Disclaimer: I do not own Twilight=)
Chapter 3
Spróbuj uczynić gest
nim uwierzysz, że
nic nie warto robić.
~Hey: Moja i Twoja nadzieja
Szłam zaśnieżoną ulicą. Było zimno. I ciemno. Przemarzłam do szpiku kości. Mokre, białe płatki rozpływały się na moich policzkach. Drżałam. Nie czułam ust ani palców, ani nóg. Siarczysty mróz był potęgowany przez gwałtowny wiatr. Ledwo stawiałam kolejne kroki. Ubity śnieg chrzęścił pod stopami. Dokąd szłam? Tak ciemno, zimno wszędzie… Tylko w dali migotały światła Cerkwi Wasyla Błogosławionego…
Obudziłam się gwałtownie. Porozglądałam się po pokoju i natychmiast zamknęłam balkonowe drzwi. Brr. Dreszcz przeszedł mnie od stóp do głów. Od razu założyłam na pidżamę swój jedyny sweter. Do zapamiętania: nigdy więcej otwartych na noc okien ani balkonów. Chyba za bardzo przyzwyczaiłam się do ciepłego klimatu Los Angeles.
Och… Tak bardzo chciałabym być teraz w Mieście Aniołów – pomyślałam patrząc na pochmurne niebo za oknem. Tam pewnie jest teraz słonecznie i ciepło jak zawsze. Spojrzałam na zegarek: 6:54. Niedługo Luke z Vanessą spotkają się przed Octavian Street – nowej ulicy, na której mieszka Weronika. Będą mieli problem z dobudzeniem dziewczyny, więc przedtem przyniosą morską wodę i pomimo że ten sposób wyrwania ze snu jest bardzo drastyczny, obleją śpiącą całym wiaderkiem. Następnie śmiejąc się, wszyscy razem pójdą do szkoły. Po lekcjach wybiorą się na plażę. Dziewczyny będą się opalać, a Luke zaproponuje im grę w siatkówkę. Dopiero po licznych namowach Vanessa i Wera przystąpią do zabawy, w której udział weźmie również reszta mojej dawnej klasy. Westchnęłam. Tęskniłam za tym wszystkim, choć to był mój dopiero trzeci dzień w Kanadzie.
Wstałam, uszykowałam się do szkoły i zeszłam na śniadanie pomimo wczesnej pory. Babcia też była już na nogach i właśnie krzątała się w kuchni. Nuciła jakąś starą piosenkę, smażąc jajka. W ogóle nie wyglądała na chorą. Po chwili nałożyła mi dużą porcję jajecznicy z bekonem.
W szkole przywitały mnie Candy i Fil, a po chwili dołączył do nich Matt. Lekcje ciągnęły się i nic ciekawego się nie działo. Co prawda, poznałam kilka nowych osób – Briana, Angelę, Toma. Chciałam pogadać z Vanessą, ale dziewczyna wciąż mnie unikała. Na angielskim pan Black również nie zwracał na mnie uwagi, tylko na początku lekcji rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie.
Dzwonek oznajmił przerwę na lunch. Poszłam do stołówki w towarzystwie znajomych. Do naszego stolika dosiadła się Cynthia – rudowłosa dziewczyna o czarnych oczach. Poczułam lodowaty dotyk na swoim ramieniu. Podskoczyłam lekko i spojrzałam w górę. Nade mną stała uśmiechnięta Alice.
Coś było nie tak. Poczułam lekkie zawroty głowy. Szkolny gwar przycichł, a potem nagle stołówka wypełniła się śniegiem i znalazłam się na mroźnej, ciemnej drodze.
Szłam dalej w stronę odległych świateł. Ulice w nocy były puste. Marzłam. Nie. Z a m a r z a ł a m. Było tak zimno. Nienawidzę śniegu. Patrzyłam pod nogi próbując omijać większe zaspy. Nagle zderzyłam się z czymś twardym, a jednocześnie na tyle miękkim, że nie mogło być ścianą ani latarnią. Przewróciłam się i spadłam na twardy, mokry chodnik.
Ktoś potrząsnął moje ramię. Ocknęłam się i zamrugałam. Siedziałam przy stole, w stołówce, przede mną była moja niedokończona kanapka.
- Wszystko w porządku, Jen? – spytał Matt. Jen?
- Ttak – odparłam lekko drżącym głosem. – Zamyśliłam się.
- Może dołączysz do naszego stolika, Jenny? – spytała Alice stojąca nade mną. – Omówimy twoją imprezę.
Kiedy nikt nie zaprotestował, wstałam i poszłam za brunetką. Zajęłam miejsce między Jasperem a Nessie. Alice usiadła naprzeciw mnie. Nie przestawała się uśmiechać.
- Zastanawiałam się… Jaki jest twój ulubiony kolor?
- Uhm… Mam dwa ulubione: zielony i miodowy.
- Wolisz pomarańcze czy brzoskwinie?
- Pomarańcze. Jaki to ma związek z imprezą?
- Po prostu chcę wiedzieć, co lubisz. Łatwiej będzie mi wszystko skomponować.
- Skomponować? Nie musisz się tak bardzo starać – odparłam.
Alice zignorowała mnie, pochłonięta własnymi myślami.
- Pomogę ci w przygotowaniach – powiedziałam.
Jej oczy zabłysły, na ustach zagościł konspiratorski uśmiech:
- To dobrze. Może najpierw pojedziemy na zakupy? Jutro?
- Jasne, czemu nie.
Zadowolona brunetka odwróciła się do Renes… tzn. Vanessy.
- Jedziesz z nami, Ness – rozkazała.
- Po co? Nie mam ochoty – broniła się dziewczyna.
- Tym razem się nie wymigasz – uśmiechnęła się chytrze Alice.
- W środy zawsze mam najwięcej zadane, a poza tym nie chcę zostawiać… taty.
- Nim się nie przejmuj. Jestem pewna, że mnie poprze. A zadania mogę zrobić za ciebie.
- Super – warknęła Nessie i wściekła wyszła ze stołówki.
- Dlaczego ją denerwujesz? – odezwał się Jasper.
Alice patrzyła na niego chwilę w milczeniu, poczym odpowiedziała:
- Musiałam to zrobić. Dobrze wiem, co jest dla niej najlepsze.
Zadzwonił dzwonek i odeszłam od nich, kierując się na chemię.
PW: Jasper
Wiedziałem, że Alice coś przede mną ukrywa. Cały dzień była cicha, zatopiona w wizjach nieodgadnionej przyszłości.
- Nadchodzą wielkie zmiany – odezwała się moja ukochana, gdy czekaliśmy przy moim samochodzie na Renesmee.
- Masz rację. Z pewnością Esme będzie bardzo zdziwiona jak pomalujesz salon na zielono, a w kuchni zaczniesz piec torcik z pomarańczy.
- Bądź poważny, Jazz. Wcale nie zamierzam robić żadnej z tych rzeczy.
- To nie dotyczy imprezy, prawda? Więc czego? Tanyi? Mówiłaś, że przyjedzie w sobotę.
- Tak, Tanya ma taki zamiar. Ale to też nie chodzi o to. Po prostu… Zauważyłeś podobieństwo w głosie Jennifer do głosu Belli, kiedy jeszcze była człowiekiem?
- Oczywiście.
- To ciekawe, bo mówią, że nie ma na świecie dwóch takich samych głosów, a tu popatrz…
- Zbaczasz z tematu, Alice. Wspominałaś o zmianach, co do tego ma ta nowa? Jakie zmiany nas czekają?
- Nie widzę dokładnie, ale z początku na lepsze.
- Z początku?
- To dotyczy Renesmee. Stanie się szczęśliwsza zaprzyjaźniając się z Jenny.
- Dlatego ją ciągniesz na zakupy.
- Tak – zachichotała lekko, wtulając się w mój bok.
- Co widzisz później?
- Stanie się coś strasznego, ale… ale nie boję się. Wierzę, że przezwyciężymy to wszystko bez… kolejnych strat.
Przycisnąłem ją mocno do siebie, delikatnie całując w usta.
- Też w to wierzę.
- Jedziemy? – odezwała się Renesmee, która niespodziewanie pojawiła się przed nami. Nadal była zła. Uspokoiłem ją trochę.
Wsiedliśmy do samochodu i opuściliśmy szkolny parking, a Alice nie wracała już do tematu zmian.
PW: Jennifer
Nessie miała rację. Była środa i nauczyciele zadali mi więcej niż kiedykolwiek w L.A. Próbowałam część odrobić na przerwach, jednak z Candy trajkoczącą nad uchem kompletnie nie potrafiłam się skupić. Matt zaproponował, że kilka zadań zrobi za mnie, ale ja, głupia, odmówiłam. Szłam zła na siebie na szkolny parking.
- Witaj, Jenny! – znajomy głosik zaszczebiotał za mną.
Odwróciłam się i ujrzałam Alice opierającą się o żółte porsche. Obok niej stała Ness wyraźnie nie w humorze.
- Cześć, Al! – Cała moja złość gdzieś wyparowała.
- Wsiadaj – powiedziała ciepło i wskazała na przednie siedzenie pasażera.
Vanessa zajęła miejsce z tyłu.
- A gdzie Jasper? – spytałam.
W ciągu tych kilku dni zdążyłam zauważyć, że blondyn nie odstępuje swojej przyszywanej siostry na krok.
- Nie jest nam potrzebny. Wrócił do domu swoim samochodem.
***
Kupiłyśmy mnóstwo balonów (ciekawe kto je będzie nadmuchiwał…), papierowych talerzyków, sztućców, konfetti i szklanych kieliszków. Wszystko było wymysłem Alice, której niczym nie dało się przystopować. Wstąpiłyśmy później do odzieżowego i od razu zaczęłam szukać ciepłej kurtki oraz zimowych swetrów. Czarnowłosa kazała mi przymierzać coraz to nowe sukienki, a Vanessa gdzieś przepadła w dziale bielizny.
- Nie pasuje. Załóż tą – brunetka podała mi czarną, falbaniastą sukienkę, jednak nie zdążyłam jej nawet założyć, gdy dziewczyna wyrwała mi ją i dała inną mrucząc, że czarny do mnie nie pasuje. Przymierzyłam zatem czerwoną kreację.
- Powiesz mi w końcu, po co mam to wszystko zakładać? – spytałam chyba po raz setny.
- Dowiesz się w swoim czasie. Ta pasuje idealnie.
- Skoro tak, to pomożesz mi wyszukać kurtkę i…
- Jasne – przerwała mi brunetka i pognała między rzędy półek z golfami, porywając przy okazji sukienkę, którą właśnie zdążyłam zdjąć.
Alice była zwariowana, pełna życia, tryskała aż nadmiarem energii. Stanowiła kompletne przeciwieństwo swojej siostry. Jęknęłam w duchu widząc naręcze ubrań, które brunetka przyniosła mi do przymierzenia.
***
- Nessie? – odezwałam się delikatnie.
Byłyśmy w obuwniczym. Alice buszowała wśród półek z kozakami, a jej siostra siedziała na ławeczce pod ścianą, patrząc smutno przed siebie. Słysząc mój głos spojrzała na mnie z nadzieją, która szybko zmieniła się w obojętność kiedy zobaczyła, że to ja.
- Co chcesz?
- Nic. Mogę się przysiąść?
- To nie jest moja ławka, możesz – odparła bez emocji.
- Wciąż się na mnie gniewasz?
- Nie. Niby za co?
- Za to, co powiedziałam o tobie i panu Blacku.
- Już tak nie uważasz? Teraz sądzisz, że jednak do siebie pasujemy?
- Moje zdanie w tej sprawie ma w ogóle jakąś wartość?
- Nie.
- Właśnie. Więc możemy to zostawić i więcej o tym nie mówić?
- To ty wciąż do tego wracasz, nie ja.
- Zatem już o tym więcej nie wspomnę.
- Świetnie.
Milczałyśmy przez chwilę. Widziałam, że Nessie wciąż jest smutna. Pragnęłam ją jakoś rozweselić, ale nie miałam żadnego pomysłu. Gdybym chociaż wiedziała, z jakiego powodu była taka przygnębiona…
- Coś cię dręczy? – spytałam ostrożnie.
- Nie twoja sprawa.
- Czasami, jak wyżalisz się komuś obcemu to to pomaga.
- I tak nie zrozumiesz.
- Wypróbuj mnie – powiedziałam zadziornie.
Spojrzała na mnie przez chwilę i zmrużyła oczy:
- Okej, ale jak komuś powiesz to gorzko tego pożałujesz.
Zachichotałam lekko, jej słowa były takie podobne do groźby pana Blacka, ale w jej wykonaniu nie miały takiej mocy.
- Z czego się śmiejesz?!
- Twój Jacob powiedział mi to samo w poniedziałek. Obiecuję, że nikomu nie powiem.
- Dobra.
Nessie wzięła głęboki wdech i zaczęła mówić:
- Kilka… Kilka lat temu porwano mnie. Cała rodzina mnie szukała, w końcu siostra porywacza pomogła mi uciec. Kidnapera zamordowano, co rozwścieczyło jego ojca. Moja mama była… silną kobietą. Pewnej nocy poszła… i już nie wróciła. Znaleźliśmy jej spalone ciało razem z trupem tamtego ojca. Umarła, bo chciała nas chronić. Po tej stracie mój tata załamał się. Chciał popełnić samobójstwo. Cudem przekonano go, że musi żyć dla… dla mnie, a przecież to moja wina. To wszystko moja wina, iż ona umarła, gdybym… gdybym choć trochę bardziej uważała, nic by się nie stało.
Po policzkach Re…Vanessy płynęły łzy. Jej historia była taka... nieprawdopodobna…
- To nieprawda, Nessie. To nie twoja wina. Posłuchaj… - objęłam ją ramieniem, a ona jak dziecko wtuliła się we mnie, łkając. – Twoja mama chciała cię chronić. Poświęciła swoje życie, żebyś była bezpieczna i szczęśliwa. Nie zadręczaj się tym, nie obwiniaj. Jej duch czuwa nad tobą, zawsze będzie z tobą. Renesmee… mogę tak na ciebie mówić? - Szatynka aprobująco pokiwała głową. – Nigdy cię nie opuści, ona żyje w tobie, przeżywa wszystko razem z tobą. Nie smuć się, Nessie.
Głaskałam ją po włosach, czekając aż przestanie płakać. Nie mogłam przestać myśleć o tej historii. Była jak z jakiegoś filmu akcji. Nierealna. Jednak coś kazało mi w nią wierzyć. Może to emocje dziewczyny – takie prawdziwe, a może jej wiara w to, co mówi. Powoli przestawała płakać.
- Przepraszam – powiedziała cicho, spokojnie, prostując się. – Masz rację. Dziękuję, że mi to powiedziałaś.
- Cieszę się, że mogłam się na coś przydać – uśmiechnęłam się krzywo.
Renesmee odwzajemniła nikły uśmiech.
- Źle cię oceniłam, Jenny. Wybacz, że tak cię traktowałam.
Wywróciłam oczami.
- Nie wiem, o jakie traktowanie ci chodzi i nawet nie próbuj mi wyjaśniać – zachichotałam: - Wolę nie wiedzieć.
- Idziemy? – Przed nami stanęła Alice z torbą zakupów.
Wspólnie z Ness kiwnęłyśmy głowami i wszystkie razem opuściłyśmy centrum handlowe.
Przez całą drogę do domu uśmiechałam się na myśl, że dziś zdołałam do siebie przekonać Renesmee Cullen.
Niczym wesoły zefirek wpadłam do pokoju, który niewietrzony cały dzień wydawał się duszny. Otworzyłam na oścież wszystkie okna i podziwiałam listopadową noc. Chłodny wiatr przewrócił torbę ze swetrami i splątał mi włosy. Śmiejąc się delikatnie, padłam jak długa na łóżko.
Widok odległych, zimnych gwiazd przesłoniły mi czyjeś zielonoszare oczy. Nieznajomy patrzył na mnie z troską niespotykaną u takich szlachciców. O jego arystokratycznym pochodzeniu świadczył wyszukany strój i grube futro.
- Nic się pani nie stało? Jak się pani nazywa?
Mój język odmawiał współpracy ze mną, ale w końcu wydusiłam:
- Tanja Morosow.
AN: I jak się podobało? =)
Dziękuję za wszystkie komentarze i proszę o następne=D
LadyJully: Z tego, co sobie zaplanowałam, Edward będzie w następnym rozdziale.
