Dobiegające zewsząd odgłosy przyciszonych rozmów pozostałych gości nie uchroniły całej czwórki przed niezręcznym milczeniem.
Zakłopotany Stephen przez kilka sekund nic nie mówił, nie wiedząc, w jaki sposób wytłumaczyć niezręczność żony. Nie, żeby sam nie był ciekawy, co jest pomiędzy mężczyznami, ale pewne zasady obowiązywały... szczególnie w tym dziwnym świecie, gdzie dziecięce potwory, którymi straszono niegrzeczne pociechy przed snem, okazywały się istotami ze wszech miar żywymi i – co bardziej zaskakujące – przynajmniej w jakimś stopniu rozumnymi. Nie po to pracowali przez długie miesiące, żeby teraz nierozważne słowa wszystko zniszczyły. Musiał działać, póki jeszcze była pora.
Zmusił się do przepraszającego uśmiechu i miękkim, doskonale wymodelowanym głosem, pełnym żalu i skruchy, łagodził sytuację:
– Przepraszam za żonę, jest taka podekscytowana spotkaniem najsławniejszych czarodziejów, że przestała nad sobą panować. Prawda, kochanie? – upewnił się, rzucając kobiecie mężowskie spojrzenie typu jak–mnie–nie–poprzesz–to–nie–ręczę–za–siebie, które dało spodziewany efekt.
Zakłopotana zarumieniła się i przez kilka sekund maltretowała wargi. Harry współczułby jej, gdyby nie ciekawość, nad którą nie potrafił zapanować. Cały czas zerkał na Malfoya spokojnie wpatrującego się w kobietę z osobliwą miną, wyrażającą ni to zdziwienie ni złość... Bardziej odpowiednim określeniem byłoby rozbawienie, zdecydował nagle, zaskakując sam siebie.
Rozbawienie? Harry nagle zatrzymał się przy tej myśli. Skąd niby, na Godryka, on wie, że akurat te a nie inne wykrzywienie wąskich ust Ślizgona, prawie niewidoczna zmarszczka pomiędzy brwiami i nieco zmrużone oczy wyrażają rozbawienie? Na siódmego gargulca, skąd?
Z nagłym dreszczem uświadomił sobie, że mogą być dwie możliwości tego nagłego zrozumienia, dwie drogi prowadzące do niepokojącej świadomości. Zrozumienie, którego doświadczył wywołało żywszą reakcję jego spanikowanego umysły, tak że przez kilka sekund nie potrafił – a może nie chciał – zapanować nad potokiem poplątanych, niepewnych myśli. Wykorzystując ostatnie pokłady samokontroli, zmusił się do zachowania spokoju, zakłopotany niespodziewanym przypływem wiedzy, której posiadania się wypierał, ulegając pierwotnym, drzemiącym głęboko w atawistycznym postrzeganiu świata, lękom. To pozostałość po pamięci Harry'ego z tego świata, czy raczej nieświadoma podpowiedź mojej podświadomości?, pytał sam siebie z nieskrywanym niepokojem, choć wcale nie był przekonany, czy naprawdę chce poznać odpowiedź.
– Przepraszam, nie powinnam pytać – kajała się kobieta z zawstydzoną miną, zmieszana własną odwagą do zadania takiego pytania. Światło padające z poumieszczanych w kinkietach świec nadało jej rysom miękkość twarzy dziecka proszącego rodziców o zmniejszenie kary. Wydawała się przestraszona samą myślą, że swoim zachowaniem mogła urazić mężczyzn.
– Nic się nie stało – zdecydował się w końcu przemówić Harry, mając dość ciężkiego, zalegającego milczenia, jakie zapanowało przy stoliku. Przypadkowa niezręczność nie powinna być karana w tak dosadny sposób, że popełniająca gafę osoba drżała cała z niepokoju. Malfoy nie odzywał się, jakby cała sprawa go nie dotyczyła, więc Potter, nie zastanawiając się zbytnio nad swoim postępowaniem, odruchowo kopnął go w goleń, tak samo jak zrobiłby to w przypadku Rona. Gdy mężczyzna obrzucił go oburzonym wzrokiem, najwyraźniej zaskoczony faktem, że ktokolwiek ośmielił się kopać go po nogach, Harry uśmiechnął się czarująco, spojrzeniem nakazując mu milczenie i prawie radosnym głosem dodał: – Takie małe niejasności nie mogą przecież stanąć na drodze owocnej współpracy w przyszłości, prawda, Draco? – Dyskretnym spojrzeniem upewnił się, że mężczyzna zrozumiał aluzję, po czym bez zastanowienia wykorzystując okazję, postanowił zaspokoić swoją ciekawość, nie będąc do końca przekonanym czy to właściwie dobry pomysł. – Na pewno z przyjemnością wyjaśnisz naszemu czarującemu gościowi, jakie relacje nas łączą?
Małżeństwo nie spodziewające się takiego przebiegu rozmowy, szybkim, prawie idealnie zsynchronizowanym w czasie, głębokim wdechem zaznaczyło swoją obecność przy stoliku.
Harry nie zauważył tego, zbyt zajęty wpatrywaniem się w Malfoya, który zachowywał się jak przypadkowy obserwator niespodziewanie wplątany w kłótnię małżeńską, udający obojętność i brak zainteresowania. W napięciu czekał na jego reakcję.
Wargi Draco wygięły się w uśmiechu, który zwiódłby niejednego czarodzieja, ale w oczach błysnęła zimna wściekłość, taka sama jak ta płonąca podczas ich starć jeszcze w szkole. Ku swojemu zaskoczeniu Harry odkrył, że z przyjemnością obserwuje ten widok. W jakimś pokręconym sensie brakowało mu tego.
– Ależ oczywiście, Harry – zgodził się z ujmującym uśmiechem, który tylko na Potterze zrobił olbrzymie wrażenie... omenu śmierci, jego śmierci, dla ścisłości. Zakłopotane małżeństwo nic nie zauważyło, zbyt zajęte wpatrywaniem się wzrokiem pełnym przejęcia i nieposkromionej ciekawości w Malfoya. Nie co dzień się zdarza, by z taką łatwością ktokolwiek zgadzał się ujawniać swoje tajemnice, więc nie spuszczali z niego wzroku, nie chcąc uronić ani jednego słowa, które mogło paść z tych wąskich, arystokratycznych ust. – Czy jesteś jednak naprawdę tego pewien?
Harry uśmiechnął się, mimo że błyszczące żądzą zemsty oczy Malfoya płonęły blaskiem, który budził w nim niepokój.
– Czemu nie? – zapytał, wzruszając ramionami. – Przecież jesteśmy w gronie przyjaciół – skinął w stronę małżeństwa – więc cóż nam szkodzi? – zapytał, doskonale wiedząc, jak to rozwścieczy mężczyznę.
– W takim razie... o ile, oczywiście, jesteś jeszcze, pani, ciekawa odpowiedzi? – Kobieta, zaskoczona, że zwraca się bezpośrednio do niej, lękliwie skinęła głową, jednocześnie nieświadomie nachylając się, żeby lepiej słyszeć. – Skoro tak, cóż... Harry, jesteś taki okrutny – dramatycznym głosem rzucił Draco, wbijając w niego triumfalne spojrzenie. Cała trójka spojrzała na Pottera, który speszył się nieco, sam nie wiedząc właściwie czemu. – Bo widzisz, Kendro, mogę mówić całkiem swobodnie, prawda? – upewnił się, kierując na kobietę zbolały wzrok. Ich gość skinął głową tak energicznie, że z misternej fryzury wysunęło się kilka kosmyków. Zarumieniona kobieta z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w mężczyznę, jakby nie mogąc odwrócić wzroku od spektaklu, jaki odgrywał przed nimi Malfoy. Bo że to było przedstawienie, Harry nie miał wątpliwości. Prawdopodobnie najwyższej klasy teatr jednego aktora dla trzyosobowej widowni, w której tylko jedna osoba zdawała sobie sprawę, że to żart. Beznamiętne, naznaczone piętnem arogancji i wyższości oblicze mężczyzny nagle okazało się najbardziej plastyczną, wyrażającą każdą emocję twarzą, jaką Harry kiedykolwiek widział. Nie potrafił odwrócić wzroku od łagodnych, pełnych smutku i tęsknoty szarych oczu, bladej cery, która raptem, być może przez rumieniec podkreślający blask w jego spojrzeniu, wydawała się delikatniejsza od alabastru, kuszących ust, przygryzanych w desperacji, gdy Malfoy opowiadał swoją budzącą litość historię. – Nie wiem, czy to, co czuję do Harry'ego, można nazwać miłością. Nieznośna tęsknota każdego dnia, nieukojona, póki nie spojrzę w te zielone jak tysiące innych, a jednak inne oczy, desperackie pragnienie posiadania go na własność, ochronienia przed całym światem, zazdrość, gdy widzę go z innymi... choć tylko zwyczajnie rozmawiają – zaśmiał się jakby sam z siebie – ból, rozpacz i żal, bo doskonale wiem, że nie odwzajemnia moich uczuć. Czy to wszystko to... miłość? – upewnił się jak dziecko, które pragnie, by rodzice poklepali go po głowie i zaprzeczyli słowom kolegi opowiadającego, że Mikołaj naprawdę nie istnieje.
Kobieta bez namysłu chwyciła jego dłoń i z największą delikatnością powoli kiwnęła głową, uważnie patrząc mu w oczy.
Malfoy westchnął.
– Tak myślałem – przyznał z jakąś rozpaczą, która niespodziewanie wydała się Harry'emu prawdziwa. – A jednak to miłość.
Spojrzał na swoje wąskie, długie o starannie obciętych paznokciach palce, jakby one potrafiły zaprzeczyć jego słowom. Wszyscy milczeli, bojąc się jakimś nieostrożnym słowem przerwać intymną atmosferę. Nawet jakby szum dobiegający z restauracji wydał się o wiele cichszy.
– Dlaczego nie potrafisz mnie pokochać? – zapytał z wyrzutem, gorzkim i żałosnym, jakby wbrew jego własnej woli wymknęło się coś, co nie miało takiego prawa. Nie patrzył na Harry'ego, co nadrobili ich goście, wpatrując się w niego bez słowa, jakby czekali na jego reakcję. – Bawisz się moimi uczuciami... zmuszasz do oszukiwania całego świata... jakbyś chciał pokaz...
– Zmuszam? – przerwał mu ostro Harry. Obserwowanie, jak daleko Malfoy jest w stanie się posunąć, przestało go satysfakcjonować. Cała sytuacja, w pierwszej chwili zabawna i całkowicie niewinna, zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni, gdy padło jedno słowo za dużo. Słowa, które nie wiadomo czemu wywołały bolesny skurcz gdzieś w okolicach jego żołądka, nieprzyjemność, o której chciał jak najszybciej zapomnieć. Nie miał już sił słuchać dłużej tych głupot. Malfoy zdecydowanie przesadzał. Może i w pierwszej chwili cały żart wydawał się zabawny, na ten swój pokręcony, nienormalny sposób, ale teraz... to już nie było ani trochę zabawne. Nic a nic.
– Zmuszasz – potwierdził zdecydowanie Draco. Ich spojrzenia się skrzyżowały i nagle Harry stracił zdolność oddychania Uprzytomnienie. Te oczy... przejmujące, sugestywne... wpatrywały się w niego bez słowa, a jednak jakby wyrażały wszystko.
– Yhym. – Ciche chrząknięcie przywróciło mu świadomość. Speszony odwrócił wzrok, nie pierwszy raz nie wiedząc co powiedzieć. Malfoy nadal się w niego wpatrywał, jakby czekał na jego reakcje, ale Harry udawał, że tego nie widzi. Otrząśnięcie się z dziwnych wrażeń, jakie wywołało w nim niespodziewane muśnięcie uczuć mężczyzny – co z tego, że fałszywych – było pilniejszą sprawą niż odpowiadanie na głupie odzywki i branie udziału w gierce Malfoya.
Pierwszy raz w życiu czuł się tak poruszony i wstrząśnięty z powodu jednego spojrzenia. Co to miało, na Merlina, znaczyć?
– Hm... Draco, jeśli wolno mi spytać – kobieta zawahała się, cierpliwie czekając aż Ślizgon zwróci na nią uwagę – dlaczego powiedziałeś, że Harry wymaga od ciebie oszustwa? Oczywiście jeśli chcesz, nie mówisz mówić, ale... cóż, Harry wydaje się takim dobrym chłopcem, pokonał Sam-Wiesz-Kogo, robi tyle dobrego dla czarodziejskiego świata i niemagicznych – Harry, próbując zapanować nad zażenowaniem, wpatrywał się w stolik, więc z łatwością zauważył, że kobieta, mówiąc o mugolach, ścisnęła dłoń męża – poza tym nie wygląda na kogoś, kto byłby zdolny do czegoś takiego.
– Wystarczy jedno jego spojrzenie, rzucone ot, tak sobie, mimochodem, a ja robię co tylko on zechce. I jak tego Uprzytomnienie nie nazwać przymusem? – Draco nie krył oburzenia, jakby posądzenie o przejaskrawienie sytuacji godziło w jego honor. I pewnie tak było, przyznał Harry, z trudem powstrzymując się od uśmiechu. W tym momencie pewnie nie wyglądałoby to odpowiednio. – Namawia mnie na jakieś dziwne sytuacje, w których potem nas fotografują, a kiedy trzeba się przyznać, zachowuje się jak skrzywdzona niewinność. Bawi się moim uczuciami, by potem udawać, że nie wie, o czym mówię.
– Wcale tak nie robię! – oburzył się Harry. Draco bezwstydnie wykorzystywał sytuację, co kolejny raz wytrąciło go z iluzji spokoju, z kokonu opanowania, w który zdążył już owinąć swoje uczucia, pozostawiając jedynie ciekawość i oczekiwanie, jak daleko Ślizgon jest w stanie się posunąć, żeby osiągnąć swój cel.
– A kto wczoraj rzucił się na mnie, a potem unikał? Twój chrzestny? – ironizował Draco, patrząc na niego z abominacją.
Harry wstrzymał oddech, podobnie jak pozostała dwójka. Sprzeciw zamarł mu na ustach. Czy on właśnie powiedział to, co powiedział, czy mu się tylko wydawało? Że niby on, Harry, rzucił się na Malfoya? W takim celu? Nie, to niemożliwe.
Harry pokręcił przecząco głową.
– I znów zaprzeczasz! – warknął Draco, wyglądając na nieźle rozzłoszczonego. – Jak ci nie wstyd? Mam rację, Kendro? Steven?
Harry, zbulwersowany, że Malfoy szuka poparcia u reszty towarzystwa, że nie potrafił wyartykułować swojego sprzeciwu, jedyne co mógł robić to sztyletować Malfoya wzrokiem, czym mężczyzna wcale się nie przejął, z satysfakcją patrząc mu w oczy, jakby mówił, że tym razem to on jest górą i nic, co Harry zrobi, i tak nie poprawi jego sytuacji, bo sam się w nią nieopatrznie wkopał, próbując mu zaszkodzić.
– Chyba nie powinniśmy wtrącać się aż tak w prywatne sprawy waszej dwójki – stwierdził w końcu Stephen, nieco zażenowany niespodziewanym wyznaniem Draco.
– Może Harry jest po prostu boi się powiedzieć o swoich uczuciach? – zasugerowała w tym samym momencie Kendra, patrząc na Pottera z łagodną, prawie matczyną troską.
Wyraźne zaskoczenie na twarzy Draco, który najwyraźniej spodziewał się innej reakcji, niespodziewanie rozbawiło Harry'ego. Mimowolnie uśmiechnął się do powodu swojego dobrego nastroju, a Malfoy równie nieoczekiwanie odwzajemnił uśmiech.
Kobieta przyglądała im się z ukontentowaniem, rozpromieniona. Ścisnęła dłoń męża i szepnęła do niego cicho, żeby nie burzyć nastroju:
– Są dla siebie idealni. Zerknij na oczy Draco – nawet one się śmieją.
Stephen otoczył ją ramieniem i odszepnął:
– Nie mów, że zrobiłaś to specjalnie.
– Nie powiem – uśmiechnęła się tajemniczo, jak to tylko kobiety potrafią – obiecuję.
Ubrany w ciemny uniform ze srebrnymi zapinkami kelner pojawił się bezszelestnie, niespodziewanie stawiając na stoliku zamówione dania i przerywając milczącą komitywę Harry'ego i Draco. Obaj odwrócili wzrok, zakłopotani sami nie wiedzieli czym.
– Wygląda apetycznie – ocenił okiem znawcy Stephen, przypatrując się uważnie potrawom.
– Mh... pyszne – pochwaliła chwilę później jego żona, ze smakiem zajadając się daniem ze swojego talerza.
– Cieszę się, że wam smakuje. – Draco uśmiechnął się, jakby to on był właścicielem lokalu. – To nasza ulubiona restauracja.
Kendra uśmiechnęła się czarująco.
– Wcale mnie to nie zaskoczyło. Tu jest naprawdę pięknie, trochę tajemniczo... – zawiesiła znacząco głos i poczekała, aż na nią spojrzą – i romantycznie – dokończyła z wiele mówiącym uśmiechem. – Kochanie, musimy zacząć tu częściej wpadać – zwróciła się do męża, nic sobie nie robiąc z zdumionych min mężczyzn.
– Wszystko co tylko zechcesz – pośpiesznie zgodził się Stephen. – Może najpierw spróbujesz tej jagnięciny, jest wyborna – zasugerował, a gdy żona zajęła się konsumowaniem, zerknął na obu czarodziei z przepraszającym uśmiechem.
Mężczyźni wymienili wiele mówiące, porozumiewawcze spojrzenia.
Hermiona wstała, rozprostowując zesztywniałe od długiego siedzenia w jednej pozycji mięśnie i przeszła się po pokoju, zaglądając to tu to tam. Dokładnie przejrzała tytuły ręcznie oprawianych w delikatną skórę książek stojących na półce. Wodząc palcem po wygrawerowanych na okładkach złotych literach, rozmyślała o niespodziewanych kolejach losu.
Nie tak dawno przecież byli wrogami, osobami z dwóch światów, zdawać się mogło nie do pogodzenia, a teraz... trudno byłoby nazwać ich przyjaciółmi, ale delikatna nić porozumienia, wątła i słaba jak pierwsze tchnienie wiosny, powoli twardniała, łącząc ich coraz silniejszymi związkami. Jej przyjaźń z Astorią i niespodziewane odkrycie uczuć spajających ich zimne wydawać się mogło małżeństwo. Ustawa, która podsuwała kolejne okazje do spotkań, zmuszała do wynajdywania nowatorskich sposobów na przekonanie mężczyzny, wymagała odnalezienia nowych pokładów tolerancji i cierpliwości. No i Harry, jego bezsenność i kolejne problemy – to wszystko niespodziewanie zaprowadziło ją do rezydencji Malfoyów, gdzie nie chciała już nigdy więcej trafić, a gdzie weszła śmiało, z odwagą, by pomóc przyjacielowi. Prawdopodobnie, gdyby ktoś jeszcze dwa lata temu powiedział jej, że trafi do domu Malfoya... i że będzie się tam czuła swobodnie... roześmiałaby mu się w nos, zniesmaczona pomysłami przychodzącymi ludziom do głowy. A jednak była tu, ona i Harry, i mimo ciągłej obecności Malfoya czuła się niespodziewanie dobrze. Naprawdę życie jest dziwne.
Przeciągnęła się nieco i z czającym się w oczach uśmiechem spojrzała z sympatią na pracującego mężczyznę, który pracowicie skrobał po pergaminie, od czasu do czasu napełniając pióro świeżym atramentem i w oczekiwaniu na wyschnięcie tuszu zerkając na śpiącego spokojnie na łóżku Harry'ego. Hermiona nie powstrzymywała już uśmiechu, pozwalając mu rozjaśnić całą twarz. Już niedługo.
Jeszcze tylko kilka godzin i przyjaciel się obudzi, i wszystko będzie dobrze. Każda upływająca chwila przybliżała ją do tego momentu, tak że ciężko przychodziło jej opanowanie radości, która chciała wybuchnąć w głośnym śmiechu, frenetycznym okrzyku oznajmiającemu światu dobrą nowinę.
– Długo masz zamiar tak kręcić się po pokoju? – cichym, rzeczowym głosem zapytał Malfoy, unosząc głowę znad pergaminu. – Jakbyś nie zauważyła, niektórzy próbują tu pracować.
– Przepraszam. – Jak udało jej się opanować euforyczną radość i powiedzieć to skruszonym głosem grzesznika proszącego o wybaczenie, nie wiedziała. Jednak udało się i sądząc po zadowolonej minie Malfoya, mężczyzna nawet jej uwierzył. Zanim zdążył z powrotem zagłębić nos w pergaminach, Hermiona, czując się jak mała dziewczynka, zapytała: – Nie czujesz się podekscytowany?
– Weasley, gdybym za każdym razem, gdy odkrywał coś nowego, podniecał się jak jakiś szczeniak, szybko by mi się to znużyło, nie uważasz? – Wbrew intencjom Malfoya odpowiedź nie zabrzmiała złośliwie.
– Ale to – TO jest coś! – zaprotestowała, nieco zaskoczona, że musi bronić czegoś i przed kimś, kto lepiej powinien to rozumieć.
– Weasley, wszystko, co robię, to jest TO – ze złośliwym uśmiechem goblina odparował Malfoy. – Jak widzę, bezproduktywne rozmowy o niczym są twoją specjalnością... skoro chcesz się w ten sposób produkować, proszę bardzo, za tobą są drzwi, a za nimi ładny korytarz. Moja prababka, Lucillda, z przyjemnością pokonwersuje z kimś spoza rodziny. Jedyny portret, który mówi, na pewno trafisz – poinstruował ją, dłonią wskazując drzwi. – Idź tam i poprzeszkadzaj. Nie mam czasu na takie bzdury.
– T–ty!... T–ty!..
– Tak, ja, a teraz już idź – polecił jej Malfoy, sięgając po pióro.
Początkowa niezręczność poszła w niepamięć i rozmowa toczyła się gładko, przerywana wybuchami śmiechu i stukaniem sztućców o talerz. Harry z przyjemnością odkrył, że mimo swojej niewiedzy z łatwością przystosował się do prowadzonych dysput.
Stephen okazał się niezwykle interesującym rozmówcą, o wyrobionych poglądach, i mimo pewnej nieznajomości realiów czarodziejskiego świata – w czym nie było nic zaskakującego, jak domyślił się Harry, skoro mężczyzna od czubka wypastowanych butów aż po szczyt przerzedzonej głowy był mugolem – potrafił dostrzec sprawy umykające trójce czarodziejów. Z łatwością osoby, która niejedno już widziała i przeżyła, wpasował się rytm polemik i gładkich słówek. Dyplomatycznie unikał drażliwych tematów, sprawnie przenosząc rozmowę na inne tory, czemu z zacięciem przeciwstawiał się Malfoy, nawiązując do kłopotliwych kwestii w taki sposób, że nikt nie czuł się urażony. Harry w pewnym momencie złapał się nawet na smutnej konkluzji, iż żałuje nieobecności mężczyzny na niektórych ze spotkań z prasą. Pasja i urok osobisty szybko przekonałyby co niektórych opornych reporterów do zmiany stanowiska, uznał bez namysłu, uważnie obserwując podchody Ślizgona.
Kendra z równie czarującym uśmiechem potrafiła przywołać zapędzających się coraz bardziej, zacietrzewionych mężczyzn do porządku jak skrytykować błędy w rozumowaniu. Odpowiedzi, które udzielała i pytania, rozsądne i przemyślane, zadawane niewinnym tonem zawsze trafiały w sedno. Odzywała się rzadziej, pozwalając rozmowie toczyć się bez przeszkód, ale kiedy już coś mówiła, skupiała na sobie całą uwagę mężczyzn. Harry z przyjemnością obserwował, jak inteligentnie zbijała każdy argument Malfoya, zaś każde jej spojrzenie na męża kończyło się mimowolnym uśmiechem. Sam na ten widok również się uśmiechał, podchwytując co i rusz podejrzliwe spojrzenie Malfoya.
No i trzeci rozmówca – Malfoy. Harry niespodziewanie dla samego siebie docenił niewymuszony sposób, w jaki mężczyzna prowadził rozmowę, kierując ją dokładnie tam, gdzie chciał. Przez większość czasu precyzyjnie kontrolował, by sytuacja nie wymknęła się spod kontroli. Gdy trzeba było, zaogniał dyskusję, podsuwając kłopotliwe kwestie do rozważań, by chwilę później z łagodną stanowczością starszego brata łagodzić wzburzenie kilkoma celnie dobranymi sformułowaniami, przez które przebijała doskonała znajomość ludzkiej psychiki i reakcji, jakie można wywołać odpowiednimi słowami rzuconymi w stosownej chwili. Harry musiał przyznać, że Malfoy zachowywał się naprawdę po ślizgońsku.
Nagle, gdy pozostała trójka zajęta wymienianiem opinii o irlandzkiej drużynie quidditcha nie zwracała na niego uwagi, Potter uświadomił sobie, skąd kojarzył Stephena. Jeden ruch pulchniej dłoni i Harry już przypomniał sobie, gdzie widział tą okrągłą, przyjacielską twarz ozdobioną krzaczastymi wąsami.
Westchnął, z nieoczekiwaną świadomością, jak niewiele zabrakło, żeby nieodpowiednim pytaniem uraził mężczyznę. W duchu podziękował Ginny, która ciągnęła go na wszystkie możliwe bankiety i imprezy, gdzie rozmowa o niczym z nieznajomymi należała do stałego repertuaru. Dzięki niej się nie zbłaźnił.
Dopiero teraz uzmysłowił sobie również, że zajęty udawaniem kogoś, kim nie był, przejęty możliwościami oferowanymi przez nowy świat, rzadko myślał o swojej żonie. Wcześniej, jej nieobecność w jego życiu, sypialni, domu, każdej sekundy sprawiała mu ból... jednak mniejszy niż ten, który odczuwał w pobliżu żony, która nie zwracała na niego uwagi, obojętna, zimna, pozostająca ciągle na uboczu, nigdy z nim, zawsze tuż obok... gdzie każda próba zbliżenia się kończyła się coraz większym dystansem. Jak małe kuleczki zderzające się ze sobą, stykali się na sekundę, by później oddalić się jeszcze bardziej.
– Harry, a co ty myślisz na ten temat? – W przepływające natrętne, gorzkie myśli wdarła się codzienna rzeczywistość, w której Kendra obrzucała go zaniepokojonym wzrokiem jego zmarszczone brwi i rozmyte spojrzenie, zaś mężczyźni obserwowali go z nadzieją, że poprze ich we właśnie prowadzonym sporze. – Mój mąż i Draco są przeciwni wprowadzeniu legalizacji związków międzygatunkowych – ja je popieram, a ty?
Zamrugał, zaskoczony, próbując wrócić z zamglonego, prywatnego świata, gdzie o żadnych relacjach międzygatunkowych nie było mowy.
– Hm... – zamyślił się. Czy ktokolwiek ma prawo ingerować w tak prywatne, intymne sprawy jak uczucia? A tym bardziej państwo? Gdzieś w głębi siebie znalazł odpowiedź, może niedoskonałą, ale jego. – Popieram.
– Ale przecież łączenie się w pary... – oburzył się Stephen, perorując namiętnie przez kilka minut o niewłaściwości tego typów związków, czemu z oburzeniem przysłuchiwała się Kendra. Gdy udało jej się przerwać mężowi, szybko odbiła wszystkie jego argumenty. Oboje pogrążyli się w dyspucie, kompletnie nie zwracając uwagi na roześmianych współtowarzyszy.
Pół godziny później spór nadal pozostawał nierozwiązany, ale szybki rzut okiem na zegarek wystarczył Kendrze do zorientowania się która godzina. Z urzekającym uśmiechem przeprosiła, że muszą już iść, ale ich mała córeczka niecierpliwie czeka na powrót rodziców i nie chcą jej zawieść.
– Ależ to zrozumiałe – zgadzał się łaskawie Draco, żegnając ze Stephenem, podczas gdy Harry wypytywał kobietę o pięcioletnią łobuzicę o ślicznych ciemnych loczkach mamy i niebieskich oczach taty. – Harry, nie zatrzymuj Kendry – polecił, łapiąc go za ramię. W tym samym momencie w podobnym tonie odezwał się jej mąż.
Cała czwórka roześmiała się radośnie. Harry nie zauważył porozumiewawczych spojrzeń, jakie wymieniło między sobą małżeństwo.
– Taksówka już czeka – odezwał się jeden z pracowników restauracji, pojawiając się nie wiadomo skąd z charakterystycznym pyknięciem.
Harry i Draco wyszli przed restaurację odprowadzić swoich gości. Lodyn, zasnuty mgłą i z deszczową aurą wiszącą w powietrzu, nie zachęcał do wychodzenia na zewnątrz. Zbliżająca się nocna pora również nie nęciła do spacerów, więc nic dziwnego, że na ulicy było prawie pusto.
– To było naprawdę miłe spotkanie, mam nadzieję, że je powtórzymy – powiedziała Kendra. Uśmiechnięta, z zalotnie opadającymi kosmykami ciemnych włosów wyglądała czarująco. Z prawdziwą gracją wsiadła do auta, machając mężczyznom dłonią na pożegnanie.
– Oczywiście, że tak – odpowiedział Harry, zanim Malfoy zdołał cokolwiek wyjąkać. – Kiedy tylko czas na to pozwoli.
– Oby nasza przyszła współpraca układała się równie owocnie jak teraz – stwierdził poważnie Stephen, a Harry z prawdziwą przyjemnością uścisnął jego dłoń. Malfoy w tym czasie szeptał coś do Kendry, z czego kobieta chichotała jak szalona. – Polubili się.
– Draco trudno nie lubić – grzecznie zgodził się z nim Harry. Powiedział coś, co było oczywistym kłamstwem, a wcale tak nie zabrzmiało.
– To prawda – przytaknął mężczyzna i z uśmiechem zawołał, wsiadając do taksówki: – Do zobaczenia!
– Oby szybciej niż później – skwitował Draco, stając koło Pottera i naturalnym gestem obejmując go ramieniem. – Mamy jeszcze wiele do zrobienia.
– Wracajmy. Zimno tu – powiedział po prostu Harry, starając się wyswobodzić z uścisku mężczyzny jak najszybciej... zanim Malfoy pomyśli, że dreszcze przebiegające przez jego, Pottera, ciało są skutkiem nagłej bliskości.
– O nie, mój drogi Harry – syknął nagle Malfoy, gdy taksówka znikła za zakrętem. Wściekle zaciśnięta dłoń i równie wściekłe spojrzenie zszokowało Pottera, który, wreszcie wolny, cofnął się o krok. I jeszcze jeden.
Malfoy zwariował.
Jeszcze jeden krok.
I jeszcze jeden.
Nagle przyparty do ściany, z pałającymi oczyma Malfoya znajdującymi się na tej samej wysokości co jego, unieruchomiony w mocnym uścisku, struchlał. Kolejny szaleniec na mojej drodze. Przyciągam ich, czy sami się znajdują?
– Co TO miało znaczyć? – zapytał wściekły bardziej niż rozszalałe stado hipogryfów Malfoy. Jego głos drgał tak, że mężczyzna z trudem nad nim panował. Zaciskając dłonie na ramionach zaskoczonego Pottera, przysunął się bliżej, tak blisko, że niewyraźna para wydobywająca się z ich ust zmieszała się w jeden ulotny obłok. – Po jaką cholerę wyciągałeś przy nich nasze, prywatne sprawy?
Nasze?, bezgłośnie powtórzył Harry z niedowierzaniem, Nasze. Nasze... Jęknął.
– Malfoy... – zaczął, z trudem uspokajając oddech. – To n...
– Dobrze się chociaż bawiłeś? – nie dał mu dokończyć Malfoy, przerywając w pół słowa. Wyraz twarzy Ślizgona nagle zmienił się. Furia znikła jakby pod wpływem Finite i mężczyzna przybrał maskę zwykłej oziębłej obojętności. – Bo ja tak... i teraz mam zamiar równie dobrze się zabawić.
Gorące usta przeszkodziły Harry'emu w odpowiedzi. Malfoy przylgnął do niego całym ciałem, jakby chciał osłonić go przed wieczornym chłodem.
Oszalał.
