Harry otwierał i zamykał usta, ale nie potrafił wydobyć z siebie głosu. Zszokowany, wpatrywał się w Malfoya, który machnąwszy rękę, szybko wymknął się na korytarz.

Czy on przed chwilą naprawdę usłyszał, że mają randkę? Randkę z Malfoyem? Z tym oślizgłym, wrednym dupkiem, którego jedynym celem było uprzykrzanie normalnym ludziom życia... musiał źle usłyszeć. To pewne.

Pokręcił przecząco głową. Nie, to musiały być omamy, bez wątpienia, zdecydował Harry, próbując opanować rozszalałe uczucia.

Zacisnął dłonie w pięść, wbijając paznokcie w skórę. Musiał ujarzmić wewnętrzne emocje tak, by nikt nic nie zauważył. Wiedział, że nie wolno mu wzbudzić podejrzeń.

Prawie prychnął, gdy uświadomił sobie, że to wcale nie będzie takie łatwe. Jak on niby ma zachować w sytuacji, gdy idzie na randkę z Malfoyem? Powinien zachowywać się normalnie – ale cóż to znaczy w tym przedziwnym świecie? Nagle przeszyła go przerażająca myśl. Chyba nie będzie musiał całować... Nie! Nie będzie! Nie może! Wyobraził sobie zimne, wąskie usta mężczyzny dotykające jego i wstrząsnął nim dreszcz odrazy. Nie! Nie ma mowy! Nigdy! To on już woli wrócić do domu. Teraz!

Kręcąc energicznie głową w rytm zaprzeczeń, nie zauważył bacznego spojrzenia, jakim obrzucił go Syriusz.

– Coś nie tak? – zapytał, podchodząc bliżej chrześniaka.

Dopiero w tym momencie dotarła do Harry'ego cała głupota bezmyślnego postępowania, w jakim bez wątpienia przodował. Miał nie wzbudzać podejrzeń, a zachowywał się tak, jakby chciał umieścić sobie na środku czoła napis: „podejrzane zachowanie" i zwrócić na siebie uwagę mężczyzny. Przeklinając w duchu własną impulsywność, nie próbował się nawet usprawiedliwić, że przecież każdy miałby prawo do gwałtownej reakcji w obliczu równie przerażającego faktu jak randka z wrogiem. Lekko zirytowany powstrzymał się od głośnego jęknięcia, choć – musiał to przyznać – miał na to ogromną, wielkością odpowiadającą powierzchni zajmowanej przez dajmy na to Ocean Spokojny, ochotę.

Zmusił się do wyszczerzenia zębów w uśmiechu. Syriusz nie wyglądał na przekonanego.

– No dobrze, powiedz swojemu ukochanemu chrzestnemu, co tak bardzo cię wzburzyło – łagodnym głosem myśliwego zachęcającego łanię do podejścia poprosił Black.

Harry zacisnął usta jak małe dziecko i pokręcił przecząco głową. Syriusz roześmiał się lekko i poczochrał mu włosy. Przysiadł się na krześle obok Pottera i objął go ramieniem.

– Powiedz, powiedz. Chyba nie pozwolisz, żebym umarł z ciekawości? – zapytał, przyglądając mu się bacznie. Nim Harry zdążył odpowiedzieć, pochylił się nad Teddym, smacznie śpiącym w objęciach swojego chrzestnego i delikatnie odgarnął ciemne włoski z czoła chłopca. – Jest śliczny, kiedy śpi, prawda? – zauważył z nieskrywanym podziwem w głosie. – Przypomina Dorę. Te same wyraziste rysy twarzy, odziedziczone po Blackach, wesołe usposobienie, no i zdolność do zmieniania swojego wyglądu. – Harry przytaknął nie pierwszy raz doceniając wielkie serce Syriusza. Może i był impulsywny, lekkomyślny i bardziej cenił brawurę niż rozsądek, ale zawsze znalazł chwilę dla swoich przyjaciół. Przecież poświęcił się dla niego... Harry nagle zrozumiał, że nigdy nie zdążył podziękować Syriuszowi za miłość i troskę; zbyt szybko odszedł, by zdążyli się sobą nacieszyć, a teraz... teraz miał niepowtarzalną szansę, by to nadrobić.

– Dziękuję – szepnął bardziej do siebie niż do niego, ale Syriusz to usłyszał.

– Ależ nie ma za co – odszepnął równie cicho i ścisnął dłoń Harry'ego. – Zawsze przy tobie będę – obiecał i uśmiechnął się promiennie. – A teraz powiedz, co cię tak zdenerwowało.

– Syriuszu! – W ostatniej chwili Harry powstrzymał się od głośniejszego okrzyku oburzenia – nie chciał obudzić Teddy'ego.

– No co? – Mężczyzna wyglądał jak wcielenie niewinności. Z szeroko otwartymi w wyrazie zaskoczenia oczami i uczciwością wypisaną na twarzy przyglądał się Harry'emu, który westchnąwszy pod nosem, odwrócił wzrok.

Nie czuł się gotowy do opowiadania o swoich uczuciach... jakby kiedykolwiek był. Nigdy uzewnętrznianie prawdziwych emocji nie przychodziło mu łatwo. Wyrażanie ich poprzez zachowanie jak najbardziej, ale opowiadanie o nich – nigdy. Wolał samemu wszystko przemyśleć, podjąć choćby najgłupszą decyzję, a dopiero potem przeanalizować ją z przyjaciółmi. Taki był i nie chciał się zmieniać.

– Nic. – W końcu się przemógł na tyle by coś z siebie wyartykułować.

Lakoniczna odpowiedź nie przekonała chrzestnego. Przenikliwemu spojrzeniu, jakie wbił w Harry'ego, przeczył rozradowany uśmiech.

– Harry, oj, Harry – zaczął Syriusz, a w jego głosie czaiło się rozbawienie – jeśli myślisz, że ci uwierzę, to się grubo mylisz. Może jakbyś nie miał takiej skwaszonej miny to może... ale masz. – Uśmiechnął się porozumiewawczo, puszczając do niego oczko. – Domyślam się, że trapiący cię problem ma jasne włosy i najzgrabniejszy tyłek na tej półkuli. Nie wspominając już o najniezwyklejszych oczach mieniących się niczym płynna rtęć i ognistym charakterku, który nie raz nie dwa dał ci do wiwatu.

Harry zagapił się na mężczyznę, nie mogąc, nie chcąc uwierzyć własnym uszom. Ku swojemu przerażeniu poczuł, że pieką go policzki. Po prostu świetnie, gorzej już być nie mogło.

– Syriuszu, daj mu już spokój. – Remus, dostrzegając zażenowanie Harry'ego, postanowił wtrącić się do rozmowy i nieco mu pomóc poradzić sobie z nadaktywnym chrzestnym, wtrącającym swój nos w nie swoje sprawy.

– Ależ ja przecież nic nie robię – zaperzył się Syriusz, obrzucając obu mężczyzn urażonym spojrzeniem.

– Tak, jasne, a gnomy są najśliczniejszymi domowymi szkodnikami – odparował bez wahania Remus i lekko uśmiechnął się do Harry'ego.

– No pewnie, że są – mruknął Syriusz, najwyraźniej postanawiając się nie poddawać. W końcu był Gryfonem, a oni nawet mimo przeważającej ilości wrogów rzucają się do boju i giną jak bohaterowie... albo idioci, zależy z której strony na to patrzeć.

– Ach, tak? – Uniesiona brew Remusa źle wróżyła mężczyźnie. – To już wiadomo, kto będzie się zajmował ogrodem na wiosnę.

– Oczywiście – przytaknął Syriusz, po czym uśmiechając się złośliwie, dodał: – Harry.

– Coo? – Tym razem Potterowi nie udało się powstrzymać. – Nawet o tym nie marz. To twoja działka, twój dom i twoje gnomy.

– Skoro tak mówisz, mój gościu... – Akcent na słowo „mój" zaniepokoił Harry'ego. – W takim razie nalej sobie sporą szklankę soku i opowiadaj. Inaczej nie wypuszczę cię z mojego domu.

Uśmiech pełen ulgi zaskoczył spodziewającego się innej reakcji Syriusza. Harry promiennie rozświetlony szczęściem – wreszcie znalazł sposób, by wymigać się od randki z Malfoyem – dobitnie zaprzeczył:

– Nie.

Syriusz przybrał groźną minę, która wcale nie podziałała na Potter i powoli stwierdził:

– W takim razie muszę zapytać Draco, co takiego ci powiedział, że tak bardzo cię wzburzyło.

Harry przełknął ślinę, pokonany.

Na szczęście Remus kolejny raz postanowił mu pomóc.

– Syriuszu, jeśli zaraz nie przestaniesz męczyć Harry'ego, grzmotnę w ciebie jakąś porządną klątwę.

– Jestem niewinny – próbował się bronić Syriusz, ale bez przekonania. Westchnął pod nosem, pomarudził na złośliwość przyjaciół od siedmiu boleści, którzy nie pozwalają dowiedzieć się, co męczy jego chrześniaka, po czym odpuścił Harry'emu ze słowami: – W porządku, jak nie chcesz, to nie mów... ale wiedz, że drzwi do mojej sypialni zawsze stoją dla ciebie otworem.

Wchodzący właśnie do kuchni Malfoy, zatrzymał się na progu i obrzucił zgromadzonych zdegustowanym spojrzeniem.

– Zostawić was na chwilę, a już planujecie orgię... mogliście chociaż na mnie poczekać.

Policzki Harry'ego kolejny raz przybrały ładny czerwonawy kolorek, gdy uświadomił sobie sugestię zawartą w jego słowach, zaś Syriusz i Remus uśmiechnęli się lekko.

– Jak moglibyśmy o tobie zapomnieć? – retorycznie zapytał Black.

– Nie ma najmniejszego pojęcia jak to możliwe – Malfoy wzruszył ramionami, jakby naprawdę się nad tym zastanawiał. – Idź już na górę i się przebierz – polecił Harry'emu, który zdziwiony prawie miłym tonem jego głosu, zamrugał zaskoczony. – Nie gap się na mnie jak Jęcząca Marta w ciebie. Chyba wyraziłem się dostatecznie jasno – westchnął, po czym z cieniem czegoś, co przy odrobinie dobrej woli, można by nazwać cierpliwością, dodał: – Ubrania są już przygotowane, wystarczy, że je założysz, a to chyba nie jest aż tak skomplikowane byś potrzebował mojej pomocy... choć oczywiście jeśli chcesz, poświęcę się dla dobra ogółu – mruknął z cierpiętniczą miną, jakby na samą myśl o takiej profanacji robiło mu się słabo.

Harry szybko zaprzeczył. Wcale nie miał ochoty na nic, co proponował mu Malfoy, a tym bardziej na pomoc w ubieraniu, czy randkę.

– Daj, wezmę tego szkraba – zaproponował Syriusz i sprawnie przełożył chłopca z kolan Harry'ego na swoje. – Zdążył się już porządnie zmęczyć, a poza tym uwielbia zasypiać w twoich ramionach.

Malfoy prychnął coś, co zabrzmiało jak: „jako jedyny", po czym podszedł do Remusa i zapytał o któryś z dokumentów, którymi zajmował się mężczyzna.

– Dziękuję – Harry z nieukrywaną wdzięcznością w głosie zwrócił się do Syriusza, przytulającego do siebie Teddy'ego i wstał z krzesła. Zrobił kilka kroków, rozprostowując zesztywniałe mięśnie, po czym skierował się w stronę wyjścia.

Wychodząc, będzie miał okazję odpocząć trochę od obecności wszystkich. Bo choć naprawdę czuł się dobrze w towarzystwie Syriusza, Remusa... i Malfoya też, to jednak ciągłe napięcie udawania kogoś, kim się nie jest i oszukiwanie, że wszystko jest w porządku – a nie było – wyczerpywało.


– Harry czymś się martwi. – Syriusz postanowił podzielić się swoim spostrzeżeniem chwilę potem, jak zamknęły się drzwi. Dokuczała mu trochę mała niedogodność w postaci śpiącego chłopca, więc delikatnie, by go nie zbudzić, poprawił nieco swoją pozycję. Niewiele to dało, ale zawsze coś.

– Zauważyłem – przyznał Remus. – Zachowuje się bardzo niepewnie, jakby...

– ... jakby męczyły go jakieś strapienia – dokończył po chwili Syriusz. – A ty co myślisz, Draco?

– To Harry – wzruszył ramionami, przyglądając się swoim paznokciom – nie rozumiem w czym problem.

– Nie widzisz nic niezwykłego w jego zachowaniu? – z niedowierzaniem upewnił się Syriusz, obserwując uważnie krewniaka.

Również Remus z zainteresowaniem przyglądał się obojętnej twarzy Malfoya.

– Nie – zaprzeczył mężczyzna, odwzajemniając się równie bacznym spojrzeniem. – Doszukujecie się czegoś, czego po prostu nie ma. Pomyślmy, jakie zmartwienia może mieć najbardziej znany czarodziej, do tego najbardziej zajęty i przepracowany, którego nawet dwudniowy urlop zostaje przerwany przez sprawy niecierpiące zwłoki? – Nawet nie próbował ukryć kpiny w swoim głosie. Krytycznym wzrokiem zmierzył obu mężczyzn, jakby zastanawiał się, skąd na świecie biorą się równie naiwni ludzie.

Jedynie Remus wyglądał na speszonego. Syriusz zamyślił się, zastanawiając nad słowami blondyna. Po chwili pokręcił głową i stwierdził:

– To nie to. Na pewno. Jeśli już coś miałoby dolegać Harry'emu to samotność, a nie znużenie pracą.

– Syriuszu – zaoponował Remus. – Draco może mieć rację. Ostatnio, nie tylko dzisiaj, ale już od tygodni, Harry wyglądał na naprawdę wyczerpanego i jakby – Remus zdawał się szukać odpowiedniego słowa, którym mógłby określić zamyślone spojrzenie Harry'ego, jego zmienne nastroje i niepokojące milczenie. W końcu mu się udało: – nieobecnego. Coś go trapiło, o czym nam nie mówił.

– A czy Harry kiedykolwiek sam z siebie pierwszy powiedział, że coś jest nie tak? – retorycznie zapytał Syriusz, na co Malfoy prychnął pod nosem z aprobatą, a Remus nie mogąc zaprzeczyć prawdzie, powstrzymał się od uwag. – Wszystko trzeba z niego wyciągać z takim trudem, że jeśli mnie pamięć nie myli, ostatnio ktoś – znaczące spojrzenie w kierunku przyjaciela, który nieco się speszył – stwierdził, że skończyły mu się pomysły.

– Przyznaję się do winy – cicho mruknął Remus – ale to nie znaczy, że właśnie w tym tkwi problem. Raczej w...

– Nieszczęśliwa miłość – przerwał mu Syriusz, uświadamiając sobie prawdę. Jego podejrzenia wreszcie zyskały nowy wymiar, który wcześniej mu umykał. Zanim zdążył poderwać się z krzesła, podekscytowany, przypomniał sobie o Teddym. Żałując, że nie może się ruszyć, stwierdził z absolutną pewnością siebie: – To musi być to.

– Nie bądź śmieszny, Syriuszu – warknął Malfoy, po raz pierwszy poruszony. Jego szare oczy nabrały niezwykłego blasku, jakby ich właściciel myślał nad czymś intensywnie.

– Przychylam się do opinii Draco. – Remus stanął po stronie Malfoya. – Nadinterpretujesz, wyciągając całkowicie błędne wnioski, Syriuszu.

– Dlaczego tak myślisz? To aż tak nieprawdopodobna możliwość, że Harry kogoś kocha? A może chodzi wam o to, że ukochana osoba nie odwzajemnia jego uczuć? Nie rozumiem w czym według was tkwi problem – przyznał bezradnie, patrząc na nich zawiedzionym wzrokiem. – Miłość nie wybiera i może trafić się każdemu. Czemu Harry miałby być gorszy?

– Bo to Harry–Na–Którego–Leci–Cała–Czarodziejska–Populacja–Potter? – sarkastycznie rzucił Malfoy, z politowaniem patrząc na Syriusza. – Nawet, jeśli kogoś darzy uczuciem – w co osobiście wątpię – to na pewno ta osoba odwzajemni jego uczucia. Jest sławny, może nie tak bogaty jak ja, ale wystarczająco, żeby robiło to wrażenie i dostatecznie przystojny, by dana osoba przestała zwracać uwagę na dwie pierwsze cechy.

Syriusz uśmiechnął się pod nosem, podekscytowany jego słowami. Może jednak nie wszystko dla Harry'ego stracone.

– Zapomniałeś dodać, że jest miłym, kochanym chłopcem, który dba najpierw o drugą osobę, a dopiero później zajmuje się sobą.

– Tego akurat nie uznałbym za zaletę – stwierdził w odpowiedzi Malfoy, uśmiechając się lekko, rozbawiony.

– A najseksowniejsze zielone oczy, jakie w życiu widziałeś? – podstępnie zapytał Syriusz. Widząc nagle zobojętniałą twarz Draco, z trudem powstrzymał się od okrzyku radości. Jednak intuicja go nie zawiodła. – Że nie wspomnę o innych zaletach... – znacząco zawiesił głos.

Remus, który w milczeniu przysłuchiwał się tej wymianie zdań, zbyt zajęty poprawianiem nieścisłości wskazanych przez Malfoya, postanowił się wtrącić:

– Syriuszu Black, jeśli za sekundę nie zamilkniesz, będziesz spał w ogrodzie, jak przystało na źle wychowanego psa.

Oburzony wzrok mężczyzny nie wpłynął w znaczący sposób na srogą minę Lupina, więc, sapnąwszy coś pod nosem, Syriusz opuścił wzrok i zamilkł.

Draco uśmiechnął się lekko, widząc ten pokaz władzy.


W międzyczasie Harry schodził po schodach w nowych, wybranych przez Malfoya ubraniach i czuł się niewiarygodnie głupio. Jak nigdy dotąd. Świadomość, że szata leżąca na łóżku naprawdę mu się podobała, była niezwykle irytująca. Jakim cudem Malfoy mógł znać jego gust na tyle by wiedzieć co wybrać? A może to zwykły przypadek?, uspokajał się w duchu, próbując zignorować ssące wrażenie w dole brzucha.

Wyobraził sobie minę Rona, gdyby usłyszał, że Malfoy – ten Malfoy – wybierał mu ciuchy i parsknął histerycznym śmiechem. Bez wątpienia przyjaciel uznałby, że Harry zwariował zgadzając się na założenie takowych rzeczy bez słowa protestu, po czym wyraziłby wątpliwości w jego zdrowe zmysły. „Malfoy nigdy nie był normalny, ale ty, Harry...", prawie słyszał zaskoczony i nieco przerażony głos przyjaciela.

Harry westchnął. Na świecie zdarzają się dziwne rzeczy, ale takich nie spodziewał się nigdy. A może właśnie w tym rzecz – że nie spodziewając się niespodziewanego, niezmiennie czujemy się zaskakiwani. Bredzę, mruknął do siebie, ale to wina Malfoya. Zawsze to była jego wina, pomyślał sentencjonalnie i ponownie westchnął.

Zszedł na dół i skierował się do kuchni, nieco zaskoczony faktem, że choć w tym świecie jest zaledwie kilkanaście godzin, a już świetnie orientuje się w rozkładzie pomieszczeń. Żeby jego adaptacja do niecodziennego zachowania ludzi przebiegała równie łatwo, byłby naprawdę zadowolony, a tak...

– No, no, Harry, prezentujesz się całkiem nieźle – mruknął na jego widok Syriusz, najwyraźniej trochę zaskoczony tym faktem. Harry nie wiedział, czy powinien się oburzyć, czy czuć się podbechtany komplementem. – Mam rację, prawda, Draco?

– Ujdzie – ocenił okiem znawcy Malfoy, mierząc sylwetkę Pottera taksującym i bardzo powolnym spojrzeniem. Jego wzrok nieśpiesznie przesuwał się od obutych w półbuty stóp, prawie niezauważalnie drżące kolana, długie nogi, szczupłą i mało wydatną klatkę piersiową, aż zatrzymał się na płonących niepokojem zielonych tęczówkach. Wszystkie te machinacje budziły jakieś trudne do nazwania emocje Harry'ego, który próbował się nie zdradzić. Bardzo powoli tak, by nikt nie zauważył, rozluźnił napięte mięśnie i postarał się nie zmieniać niewinnego wyrazu twarzy. – Będzie lepiej, o ile zmieni się kilka drobiazgów – mruknął po chwili Ślizgon z irytującym przeciąganiem sylab, które, co nagle przyszło Harry'emu do głowy, w ich świecie stało się prawie znakiem firmowym Malfoyów.

Draco leniwym krokiem podszedł do Pottera, który nagle wstrzymał oddech, uświadamiając sobie najbardziej przerażającą rzecz na tym świecie.

Jeśli mają randkę, to znaczy, że się spotykają, a skoro się spotykają, to znaczy, że dotyk powinien być czymś nie tylko normalnym, lecz również niecierpliwie wyczekiwanym. To znaczy...

Harry nie czuł się gotowy by choćby sformułować w myślach konkluzję, a co dopiero wprowadzić ją w życie.

Malfoy nie przejmując się wahaniem mężczyzny, delikatnie – gdyby to była Ginny, Potter nie wahałby się nazwać tego dotyku czułym – strzepał jakieś paprochy, które nie wiadomo kiedy postanowiły wybrać się z nimi na wycieczkę do restauracji, wygładził miękki materiał na piersi i spojrzał mu prosto w oczy, po czym lekko, jakby nie było to nic wielkiego, wsunął dłonie w jego włosy. Harry stracił oddech na kilka sekund. Nigdy nie spodziewał się, że dotyk Ślizgona może być równie miły jak jego żony. Kiedy Malfoy nieśpiesznie poprawiał nieporządną fryzurę, zachowując się, jakby robił to już nieraz, Potter próbował – z marnym skutkiem – zapanować nad biciem serca. Dziwne, ale prawie już zapomniał, że może łomotać równie głośno, jakby za chwilę chciało wyskoczyć z piersi i popędzić hen przed siebie. Od kiedy Kingsley zmusił go do wzięcia urlopu, gwałtowne emocje przyspieszające pracę serca zbyt często nie gościły w jego życiu. Dopiero teraz Malfoy... Nie! Harry nie chciał czuć wdzięczności wobec idioty, który miał czelność zaprosić go na randkę.

Nagle ugodziła go pewna myśl. A może to nie Malfoy, tylko on sam wykazał się równie wielką głupotą?

Nie, to nie mógł być on! Ale co jeśli jednak...

– Proszę, wreszcie przypominasz choć trochę ludzi – stwierdził z namysłem Malfoy po chwili. Odsunął się o krok i mierzył go bacznym spojrzeniem. – Tak, teraz można się z tobą gdzieś pokazać.

– Ale z tobą nie – warknął szybko Harry, nie przejmując się zbytnio jak to zabrzmiało.

– Coś sugerujesz, Potter? – Lodowaty głos Malfoya zaskoczył zajętego porządkowaniem papierów Remusa, który dopiero teraz dostrzegła

przybycie Harry'ego.

– Harry ma na myśli, że chyba również powinieneś się przebrać – próbował uspokoić rozłoszczonego mężczyznę. – Może skoczysz na górę i weźmiesz coś ze swojej szafy? – zaproponował lekko.

Mierzyli się wzrokiem, aż Malfoy po chwili skapitulował.

– Wątpię, czy mam tu coś odpowiedniego... – bezlitosne spojrzenie Remusa rzucone w jego stronę zdziałało cuda – ale nie zaszkodzi sprawdzić. Zresztą – wzruszył ramionami – od czego są skrzaty.

Harry zamrugał i nim zorientował się, co się stało, Malfoya już nie było w kuchni.

Naprawdę zastanawiające. Potter z nowym, jeszcze większym niż kiedyś, szacunkiem spojrzał na Remusa. Zawsze wiedział, że mężczyzna jest silny i choć zwykle tym nie epatował, to się czuło, ale coś takiego Harry widział pierwszy raz w życiu. Nawet Snape miał trudności z opanowaniem Malfoya, a wystarczyło jedno spojrzenie Remusa, by Ślizgon się wycofał, może niezbyt chętnie, ale jednak. Co jeszcze potrafił Lupin, a czego tak łatwo nie ujawniał?

– Hm... Harry, możesz przestać zaciskać już dłonie. Zrobisz sobie krzywdę – zwrócił mu uwagę Remus.

Harry z lekkim zażenowaniem zastosował się do jego polecenia. Nawet nie zauważył, że robi coś takiego.

– A ty, Syriuszu, może wreszcie oddasz mi mojego synka? – Tym razem to Black okazał się ofiarą wolnej chwili przyjaciela. – Zawłaszczyłeś mi dziecko i jeszcze się dziwisz. Jesteś niezrównany – mruknął Remus z mieszaniną rozbawienia i czułości wypisaną na twarzy, gdy Syriusz wyrwany z zamyślenia rozglądał się nieprzytomnie po całej kuchni. Chwilę zajęło mu przyswojenie sobie sytuacji, po czym lekko podniósł chłopca do góry i poddał Lupinowi.

– Wiem – bezwstydnie przyznał się Syriusz, uśmiechając się promiennie do przyjaciela. – Możesz już zabrać tego słodkiego szkraba. Zesztywniałem już trochę.

– To nie był komplement – sprzeciwił się Remus, ale kąciki ust mu drgały. – A ten słodki szkrab, jak to ująłeś, jest słodki jedynie, kiedy śpi.

– Tak jak jego tatuś – mruknął cicho Syriusz, ale przyjaciel go usłyszał.

Przed krwawą i okropną zemstą Blacka uratował mały chłopiec grzecznie tulący się do ojca. Gdyby nie on... Harry nie wiedział, jak by się wszystko skończyło, ale czuł, że źle... przynajmniej dla Syriusza. Remusowi musiało wystarczyć sztyletowanie wzrokiem przyjaciela i drobiazgowa obietnica rewanżu.

– Zaraz wrócę – powiadomił ich Lupin i z Teddym, ślicznie wtulonym w ramiona taty, zwinnie manewrując między porozstawianymi po całej kuchni krzesłami, wyszedł z pomieszczenia.

Harry jeszcze przez chwilę patrzył na zamknięte drzwi, nim zorientował się, że Syriusz coś do niego mówi.

– ... i niezależnie od tego, czy mam rację, czy nie, chcę, żebyś wiedział – zawsze możesz na mnie liczyć. A pomoc Huncwotów jest nieoceniona w takich sprawach. – I mrugnął porozumiewawczo do zdezorientowanego Harry'ego, po czym spokojnie ciągnął dalej swój niezrozumiały wywód: – Oczywiście, Remus nie może się o niczym dowiedzieć. Zaavadowałby mnie, zakopał, odkopał i tak jeszcze kilka razy, po czym wywalił na dwór, żebym tam nocą zamarzł. Okropny charakterek ma ten mój Remus, gdy się czymś zdenerwuje – mruknął z żałością, która chyba miała na celu wzbudzenie współczucia u Harry'ego, ale nie spełniła prawidłowo swojego zadania.

Potter rozbawiony wizją wściekłego Lupina goniącego Łapę po całym domu, wybuchnął śmiechem.

– To wcale nie jest zabawne! – zaprotestował Syriusz, ale oczy mu się śmiały. – Sam się kiedyś przekonasz. Draco ma o wiele gorszy charakterek. – Harry zamarł, a jego śmiech zakończył swój krótki żywot w udawanym ataku kaszlu. – Kiedy coś mu nie odpowiada, zachowuje się, jakby nieszczęśnik niewart był jednego knuta. Narcyza jest taka sama... zresztą wszyscy z Blacków zawsze mieli w sobie coś takiego – samym spojrzeniem potrafili wbić człowieka w ziemię i sprawić, że chciał się zagrzebać w niej na wieczność.

Harry nie chciał mu przerywać. Prócz tego jednego razu, gdy Syriusz opowiedział mu trochę o rodzinie, nigdy więcej o nich nie wspominał. A przecież, czego Potter dowiedział się przypadkiem kilka lat wcześniej, jego babka, Dorea, pochodziła właśnie z tego samego czarodziejskiego rodu, co jego chrzestny. Dziwne, że Syriusz ani nikt inny nigdy o tym nie wspominał. Jakby wszyscy wymazali ten fakt z pamięci. Dlaczego?

– Właściwie dobrze, że zostało nas tak niewiele – wbrew słowom, które właśnie padły, mina Syriusza nic a nic nie przypominała zachwyconej, była raczej zasępiona. Harry nie zastanawiając się wcale, podszedł do chrzestnego i lekko go przytulił. Wydawało mu się to najwłaściwsze w tej sytuacji. Może i kiedyś, w ich świecie, Syriusz żałował przynależności do swojej rodziny, ale tu i teraz tak nie było, a Harry nie miał zamiaru pozwolić, by mężczyzna samotnie gryzł się swoją przeszłością. Wiele się zmieniło od chwili, gdy ledwie piętnastoletni chłopak słuchał zwierzeń jedynej bliskiej osoby... i to na lepsze.

Syriusz nic nie powiedział, jedynie lekko odwzajemnił uścisk i uśmiechnął się, z trudem pozbywając się posępnej miny.

– No, no, rodzinka prawie w komplecie – skwitował całą sytuację Malfoy, opierając się o drzwi. Ubrany w szatę o kolorze prawie idealnie odpowiadającym barwie nieba zaraz po burzy, prezentował się więcej niż przyzwoicie. Gdyby był dziewczyną, Harry może pokusiłby się o komplement, ale skoro to tylko mężczyzna i do tego Malfoy, ta opcja nie wchodziła w grę.

Zignorował władczą minę i skrzywione w wyrazie rozbawienia wargi Ślizgona, i spokojnie odsunął się od chrzestnego.

– Wreszcie jesteś gotowy? – zapytał, bez problemu patrząc w nagle zmrużone oczy mężczyzny. – Naprawdę zaskakujące.

– O, widzę, że im bliżej do naszej randki, tym dowcip ci się wyostrza – natychmiast odparował Malfoy, obdarzając uśmiechem nieco zszokowanego Syriusza, który zastanawiał się, czy przed chwilą usłyszał, to co usłyszał, czy też wydawało mu się, że usłyszał.

– Każda minuta zbliża nas do bram raju – mruknął ni w pięć ni w dziesięć Black.

Obaj, Harry i Draco, spojrzeli na niego z niedowierzaniem, po czym wymienili porozumiewawcze spojrzenia i wybuchnęli śmiechem. Syriusz naprawdę był niezrównany.

Mężczyzna, nie przejmując się ich reakcją, wodził wzrokiem od jednego do drugiego.

– To wy – głos mu drżał od niewypowiedzianych emocji – naprawdę idziecie gdzieś razem?

Ocierając łzy z kącików, Harry zastanawiał się, co odpowiedzieć. Malfoy nie miał takich problemów.

– Ładny eufemizm, Syriuszu – pochwalił go i uśmiechnął się nieco przewrotnie, a przynajmniej tak wydawało się Harry'emu. – Oczywiście, że tak. Mamy małe rendez vous z kilkoma osobami.

– Co takiego? – Zaskoczony Potter nie zdołał się opanować.

Malfoy uśmiechnął się jakoś tak złowieszczo, że Harry poczuł pierwsze drgania niepokoju. Zupełnie jakby wampir próbował uspokoić swój wieczorny posiłek, zanim go skosztuje.

– Drogi Harry, czyżbym zapomniał wspomnieć, że nasza randka jest... że tak powiem... bardziej liczna. Właściwie, żeby być ścisłym, czteroosobowa.

Czyżby Malfoy właśnie zaproponował mu orgię?

Harry ostatkiem sił powstrzymał się od krzyku. Czy mogło być jeszcze gorzej?