malfoy odrzucił włosy z czoło i uśmiechnął się do Syriusza.

– Mały kawaler, powiadasz. Skoro tak, to nie wolno mi odmówić.

I ruszył w stronę drzwi, zgrabnie omijając fałdę na dywanie.

Harry wzruszył ramionami – już nic nie było w stanie go zaskoczyć – i ruszył za nim.


Hermiona splotła dłonie na kolanach i zapatrzyła się w płonące wesoło płomienie; jasne iskry skakały co i rusz bawiąc się w swoistą przepychankę.

Czuła się tak bardzo zmęczona.

Wyczekiwanie na chwilę, gdy wreszcie jej przyjaciel się obudzi, było niezwykle męczące. I choć spodziewała się, że nieustannemu napięciu będzie towarzyszyć znużenie, to jednak ta wiedza nie przyniosła jej ulgi. To ona, Hermiona, która zawsze potrafiła poradzić sobie w każdej, nawet najbardziej niesprzyjającej sytuacji, a teraz czuła się jak pensjonarka wyczekująca na liścik od tajemniczego adoratora. Czas mijał wolno, za wolno. W ślimaczym tempie posuwał się naprzód, podczas gdy ona z odrętwieniem próbowała opanować złe przeczucia.

Chciała dla swojego przyjaciela jak najlepiej, martwiła się o niego tak bardzo, że była gotowa poświęcić najważniejszą dla siebie ustawę, nad której wprowadzeniem w życie pracowała już bardzo długo, byle tylko Malfoy zgodził się ich przyjąć i udzielić im pomocy. Na szczęście nie musiała nic poświęcać. To Harry zgodził się na bzdurne warunki Ślizgona.

Hermiona westchnęła pod nosem, gdy po raz kolejny uświadomiła sobie, że przyjaciel znów wplątał się w następną niedorzeczną historię. Jakby mało mu było pracy aurora, kłopotów z Ginny i z „przeklętymi snami". Malfoy przekręcił się lekko na fotelu i bez otwierania oczu, zaspanym głosem zapytał:

– Co znowu, Weasley? Masz zamiar całą noc mruczeć coś pod nosem jak stara baba? Jeśli tak, to wyjdź na korytarz, normalni ludzie o tej porze śpią i nie mają ochoty słuchać twoich wzdychań. Wiem, że piękno zachwyca, ale już nie przesadzaj. Muszę się przespać.

– Nikt ci nie każe spać tutaj – warknęła i zaraz tego pożałowała. Malfoy może i był najbardziej wkurzającym człowiekiem na świecie, ale nie mogła się na nim wyżywać. Nie wtedy, gdy od jego dobrej woli tak wiele zależało.

– Muszę pilnować swoich interesów – mruknął w odpowiedzi i poprawił zsuwający się koc, po czym ponownie przytulił się do miękkiej poduszki.

Hermiona nie powstrzymała się od delikatnego uśmiechu. Malfoy wyglądał jak mały kociak pieszczący się do swojego właściciela. Jakże pomyliłby się ktoś, kto na podstawie tego obrazka stwierdziłby, że jest niewinny i delikatny. Choć musiała jedno mu przyznać: kiedy chciał – co naprawdę rzadko się zdarzało – potrafił być najbardziej czarującym człowiekiem na świecie. Zwykle jednak wolał zachowywać się niczym nieczuły drań, a przynajmniej takie sprawiać wrażenie. Gdyby nie to, że miała naprawdę dobre źródła informacji, nigdy by nie poznała prawdy. A tak ją znała i nie potrafiła zignorować. Nie leżało to w jej charakterze. Lepiej było wiedzieć za dużo niż za mało – od kiedy pamiętała zawsze wychodziła z takiego założenia. I choć nadal darzyła go sporą niechęcią – chociażby za sposób, w jaki wypowiadał się o jej rodzinie, a w szczególności o Ronie – to nie mogła odmówić mu pozytywnych cech. Musiała być obiektywna.

– Dlaczego? – zapytała.

– Co znowu? – syknął zimno, unosząc się trochę, tak, by móc wreszcie spojrzeć na kobietę siedzącą na fotelu naprzeciwko kominka. Żółtawe światło padało na jej twarz, wydobywając z mroku lekko opaloną twarz, na które z łatwością dostrzegł nieustępliwość. – Skoro nie potrafisz zamilknąć nawet na sekundę, to zaraz się tym zajmę. – Groźba w jego głosie była doskonale słyszalna, ale Hermiona udała, że jej nie słyszy i kontynuowała spokojnie:

– Dlaczego właśnie takie warunki? Przecież z łatwością mógłbyś sam...

– To nie twoja sprawa, Weasley. Nie wcinaj swojego nosa tam, gdzie nie trzeba, bo możesz go szybko stracić – Bardziej przestraszył ją sposób mówienie – rzeczowy i beznamiętny, jakby rozmawiali o pogodzie, a nie o podszytym groźbą ostrzeżeniu – niż same słowa.

Zacisnęła mocniej zbielałe dłonie na kolanach i opanowawszy wyraz twarzy, chłodno zapytała:

– Grozisz mi?

Malfoy wydawał się zadowolony z szybkości, z jaką się opanowała.

– Nie – zaprzeczył powoli, przypatrując jej się uważnie. – Przypominam. Umowa to umowa, magiczny kontrakt został zawarty i nikt – nawet ty – Hermionę zapiekły policzki. Za dużo był w tym słowie triumfu i satysfakcji, by nie zareagowała – nie może go zerwać.

– Prócz ciebie – przypomniała oschle.

– Prócz mnie – zgodził się z uśmiechem, który wcale jednak nie wyglądał na zadowolony.


– Draco, jak miło cię widzieć – powtórzył po raz kolejny Syriusz, rzucając Harry'emu ciepłe spojrzenie, którego ten wcale nie zrozumiał. Wzruszył tylko ramionami, uznając, że skoro nie wie, o co chodzi, nie będzie się wysilał na udawanie zainteresowania, po czym zajął miejsce obok Remusa. Mężczyzna obdarzył go lekkim uśmiechem i szybko odsunął na bok jakieś papiery, którymi dotychczas się zajmował.

– Nie przesadzaj, Syriuszu – gasił zaraźliwy entuzjazm Blacka Lupin. – Nie minął nawet tydzień od ich ostatniej wizyty.

– Ściślej mówiąc, miałem tą nieprzyjemność trzy dni temu – sprostował Malfoy i pochylił się nad Teddym, który uśmiechając się radośnie, szybko zarzucił mu rączki na szyję i przytulił się mocno do mężczyzny. – Jeszcze bolą mnie żołądek od delikatesów, którymi próbowałeś mnie otruć.

– Zaraz tam otruć – zaprotestował Syriusz. – Sam chciałeś spróbować, więc...

– To twoja wina, Syriuszu – dokończył Harry, stając po stronie Malfoya. – Jak komuś dajesz coś do jedzenia, to powinno być zjadalne, a nie... e... niestrawne.

Remus uśmiechnął się, ale szybko zasłonił dłonią usta, by nikt nie zauważył jego wesołości.

Syriusz zamrugał powiekami, zaskoczony przebiegiem rozmowy, po czym jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech.

– Rozumiem. – Harry'ego zaniepokoił poufały ton jego głosu. Zupełnie jakby dzielili jakiś sekret. – Następnym razem to ty będziesz moim królikiem doświadczalnym.

– O nie! – tym razem głośny protest wyrwał się Malfoyowi. – Przebywanie w towarzystwie tego kretyna jest wystarczająco trudne bez twoich kulinarnych eksperymentów. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co działoby się po nich. – I wzdrygnął się, jakby wbrew jego woli takowy obraz pojawił się w jego głowie. – Nie ma mowy! Skoro jesteś taki zdesperowany, zawsze możesz wypróbowywać nowe potrawy na swoim skrzacie, ewentualnie zawsze możemy pożyczyć ci Zgredka, ale nie licz na to, że pozwolę ci truć mo... – nagle urwał, najwyraźniej coś sobie uświadamiając. – Zapomnij! – dokończył spokojniej.

Harry wychwycił moment zawahania i gorączkowo próbował znaleźć słowa, których nie wypowiedział Malfoy. Czuł, że są ważne, ale mimo swoich wysiłków nie potrafił trafić na te właściwie. W tym samym czasie Teddy, najwyraźniej znudzony ich rozmową, zaczął się energicznie wiercić w ramionach Ślizgona, który z uśmiechem błąkającym się na wąskich wargach szybko oderwał się od niego. Skwapliwie korzystając z okazji, chłopiec popędził na swoich krótkich nóżkach do Harry'ego i bez wahania wyciągnął do niego ręce.

Wszyscy obserwowali go uważnie, gdy ujął chrześniaka pod pachy i posadził na swoich kolanach. Teddy przysunął się bliżej, chcąc, żeby Harry go objął, co też mężczyzna bezzwłocznie uczynił. Malec z zachwyconym uśmiechem na piegowatej twarzy wtulił się w szatę Pottera, zaciskając małą piąstkę na jasnym materiale koszuli.

Syriusz uśmiechał się jeszcze radośniej niż wcześniej, gdy Remus pochylił się nad synkiem i delikatnie, z czułością, na widok której Harry'ego coś ścisnęło w gardle, odgarnął ciemne włosy z czoło chłopca.

Malfoy zaś przypatrywał się im z nieodgadnioną miną. Chyba chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał.

Harry, co trochę go zaskoczyło, czuł się w ich towarzystwie jak kałamarnica w jeziorze.


Syriusz zmarszczył czoło, z napięciem obserwując mało swobodną rozmowę Harry'ego i Draco. Nadal nie był pewien, czy jego podejrzenia są słuszne, ale nie potrafił się od nich uwolnić. Do tego dochodziło dziwne zachowanie jego chrześniaka. Momentami zachowywał się jak nie on: zamiast zgryźliwie się odcinać, uśmiechał się przepraszająco i próbował łagodzić sytuację albo plótł głupoty. Jakby czuł się bardzo niepewnie. Syriusz może i nie wyróżniał się jakąś szczególnie rozwiniętą empatią, ale to co trzeba, zawsze widział. A teraz sam nie wiedział co myśleć. Harry był jedną z najważniejszych osób w jego życiu i niezwykłe jak na niego zachowanie bardzo martwiło Syriusza. Być może wszystko brało się z potencjalnego zauroczenia Pottera, ale równie dobrze mogło mieć o wiele poważniejszą przyczynę. Syriusz z szczerością przyznał się sam przed sobą, że nie potrafi samodzielnie znaleźć odpowiedzi. Liczył, że może Remus będzie potrafił mu pomóc. Musiał mu tylko o wszystkim opowiedzieć... o tym, że podejrzewał ich o romans też. Zadrżał lekko, mimo że w kuchni było naprawdę ciepło. Już wyobrażał sobie minę mężczyzny.

Dbając, by nikt nie zauważył jego wzroku, zerknął na Lupina, który pochylony nad pracami, próbował nadrobić zaległości w pracy. Niedawno była pełnia i to właśnie w tym okresie, gdy miał dużo obowiązków, więc teraz Remus nie miał innego wyjścia, jak uzupełnić nieopracowane materiały. Syriusz opanował nagłą ochotę zaproponowania mu pomocy. Wiedział, że jego tak zwana „pomoc" bardziej zaszkodzi niż pomoże mężczyźnie, dlatego nic nie powiedział. Westchnął za to pod nosem.

Martwił się o nich wszystkich bardziej niż o siebie i choć przez większość czasu zachowywał się jak lekkomyślny młokos, to częściej to była gra, z której zdawała sobie sprawę tylko jedna osoba, najważniejsza w jego życiu. I choć nigdy głośno tego nie przyzna – jakby mógł? – to jednak wystarczała mu świadomość znajomości własnych uczuć.

– Coś cię martwi? – dyskretnie zapytał Remus, widząc jego minę. Syriusz odpowiedział nierozumiejącym wzrokiem, więc Lupin, westchnąwszy pod nosem, położył swoją dłoń na ręce przyjaciela. – Zawsze, gdy twoje myśli zaprząta jakiś niełatwy problem, nie możesz oderwać rąk od blizny – łagodnie wyjaśnił, kciukiem powoli gładząc wąski, podłużny ślad na policzku. – Powiedz, o co chodzi... i tak będziesz musiał to kiedyś zrobić.

– Wiem... – przyznał Syriusz, opuszczając dłonie i zaciskając mocno pięści. – Wyjaśnię ci później... teraz to nieodpowiednia chwila.

– Czemu? – Remus przestał gładzić bladą skórę, ale nadal nie zabierał ręki. Z napięciem wpatrywał się w twarz przyjaciela, skupiając na nim całą swoją uwagę.

– Po prostu później – z naciskiem powtórzył Syriusz, ściszając głos.

– Rozumiem.

Syriusz przymknął na sekundę powieki, chcąc odgrodzić się od lekkiego wyrzutu widocznego w oczach przyjaciela, po czym westchnął. Balansowanie na linie nigdy nie wydawało mu się odpowiednim zajęciem. Wolał wszystko od razu wyjaśniać, choćby miało się to źle skończyć. Między przyjaciółmi nie powinno być tajemnic, a szczególnie pomiędzy takimi jak oni. A jednak nie mógł wszystkiego teraz tłumaczyć, bo to nie był odpowiedni czas ani miejsce na taką rozmowę. Wyjaśnienia musiały poczekać.

– Remusie, o wszystkim ci opowiem, ale nie teraz.

Remus milczał chwilę, uważnie obserwując jego twarz. Syriusz nie dociekał, co go przekonało, gdy w końcu powoli, z rozwagą powiedział:

– Dobrze.

W ostatniej sekundzie powstrzymał się od westchnienia ulgi. I tak już zwrócili na siebie niepotrzebną uwagę.


Harry zmarszczył czoło, zastanawiając się, o czym tak cicho debatują mężczyźni.

– Wreszcie przejrzałeś na oczy? – mruknął Malfoy. W jego głosie czaił się cień uśmiechu.

Widząc zaskoczone spojrzenie Harry'ego całkiem swobodnie, jakby robił to nie pierwszy raz, objął go ramieniem i pochylił się nad jego uchem, szepcząc cicho, tak, by nie obudzić Teddy'ego: – Nadal nie widzisz tego, co oczywiste? Czy może raczej powinienem powiedzieć, że nie chcesz widzieć.

Harry pokręcił przecząco głową. Bliskość ciała Malfoya wydawała mu się tak bardzo nie na miejscu, że nie potrafił wyksztusić z siebie ani słowa. No i nie bardzo wiedział o czym mówi. A właściwie gdzieś na obrzeżach umysłu plątało się zrozumienie, ale wypierał je, zanim zdołało na dobre zagościć w jego myślach.

– W takim razie chyba powinieneś wypić ten eliksir, a nie jak uparta koza się zapierać.

– Nie mam zamiaru niczego pić – syknął Harry, próbując zachować spokój.

– Znowu chcesz się sprzeczać? – zapytał żartobliwie Malfoy. – Zaraz obudzisz Teddy'ego – ostrzegł go cicho, bez pośpiechu odsuwając się od niego.

Wreszcie mogąc swobodnie odetchnąć, Harry czym prędzej skorzystał z okazji.

– Daj spokój! – warknął. Ostatkiem sił powstrzymał się od trzaśnięcia go w gębę.

– Spokój? – Malfoy wyraźnie powstrzymywał się od śmiechu. – Kto by się spodziewał. Myślałem, że nie znasz takiego słowa. No, no, Potter, zaskoczyłeś mnie.

– Nie tak jak ty mnie.

– Naprawdę? – Harry nie widział, jak Malfoy to zrobił, ale w trzech sylabach zawarł tyle zaciekawienia, że Potter poczuł, że policzki pieką go z zażenowania.

– Przestałeś się boczyć – mruknął w odpowiedzi, starając się opanować zdradliwe wypieki.

– Malfoyowie się nie boczą – warknął bez złośliwości Malfoy. Właściwie Harry był gotów postawić swoją różdżkę, że w jego głosie, prócz aroganckiej dumy, usłyszał cień zadowolenia. – No chyba że chodzi o przyjaciół – uściślił lekkim tonem, jakby w tym co powiedział, nie było nic zaskakującego. I pewnie dla niego nie było, lecz dla Harry'ego... to już całkiem inna historia. Zanim zdołał się opanować na tyle, by móc swobodnie podtrzymywać rozmowę, minęła spora chwila. W tym czasie Malfoy bez przeszkód kontynuował swoją wypowiedź: – Oczywiście, jeśli komuś o tym wspomnisz, wyprę się wszystkiego bez zastanowienia. I, co jeszcze bardziej oczywiste, spotka się zasłużona nagroda. Bardzo przyjemna dla mnie, co niekoniecznie oznacza, że będzie równie miła dla ciebie.

Harry przełknął ślinę. Zabrakło mu słów. Malfoy twierdzący, że jest jego przyjacielem? Żartujący sobie z niego? Jednak ten świat stanął na głowie!

I on też skoro najwyraźniej wcale mu to nie przeszkadza!

Próbował opanować ogarniające go szaleńcze uczucia, ale nie szło mu to zbyt sprawnie.

Malfoy zerknął na zegarek na przegubie. Harry ku swojemu zaskoczeniu zauważył, że wcale nie jest on ostentacyjnie ozdobiony jakimiś drogimi kamieniami wielkości elfich jaj, a wręcz przeciwnie, w pierwszej chwili wydał mu się nawet skromniejszy niż ten, który on sam otrzymał od Weasleyów. Dopiero po chwili zauważył dyskretne piękno, z jakim zrobiono zegarek.

– Powinniśmy się już zbierać, Potter. Musisz się jeszcze porządnie ubrać, zanim gdziekolwiek wyjdziemy – zauważył Malfoy, mierząc go taksującym spojrzeniem. – Ta koszula mogłaby jeszcze ujść w tłumie, ale po tym, jak Teddy ją upaciał, nie nadaje się już do niczego. Zaraz coś odpowiedniego ci przyniosę, bo znając twoje upodobania wybrałbyś jakąś szmatę nadającą się tylko dla skrzatów.

– Wychodzimy? Gdzie? – Harry był zbyt zaskoczony, by zastanawiać się nad tym, co mówi.

Malfoy westchnął pod nosem coś, co bardzo przypominało: „Mogłem się tego spodziewać, idiota znowu zapomniał, po co ja się denerwuję..." i z łagodnością zarezerwowaną zwykle dla wariatów wyjaśnił:

– Do restauracji. – Widząc zdezorientowaną minę Harry'ego, dodał poważnie coś, co zszokowało Pottera tak, że zabrakło mu słów i oddechu na kilkanaście najdłuższych sekund w jego życiu: – Mamy randkę.