Ta część jest krótka, raczej nie można jej nazwać rozdziałem, a raczej dodatkiem do rozdziału pierwszego. Miłego czytania:)
Dziękuję Emmbryo i osiaa93 za komentarze:)
DISCLAIMER: I DO NOT OWN TWILIGHT.
PW: Jasper
Słona, ohydna, choć przyjemnie ciepła krew zająca spływała mi do gardła uśmierzając pragnienie. Nie lubiłem zwierzęcej krwi, ale wiedziałem, że to jedyne rozwiązanie. Jednak ten śmierdzący roślinożerca… Ohyda. Westchnąłem. W ostatnim czasie musieliśmy polować w pobliżu domu, choć wokół Vancouver naprawdę nie było nic godnego uwagi. Tylko zające, szczury i psy. Zazdrościłem Emmetowi i Rosalie, którzy pod pretekstem studiów wyjechali na Alaskę. Tam przynajmniej były niedźwiedzie.
Wróciłem do domu w ułamku sekundy – nie polowałem daleko. Od razu uderzyły mnie emocje, które od siedemnastu lat niezmiennie towarzyszyły mojej rodzinie. Ból. Smutek. Tęsknota. Najbardziej przytłaczały mnie uczucia Edwarda, który siedział zwinięty w swoim pokoju nie wykazując żadnych oznak życiowych. Ożywał tylko na wizyty Nessie i większe polowanie. Pamiętam jak długi czas musieliśmy go odwodzić od samobójczych myśli. Na szczęście udało się nam – mi, Alice i Esme – przekonać go, że musi żyć dla Renesme. Edward niezmiennie czuł ból i tęsknotę. Przeżywając to, co on, spadałem w czarną otchłań. Rozpadałem się, a każdy kawałek mojego ciało rozrywano na strzępy. Najbardziej bolało serce. Nie umiałem udźwignąć takiego ciężaru cierpienia i nie umiałem go uśmierzyć. Nic, oprócz córki, nie pomagało Edwardowi. Mi – temu, który czuł to samo – pomagała Alice. Wiedziała, jak jest ze mną źle i będąc przy mnie, myślała tylko o mnie. Nie o Belli, za którą tak rozpaczała. Za którą wszyscy tęsknili. Miłość Alice tłumiła edwardowe cierpienia, potrzebowałem jej bardziej niż kiedykolwiek. Esme… była smutna. Jak zawsze. Straciła córkę, a przez to syna, który nie reagował prawie na nic.
Przytuliłem Alice, która pojawiła się na dole sekundę przed moim przyjściem.
- Witaj, kochanie.
- Cieszę się, że już wróciłeś. Zaraz przyjdzie Carlisle.
- A… Renesme? – spytałem cicho. Moja bratanica cały weekend spędziła z Jacobem.
- Chyba… nie – odszepnęła delikatnie.
W pokoju na górze rozległ się jakiś trzask. Edward stał przed nami z wściekłą miną.
- Czemu nie? – warknął.
Był wściekły. Nie mógł się pogodzić z faktem, że jego córka spędza więcej czasu z psem, a nie z nim.
- A żebyś wiedział – odpowiedział na moje myśli.
Próbowałem go uspokoić, choć nie wiem, czy gniew nie był lepszy od tej całej rozpaczy za Bellą.
- Nie wypowiadaj jej imienia – warknął Edward.
- Nie wypowiadam. Tylko myślę.
- To nie myśl. Gdzie jest Renesme?
- A jak sądzisz? – odparowała Alice.
Popatrzył na nią przez chwilę, poczym wybiegł w wampirzym tempie z domu.
- Edward! – Esme zawołała za nim. Bała się i chciała pobiec za nim.
Alice ją powstrzymała – Biegnie do Jacoba. Nie chce się zabić. Co najwyżej zabić zięcia.
Zaśmiałem się. Mój brat nigdy nie odważy się „zlikwidować" Jake'a z powodu Nessie. Do domu wszedł Carlisle.
- Co tu się stało? – spytał zdezorientowany. – Widziałem, że Edward gdzieś biegł. Rozwścieczony.
- Odezwał się w nim nadopiekuńczy tatuś – wywróciłem oczami.
- Och, Renesme nas nie odwiedzi?
- Nie – odparła Alice.
- Szkoda – mruknęła Esme.
- Może to i dobrze, że Edwarda nie ma – odpowiedział Carlisle. – Byłem u tej nowej dziewczyny.
Usiadł na kanapie w salonie, a my dołączyliśmy do niego po chwili. Robiliśmy to z przyzwyczajenia. Choć było nam wygodnie stojąc, tyle lat życia wśród ludzi wpływa nawet na nieśmiertelnych.
- I jaka jest? – spytała Esme.
W Carlisle'u pojawiło się wiele różnych emocji. Rozbawienie. Podekscytowanie. Tęsknota. Lekki podziw. To była b a r d z o dziwna mieszanka.
- Miła. Przyjechała z Los Angeles opiekować się babcią.
- To już wiemy – rzekła zniecierpliwiona wróżka w moich ramionach. Pocałowałem czubek jej kochanej głowy.
- Kiedy otworzyła mi drzwi, była bardzo zdziwiona – zaśmiał się, a potem nagle spoważniał. – Ma oczy Belli.
Teraz to zrozumiałem. To stąd ta tęsknota. Carlisle tęsknił za Bellą jak my wszyscy, a wspomnienie tamtej dziewczyny spotęgowało to uczucie.
- Coś jeszcze ma z Belli? – spytała delikatnie Esme.
- Z wyglądu to… - był wyraźnie zakłopotany. – usta. Ale włosy ma inne. Trochę jaśniejsze od Tanyi. I ma ciemniejszą karnację o jeden, dwa tony od Belli.
- W końcu pochodzi z L.A. Powinna być opalona – mruknęła Alice.
- Ona nie jest opalona – zaprzeczył szybko Carlisle. – Po prostu nie jest blada.
- Czemu była zdziwiona? – zapytała Esme.
Wróciło podekscytowanie i rozbawienie. Spojrzałem na naszego przywódcę. – Dobrze się czujesz, Carlisle?
- Ty chyba wiesz najlepiej, jak się czuję – odgryzł się.
- Tak, po prostu… nie rozumiem.
Wampirzyce spoglądały między nas nie wiedząc, o co chodzi.
- Ona interesuje się medycyną – wyjaśnił nasz ojciec. – Znała moje osiągnięcia, wynalazki. Powiedziała, że jestem sławny i chciała mój autograf. - Zachichotał. - Nie mogła uwierzyć, że ja to ja. A poza tym – odwrócił się do Alice. – jej babcia…
- Tak!!! – wykrzyknęła moja ukochana, przytulając Carlisle'a. Po chwili tańczyła radośnie na środku salonu.
- Jej babcia co? – dopytywała się Esme.
- Poprosiła mnie, żeby Alice zorganizowała jej wnuczce przyjęcie. Oczywiście zgodziłem się.
Zawsze podziwiałem Carlisle. Był bardzo mądry. Radość mojej miłości była taka lekka i słodka. Podszedłem do małej wróżki i pocałowałem ją z pasją. Oddała mi pocałunek z całą swoją żywiołością, zanurzając swoje delikatne dłonie w moich włosach. Pożądanie wybuchło we mnie podwójnie i już po sekundzie kładłem ją na łóżko w naszym pokoju. Za kilka godzin miał wrócić naburmuszony Edward z całym swoim cierpieniem, ale teraz istniała tylko Alice. Moja ukochana wróżka.
