Chapter 4

Don´t tell me it's not worth trying for,

you can't tell me it's not worth dying for.

You know it´s true.

Everything I do I do it for you.

~Bryan Adams; (Everything I do) I do it for you

PW: Jasper

Siedziałem na kanapie w salonie. Edward nerwowo kręcił się po pomieszczeniu, Esme wyglądała przez okno, a Jacob usadowił się wygodnie w fotelu, trzymając na kolanach swojego laptopa. Udawał zajętego pracą, ale jego emocje zdradzały czujność i lekkie zniecierpliwienie, które wyczuwaliśmy wszyscy.

Wreszcie usłyszeliśmy ten długo wyczekiwany dźwięk nadjeżdżającego porsche. Zaraz po nim przyjechał znajomy mercedes. Esme pojawiła się przy drzwiach i wpuściła do środka Carlisle'a, Alice oraz Renesmee. Ta ostatnia miała na twarzy uśmiech, którego nie widzieliśmy od siedemnastu lat.

- Nessie! – wykrzyknęli jednocześnie Edward z Jacobem. Po chwili moja bratanica znalazła się we wspólnym uścisku wampira i wilkołaka.

- Spokojnie, udusicie ją – odezwała się Alice, kładąc na podłodze torby z zakupami.

Edward i Jake cofnęli się skruszeni, a Renesmee się śmiała. Po raz pierwszy od śmierci Belli naprawdę się uśmiechała! Jej twarz była radosna jak dawniej, bez cienia smutku czy żalu.

- Co się stało? – spytał Jacob, zapewne zastanawiając się, skąd ta zmiana w jego ukochanej.

Ness pogłaskała go po policzku i wyminęła, siadając obok mnie na kanapie. Nawet jeśli w tej krótkiej chwili pokazała coś Jake'owi, to wyprawę do centrum handlowego chciała przekazać w normalny sposób – od śmierci Belli Renesmee rzadko używała swojego daru.

Edward usiadł po lewej stronie córki, a pozostali również zebrali się wokół nas. Alice wspięła się na moje kolana i śmiała się z zainteresowania wobec Nessie.

- Nic takiego się nie stało – odezwała się w końcu sprawczyni zamieszania. – Jak wiecie, pojechałam z Alice i Jenny na zakupy. Ciocia kupiła mnóstwo rzeczy na przyjęcie, ledwo starczyło nam rąk.

- Przesadzasz Ness – prychnęła moja wróżka.

- Ja tylko nieco ubarwiam, ciociu, ale to nie jest dalekie prawdy. Później wstąpiłyśmy do odzieżowego, gdzie Alice terroryzowała Jenny. Biedna dziewczyna. Nie wiem, czy kiedykolwiek zgodzi się na podobną wycieczkę.

Roześmialiśmy się wszyscy, z wyjątkiem Edward i mojej ukochanej, która zrobiła naburmuszoną minkę.

- Kiedy poszłyśmy do obuwniczego… - Renesmee ucichła. – Wtedy Jenny podeszła do mnie, chciała porozmawiać. Wyjaśniłyśmy sobie parę rzeczy i tyle.

Zakończyła z uśmiechem, poczym zwróciła się do Edwarda z lekkim wahaniem:

- Tatusiu, chciałbyś pójść na s…

- Naturalnie – przerwał mój brat i uśmiechnął się blado. Wziął swoją córkę za rękę i wyszli.

- Co…? – Jacob, zdaje się, pogubił się przy ostatniej wymianie zdań.

- Nessie wzięła Edwarda na spacer. Chce mu przekazać całą treść rozmowy z Jenny, która tyle zmieniła w jej nastawieniu do życia. Renesmee sądzi, że to co jej pomogło wyjść z depresji, zadziała także na jej ojca – wytłumaczyła Alice.

- Nie liczyłbym na to – dodałem.

- Ja też nie – zgodziła się smutno moja ukochana.

- Ale o czym one rozmawiały? – spytał Carlisle jak zwykle ciekawy.

- Nie podsłuchiwałam – oznajmiła słodka wróżka na moich kolanach, co zakończyło rozmowę.

***

Trzask frontowych drzwi rozniósł się po całym domu. W ułamku sekundy wszyscy znaleźliśmy się na dole, patrząc na dramatyczną scenę odgrywaną przed nami.

- Ale tato! Ja myślałam… - krzyczała Nessie, wbiegając do domu zdyszana.

- Przestań – warknął Edward, nic nie robiąc sobie z widowni. Wściekłość zatrzymywała go w ludzkim tempie, kiedy zmierzał do swojego pokoju.

- Tato! Musisz się pogodzić! Ja to zrobiłam! Posłuchaj…

- Powiedziałem przestań! – wrzasnął mój brat.

Pierwsze łzy spłynęły po policzkach Renesmee.

- Nie będziesz tak traktował Nessie – odezwał się cichym, groźnym głosem stojący obok mnie Jacob.

- Nie wtrącaj się, kundlu – odpowiedział mu Edward, poczym wyminąwszy nas wszystkich wszedł na górę. Po chwili trzask kolejnych drzwi oznajmił dotarcie mojego brata do pokoju.

Cisza zaciążyła w powietrzu przerywana jedynie cichym szlochem Renesmee. Jacob przytulił swoją ukochaną, a Esme szeptem próbowała ją pocieszyć. Wysłałem falę spokoju mojej bratanicy, poczym bez słowa porozumiałem się z Alice i razem poszliśmy na górę. Carlisle bezszelestnie podążał za nami. Weszliśmy do pokoju Edwarda.

Mój brat siedział na podłodze oparty o szklaną ścianę. Miał zamknięte oczy, rękoma obejmował kolana. Starałem się odizolować od jego emocji, co nie było prostym zadaniem. Bezdenna rozpacz pomieszana z gniewem, troską i żalem były przytłaczające. Stłumiłem jego gniew i wyostrzyłem troskę – jedyne, co mogłem dla niego zrobić. Alice z Carlisle'm podeszli do niego, moja ukochana uklękła przed nim kładąc delikatnie dłoń na jego kolanie.

- Edward…?

Żadnej reakcji.

- Edward, synu… - odezwał się Carlisle.

Nic.

- Nessie była taka szczęśliwa zanim poszła z tobą na spacer – powiedziała cicho Alice. – A teraz płacze. Przez Ciebie.

Błagam, tylko nie to – pomyślałem, kiedy zalały mnie wyrzuty sumienia. To było najgorsze uczucie z możliwych. Mój brat spojrzał żałośnie na Alice.

- To nie pomoże – szepnął Carlisle, za co byłem mu wdzięczny. – Obwinianie niczemu nie zaradzi. Edward posłuchaj…

- Mam dość tego całego 'Edward posłuchaj'! – krzyknął wampir, przerywając swojemu stwórcy. – To wy choć raz mnie posłuchajcie! Potrzebuję Jej! Nie potrafię bez Niej żyć! Nessie poradzi sobie beze mnie – ma was, Jacoba i nową przyjaciółkę. Muszę odejść.

- Nie! – zawołała rozpaczliwie Alice, obejmując go. – Nie, proszę, nie rób mi tego!

- Zrozum, Alice, ja nie umiem tak dalej istnieć. Przyrzekłem Jej, że do Niej dołączę, jak umrze. Pozwól mi nie złamać, choć tej jednej obietnicy.

- Nie, Edward, nie rób tego – szlochała moja wróżka. – Wszystko się jakoś ułoży. Sam zobacz!

- Nie dla mnie, Alice – wstał i próbował wyrwać się z uścisku swojej siostry.

- Ty egoisto! – krzyknęła nagle zdenerwowana. – Jesteś okropnym tchórzem! Bella umarła dla ciebie, po to, żebyś bezpiecznie żył, a ty chcesz zniweczyć wszystko, co dla nas zrobiła!

- Nie wypowiadaj Jej imienia – szepnął błagalnie.

- Dlaczego?! Bo ciebie to rani?! Przypominasz sobie wtedy o niej?!

- Ja ciągle o Niej myślę – wymamrotał Edward.

- Więc dowiedz się, że ja też! I będę powtarzała jej imię choćby do końca świata! Nie obchodzi mnie to, ile przy tym będziesz cierpiał!

- Alice! – zawołał Carlisle.

- Bella, Bella, Bella, Bella! – krzyczała wróżka.

Oczy Edwarda rozszerzyły się, a mnie zalała fala nowego cierpienia, omal nie zwalając z nóg.

- Bella, Bella, Bella, Bella!

- Alice… - wymamrotał cicho mój brat.

- Bella, Bella, Bella, Bella!

- Alice, proszę… - urwał i jak zepsuta marionetka opadł na podłogę.

Przestałem cokolwiek czuć. Cierpienie zniknęło. Wszystko… wszystkie emocje Edwarda zniknęły. Patrzyłem przerażony na to marmurowe ciało pod ścianą.

- A-Alice… C-Coś ty zrobiła? – zapytałem.

PW: Jennifer

Szłam zaśnieżoną ulicą. Było zimno. I ciemno. Przemarzłam do szpiku kości. Mokre, białe płatki rozpływały się na moich policzkach. Drżałam. Nie czułam ust ani palców, ani nóg. Siarczysty mróz był potęgowany przez gwałtowny wiatr. Ledwo stawiałam kolejne kroki. Ubity śnieg chrzęścił pod stopami. Dokąd szłam? W dali migotały światła Cerkwi Wasyla Błogosławionego… Szłam dalej w stronę odległych świateł. Ulice w nocy były puste. Marzłam. Nie. Z a m a r z a ł a m. W mojej kieszeni brzęczało kilka rubli – wszystko, co miało mi pomóc w nowym życiu. W życiu bez sierocińca. Ach, jak ja nienawidzę śniegu. Patrzyłam pod nogi próbując omijać większe zaspy. Nagle zderzyłam się z czymś twardym, a jednocześnie na tyle miękkim, że nie mogło być ścianą ani latarnią. Przewróciłam się i spadłam na twardy, lodowaty chodnik. Widok odległych, zimnych gwiazd przesłoniły mi czyjeś zielonoszare oczy. Nieznajomy patrzył na mnie z troską niespotykaną u takich szlachciców. O jego arystokratycznym pochodzeniu świadczył wyszukany strój i grube futro.

- Nic się pani nie stało? Jak się pani nazywa?

Mój język odmawiał współpracy ze mną, ale w końcu wydusiłam:

- Tanja Morosow.

I tyle po mojej sile. Ciemność przywitała mnie z otwartymi ramionami.

Obudziłam się nagle. To już drugi raz, kiedy zasnęłam przy otwartym oknie. Grr i to jeszcze w ciuchach. Spojrzałam na zegarek budzika. 2:33. Wspaniale. Zamknęłam wszystko i przebrałam się szybko w pidżamy. Zrzuciłam z łóżka torby z zakupami i poszłam z powrotem spać.

Czwartek. Tego dnia miałam plan taki sam jak w poniedziałek. Pod salą 162 czekały już Cynthia i Betty. Porównywały zadania domowe. Cholera. Jak mogłam zapomnieć o tych ćwiczeniach?! Przywitałam się, po czym spisałam wszystko od Matta, który niczym superman pojawił się w odpowiednim momencie. Zdążyłam odrobić już wszystkie zadania, oprócz tych na angielski. Jednak o ten przedmiot wyjątkowo się nie martwiłam. Po dzwonku, kiedy wszyscy rozpakowywali książki, podeszłam do pana Blacka:

- Zapomniałam napisać rozprawki, panie profesorze.

- W porządku, Jennifer. Rozumiem, że po zakupach z Alice trudno przysiąść do lekcji – zaśmiał się lekko.

- To prawda.

- Możesz usiąść. A, poczekaj! Dziękuję ci.

- Mi? Za co?

- Za to, że wyrwałaś Nessie z depresji – powiedział cicho.

- Cieszę się, że na coś się przydałam – odszepnęłam, poczym uśmiechnięta wróciłam do ławki, którą dzieliłam z Mattem.

- O czym z nim gadałaś? – odezwał się kolega.

- Zgłosiłam, że zapomniałam rozprawki.

- Dostałaś jedynkę? – spytał współczująco.

Zaśmiałam się lekko.

- Nie.

Spojrzał na mnie zdziwiony, a potem sam podszedł do nauczyciela. Kiedy wrócił miał nieszczęśliwą minę.

- To nie fair – mruknął. – Czemu mi wstawił pałę, a tobie nie?

Jedyne co mogłam zrobić, to powstrzymać chichot.

Podczas lunchu zobaczyłam Alice, Jaspera i Nessie przy ich stole, samotnych jak zawsze. Bez słowa opuściłam Matta, Candy i całą resztę, zbliżając się do Cullenów.

- Dlaczego nie chcecie powiedzieć, co się stało? – usłyszałam Renesmee.

- Przecież nic się nie stało – odparła Alice, uśmiechając się sztucznie.

- Wciąż to powtarzasz, a ja wiem, że to nieprawda. Czemu wczoraj nie pozwoliłaś mi pójść do pokoju taty?

- On potrzebuje spokoju, Nessie – wtrącił Jasper.

- Ughh słyszę to chyba dziesiąty raz! I z każdą chwilą jestem coraz bardziej pewna, że coś przede mną ukrywacie.

- Cześć! – przywitałam się, siadając obok blondyna. – Z doktorem Cullenem wszystko w porządku?

- Owszem – odparła Renesmee, w końcu się uśmiechając. – Chciałby porozmawiać z tobą na temat twoich terapeutycznych zdolności.

Zachichotałam.

- Jenny! Wpadłabyś do nas po szkole? – spytała entuzjastycznie Alice.

- W sumie, popołudnie mam wolne, mogę przyjść.

- Świetnie! Pomożesz mi rozwieszać balony!

- To już je nadmuchałaś?

Brunetka spojrzała rozbawiona na Jaspera. Ja również na niego zerknęłam, zrobił nieszczęśliwą minę. Nessie zachichotała, a kiedy napotkała mój wzrok odparła: - Nie pytaj.

- Czemu? Chcę wiedzieć!

- Alice poprosiła Jazza, żeby pomógł jej nadmuchać wszystkie balony. On oczywiście zgodził się, mimo że nie wiedział ile ich jest. Lekko się przestraszył, gdy zobaczył ich całe mnóstwo – zaśmiała się. – Alice stała nad nim całą noc, aż nie skończył. A kiedy któryś balon pękł kazała Jasperowi iść do sklepu po nowe.

Zachichotałam. Dziwiłam się temu, że inni uczniowie omijają Cullenów. To byli tacy wspaniali, zabawni ludzie!

Po lekcjach wróciłam do domu, by powiedzieć babci o planowanej wizycie u Alice. Oczywiście zanim dostałam pozwolenie na wyjście, musiałam zjeść ogrooomną porcję przygotowanego obiadu. Nie powiem, był smaczny. Od dziecka lubiłam spaghetti bolognese, a także zupę pomidorową.

Zajechałam pod duży dom zgodnie z instrukcjami Renesmee. Otworzyła mi młoda kobieta o twarzy w kształcie serca i uroczym uśmiechu. Przypominała mi Królewnę Śnieżkę ze swoimi czarnymi włosami ułożone dość charakterystycznie.

- Jenny, prawda? Jestem Esme. Wejdź, proszę.

W środku zostałam powitana przez Jaspera, który uciekał przed Alice rzucającą w niego plastikowymi widelczykami. Objął mnie swoimi zimnymi ramionami i postawił przed sobą.

- Chroń mnie – wyszeptał mi do ucha. Spłonęłam rumieńcem, za co dostałam widelcem od brunetki.

- Hej! Myślałam, że to ma być na moją imprezę! – zaśmiałam się.

- Jazz je później pozbiera – odparła z przekonaniem dziewczyna i wymierzyła jeszcze jednym gdzieś na lewo ode mnie. Jasper przestawił mnie tak, że ja dostałam zamiast niego. Nie ma co, dżentelmen w każdym calu! Chyba zapomniał, iż istnieją też inne zasady oprócz 'panie przodem'.

- Auć! – krzyknęłam, kiedy kolejny widelec wycelowany w blondyna trafił w moje ramię.

- Jasper, co ty wyprawiasz? – zganiła syna Esme.

- Nic – odparł niewinnie Jazz. – Miło cię było powitać, Jenny!

Wypuścił mnie z objęć, poczym chichocząc uciekł do kuchni.

- Nie myślcie, że nie zobaczę, co tam robicie! – zawołała groźnie Alice.

Skinęła na mnie, mamrocząc ciche: „przepraszam" i razem weszłyśmy do kuchni. To, co zobaczyłam było ponad moje siły. Wybuchłam śmiechem, a Jazz mrugnął do mnie z konspiratorskim uśmiechem.

Cała kuchnia pachniała pomarańczami i czekoladą. Przy wysepce po środku stała upaćkana kakaowym kremem Renesmee. Przed nią na blacie stało biszkoptowe ciasto z pomarańczami. Nessie malowała wypiek czekoladową polewą. Narysowała na cieście Alice z tasakiem, która goniła rozczapierzonego kuraka. Z boku obrazka wymalowała kocioł, a nad wszystkim napis: „Mój pierwszy rosół".

- Jeszcze tutaj kawałek – mruknął Jasper do młodszej siostry.

- Z niczego nie można się wam zwierzyć, prawda? – powiedziała obrażona Alice. Zachichotałam razem z pozostałym rodzeństwem.

- O nie! Ty też? – brunetka patrzyła na mnie jak na zdrajcę.

Wzruszyłam ramionami, śmiejąc się pod nosem.

- To w czym mogę pomóc? Widzę, że ciasto już macie…

- Zawieśmy balony! – wykrzyknęła entuzjastycznie Alice.

- Okej.

- Jasper, przynieś je – rozkazała brunetka.

- Tak jest, sir – zasalutował chłopak i wyszedł z kuchni.

- Esme? – zawołała Nessie. – Pomożesz mi przy torcie?

- Oczywiście, kochanie!

Razem z Alice, która już odzyskała dobry humor, poszłyśmy do dużego salonu zawieszać balony przyniesione przez Jaspera, zostawiając panią domu wraz z Renesmee w kuchni. Brunetka wspięła się na niewielką drabinkę, którą przytrzymywał jej brat, a ja podawałam jej kolejne ozdoby. Dopiero teraz zauważyłam, że większość jest zielona lub żółta. Alice przywieszała je po dwa, trzy wzdłuż ścian. Skończyliśmy w miarę szybko.

- Ostatni – zakomunikowałam dziewczynie.

- To dobrze.

Powoli schodziła z drabinki, żeby znaleźć się w ramionach Jaspera. Odwróciła się do niego, chyba chcąc coś powiedzieć, ale wtedy blondyn zaczął ją całować. Ona nie pozostawała mu dłużna. Znalazłam się w dość krępującej sytuacji, więc postanowiłam sprawdzić, czy nie potrzebują mnie może w kuchni. Na moje nieszczęście Esme z dobrotliwym uśmiechem odparła, że poradzi sobie sama z Renesmee.

Nie chcąc wracać do salonu, zauważyłam schody naprzeciw frontowych drzwi. Wspięłam się po nich jak najciszej. U góry był jasny korytarz z licznymi pokojami po bokach. Na końcu holu zobaczyłam okno, zatem ciekawa widoku zaczęłam przemierzać przedpokój wolnym tempem, oglądając liczne obrazy naścienne. Większość pokojów było pozamykanych, ale jeden na końcu miał uchylone drzwi. Mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Czy chciałam to sprawdzić? Raczej nie. Tylko spojrzeć na sekundkę przez szparę, żeby dowiedzieć się czy to może pokój Renesmee.

Wewnątrz pomieszczenie było schludne, czyste, jakby nieużywane. Jedną ścianę zajmowały rzędy półek z płytami CD. Nigdzie nie widziałam łóżka. Stwierdziłam, że to nie może być pokój Nessie, więc postanowiłam wrócić na korytarz. Jednak odwracając się dostrzegłam coś kątem oka. Przyjrzałam się jeszcze raz i omal nie krzyknęłam. W kącie pokoju, przy szklanej ścianie, niczym marionetka, której odcięto sznurki, pół-siedział, pół-leżał blady, młody mężczyzna. Nie wykazywał żadnych oznak życiowych. Podeszłam do niego ostrożnie. A co jeśli był martwy? Nieżywy? Nie pachniał jak trup. Uklękłam przed nim.

Spojrzałam na jego twarz i zamarłam. To był mój Anioł. Anioł, którego zawsze rysowałam z towarzyszącą mu rozpaczą, a teraz siedział tutaj, przede mną w takiej strasznie nienaturalnej pozie. Czułam, że moje serce się łamie, a oczy wypełniają łzami.

- Aniołku? – odezwałam się delikatnie. – Odezwij się, proszę.

Drgnął na dźwięk mojego głosu. To było już coś.

- Spójrz na mnie – wyszeptałam.

Posłuchał mnie. Jego czarne oczy były powleczone jakby mgłą. Na ten widok moje serce zamarło, by po chwili bić dwa razy szybciej.

- Powiedz coś, Aniele.

- Bella… - szepnął. Wyciągnął marmurową dłoń i dotknął mojego policzka. – Bella…

Bella to chyba znaczyło 'piękna' po włosku. Nie mogłam się nadziwić swojemu Aniołowi.

- Bella…

Przybliżył się do mnie i po chwili poczułam na ustach dotyk jego delikatnych, marmurowych warg.


AN: Pewnie nie powinnam kończyć w takim momencie, ale nie mogłam się powstrzymać:P

Kolejny rozdział już napisałam, więc postaram się go wstawić jutro lub w piątek.

Dziękuję Emmbryo, Natty0 i LadyJully za wasze komentarze:)