Harry wyjął różdżkę z kieszeni i szybko zaczął oczyszczać szatę z sadzy. Zignorował nieprzyjemne ściskanie żołądka, jakie zawsze mu towarzyszyło po podróży siecią Fiuu i szybko doprowadził się do porządku, przygładzając zmierzwione włosy. Zajęty tą czynnością nawet nie zauważył, że jest poddawany bardzo uważnej obserwacji. Stojący obok niego Malfoy nie przeoczył tego zainteresowania. Kąciki jego ust uniosły się leciutko jakby w wyrazie rozbawienia, ale szare oczy pozostały poważne. Nim Harry zdołał dostrzec minę swojego towarzysza, na twarzy Ślizgona pojawiła się lekceważąca obojętność, ta sama, którą Potter mógł zaobserwować już w czasach szkolnych.

Randka nie randka, ale pewne rzeczy się nie zmieniają. Dla Malfoya świat mógłby dzisiaj przestać istnieć, byle tylko nikt niepowołany nie zawracał mu głowy... przynajmniej do czasu, póki sam zainteresowany nie wyraziłby takiej chęci.

Harry nigdy nie zdawał sobie z tego sprawy z bardzo prostej przyczyny – nigdy się nad tym nie zastanawiał. Podczas gdy on sam wojował z opornym zaklęciem, które za knuta nie chciało działać poprawnie, Draco stał i milczał, czekając, aż Potter w końcu się ogarnie.

Harry, podenerwowany zaistniałą sytuacją – tym, że ze wszystkich ludzi na świecie właśnie Malfoy podczas kolacji ma być jego osobą towarzyszącą – próbował zachować spokój, ale wychodziło mu to z mizernymi efektami. W końcu Draco, najwyraźniej zniecierpliwiony zachowaniem swojego kolegi, wymamrotał coś, czego Harry nie zrozumiał i sięgnął po swoją różdżkę. Kilkoma sprawnymi zaklęciami szybko doprowadził do porządku wygląd Pottera.

– Yy... Dzięki – bardzo cicho podziękował Harry, zażenowany tym, że nie potrafił rzucić nawet najprostszego zaklęcia. Nigdy to się nie zdarzało. Może i nie był w nim najsprawniejszy, ale, na Merlina, zwykle udawało mu się rzucić je poprawnie. Dlaczego teraz było inaczej?

Harry nie wiedział, ale czuł – ależ to zaskakujące – że ma to związek z Malfoyem. Jak zwykle zresztą, aż chciało mu się dodać. Odgonił tą nieprzystojną myśl, która za wiele mówiła o ich wzajemnej niechęci. Dzisiaj, przynajmniej raz, musiał zachować się, jakby nic takiego nie miało miejsca. Jakby... jakby się przyjaźnili.

– Miło mi widzieć pana ponownie, panie Malfoy. – Z lewej strony dobiegł go uniżony szept.

Harry odwrócił się, chcąc zobaczyć, kim jest nieznajomy mężczyzna mówiący takim poufałym tonem. – O, i pan Potter również tu jest. Cóż za miła niespodzianka. Nikt nie poinformował mnie o państwa przybyciu. – W jego głosie zabrzmiał lekki wyrzut, jakby nie mógł uwierzyć, że zapomniano wspomnieć mu o czymś równie ważnym.

Harry z nieznacznym niepokojem przypatrywał się elegancko odzianemu mężczyźnie, który wzrostem prawdopodobnie dorównywał Ronowi. Jak ciemne włosy gładko zaczesane na czoło miały zasłonić powiększającą się łysinę, tak szeroki uśmiech przysłonić przebiegłość wypisaną na twarzy. Z tymi długimi kończynami przypominał wyrośniętą ważkę. Mnąc dłonią bujny wąsik, mamrotał pod nosem wyrafinowane inwektywy na swoich infantylnych pracowników. Wyczuwając uważne spojrzenie Harry'ego, mężczyzna przerwał w pół słowa i uśmiechnął się zdecydowanie za nieszczerze jak na jego gust.

Malfoyowi zdawało się nie przeszkadzać obłudne zachowanie nieznajomego. Wielkopańskim gestem przerwał wymianę spojrzeń między mężczyznami. Skupiwszy na sobie ich uwagę, podirytowanym tonem rozkapryszonej gwiazdy, którą wszyscy ignorują, a co bardzo, bardzo jej się nie podoba, stwierdził:

– Może wreszcie ktoś zaprowadzi nas do stolika. – Harry nie mógł się nadziwić, ile jadu potrafił zawrzeć w tych kilku słowach.

Speszony mężczyzna odwrócił wzrok od Pottera i szybko wymamrotał przeprosiny:

– Ależ oczywiście, panie Malfoy, nie chciałem niepotrzebnie marnować pańskiego czasu. Osobiście odprowadzę obu panów na miejsce. Mam nadzieję, że moje niewybaczalne przeoczenie nie zniechęci państwa do naszej skromnej restauracji.

Malfoy obrzucił go obojętnym spojrzeniem, które równie dobrze mogło oznaczać, że nic, co uczyni mężczyzna, nie odwiedzie go od częstego zaglądania do tego lokalu, jak i to, że jego noga już więcej tu nie postanie. Harry prawie współczuł nieznajomemu – Ślizgon potrafił być naprawdę przerażający... jeśli tego chciał.

– Pański stolik czeka.

Harry ruszył za Malfoyem, który bez pośpiechu podążał za pracownikiem restauracji i zdawał się nie zwracać uwagi na zdenerwowanie ich przewodnika. Leniwym krokiem prawdziwego arystokraty spokojnie szedł prosto przed siebie, wcale nie reagując na podekscytowane szepty, jakim z upodobaniem oddali się pozostali goście. Harry tak nie potrafił. Próbował udawać, że nie słyszy zachwyconych, pełnych uwielbienia komentarzy elegancko ubranych kobiet, zaciekawionych i nieznacznie zdegustowanych spojrzeń rzucanych przez towarzyszących swoim partnerkom mężczyzn. Przecież powinien się już to tego przyzwyczaić, prawda? Jednak teraz, tu, w tym świecie czuł się niezwykle nieswojo. A wszystko dlatego, że wiedział, o czym myślą pozostali goście: – o tym samym co i on – czy on i Malfoy są naprawdę parą?


Co jak co, ale Malfoy wie, jak zapewnić swoim gościom najlepszą obsługę. Hermiona musiała to przyznać. Pyszne śniadanie, jakie im dostarczono, pozwoliło jej choć na chwilę odegnać niepokój. Szesnaście godzin! Minęło już tyle czasu, odkąd Harry zasnął, a ona nadal nie wiedziała, czy zaklęcie, które udało się znaleźć działa na tyle prawidłowo, by pomóc przyjacielowi.

Znikome zainteresowanie okazywane przez Malfoya również zaczynało ją drażnić. Mógłby chociaż poudawać, że się o niego martwi!, myślała, rozgoryczona. Przecież Harry jest dla niego bardzo ważny. A ten idiota zachowuje się, jakby było mu wszystko jedno, czy jego królik doświadczalny wróci cały i zdrowy, czy nie.

Chwilami była niemal pewna, że to tylko poza, jedna z wielu masek, jakie z lubością zakładał Ślizgon, czasami zaś nie mogła pozbyć się pragmatycznej myśli, że jednak to jego prawdziwe uczucia. Czuła się trochę skołowana tym wszystkim. Gdyby tylko był przy niej Ron...

Hermiona wzięła się w garść. Aż za dobrze wiedziała, że jej mąż nie mógł im towarzyszyć w tej misji. Na przeszkodzie stała nie tylko jego niechęć wobec Malfoya, którą – była tego prawie pewna – udałoby się ograniczyć do niezbędnego minimum, ale również praca. Teraz, kiedy George i Angelina przeżywali kryzys małżeński, Ron nie mógł opuścić sklepu. Ktoś musiał wszystko nadzorować i niestety nie było nikogo, kto mógłby go zastąpić.

Zupełnie jakby wszystko sprzysięgło się przeciwko nim. Najpierw narastająca obcość w związku Harry'ego i Ginny, jej zdrada, kłopoty finansowe Charlie'ego, problemy Artura ze zdrowiem, przemęczenie Harry'ego, konflikty między George'em a Angeliną, no i dziwne zachowanie Teddy'ego. To wszystko zaczynało już ją przerażać. Na szczęście udało się znaleźć sposób, by pomóc Harry'emu. Jeśli pokonają jeden problem, reszta również jakoś się rozwiąże. Harry znajdzie jakiś sposób – wierzyła w to tak bardzo, że prawie bolało.

– Czy wy, Gryfoni, nie potraficie choć na chwilę się zapomnieć? – Podirytowany przedłużającym się milczeniem Malfoy nie potrafił powstrzymać się od sarkazmu. Hermiona już kilkakrotnie była naocznym świadkiem takiego zachowania.

Westchnęła lekko pod nosem, ale postanowiła utrzymać iluzję, że jednak – wbrew jego jak najbardziej słusznym podejrzeniom – naprawdę nic się nie dzieje.

Może i to był Ślizgon, może i był okropnym dupkiem, egocentrykiem i maniakiem czystości – tak, to też zdążyła zauważyć – ale jednak jako gospodarzowi nie mogła mu nic zarzucić. Cały czas na ten swój malfoyowski sposób troszczył się, by niczego jej nie brakowało, jakby chciał pokazać, że mimo nieobecności jego żony cała rezydencja pozostała w dobrych rękach.

Hermiona, na którymś z wielu bankietów w jakich uczestniczyła, miała przyjemność poznać panią Malfoy, śliczną i uroczą Astorię. O dziwo, polubiły się od pierwszego spotkania. Obie inteligentne, rozważne, intuicyjnie rozumiejące, że pewne sprawy należy zachować w spokoju, więc nie było w tym nic zaskakującego, że połączyła je nić sympatii. I jeśli nawet nie zawsze tolerowały obecność męża drugiej – czemu w gruncie rzeczy nie należało się dziwić, jeśli wziąć pod uwagę wzajemną niechęć obu panów – to nic nie stało na przeszkodzie, by razem spędzały miło czas. Wielokrotnie spotykały się na lunchach, wymieniając ciekawe wiadomości, o jakich się dowiedziały, rozmawiając o sobie, czy też zwyczajnie milcząc. Ich zażyłość rosła z każdym dniem. Prócz naturalnych różnic charakteru dzieliła je jedna sprawa: tylko Hermiona podzieliła się wiadomością o ich spotkaniach ze swoimi bliskimi. Astoria, jak długo mogła, ukrywała całą sprawę przed mężem, który, doskonale zdając sobie sprawę z korzyści, jakie wyciągnie z niewiedzy, udawał, że o niczym nie wie. I być może cała ta ich wzajemna farsa trwałaby jeszcze długi czas, gdyby nie wiadomość o chorobie kobiety. Nieuleczalnej chorobie. Kiedy Hermiona dowiedziała się o tym, była naprawdę przygnębiona, a nieczułe komentarze Rona naprawdę nie pomogły. Jedynie Harry, mimo że nie rozumiał do końca jej uczuć, zdawał się akceptować je jako naturalne. Być może również dlatego Hermiona z takim zacięciem próbowała mu pomóc. Jakby chciała mu się odwdzięczyć za to, że zawsze stał obok niej, niezależnie od tego, czy zgadzał się z jej zdaniem, czy nie. Nigdy się nie odwrócił, nie zrezygnował z tej przyjaźni, nawet wtedy gdy groziło mu wyrzucenie z pracy za pomoc w jednym z jej projektów. Na szczęście bycie tym Harrym Potterem naprawdę ułatwia pewne sprawy i nic się nie stało, ale Hermiona nadal pamiętała jego słowa: „Nawet jeśli zmuszą mnie do odejścia, to nadal będę miał was, prawda?". Wyryły jej się w pamięć. Zaznaczyły coś, co dotychczas rozumiała bardzo intuicyjnie, nawet nie zdając sobie z tego całkowicie sprawy – dla Harry'ego nigdy nie były ważne zaszczyty, powszechny szacunek i uwielbienie, jedyne, co się liczyło, to oni. Ich obecność. To my byliśmy jego rodziną. I nadal jesteśmy, i będziemy, obiecała sobie w duchu. Już zawsze.


Przytłumione światło rzucane przez świeczki stojące w porozwieszanych na ścianach kinkietach nadawało swoisty klimat przytulnemu kącikowi, do którego ich zaprowadzono. Malfoy jak to Malfoy rozsiadł się wygodnie i nim minęła chwila zamówił dla nich obu coś, czego Harry nawet nie potrafiłby powtórzyć, nie mówiąc już o powiedzeniu, cóż to takiego jest. Apodyktyczne zachowanie blondyna przestało jakoś mu przeszkadzać, gdy zerknął do karty dań i dostrzegł, że wszystko jest po francusku.

Z lekkim przerażeniem uświadomił sobie, jak blisko była katastrofa. Nie chciał myśleć, co działoby się, gdyby musiał sam zamówić sobie posiłek.

– Harry, nie miej takiej przerażonej miny, bo jeszcze ci wszyscy, którzy tak uważnie śledzą każdy nasz ruch, pomyślą, że chcę cię otruć. – Malfoy uśmiechnął się nieznacznie, jakby chciał w ten sposób nie tyle uspokoić podejrzenia pozostałych gości, co nieco zdenerwować Harry'ego. – Jeśli już któryś z nas ma szybko pożegnać się z życiem, to będę to raczej ja.

– Oczywiście, że tak. Zadepczą cię moi fani – odparował z łatwością Harry, dostrzegając zbliżającą się do nich parę. Niska kobieta o niesfornych, długich włosach, które otaczały jej twarz niczym małe węże podtrzymywała się ramieniem niewiele wyższego od niej blondyna o zawstydzonym uśmiechu. – Zawsze o tym marzyłeś, nie?

– Najwyraźniej usłyszeli twoje pobożne życzenie – mruknął cicho Malfoy, również zwracając na nich uwagę. – Ale nie licz, że pójdzie im ze mną tak łatwo.

– Nawet nie śmiałbym o tym marzyć... Ona wygląda na bardzo władczą, nieprawdaż? – zapytał niewinnie Harry. Nie przeszkadzało mu, że drażni Malfoya. Z łatwością wpadł w stary – myślał, że dawno już zapomniany – dobrze znany rytm wzajemnych docinków.

– To naprawdę wy? Draco Malfoy i Harry Potter? – zapytała głośno kobieta, zbliżając się do Harry'ego tak blisko, że prawie udusił się wonią jej perfum. Ciężki, kwiatowy, najpewniej bardzo drogi zapach zakręcił mu w nosie. W ostatniej chwili powstrzymał się od kichnięcia. Że też ludzie potrafią wytrzymać taki odór. Naprawdę zaczął podziwiać tego mężczyznę. Co jak co, ale znosić coś takiego... i to przez cały wieczór.

Kątem oka Harry dostrzegł rozbawioną minę Malfoya i tego już nie zdzierżył. Czemu tylko on musi znosić takie traktowanie?

– Naprawdę jestem podobny do Harry'ego Pottera? – zapytał, niewinnie patrząc na kobietę. – Pochlebia mi pani – uśmiechnął się uroczo – ale to pewnie przez te okulary, a mówiłeś mi Draco, że wyglądam w nich jak okropnie... lecz nie powiedziałeś, że aż tak.

Kobieta słysząc taką odpowiedź, speszyła się nieco, ale zaraz odzyskała rezon.

– Ależ proszę wybaczyć, lecz...

– Proszę nie przepraszać – przerwał jej zdecydowanie Harry. Obdarzył ją nieznacznie rozbawionym spojrzeniem i szybko zerknął na Malfoya, wpatrującego się w nich uważnie. Chyba się jeszcze nie zorientował, co takiego szykuje dla niego Potter. Tym lepiej, zdecydował, z trudem powstrzymując się od zwycięskiego uśmiechu. – Ma pani bardzo dobre oko. Ja jestem zwykłym, szarym człowiekiem, takim samym jak reszta, lecz czyż to nie oczywiście, że obok mnie siedzi Draco Malfoy?

– Naprawdę? – Harry widząc ich reakcję, był zachwycony. Kobieta natychmiast odsunęła się od niego i skoncentrowała całą swoją uwagę na Malfoyu, który obrzucił go wzrokiem twardo obiecującym mu krwawą zemstę. Zaraz też zaczęła świergotać coś do niego rozanielona.

– Kochanie, nie powinnaś... – próbował oponować jej partner, ale został zignorowany.

Harry uśmiechnął się uprzejmie do niego.

– Proszę się nie obawiać, przeżyje.

– Obawiam się raczej o Miriam – wyjaśnił spokojnie mężczyzna. – Malfoy nie należy do osób cierpliwych, a moja żona potrafi być dość męcząca. Wolałbym, żeby nic się nie stało.

– Znacie się? – zainteresował się Harry, zerkając na obojętną twarz Malfoya, który właśnie kiwał głową, potakując w czymś kobiecie.

– Miałem tą przyjemność – zamilkł, również wpatrując się w oboje. – Naprawdę dobrze sobie z nią poradziłeś, Harry. – Porozumiewawczy uśmiech na jego twarzy nie zaniepokoił Harry'ego. Coś czuł, że ten mężczyzna nie zdradzi się przed żoną. – Nie wiem, co jest pomiędzy wami i nie obchodzi mnie to, ale to, co robicie dla zwykłych ludzi, jest naprawdę niesamowite.

Harry'emu zabrakło słów. Nieznajomy również milczał, czekając w pogotowiu, gdyby sytuacja zaszła za daleko.

– Gdybyście potrzebowali pomocy, dajcie znać – po chwili mruknął mężczyzna. – Gildia wam pomoże.

– Gildia?

– Kochanie, chyba powinniśmy już iść – zwrócił się do swojej żony. – To niegrzeczne tak przeszkadzać panom, a tego chyba nie chcemy, prawda?

Harry, widząc spojrzenia, jakie wymienili między sobą, musiał zweryfikować swoją wcześniejszą opinię. Coś mu się wydawało, że to jednak nie Miriam postanowiła zapoznać się ze swoimi idolami. Oboje grzecznie się pożegnali i odprowadzani jego zamyślonym wzrokiem spokojnie wrócili do swojego stolika.

– Jesteś martwy, Potter – obiecał mu zwodniczo spokojnym głosem Malfoy.

Harry uśmiechnął się lekko. Mimo wszystko jego towarzysz nie wydawał się być zły. Bardziej rozbawiony?

– Zmieniłeś zdanie? Jesteś bardzo kapryśny, wiesz? – zauważył, wcale nie ukrywając satysfakcji.

– To moje drugie imię, Potter. – Harry drgnął. – Teraz przejdźmy do konkretów.

O co też mu może chodzić? I choć twarz Malfoya wydawała się poważna, to w oczach pojawiło się nieskrywane zainteresowanie.

– O czym mówisz? – Harry nie potrafił powstrzymać się od zadania tego pytania.

– Odbyłeś bardzo miłą pogawędkę, podczas gdy ja ostatkiem samokontroli powstrzymywałem się od rzucenia uroku. O czym rozmawialiście?

– Ciekawość to pierwsza cnota Gryfonów – oznajmił spokojnie Harry. Dopóki nie uporządkuje sobie wszystkiego w głowie, nie miał zamiaru dzielić się informacjami z Malfoyem. Próbował zignorować ciche wyrzuty sumienia, które mówiły mu, że powinien poinformować go o równie ważnej propozycji.

– Próbujesz mnie obrazić? – upewnił się Malfoy, przechylając na bok głowę i przyglądając mu się, jakby był niezwykle interesującym okazem.

Po plecach Harry'ego przebiegły lekkie ciarki. Nie tego się spodziewał i całkowicie zaskoczony potrafił tylko w milczeniu wpatrywać się w Malfoya. Czemu on nie wybuchł gniewem? Powinien.

Dziwne rozżalenie, jakie pojawiało się w jego uczuciach, nieco go zaskoczyło. Dlaczego czuł się tak zawiedziony spokojną reakcją Malfoya? Czyżby tęsknił do ich dawnych sprzeczek, w czasie których bez przeszkód mogli wymieniać się inwektywami i wymyślnymi ripostami?

Był aż tak dziecinny?

– Szare komórki ci się przepalą – zauważył spokojnie Malfoy, nie odwracając od niego wzroku. W pewien dziwny i pokrętny sposób zdawał się być zafascynowany reakcją Harry'ego. Chłonął spojrzeniem każdą minę, gest zamyślonego mężczyzny. – Więc, wracając do głównego tematu naszej rozmowy, o czym rozmawialiście?

– O niczym ważnym. Naprawdę – zapewnił go Harry, widząc niedowierzający wzrok, jaki wlepił w niego Malfoy. – Zastanawialiśmy się, jak długo wytrzymasz.

– Na pewno? – Harry'ego nie zdziwiła jego podejrzliwość. Gdyby od razu mu uwierzył, to dopiero byłoby podejrzane.

– Nie, skłamałem – przyznał. – Opowiedział mi o waszym poprzednim spotkaniu.

Harry nie potrafił racjonalnie stwierdzić, dlaczego postanowił zataić przed Malfoyem całą sprawę. Brak zaufania? A może władza, jaką daje wiedza? Nie wiedział, ale znał jedną prawdę – teraz tego już nie da się odkręcić. Co by się nie stało, jakaś granica została przekroczona i konsekwencji nie da się ominąć w żaden sposób.

Podczas gdy Harry rozważał możliwe implikacje tej decyzji, Malfoy zdawał się zastanawiać, czy to cała prawda. Po chwili wzruszył ramionami, jakby decydując się przyjąć jego słowa za dobrą monetę.

– To oczywiste, że nie zapomniał naszego spotkania. – Zmarszczył w zamyśleniu czoło. – Ach tak, wtedy ciebie nie było. Jeśli mnie pamięć nie myli, właśnie wtedy zajmowałeś się projektem zrównania w prawach przedstawicieli magicznych ras i oczywiście korzystając z okazji, postanowiłeś wymigać się od wszelkich zobowiązań towarzyskich, zwalając wszystko na moją głowę. Jak zwykle zresztą – dodał z przekąsem, a Harry uśmiechnął się niewinnie. W duchu z zadowoleniem stwierdził, że na szczęście jego odpowiednik z tego świata aż tak bardzo się od niego nie różni. A już bliski był podejrzeń, że to naprawdę ktoś zupełnie obcy.

– Ach tak? – mimochodem wtrącił, błądząc wzrokiem po sali. Każdy, kto spostrzegł jego spojrzenie, zaraz nieco speszony swoją natarczywą ciekawością, którą tak bez żenady okazywał, spuszczał głowę, udając, że tak naprawdę wcale się na nich nie gapił. Jedynie przystojny mężczyzna siedzący w przeciwległym kącie i zatopiony w lekturze zdawał się zupełnie nie zwracać uwagi na nich uwagi. Harry uśmiechnął się do siebie, przypominając sobie, że podobnie zachowywała się Hermiona.

Dopiero w tej chwili uświadomił sobie, że jeszcze jej nie widział w tym świecie. Rona też nie. Wcześniej, zbyt skoncentrowany na zachowaniu jako takiego spokoju ducha, zupełnie o nich zapomniał, dopiero teraz, gdy wreszcie udało mu się nieco oswoić z dziwami tego świata, odkrył ich nieobecność w swoim teraźniejszym życiu. Pytanie brzmiało: czy teraz się nie przyjaźnili, czy po prostu jeszcze nie mieli okazji się spotkać?

Harry nie był pewien, czy przypadkiem pierwsza odpowiedź nie będzie prawdziwa. Niepokojące wrażenie, że naprawdę nic nie łączyło ich w tym świecie, wydawało się dość silne. No bo skoro on sam przyjaźnił się z Malfoyem, to czy automatycznie nie znaczy, że jego związki z Weasleyami są dość nikłe? Już w jego świecie Ron i Draco za sobą nie przepadali, więc głupotą byłoby podejrzewać, że w tym będzie ich łączyło coś innego. Nagle przypomniało mu się, że przecież zarówno Syriusz jak i Remus byli pewni, że dostaną zaproszenie na ślub Ginny i Teodora, więc może jednak...

– Potter, lepiej dobrze udawaj, że słuchałeś, o czym mówiłem – ozięble poinformował go Malfoy, patrząc na niego zimny wzrokiem, w którym czaił się cień dobrze znanej Harry'emu wściekłości.

– Oczywiście, że tak. – Przecież nie mógł się przyznać, że stracił wątek.

– Więc co masz do powiedzenia na swoje usprawiedliwienie? Czekam.

Miał podstawy podejrzewać, że Malfoy tak łatwo nie popuści. Godryku, przecież on zawsze walczył do końca... nawet jeśli jego metody nie zawsze były czyste.

Harry przełknął ślinę.

Co powinien powiedzieć, by nie wzbudzić podejrzeń?

Nagle go olśniło.

– Jak zwykle arogancki – skwitował z lekkim uśmiechem. Miał nadzieję, że udało mu się ukryć niepokój. – Nie tylko ty masz dużo obowiązków. Inni ludzie też ciężko pracują.

Malfoy przypatrywał mu się uważnie. Cisza przedłuża się i pierwsze iskierki niepokoju zaatakowały skórę Harry'ego. Wyczuwał, że Ślizgon cały czas zastanawia się nad jego słowami.

Gdy jego wargi wygięły się w nieco przewrotnym uśmiechu, Harry prawie odetchnął. Uwierzył mu.

Nie wiedział, że radość ta była troszkę przedwczesna.

– I ty myślisz, że uwierzę w taką bajeczkę? Nie bądź naiwny, nie pasuje ci to. – Powaga w głosie Malfoya nie przystawała wcale do jego kpiącego uśmiechu. – Najwidoczniej przystawanie z Gryfonami psuje twoje zdolności do wymyślania dobrych wymówek... a skoro tak, chyba będziesz musiał się mi odwdzięczyć.

– Odwdzięczyć? – słabo powtórzył Harry, mając nadzieję, że się przesłyszał. Znając Malfoya i jego dziwne pomysły, zaczynał się bać.

– Oczywiście, że tak – przytaknął z satysfakcją. – Hm... pomyślmy, co byś mógł dla mnie zrobić...

– Ogolić cię na łyso? – Tylko to mu pozostało. Jeśli uda mu się obrócić wszystko w żart, być może Malfoy straci zapał do wymyślania jakiegoś rewanżu.

Blondyn dotknął swoich włosów, jakby upewniając się, że Harry nie wprowadził swojego pomysłu w życie, po czym obrzucił go płonącym niezwykłą pasją wzrokiem.

– Potter, lepiej nie przeginaj, bo możesz bardzo tego żałować. – Nawet nie próbował zawoalować groźby w swoim głosie.

– Nie denerwuj się tak. – Próbował załagodzić sytuację Harry. Robienie scen w restauracjach nie zaliczało się do jego ulubionych form spędzania wolnego czasu. – Żartowałem tylko. Nie śmiałbym tknąć twojego drogocennego znaku rozpoznawczego. W końcu to przez nie zawsze można cię z łatwością znaleźć. – Nagle uświadomił sobie, ile prawdy zawierają te słowa. Ileż to razy w Hogwarcie wystarczył jeden rzut okiem na stół Slytherinu, by on, Harry, wiedział, czy Malfoy je śniadanie, czy nie. Ileż to razy bezbłędnie odnajdywał arogancką gębę Malfoya, gdy tylko przyjaciele wspomnieli o jego obecności. Czy mało razy na meczach quidditcha z niezmienną łatwością przychodziło mu wyławianie z tłumu graczy jasnowłosą głowę Ślizgona?

– Prawidłowa odpowiedź – pochwalił go Malfoy z uśmiechem. Harry z niedowierzaniem wpatrywał się w jego twarz. Gdyby przed chwilą do restauracji przyleciała na miotłach cała reprezentacja brytyjska i odtańczyła kankana, byłby mniej zaskoczony. Widok żywiołowej radości kogoś, kogo nigdy o to nawet nie podejrzewał – bo czyż Malfoy mógłby kiedykolwiek szczerze się uśmiechnąć? – sprawił mu frapującą satysfakcję.

Nie wkładając w to za wiele wysiłku, udało mu się odwrócić uwagę mężczyzny od wcześniejszej kwestii, ponadto zrobił to w taki sposób, że nie wzbudził w nim podejrzeń. Naprawdę miał szczęście.

Harry nieświadomie odwzajemnił uśmiech, uszczęśliwiony.

Skupieni na sobie nawet nie zauważyli zbliżającej się do nich pary. Dobrze wyglądająca kobieta o ślicznych, ciemnych włosach upiętych w artystycznie przygotowany kok, ubrana w długą, kremową suknię i niski, korpulentny, elegancko odziany mężczyzna o nieco przerzedzonych włosach podchodzili z pewnością siebie ludzi obytych w czarodziejskim świecie.

– Przepraszamy za spóźnienie, ale taksówkarz nie mógł znaleźć drogi – usprawiedliwiała się kobieta z czarującym uśmiechem. Obaj mężczyźni poderwali się z krzeseł, zaskoczeni niespodziewanymi gośćmi.

Draco z ujmującą galanterią ucałował delikatną dłoń i obdarzył oboje wyrozumiałym spojrzeniem.

– To oczywiste. Niemagiczni kierowcy mogą mieć trochę problemów ze znalezieniem tego lokalu. Zwykle tu nie zajeżdżają, więc... – urwał, jakby konkluzja była oczywista. Gości pokiwali głową, zgadzając się z jego słowami.

Harry, nie mając innego wyjścia, poszedł w jego ślady. Postanowił bez względu na wszystko udawać, że wszystko jest w porządku.

– To przyjemność gościć was oboje – powiedział i uśmiechnął się równie uroczo jak Malfoy. Kobieta zarumieniła się nieco, gdy pochylił się nad jej dłonią, ale zaraz odzyskała równowagę.

– Harry, jak zwykle jesteś uroczy.

– Taki jego urok – wtrącił się jej mąż, uśmiechając się do niego porozumiewawczo. – Witaj ponownie, Harry. – Uścisnął jego dłoń, tak jak wcześniej Malfoya. – Kochanie, żebyś widziała, jak szybko udało mu się zauroczyć panią premier. Teraz nic tylko ciągle powtarza, że jeśli tylko będzie chciał, zawsze może przenieść się do niej.

– Taka poważna propozycja naprawdę padła z ust pani premier. No, no, Harry, twój kolejny podbój. – Malfoy wydawał się być rozbawiony.

– Jak będziesz tak marudził, to zastanowię się, czy nie wziąć jej poważnie pod uwagę – rzucił krótko Harry, nieco zdenerwowany.

Nie miał pojęcia, kim są ci ludzie, ale twarz mężczyzny wydawała mu się znajoma. Jakby już ją gdzieś widział. Próbował sobie przypomnieć, ale bezskutecznie.

– Może usiądziemy – zaproponował Malfoy, ignorując jego słowa, tak przynajmniej wydawało się Harry'emu do czasu, zanim mężczyzna, korzystając z okazji, że ich goście są zajęci wybieraniem potraw z menu, nie szepnął mu do ucha:

– Spróbuj tylko, a znajdę cię i zaavaduje bez wahania. – Harry zażenowany ciepłym oddechem, który owiewał jego nagą skórę tuż koło małżowiny, próbował znaleźć właściwą odpowiedź, ale pustka w głowie mu to uniemożliwiała. Chciał tylko, żeby Malfoy w końcu się od niego odsunął i zabrał rękę z jego dłoni. Nie wiadomo czemu, denerwowała go bliskość mężczyzny.

Dopiero głośne pytanie kobiety wytrąciło go z umysłowego otępienia.

– Czyż oni nie wyglądają razem uroczo? Stephen, czyż nie mam racji?

– Kochanie, to nie nasza sprawa. – Próbował ostudzić jej entuzjazm mąż, ale z marnym skutkiem. Kobieta podekscytowana sytuacją, zdecydowała się dowiedzieć, czy w plotkach, jakimi reporterzy „Proroka" ciągle faszerują wiadomości, jest choć trochę prawdy?

– Proszę powiedzcie – zaczęła, uśmiechając się naprawdę szeroko – czy wy jesteście razem?

No właśnie, Malfoy, odpowiedz, poprosił w duchu Harry, otrząsając się z początkowego zaskoczenia, muszę wiedzieć, czy między nami coś jest.

Cała trójka wlepiła wzrok w Draco, który siedział na swoim miejscu z kamienną miną, w oczekiwaniu na odpowiedź.