Chapter one

But my dreams they aren't as empty
As my conscience seems to be
I have hours, only lonely
My love is vengeance
That's never free

~Behind Blue Eyes; Limp Bizkit

Mieszkałam w Los Angeles od zawsze. Tu był szpital, w którym się urodziłam, mój dom, szkoła. Miałam tutaj kilkoro przyjaciół – Weronikę, Luke'a i ukochaną Vanessę. Tam, w sklepie za rogiem, kupiłam swój pierwszy komplet kreślarski, a dwie przecznice dalej było zejście na plażę, której widok (a raczej oceanu) o zachodzie słońca uwieczniłam na moim pierwszym obrazie. Lubiłam rysować, malować, choć nie mogłam przy tym marzyć, myśleć o byle czym, bujać w obłokach. Jeśli jednak przy rysowaniu zapomniałam się na chwilę odbiegając duchem daleko od rzeczywistości, to ołówek zbaczał ze swej pierwotnej drogi, podążając inną – znaną tylko sobie. Kiedy patrzyłam później na moje dzieło, widziałam zawsze jedną z kilku możliwości. Gdy miałam czas, nieświadomie rysowałam obejmującą się parę w płomieniach albo małą dziewczynką z pustym wzrokiem przesypującą pomiędzy palcami piasek, albo bezskrzydłego Anioła w rozpaczy. Czasami w krótkich chwilach zamyślenia pisałam tylko „Ogień, ogień, ogień" i szkicowałam trzy niezmienne płomyczki lub „Nessie" z serduszkiem obok. Nie wiedziałam, czemu to pisałam. Nessie i serce? Nie byłam lesbijką, choć z pewnością darzyłam Vanessę przyjacielską miłością. Powracając do wątku nieświadomych rysunków… od pewnego incydentu bardzo starałam się trzymać myśli na wodzy.

Byłam wtedy u pani psycholog. Nie słuchałam, co do mnie mówi. Paplała o byle czym, by zapełnić ciszę, która powstawała po każdym jej pytaniu skierowanym do mnie. Może to był jej sposób do… ośmielenia mnie? Nie wiem. Jednakże odbiegłam duchem od dusznego gabinetu i zaczęłam instynktownie rysować w moim małym notesie, który trzymałam zawsze w kieszeni. Naszkicowałam coś zupełnie innego niż zazwyczaj – był to martwy mężczyzna w kałuży krwi z podpisem „Charlie". Przeraziłam się tym rysunkiem, równie mocno jak lekarka, która zabroniła mi czytać i oglądać horrory, thrillery oraz grać w brutalne gry komputerowe. Prychnęłam w duchu na te zalecenia. Niewiele z tych rzeczy robiłam w życiu. Zwykle wybierałam książki o tematyce miłosno-przygodowej, czasami fantastykę; z filmów lubiłam oglądać komedie romantyczne, a jedyny horror jaki widziałam był o duchach, nawiedzonym domu itd. Na komputerze wciąż siedziałam na facebook'u lub poczcie. Zatem skąd w mojej głowie taka scena? Rysunek wyglądał bardzo realistycznie, jakbym naprawdę widziała tego mężczyznę. Nie umiałam odpowiedzieć na to pytanie. Mimo wszystko, nieświadome, masakryczne rysunki nie przerażały mnie tak jak ogień.

Nigdy nie mogłam spokojnie usiedzieć w pokoju z rozpalonym kominkiem. Od razu nachodził mnie irracjonalny lęk i gdy tylko nauczyłam się chodzić, uciekałam z pomieszczenia jak najdalej. Chyba nikt nie nienawidził dnia, w którym nauczył się dobrze czytać, pisać i liczyć tak jak ja. Właśnie wtedy mój strach przed płonącym żywiołem wszedł na wyższy „level". Zaczęłam słyszeć głosy – potworne krzyki agonii, bólu, rozpaczy. To było okropne, a działo się zawsze, kiedy czułam koło siebie ogień. Dlatego rodzice wysłali mnie do wspaniałej pani psycholog. Oprócz tego, co wspomniałam, pamiętałam z tej wizyty jeszcze, jak lekarka machała mi czymś przed oczami, chcąc mnie „zahipnotyzować". Kiepsko jej to wyszło, bo ani nie poczułam senności (chyba, że od jej przesłodzonych perfum unoszących się w powietrzu), ani moje powieki nie stały się ciężkie, co zapowiadała ochrypłym od mówienia głosem. W końcu po kilku następnych, lakonicznych pytaniach wystawiła diagnozę. Miałam arsonofobię – lęk przed ogniem, jakbym sama tego nie wiedziała. Terapia, którą mi przypisała nie pomogła wcale, za to mój strach pogłębił się.

W dniu piętnastych urodzin koleżanki w szkole zrobiły mi niespodziankę – kupiły mi tort. Wsadziły w ciasto piętnaście, kolorowych świeczek. Do tamtej chwili o mojej przypadłości wiedzieli tylko rodzice i Vanessa, ale gdy zaczęłam krzyczeć na widok tortu (a raczej płomieni świeczek, co wyjaśniło się dopiero później, przez krótki czas krążyły plotki o tym, że boję się różowego kremu) wszyscy dowiedzieli się o moim strachu. Kilka tygodni byłam tematem żartów i niestety, ofiarą zapalniczek, które nagle wszyscy używali do celów bliżej nieokreślonych w mojej obecności. Ten okres nie należał do najłatwiejszych w moim życiu, jednakże wielką pomocą okazali się przyjaciele – Luke i Vanessa – oraz pani dyrektor. Pani Collins zakazała bowiem przynosić „obiekty wywołujące ogień", a niepokornych zawieszała w prawach ucznia. Odetchnęłam wtedy z ulgą, choć nic nie było w stanie wyprzeć z mojego umysłu okropnych wizji, które od momentu feralnych urodzin, stały się nieodłącznym elementem fobii. Prześladowała mnie właściwie tylko jedna scena – ciemne sylwetki jakichś osób wrzeszczących w okropnym bólu, pogrążonych w totalnym chaosie. Wizja była bardzo ciemna, a jedyne co się w niej wyróżniało, były ciut jaśniejsze, niezidentyfikowane postacie oraz ogień. Wszędzie ten straszny ogień. I tak już pozostało – wciąż jedna, ta sama scena, przerażająca swoją wymową.

Aczkolwiek na co dzień nie stykałam się z płonącym żywiołem. Żyłam jak zwykła, lekko zwariowana nastolatka, która uwielbiała wielkie aglomeracje. Tak, kochałam Los Angeles. Miasto Aniołów. Kochałam za Hollywood i sławy spotykane na ulicach, za gorące plaże, słońce, ocean, za kwiaciarnię mamy i biuro taty, za szczęśliwe wspomnienia oraz te mniej przyjemne. Nawet za codzienne, spektakularne pościgi policyjne, które wpisały się w tradycję tego miejsca.

A teraz, będąc szczęśliwą siedemnastolatką, miałam to wszystko stracić. Całe moje miasto. Słoneczne L.A. – moją pierwszą miłość. Przeprowadzałam się do kanadyjskiego Vancouver. Babcia Ginewra czuła się samotna, a jako najmniej obciążona obowiązkami osoba w rodzinie zgodziłam się pojechać do niej na dwa lata i opiekować się nią, gdyż była chora na tę dziwną chorobę… połączenie zmutowanego wirusa grypy(to skandal, by w 2033 roku nieznano jeszcze szczepionki na pszczelą grypę!) oraz ospy. Jak te wirusy się ze sobą zespoliły nikt nie ma pojęcia, ale dziwnym trafem doszło do tego i kilkanaście Amerykanów już na to cierpi. O dziwo, nie jest to zaraźliwe drogą kropelkową jak zwykła grypa. Tyle wiadomo. Dalej snują się śmieszne, durne domysły na temat rozprzestrzeniania się choroby (porwania przez kosmitów, uwaga! strzeżcie się ciemnej strony mocy! – ktoś chyba był fanem tej zabawnej serii filmów Gwiazdowe Bitwy z tysiąc dziewięćset któregoś roku).

Stałam na lotnisku w wielkim terminalu. Przytulałam moich przyjaciół – Luke'a oraz Vanessę, która płakała, tak samo jak mama i ja. Weronika zapewne spóźni się na mój odlot, więc pożegnałam się z nią już wczoraj (swoją drogą była oburzona, że w nią nie wierzę, iż może obudzić się na czas, zwłaszcza w tak ważnym dniu, ale ja ją po prostu znałam).

- Obiecaj, że będziesz dzwonić – odezwała się Vanessa.

- Obiecuję, Nessie. Codziennie.

Zaśmiała się przez łzy.

- Nie. Codziennie nie. Splajtuję przez ciebie. Wbrew pozorom rozmowy międzynarodowe wciąż są drogie, a pamiętaj, że to działa w obie strony. Płaci dzwoniący i odbierający.

- Wiem, wiem. Jest jeszcze Internet.

- Tak, pisz do mnie.

- Będę, aż skrzynka ci się zapcha.

- A do mnie? – odezwał się Luke.

- Jasne. I do Wery też.

- Hmm… to byś musiała wysłać do każdego… - Vanessa zaczęła liczyć pod nosem. - …jakieś 10000 maili.

- A uwzględniłaś przy tym swój spam? – spytałam ze śmiechem, co jednak nie powstrzymało łez przed tłumnym opuszczaniem moich oczu.

Przyjaciółka zmarszczyła brwi.

- Nie, o tym zapomniałam.

- To go nie kasuj, zostanie mi wtedy tylko jakieś 1000 maili.

Luke zaśmiał się. Kiedy Vanessa miała dwanaście lat, rejestrowała się na każdej stronie internetowej, którą znalazła, przez co jej adres e-mail został na tyle rozpowszechniony, że tysiące bezużytecznych wiadomości bombardowało jej pocztę. Pomimo naszych namów nie chciała zmienić adresu, mówiła, że tyle lat ma ten e-mail, iż trudno byłoby się jej przestawić. Nie było to najmądrzejsze zachowanie z jej strony, ale typowe dla niej – kiedy Vanessa się do czegoś przyzwyczaiła, nie potrafiła się przestawić na coś innego. To samo było z komórką (którą ma już szósty rok!) i Mp6.

- No wiesz? Mam filtr antyspamowy – wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

- Och, czyli muszę wysłać jakieś 2000 maili - wyszeptałam udając rezygnację.

Zobaczyłam moich rodziców, więc przytuliłam mocniej przyjaciół wiedząc, że to jest moment rozstania.

- Nessie, Luke nie zapomnijcie o mnie. Cześć!

Wyrwałam się z ich uścisku, biegnąc w stronę taty, rękawem wycierając łzy. Nie mogłam tego dłużej znieść. Chwilami byłam strasznie wrażliwa i uczuciowa, co mnie denerwowało. Do diaska! To tylko dwa lata. A czułam się, jakbym już nigdy nie miała ich zobaczyć.

- Jenny, czekaj! - krzyczała za mną Vanessa.

- Tutaj masz swój bilet - powiedział tata, wręczając mi jakąś kartkę. - Do zobaczenia, kochanie.

- Pa, tato, mamo - uściskałam ich mocno. Rodzice zostawali w L.A. ze względu na pracę, choć wiedziałam, że bardzo chcieli pojechać ze mną.

- Uważaj na siebie, Jenny - rzekła mama. - Pisz, dzwoń często.

- Obiecuję. Pa!

Weszłam do sali odlotów, wsiadłam do samolotu i żegnałam się z Los Angeles. Mój lot nie trwał długo. Nowoczesne technologie znacznie zwiększyły prędkość wszystkich środków transportu, a ekologiczne rozwiązania z wykorzystaniem odnawialnych źródeł energii obniżyły ceny przelotów, co spowodowało dużą popularność samolotów. Po niecałej godzinie wylądowałam w Vancouver. Na lotnisku nikt mnie nie przywitał, ale byłam na to przygotowana. Wzięłam swoje walizki w obie ręce i wyszłam z terminalu. Zawołałam taksówkę.

Niedługo później stałam na schodach podmiejskiego domku nr 15. Zapukałam. Otworzyła mi starsza pani z siwymi włosami, w złotych, okrągłych okularach, z miłym uśmiechem na życzliwej twarzy.

- Babciu! Tęskniłam za tobą - uściskałam ją, wciąż stojąc w progu. Jej znajomy zapach niósł ze sobą mnóstwo wspomnień.

- Witaj, Jenny. Aleś ty urosła! Jednak nadal jesteś chuda jak patyk. Nie martw się, coś na to poradzimy.

Zachichotałam. Babcia Ginewra postawiła sobie bardzo szlachetny cel w życiu - utuczyć mnie. Póki co, nie wychodziło jej to najlepiej. Po raz pierwszy miałam zamieszkać z nią na tak długo, więc może coś z tego będzie... nie, żebym chciała przytyć...

Babcia poprowadziła mnie przez tak dobrze znajomy, karmelowy przedpokój. Mijałam te same pokoje, ściany, obrazy, meble. Czułam się jakbym wkraczała w przeszłość. Jakbym znowu miała dziesięć lat i przyjechała z Jasonem na wakacje. Nic się nie zmieniło. Z wyjątkiem jednej, dodatkowej fotografii stojącej na zgaszonym kominku. Fotografii dziadka, który zmarł niecałe pół roku temu. Pustka, którą po sobie zostawił wypełniała nie tylko serce babci, ale także moje. Bardzo za nim tęskniłam.

Poszłyśmy na górę, do pokoju, który zawsze, gdy przyjeżdżałam był mój. Postawiłam na podłodze swoje walizki i podbiegłam otworzyć balkonowe drzwi. Jesienny zefirek wleciał do pomieszczenia. W przeciwieństwie do ognia, kochałam wiatr. Kochałam, jak bawił się moimi włosami, obejmował chłodnymi ramionami. Jego dzikie pląsy wyzwalały we mnie dziwne poczucie wolności, jakbym niczym nie musiała się już przejmować. Wszystko było zrobione, a ja mogłam odejść, gdzie chcę.

- Rozpakuj się, skarbie, i zejdź później na dół. Zrobię obiadokolację.

- Dobrze, babciu.

Usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi. Wyszłam na balkon podziwiać niesamowity widok rozciągający się przede mną.

Na pierwszym planie zawsze rosły dumne, wysokie sosny nieco przesłaniając uroczy krajobraz za nimi. Dalej widziałam zieloną trawę ustępującą miejsca szarym skałom. Wszędobylski piasek złocił się między głazami. W popołudniowym słońcu iskrzyły się różnokształtne muszelki. To właśnie tam, na mojej plaży ukrytej pomiędzy zimnymi skałami, uwielbiałam spędzać każdy słoneczny dzień wakacji w Kanadzie. Lubiłam patrzeć na ten sam ocean, co w L.A., a jednak troszkę inny. W Mieście Aniołów Pacyfik ubierał się zwykle w jasne błękity oraz zielonawe turkusy. Tutaj dominował szarawy odcień niebieskiego, czasami granatowy.

Wróciłam do pokoju z nową energią. Przyczołgałam walizki do łóżka i zaczęłam się rozpakowywać. Mieszkając w Kalifornii nie miałam zbyt wiele „grubych" ubrań, typowo zimowych. Kiedy przez cały rok temperatura nigdy nie spada poniżej zera, a latem sięga nawet 32ºC naprawdę nie potrzeba zbyt wielu swetrów, płaszczy itp. Jednak wiedziałam, że w Kanadzie jest zupełnie inny klimat, więc obiecałam sobie, iż w najbliższych dniach wybiorę się na zakupy. Odłożyłam ostatnią rzecz na odpowiednie miejsce i puste walizki schowałam pod łóżko. Podeszłam do lustra nad komodą, sprawdzić jak bardzo podróż rozczochrała moje włosy.

Ze srebrnego obrazu spojrzała na mnie farbowana blondynka o czekoladowych oczach, niesymetrycznych ustach (warga górna była trochę większa od dolnej) i garbatym nosie. Do dziś pamiętam czas, kiedy byłam na pierwszych koloniach. To właśnie na nich poznałam Vanessę i Luke'a. Od zawsze byłam nieśmiała w stosunku do nieznajomych, choć próbowałam walczyć z tą cechą. Przyjaciółka zaproponowała, żebym przefarbowała swoje brązowe włosy na blond. Ten czyn miał mnie w czarodziejski sposób ośmielić do nawiązywania nowych kontaktów. Zgodziłam się to zrobić i nie powiem, że żałuję. Odmiana wizerunku przydała mi się, ale to nijak wpłynęło na moją „odwagę". Nadal byłam nieśmiała. Kiedy wróciłam do domu, zszokowałam rodziców. Mama od razu kazała mi zmyć „to żółte coś" z włosów. Jak wyjaśniłam, że to farba a nie szamponetka, chciała mnie zaciągnąć do fryzjera i chyba ogolić na łyso. Na szczęście mój ojciec powstrzymał ją. Mama bywa ekscentryczna i gwałtowna, ale przy tym też uległa wobec taty. Od tamtego czasu już zawsze farbowałam swoje włosy na ten sam kolor. Wiem, że mogłam powrócić do dawnej barwy, ale blond… Przypominał mi o czymś. Nie wiem, o czym. To tak, jakbym patrząc w lustro przeżywała de ja vu.

Zeszłam na dół. W jadalni babcia rozłożyła już potrawy: parówki, jajecznica, sałatka z majonezem, kanapki, jakaś zupa.

- Babciu, ja tyle nie zjem – śmiałam się, patrząc na porcję wszystkiego, którą nakładała mi Ginewra.

- Jedz, nie marudź.

Zaśmiałam się jeszcze raz. Jadłyśmy, rozmawiając o tym, co działo się w ostatnich kilku latach. Słońce zdążyło zajść, a ja czułam się przejedzona. Nawet najbardziej apetyczny deser nie wcisnąłby się do mojego brzucha. Odezwał się dzwonek do frontowych drzwi.

- Otworzę za ciebie, babciu. Nie wstawaj.

Poderwałam się z miejsca. W końcu musiałam jakoś spalić nabyte dzisiaj kalorie. Może zacznę uprawiać jogging?

- Jesteś kochana, Jenny. To na pewno mój lekarz.

Wyszłam z jadalni, po chwili stając przed frontowymi drzwiami. Otworzyłam je i zamarłam. Przestałam myśleć.

O… Och… Matko kochana! To… To jest och! O…

Przede mną stał boski mężczyzna o anielskiej twarzy w białym kitlu lekarskim. Miał blond włosy, a jego przyjazny uśmiech sięgał nawet złotych oczu. Nie mogłam oderwać wzroku od jego… tabliczki z nazwiskiem przytwierdzonej do fartucha. Carlisle Cullen. To niemożliwe. Patrzyłam na niego z wytrzeszczonymi oczami jak jakaś idiotka widząca kosmitę. To nie mógł być ten Carlisle Cullen. A może?

- Dobry wieczór. Wiem, że mogła zaskoczyć panią późna pora mojej wizyty. Umawiałem się wcześniej z panią Ginewrą. Tak przy okazji, jestem Carlisle Cullen.

Wyciągnął do mnie rękę. Patrzyłam na niego bezmyślnie. Nawet głos miał cudowny. Sens jego wypowiedzi nie dotarł do mnie w pełni. Zapamiętałam tylko jedno.

- Umawiał się pan z moją babcią?

Zachichotał.

- Na wizytę lekarską.

- Och, aha, rozumiem.

Nadal stałam niewzruszona przy drzwiach. Nie dziwcie mi się, byłam w głębokim szoku. Doktor Cullen poczuł się chyba niezręcznie i opuścił dłoń. Zmarszczył czoło.

- Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? Wpuścisz mnie?

- Pan… pan jest nim, prawda? – wydusiłam z siebie ignorując jego pytania.

- Nim czyli kim?- spytał ostrożnie.

- Sławnym doktorem Cullenem, wynalazcą szczepionki na raka oraz współtwórcą lekarstwa na HIV! – pisnęłam podekscytowana.

- Ach NIM. Tak, to ja. Choć z tą sławą przesadziłaś.

Miałam ochotę krzyczeć z radości, uściskać go, zapytać o badania, ale na początek:

- Da mi pan autograf? – wydusiłam szybko.

Zachichotał.

- A pozwolisz mi zbadać twoją babcię, Jennifer?

Zamarłam ponownie. Usta same mi się otworzyły, ale nie wyleciał z nich żaden dźwięk.

- Z-znasz moje imię? – wyjąkałam w końcu.

Zaśmiał się.

- Tak. Twoja babcia lubi opowiadać. Przez cały tydzień mówiła o twoim przyjeździe. Mógłbym wejść?

Zarumieniłam się, ustępując mu miejsca. Zamknęłam drzwi po jego wejściu. Byłam ciekawa, co babcia mu powiedziała.

- To ja… pobiegnę po mój… zeszyt z autografami – wydusiłam i dodałam: - Babcia jest w jadalni.

- Dobrze, dziękuję. Trafię – powiedział ciepło. Uśmiech nie schodził z jego pięknej twarzy.

Pobiegłam na górę. Wparowałam do pokoju, pochwyciłam swój pamiętnik z podpisami sław, coś do pisania. Chyba długopis. Oby pisał. Wybiegłam.

Byłam bardzo podekscytowana. Carlisle Cullen był, jak mówiłam, wynalazcą szczepionki na raka. O jego badaniach pisał Steven Hudler – niemiecki profesor medycyny profilaktycznej. Niezwykle logiczny tok rozumowania tego człowieka ujął wiele osób. Doktor Cullen był moim autorytetem, ideałem. To on swoją pracą nakierował mnie (całkiem nieświadomie) na chemię i biologie. Dzięki niemu wiedziałam, kim chcę zostać w przyszłości.

Stanęłam przed drzwiami jadalni, słysząc babcię:

- To wspaniała dziewczyna, Carlisle. Naprawdę złote dziecko.

O kim ona mówi? Chyba nie o mnie? Ale o kim innym? Więc jednak o mnie? Poczułam, że robię się czerwona.

- Wyobrażam sobie – mruknął lekarz.

- Niewiele wnucząt porzuciłoby wszystko – rodziców, przyjaciół, dom – żeby zamieszkać z chorą babcią. Ale Jennifer zawsze była taka dobra i kochana – ciągnęła babcia. – Tylko te jej lęki…

- Ekhem – chrząknęłam zaznaczając swoją obecność i wchodząc do pokoju. Nie chciałam, żeby ON dowiedział się o moich fobiach.

Babcia znajdowała się w rogu pomieszczenia, a w fotelu obok siedział doktor Cullen, który mierzył swej pacjentce ciśnienie. Na małym stoliczku pomiędzy nimi leżała jakaś kartka.

- Jakie lęki? – podchwycił lekarz.

- Nic takiego – odpowiedziałam szybko.

Ginewra spojrzała na mnie uważnie, ale całe szczęście nie ciągnęła tematu.

- T-to da mi pan autograf? – spytałam nieśmiało.

- Wiesz, jesteś pierwszą nastolatką, która o to prosi – stwierdził, biorąc ode mnie zeszyt. – Interesujesz się medycyną? Biologią?

- I chemią – przytaknęłam. – Przeczytałam wszystkie książki o pańskich badaniach. To było niesamowite. Jak pan wpadł na tak skomplikowaną mieszankę?

- Eksperymentowałem – zaśmiał się. – Proszę, twój autograf. Dużo osób w twoim wieku interesuje się badaniami nad rakiem?

- Nie, nie. Tylko ja. I przyjaciółka. Chcę zostać naukowcem i pracować w laboratorium.

- Ciekawe plany. Pani Ginewro, proszę przycisnąć do tego palec. O tak. Dziękuję.

Zapisał jakiś wynik na kartce. Babcia postanowiła włączyć się do rozmowy, zmieniając temat:

- A jak tam pańskie pociechy, doktorze?

- Dobrze, dziękuję.

- Ma pan dzieci? – spytałam z ciekawością.

- Adoptowane – mruknął.

- Alice, Emmet oraz Vanessa są rodzeństwem, więc doktor Cullen nie chciał ich rozdzielać przy adopcji – wyjaśniała babcia. – Rosalie i Jasper Hale to siostrzeńcy Esme – żony Carlisle'a. Jej siostra wraz z mężem zginęła w wypadku samochodowym.

- Łał. Pięcioro. Musi być wesoło – szepnęłam zszokowana tą liczbą.

- Chciałbym, żeby tak było – odezwał się tak cicho, że nie byłam pewna jego słów.

- A nie jest? – spytałam równie cicho, a przynajmniej starałam się.

Spojrzał na mnie z wielkim bólem – Nie.

Babcia poczuła się urażona tym, że znowu wyłączono ją z rozmowy.

- Nie wiem, kochani, co tam sobie szepczecie. Pytałam o twoje dzieci Carlisle, bo tak sobie pomyślałam… czy Alice mogłaby wyprawić przyjęcie dla Jenny?

- Przyjęcie? Jakie przyjęcie?! – nie wiedziałam, o co chodzi.

Zignorowali mnie. Doktor Cullen patrzył na babcię z zamyśleniem.

- Alice… Sądzę, że bardzo się ucieszy. Już dawno nie miała okazji czegoś zorganizować.

- A więc ustalone?

- Tak. Myślę, że tak – rozpogodził się. – Dziękuję Ginewro. Będę już się zbierał. Do widzenia!

Mój ideał wyszedł zostawiając mnie w głębokim szoku. Nadal nie rozumiałam sensu tych kilku ostatnich wypowiedzi.

- Babciu, o co chodzi z tym przyjęciem?

- Wiem, kochanie, ile musiałaś poświęcić przyjeżdżając tutaj. Nie myśl, że nie doceniam tego, co dla mnie zrobiłaś.

- Ale co to ma do rzeczy?

Uciszyła mnie ręką.

- Już od jutra masz zacząć nową szkołę, poznać nowych ludzi. Ty zawsze byłaś taka nieśmiała, Jenny. Boję się, czy sobie poradzisz. Wiesz, w Yston's High School jest taki zwyczaj, że dla nowego ucznia (oczywiście to nie dotyczy pierwszych roczników) wyprawia się przyjęcie powitalne. Zwykle organizator takiej imprezy jest wybierany przez tegoż nowicjusza, ale pomyślałam, że w tym wypadku można zrobić wyjątek.

Na chwilę zapadła cisza.

- Czy… czy to znaczy, że przyjęcie odbędzie się w domu… doktora Cullena?

- Najprawdopodobniej.

Pisnęłam podekscytowana. Uścisnęłam babcię.

- Dziękuję ci. Bardzo, bardzo dziękuję.

- Cieszę się, że się cieszysz.

Roześmiałam się z szyku jej zdania.

- Idź spać, Jenny. Jutro twój wielki dzień.

Przytaknęłam i pobiegłam do pokoju. Wykonałam niezbędną toaletę i położyłam się do łóżka. Zasypiając, myślałam o przystojnym doktorze Cullenie.