Witam:) Nie spodziewałam się tak wielu komentarzy i za wszystkie bardzo, bardzo dziękuję:) Jak je czytam od razu chce mi się pisać:P

Przed wami nowy rozdział, enjoy:

Disclaimer: I do not own Twilight.


Chapter two

'Cause I don't care, if I loose my mind
I'm already cursed
Alexander Rybak; „Fairytale"

Yston's High School leżało daleko od centrum Vancouver. Uczyła się w nim młodzież z przedmieści, które nie należały do najbogatszych części miasta. Budynek liceum pochodził z zapewne początku trzeciego tysiąclecia, sądząc po jego prostym, niewyszukanym wyglądzie. Był zbudowany na planie prostokąta, miał trzy kondygnacje (cztery, jeśli istniała piwnica). Jego ściany zostały pomalowane na zielono. Fundamenty wyglądały solidnie i cała budowla nie była z drewna, a raczej z płyt betonowych lub cegieł. Główne wejście, do którego prowadziły szerokie, szare schody, było równie proste, pozbawione jakichkolwiek ornamentów jak reszta budynku. Cieszyłam się, że w obecnych czasach zaprzestano realizacji podobnych architektonicznych pomysłów. Dzisiaj budowano szklane budowle, niektóre o bardzo wymyślnych kształtach. Słyszałam na przykład, że w jakiejś mieścinie o nazwie Forks znajdowała się komenda policji w kształcie łabędzia, a w Queensbury francuska restauracja o wyglądzie żaby.

Pod szkołę zajechałam bardzo wcześnie. Na parkingu były na razie tylko dwa pojazdy. Zatrzymałam swoją hondę blisko wejścia i wysiadłam. Skierowałam swe kroki w stronę szkoły.

Bez trudu znalazłam sekretariat. Otrzymałam swój nowy plan zajęć, a sekretarka wyjaśniła drogę do poszczególnych sal. Po tych wskazówkach udałam się pod pierwszą klasę. Korytarze, którymi szłam, były opustoszałe. Do początku lekcji zostało około dwadzieścia pięć minut. Usiadłam na ławce pod salą nr 162 i wyjęłam z torby „Dumę i Uprzedzenie". Zaczęłam czytać od momentu przyjazdu Elizabeth do Kent i już po chwili lektura wciągnęła mnie we wspaniały świat XIX-wiecznej Anglii.

Nie minęło pięć minut jak usłyszałam pierwsze kroki. Na początku korytarza, tuż przy schodach, pojawiła się para. Wysoki, opalony mężczyzna o indiańskich rysach oraz krótko ściętych włosach miał na oko dwadzieścia pięć – siedem lat. Był ubrany w białą koszulę, brązową marynarkę i jasne dżinsy z łańcuchem na lewej nogawce. W prawej ręce trzymał czarną walizeczkę. Dziewczyna wyglądała na moją rówieśniczkę. Miała zjawiskowe, brązowe, falowane włosy, a także czekoladowe oczy jak ja. Była piękna. Nosiła szarą tunikę na krótki rękaw oraz popielate rurki. Nie wiedziałam, co łączy tych dwoje. Może nic. A może coś poważnego i głębokiego. Podczas marszu rozmawiali ze sobą. On wpatrywał się w nią intensywnie, chyba o coś pytając. Ona unikała jego wzroku, odpowiadając krótko. Oboje byli bardzo przygnębieni.

- Zobaczysz, za kilka lat wszystko się zmieni – usłyszałam słowa mężczyzny. – A do tego czasu… Będę czekał.

Dziewczyna spojrzała na niego smutno, ale nie odpowiedziała. Stanęli przed pokojem nauczycielskim, mieszczącym się naprzeciw mnie. Indianin poklepał szatynkę po ramieniu, mrucząc „Będzie dobrze", i zniknął za drzwiami. Szybko powróciłam do książki, żeby nieznajoma nie zauważyła, iż ją obserwuję. Usłyszałam koło siebie ciche westchnienie. Dziewczyna usiadła na drugim końcu ławki. Bawiła się indiańską plecionką, którą miała na nadgarstku, patrząc zamyślona na szkolny sufit. Wyglądała strasznie bezbronnie, niewinnie i smutno. Nie czułam przy niej nieśmiałości, chciałam do niej zagadać, kiedy w korytarzu rozległo się wołanie:

- Candy!!

- Ofi!!

Zobaczyłam tuż przy schodach przytulające się blondynki. Zachowywały się jakby minęły wieki od ich ostatniego spotkania, a mogłam się założyć, że nie widziały się tylko weekend. Dziewczyny trzymając się za ręce podeszły pod salę 162. Spojrzały na mnie z ciekawością.

- Jesteś nowa? – spytała błękitnooka blondynka.

- Tak – odparłam nieśmiało.

- Jak masz na imię? – dociekała druga, zielonooka.

- Jennifer.

- Candy – pierwsza wyciągnęła dłoń, którą zręcznie uścisnęłam.

- Ofelia – przedstawiła się jej koleżanka.

Wytrzeszczyłam oczy, a zielonooka zachichotała nerwowo.

- Moja mama była zakochana w szekspirowskim Hamlecie – wyjaśniła.

- Współczuję.

- Nie jest tak źle. Wszyscy na mnie mówią Ofi lub Fil, wolę to niż pełne imię.

Podczas naszej rozmowy korytarze liceum powoli zaczęły się zapełniać uczniami. Liczne powitania po weekendzie niosły się po holu. Candy spytała, skąd pochodzę, więc zaczęłam im opowiadać o Los Angeles.

- Hej, Candy!! – zawołał jakiś brunet. Dziewczyna spojrzała na niego i naburmuszyła się. Ścisnęła mocniej dłoń Fil.

- Czego chcesz, Matt?

Chłopak podszedł do nas z głupawym uśmiechem na twarzy.

- Umówisz się ze mną?

- Nie. Ile razy mam ci powtarzać, że mam kogoś?

Brunet wywrócił oczami i wtedy mnie dostrzegł.

- Cześć, jestem Matt – przedstawił się.

- A ja Jenny.

- Miło cię poznać, Jenny.

- Ciebie też – mruknęłam.

Zadzwonił dzwonek. Z pokoju nauczycielskiego wyszło kilka osób. Do naszej sali wpuściła nas korpulentna, starsza kobieta o surowym wyglądzie. Pani Matthews przedstawiła mnie całej klasie i kazała usiąść z Mattem, który okazał się świetnym informatorem. Powiedział mi, że do szkoły chodzi troje dzieci doktora Cullen – Alice, Jasper i Vanessa, którą, jak się dowiedziałam, już spotkałam. To była ta smutna dziewczyna sprzed lekcji. Brunet wzdychał do niej i rozwodził się nad jej urodą dobre kilka minut, a gdyby pani Matthews mu nie przerwała pewnie klepałby o niej jeszcze długo. Domyśliłam się, że nie tylko on jeden podkochiwał się w Vanessie, a z tego co mówił Matt wynikało, iż dziewczyna odrzuciła wszystkie jego zaloty. Zastanawiałam się, kim był tajemniczy, opalony mężczyzna, ale nie mogłam o to spytać kolegę z powodu nauczycielki. Po matematyce miałam angielski z panem Jacobem Blackiem.

Po dzwonku do sali wszedł znajomy Indianin. Ogarnął wzrokiem całą klasę, zatrzymując spojrzenie na mnie:

- Ty musisz być Jennifer Smith.

Przytaknęłam.

- Zostań po lekcji, a na razie postaraj się za nami nadążać – powiedział, poczym zwrócił się do całej klasy. – Pochowajcie wszystko i wyjmijcie karteczki.

Zbiorowy jęk protestu wypełnił pomieszczenie.

- Natychmiast! Jennifer, ty nie musisz pisać.

- Farciara – mruknął Matt siedzący obok. Wywróciłam oczami.

- Przygotowani? Dzielimy się na dwa rzędy, jak zawsze. Rząd pod ścianą pisze: Jaka piosenka śniła się Majorowi? Rząd drugi…

Nauczyciel podał piętnaście pytań każdej grupie dotyczących „Folwarku Zwierzęcego". Czytałam tę książkę i mimo że nie podobała mi się, z łatwością potrafiłabym rozwiązać podobną kartkówkę. Koło mnie Matt pocił się nad szóstym pytaniem: „ Do jakiego hasła sprowadzono wszystkie przykazania?".

- Cztery nogi dobrze, dwie nogi źle – szepnęłam koledze.

Od razu poczułam na sobie wzrok nauczyciela, jednak Indianin usiadł przy biurku i nie wyciągał żadnych konsekwencji.

Jako pierwsza sprawdzian skończyła Vanessa Cullen. Siedziała w ławce bezpośrednio złączonej ze stolikiem nauczyciela, więc nie musiała nawet wstawać, by oddać swoją pracę.

- Muszę sprawdzać? – wyszeptał do niej pan Black.

- A jak sądzisz? – usłyszałam cichutki głos szatynki. – Doskonale wiesz, że mam wszystko dobrze.

Zawsze miałam bardzo wyostrzony słuch. Niektórzy moi dawni znajomi dziwili się, iż potrafiłam ułowić uchem rzeczy, które dla nich były zbyt ciche. Teraz też wydawało mi się, że oprócz mnie nikt w klasie nie jest w stanie usłyszeć tej szeptanej rozmowy.

- Szkoda, że nie mam więcej takich uczniów jak ty. Nie spędzałbym tyle czasu na sprawdzanie ich głupot.

- Chyba muszę cię zasmucić. Jestem jedyna w swoim rodzaju. Wyjątkowa.

- Wiem. I za to cię kocham.

Zaczęłam kaszleć, zwracając na siebie uwagę całej klasy. Byłam zdumiona, zszokowana. Czy pan Black powiedział właśnie to, co powiedział? Nauczyciel wyznał miłość uczennicy? Jak oni… Czułam się zgorszona. Jak taki dorosły mężczyzna śmiał uwieść tę młodą dziewczynę? Bałam się o Vanessę, sama nie wiedząc czemu.

Pan Black spojrzał na mnie z ukosa.

- Wszystko w porządku, Jennifer?

- Tak – odparłam hardo. – A z panem?

Wszyscy wybuchli śmiechem. Wszyscy, oprócz Nessie oraz Indianina. Mężczyzna zmarszczył czoło.

- Rzekłbym, że nie najgorzej. Masz jakiś powód, żeby w to wątpić? – spytał, co jeszcze bardziej rozbawiło klasę.

- Mam.

- Zatem podzielisz się nim po lekcji.

- Dobrze.

Nauczyciel uciszył chichoczącą klasę. Czułam na sobie wiele ciekawskich spojrzeń. Czerwony rumieniec powoli wpełzał na moją twarz. Matt oddał swoją pracę, a reszta uczniów, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki poszła w jego ślady. Przez pięć minut pan Black sprawdzał kartkówki, poczym kazał Candy rozdać ocenione prace. Spojrzałam na kartkę Matta – dostał piątkę.

Indianin zaczął nowy temat, przerywając klasie porównywanie sprawdzianów. Omawiał „Folwark Zwierzęcy" znacznie ciekawiej niż moja dawna nauczycielka angielskiego. Poza tym miał taki ciepły, strasznie znajomy głos…

Po lekcji zostałam w klasie. Co prawda, Candy, Fil oraz Matt chcieli pozostać ze mną, jednak razem z nauczycielem udało mi się ich wyprosić. Czułam, że moje spostrzeżenia dotyczące uczuć mężczyzny powinnam załatwić z nim sam na sam. W sali była jeszcze Vanessa, która chyba nie planowała wyjść. Jednakże jej nie miałam serca wyrzucać, Indianin widocznie też nie. Pan Black wręczył mi listę lektur.

- Masz może stary zeszyt z notatkami, Jenny? Chciałbym je przejrzeć – powiedział.

Więc teraz byłam dla niego „Jenny"?

- Tak, mam.

Wyciągnęłam z torby to, o co prosił.

- Dziękuję.

Usiadł na blacie biurka, przeglądając mój zeszyt. Patrzyłam, jak Vanessa usadawia się koło niego.

- Zatem… jaki był powód twojego aroganckiego pytania? – spytał Indianin, nie przerywając kartkowania moich notatek.

- Bo pan jest nauczycielem, a mimo to… podrywa pan uczennice.

Mężczyzna spojrzał na mnie zdziwiony.

- Podrywam uczennice?

- Tak. Na przykład podczas lekcji nazywał mnie pan „Jennifer", a teraz mówisz do mnie „Jenny".

- Przepraszam – odrzekł zdumiony. – Mogę cię tytułować „Miss Smith", jeśli popularne zdrobnienie twojego imienia uważasz za oznakę podrywu.

Vanessa zachichotała.

- Tu nie chodzi o mnie! – zdenerwowałam się.

- A o kogo?

- O nią – wskazałam na szatynkę.

Twarze obojga były tak zszokowane, że miałam ochotę się śmiać.

- Dlaczego tak sądzisz? – spytał cicho nauczyciel po chwili milczenia.

- Ponieważ słyszałam, jak wyznawałeś jej miłość.

- Wyznawałem jej miłość?

- Nie rób ze mnie głupiej! Dobrze wiem, co mówiliście podczas lekcji. Pan najpierw spytał, czy musi sprawdzić jej kartkówkę; ona odpowiedziała, że przecież zdajesz sobie sprawę z bezbłędności jej testu. Wyraziłeś żal, iż nie masz więcej takich uczniów jak Nessie, która potwierdziła swoją wyjątkowość. Wtedy pan wyznał jej miłość.

- I ty to wszystko słyszałaś? – zapytała dziewczyna.

- Tak.

- Jak? Mówiliśmy b a r d z o cicho – dodał pan Black

Wzruszyłam ramionami.

- Od dziecka miałam wyostrzony słuch.

Zapadła cisza. Dopiero nauczyciel odważył się ją przerwać:

- Dziękuję za zeszyt. Jesteś do przodu z materiałem, więc przez następne kilka lekcji pewnie będziesz się nudzić. Jak chcesz mogę dać ci jakieś dodatkowe zadanie albo…

- Nie trzeba – przerwałam mu chłodno i schowałam notatki do torby.

- Dlaczego tak bardzo cię interesuje, co jest między mną a Jacobem? – wtrąciła Vanessa.

Przygryzłam wargę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Prawda była taka, że się o nią martwiłam, mimo że jej nie znałam. W końcu odrzekłam:

- On nie jest dla ciebie odpowiedni.

To były złe słowa. Dziewczyna pobladła, a jej oczy momentalnie wypełniły się łzami. Zeskoczyła z biurka i odeszła do okna. Usłyszałam jej cichy szloch. Patrzyłam na to zdziwiona. Nie wiedziałam, że moja opinia może tak zadziałać.

- Ja… przepraszam. Nie chciałam…

- Wyjdź – przerwał mi ostro pan Black, który przytulał Nessie. – I nie waż się komukolwiek o nas wspominać, bo pożałujesz.

Bez słowa wyszłam z pomieszczenia. Przechodząc przez drzwi, usłyszałam ciche słowa dziewczyny: „Dlaczego wszyscy to powtarzają?".

***

Na przerwie na lunch usiadłam oczywiście z Mattem, Candy i Ofelią. Dosiadł się do nas jeszcze jeden chłopak – piegowaty rudzielec David oraz dziewczyna – wysoka brunetka Betty. Wszyscy podziwiali moją arogancję wobec pana Blacka i pytali, co mu powiedziałam po lekcji. Odpowiadałam, że nic, bo zapomniał o tym wspomnieć. Matt podziękował mi za podpowiedź, poczym Betty wciągnęła mnie w rozmowę o ulubionych filmach.

Dopiero w połowie przerwy zauważyłam Vanessę. Siedziała przy stoliku oparta o ramię bladego blondyna. Czarnowłosa dziewczyna obok nich była bardzo zamyślona.

- Kim oni są? – spytałam Matta, który podążył za moim wzrokiem.

- Ach, Cullenowie. Jasper i Alice. Vanessę już znasz.

- Przedstawisz mnie im?

- Oni są dziwni…

- Proszę? – spojrzałam na niego błagalnie.

Zaśmiał się i wstał.

- Jasne. Dla ciebie wszystko.

Zarumieniłam się, poczym poszłam za nim w kierunku rodzeństwa.

PW: Jasper

Lubiłem liceum. Właściwie lubiłem każde miejsce bez Edwarda. Serio, jego stan mnie dobijał i bycie przy nim nie służyło żadnemu z nas. Ja czułem jego emocje dzięki darowi, on odczytywał moje myśli pełne jego bólu, a przez to cierpiał jeszcze bardziej i wtedy mi również było ciężej. Doprawdy, istne błędne koło. Nie potrafiłem pomóc mojemu bratu, choć tak bardzo chciałem. Po prostu… jego uczucia były zbyt silne dla mojego talentu.

Dziesięć lat temu wyrobiłem sobie już całkiem niezłą samokontrolę (choć nigdy nie dojdę do poziomu Carlisle'a czy Edwarda). Przebywanie z ludźmi stało się prostsze. Umiałem skutecznie tłumić pragnienie. Lubiłem liceum, bo emocje dzieciaków, choć tak różne, odwracały moją uwagę od bólu. Ludzie bywali zadowoleni, podekscytowani, rozbawieni i często znudzeni. To ostatnie uczucie wprost kochałem. W większej ilości wprawiało mnie ono w stan bliski snu, co dla ponad stuletniego wampira jest naprawdę ciekawym doświadczeniem. Właśnie dlatego na najnudniejszy przedmiot w szkole z najnudniejszym nauczycielem pod słońcem chodziłem z uśmiechem na ustach.

Jednakże dzisiaj nie obchodziły mnie emocje ludzi. Liczyła się tylko ona. Renesmee. Uczucia Edwarda po powrocie od Jacoba bardzo mnie zaniepokoiły. Mój brat najpierw czuł triumf i zadowolenie, jednak po chwili przytłoczyły go straszne wyrzuty sumienia i nienawiść do samego siebie. Patrzyłem wtedy przerażony na Edwarda, który bez słowa poszedł do swojego pokoju i zwinął się w kłębek jak to miał w zwyczaju. Pytałem go w myślach, co się stało, ale nie raczył odpowiedzieć. Postanowiłem zatem dowiedzieć się tego od Renesmee.

Moja bratanica siedziała sama przy odległym stole w stołówce. Była smutna, czyli nic nowego. Podszedłem do niej, trzymając Alice za rękę.

- Witaj, Nessie.

- Czołem, wujku – odpowiedziała przytłumionym głosem.

- Och, kochanie – Alice od razu ją przytuliła. – Widzę to, ale nie rozumiem. Czy to przez Edwarda?

- Tak i nie. W tym też jest moja wina.

- O czym wy mówicie?

Postawiłem tackę z jedzeniem na stole i usiadłem po lewej stronie Nessie, a Alice po prawej.

- Więc? Powiecie mi, o co chodzi?

- Byłam przez weekend z Jacobem – zaczęła tłumaczyć Renesmee, rumieniąc się lekko przy następnych słowach: - Czas nam tak szybko upływał…

- Nie musimy znać szczegółów.

- Mów za siebie, Jasper – odparła Alice. – Ja je chętnie poznam.

Przewróciłem oczami, śmiejąc się lekko. Nessie, nieco zakłopotana wymamrotała: „Później, ciociu Alice" i wróciła do opowieści:

- Właśnie pomagałam Jake'owi przygotować ciekawe lekcje, kiedy do mieszkania wpadł tata. Był wściekły.

Renesmee przerwała, jej oczy wypełniły się łzami.

- Powiedział, że jestem za młoda, by mieszkać z Jacobem. A ja mam przecież dwadzieścia pięć lat! Od osiemnastu lat jestem dorosła! T-tata mówił, że mam wybierać p-pomiędzy nim a Jake'm i że jeśli on[Edward] nie jest mi potrzebny to odejdzie… Pamiętałam, co mi mówiliście, ż-że po śmierci mamy, on chce umrzeć i ż-że żyje tylko dla mnie. Dlatego wybrałam tatę i powiedziałam, iż dziś po szkole wrócę do domu dziadka.

- Co na to Jacob? – spytała delikatnie Alice.

- Nic nie mógł zrobić – łkała Nessie. Wysłałem jej falę spokoju, ganiąc się w myślach, gdyż powinienem zrobić to wcześniej. Moja bratanica uśmiechnęła się smutno do mnie i ciągnęła dalej: - Tata przerywał każde jego próby wtrącenia się; krzyczał, że Jake jest dla mnie nieodpowiedni, że to jego wina, iż mama zginęła… Tata powiedział do niego: „Od jutra masz się trzymać od niej z daleka!".

- Edward kazał ci zerwać z twoim psiakiem? To właśnie widziałaś Alice?

- Tak.

- Dlaczego uważasz, że to twoja wina, Renesmee?

- Gdybym więcej czasu spędzała z tatą, nie doszłoby do tego.

- Nie wiń się, Nessie, proszę. Każdy członek naszej rodziny odczuwa wyrzuty sumienia i może zabrzmi to dość egoistycznie, ale mam tego dość. Weźcie mnie też pod uwagę, zaczynając stawianie sobie zarzutów. Ja czuję to, co wy siedem razy mocniej. To naprawdę nie jest przyjemne. Nikt nie zawinił w sprawie śmierci Belli. To była jej suwerenna decyzja, chciała nas chronić. Zatem Nessie, przestań się zadręczać o zerwanie z Jake'm. Edward już teraz żałuje tego, co zrobił, więc łatwo do siebie wrócicie.

Przez chwilę nikt nic nie mówił, poczym Renesmee zachichotała.

- Masz rację, to zabrzmiało strasznie egoistycznie, wujku. Zwłaszcza środek.

A potem znów się zasmuciła.

- Co jest Nessie?

Westchnęła i oparła się o moje ramię.

- Ta nowa dziewczyna… Jennifer, ona wie o nas – o mnie i Jake'u. Na angielskim siedziała za mną i podsłuchała jak Jacob szeptał, że mnie kocha. Dziewczyna ma strasznie dobry słuch. Coś z nią jest nie tak. Może nie jest człowiekiem? Tylko półwampirem jak ja.

- Sprawdzimy to – zapewniła ją Alice. – Co było dalej?

- Została po lekcji, bo Jake musiał z nią pogadać o jej dawnej szkole. Ona powiedziała o tym, co słyszała i stwierdziła, że… że Jacob jest dla mnie nieodpowiedni.

Rozkleiła się znowu, więc natychmiast ją uspokoiłem.

- Najpierw tata, teraz ona. Dlaczego? Czemu wszyscy to powtarzają? Kocham Jake'a, a on kocha mnie. Jesteśmy dla siebie stworzeni, prawda ciociu?

- Oczywiście, skarbie. Co się stało później?

- Później? Jacob kazał jej wyjść i zagroził, żeby nikomu o nas nie mówiła.

Zapadła cisza. Bezwiednie głaskałem Nessie po włosach, a Alice sprawdzała przyszłość.

- Nie widzę, by coś się zmieniło, poza tym, że Tanya nas wkrótce odwiedzi – powiedziała moja ukochana.

Usłyszeliśmy za sobą kroki w naszą stronę. Odwróciliśmy się i zobaczyłem blondynkę o czekoladowych oczach prowadzoną przez Matta. Brunet nie raz nagabywał Nessie, aby się z nią umówić. Kiedyś nawet przyjechał do naszego domu z bukietem róż dla niej. To był ciężki okres dla Renesmee. Wiele razy przyłapywałem ją na myślach o morderstwie chłopaka, choć do tego czynu najbardziej był skłonny Jacob. Zaśmiałem się w duchu z tych wszystkich niesprawiedliwych ocen stawianych przez wilkołaka Mattowi. Rodzice bruneta byli oburzeni i Jake nieomal wyleciał z pracy.

- Cześć – przywitał się nieśmiało chłopak, poczym wskazał na nową uczennicę. – To jest Jennifer.

- Miło cię poznać, Jennifer. Jestem Jasper.

Dziewczyna spłonęła rumieńcem. Emanowała z niej nieśmiałość i skrucha. Doleciał do mnie jej zapach i pragnienie wybuchło we mnie z nową siłą. Cieszyłem się, że potrafiłem je skutecznie zwalczać. Blondynka pachniała słodko, owocowo, trochę jak malina, pomarańcza i truskawka z nutką wanilii. Jednak w jej zapachu było coś dziwnego. Z pewnością nie była pół-wampirem ani wilkołakiem, ale… Jeśli lód ma jakąś woń to jej niewielki cień można było wyczuć u Jennifer. I nie tylko lód. Jeszcze coś jakby… ogień?

- Możesz już iść, Matt – odezwała się Alice.

- Och, tak. Jasne. Do zobaczenia, Jenny!

Najszybciej jak tylko mógł odszedł od naszego stolika. Instynktownie wiedział, że jesteśmy niebezpieczni. Bał się i dobrze.

- Przepraszam, Nessie – usłyszałem obok siebie głos… głos Belli.

Spojrzałem zdumiony na blondynkę. Wiedziałem, że Carlisle coś ukrywa. Podobieństwo w ustach i oczach nie były wystarczające, by wzbudzić w nim taką tęsknotę, jaką czuł. Ale głos… to co innego.

- Nie chciałam… Nie wiedziałam, że tak to odbierzesz. Ja…

- Dlaczego mówisz na mnie Nessie?

- Bo do ciebie nie pasuje Vanessa – odparła cicho Jennifer.

Przyglądałem się tej dziewczynie zdziwiony. Kiedy patrzyła na Renesmee biła od niej taka aura jak często od Esme lub Rosalie. To były takie matczyne uczucia: troska, opiekuńczość, czułość. Nie rozumiałem powodu tych emocji u Jennifer. Może miała jakiś przerośnięty instynkt macierzyński?

- A co do mnie pasuje? – prychnęła Nessie.

- Renesmee – odrzekła Jenny.

PW: Jennifer

- Renesmee – powiedziałam, zaskakując siebie i Cullenów. Zanim ktokolwiek się odezwał, Alice zmieniła temat:

- Wiesz, że organizuję twoje przyjęcie?

Przytaknęłam.

- Co powiesz na piątek?

- Nie ma sprawy.

- Świetnie! – wykrzyknęła entuzjastycznie, poczym stanęła na stolik i zagwizdała, zwracając na siebie uwagę całej stołówki:

- Impreza dla Jenny w piątek w moim domu! Wszyscy są zaproszeni, zaczynamy o szóstej! Kto nie zna adresu to do Jaspera!

Rozległy się oklaski, wiwaty i ogólna radość. Blondyn ze skwaszoną miną wyrzekł ciche: „Wielkie dzięki, Alice" na co ona i ja wybuchłyśmy śmiechem. Czułam, że zostaniemy dobrymi przyjaciółkami.

Zabrzmiał dzwonek i wraz z Nessie udałam się na naszą kolejną lekcję. Nie wiedziałam, czy mi wybaczyła tamte słowa. Milczałyśmy całą drogę. Gdy tylko znalazłam się w zasięgu wzroku Matta, chłopak zaczął bombardować mnie pytaniami o Alice i imprezę.

Po szkole wróciłam do domu. Babcia czekała na mnie z obiadem. Po krótce opowiedziałam jej swój dzień. Była zadowolona, że już dogadałam się z Cullenami. Jak tylko wparowałam do swojego pokoju od razu włączyłam laptopa. Zaczęłam pisać do Vanessy (z Los Angeles) szczegółową relację z pierwszego dnia. Nie pominęłam niczego o Jasperze, Alice, panu Blacku, Nessie, Matcie, Candy i Fil. Kliknęłam „wyślij", a następnie utworzyłam nowego maila do Luke'a. Jemu, Weronice i rodzicom wysłałam skróconą wersję – opuściłam część sekretnego romansu.

Do wieczora odrobiłam nieliczne zadania domowe, pomogłam babci grabić liście w ogrodzie i już był czas kolacji. Tego dnia poszłam spać wyjątkowo wcześnie.