AN: Witam:) Mam nadzieję, że was nie rozczaruję tym rozdziałem. Jak zawsze dziękuję LadyJully, Emmbryo, Natty0 za wasze komentarze i spostrzeżenia:)

Co do Tanji, wszystko powinno się wyjaśnić w następnym rozdziale. Natomiast na pytanie, co się stało z Edwardem... Hmm, powiedzmy, że z nadmiaru cierpienia doznał szoku.

Pozdrawiam i więcej nie przedłużam:D

Enjoy=)


Chapter five

Show me love, show me love, give me all that I want
Show me love, show me love, till I'm screaming for more

T.a.t.u.: Show me love (AN: Zakochałam się w tej piosencexD)

Nikt mnie jeszcze tak nie całował. Tak łapczywie, a zarazem tak delikatnie jakbym przy mocniejszym dotyku mogła rozpaść się niczym porcelana albo pęknąć, zniknąć jak bańka mydlana. Czułam jego niepowtarzalny, słodki smak. Chciałam więcej. Zakopałam się palcami w jego miedziane włosy, przysuwając się bliżej niego.

- Bella… - wydyszał odrywając się od moich ust. Zaczął całować moją szyję. Jego silne, chłodne ramiona głaskały mnie po plecach.

- Pachniesz… inaczej, ale smakujesz… tak samo – wyszeptał i znów wpił się w moje usta.

Powoli, nie odrywając się ode mnie ani na sekundę, położył mnie na podłogę. Czułam wzdłuż ciała jego twarde mięśnie. Gdzieś w mojej świadomości pojawiła się cicha myśl, że nie powinnam na to pozwolić, przecież go nie znałam. Szybko o tym zapomniałam, skupiając się na tym niesamowitym smaku.

- Dlaczego… przefarbowałaś włosy, Bello? – spytał nagle. Spojrzałam w jego przerażająco zamglone, czarne oczy.

- Przyjaciółka powiedziała, że to pomoże mi przezwyciężyć nieśmiałość.

Anioł uśmiechnął się. Gdyby nie te oczy…

- Lubię kiedy się rumienisz – wyszeptał mi do ucha.

Jego usta znów odnalazły moje.

Nagle drzwi pokoju otwarły się z rozmachem, uderzając w ścianę. Anioł tego nie zauważył, a ja nie miałam nic przeciwko dalszemu rozkoszowaniu się nim. Wtem ktoś z ogromną siłą odciągnął go ode mnie. Coś krzyczało. Nie wiedziałam, co się dzieje. Po chwili poczułam, że stoję i obejmują mnie zimne ramiona. Koło siebie usłyszałam szept Jaspera:

- Już dobrze, Jenny. Nic ci nie jest. Nic się nie stało. Jesteś bezpieczna.

Spojrzałam na niego zdziwiona. Czemu to mówił?

- Bella! – krzyknął rozpaczliwie Anioł, próbując się wyrwać Alice i doktorowi, który widać wrócił już z pracy.

- To nie jest Bella. To Jenny, Edwardzie – wyszeptała moja przyjaciółka.

- Błagam, Bella, nie odchodź… - szlochał miedzianowłosy, szarpiąc się bezskutecznie.

Ja również starałam się wyswobodzić z rąk Jaspera.

- Puść mnie!

Nie posłuchał.

Bałam się, że Anioł zniknie albo, co gorsza, znowu pogrąży się w rozpaczy, która brutalnie obcięła mu sznurki podtrzymujące jego życie i skrzydła pozwalające wrócić do Nieba. Zaczęłam płakać, widząc jego walkę z Cullenami. Łzy odebrały siłę moim słowom. Tak bardzo się o niego bałam.

- Bella! Nie zostawiaj mnie, błagam…

Mocniej naparłam a blondyna połykając słone krople, ale to i tak nic nie dało. Jego żelazny uścisk był nie do złamania.

- Jasper, zabierz ją stąd! – rozkazał Carlisle.

Jeszcze mocniej zaczęłam się szarpać. Alice wciąż tłumaczyła coś Aniołowi.

- Nie! – wychlipałam.

- Nic ci nie grozi – szeptał Jazz. – Nic ci nie zrobię.

Spojrzałam na miedzianowłosego. Z jego oczu powoli znikała mgła. Przestał się wyrywać.

- Możesz puścić, Alice – powiedział cicho słabym głosem.

- Wiesz kim ona jest?

- J-jennifer.

Dziewczyna i doktor ostrożnie rozluźnili swój chwyt.

- Powiedziałem, zabierz ją stąd! – powtórzył Carlisle.

Jasper bez słowa pociągnął mnie do wyjścia, w którym stała zszokowana Renesmee. Przez chwilę się wahała, poczym objęła mnie ramieniem i razem z bratem poprowadziła do salonu. Oboje kazali mi usiąść na kanapie. Nessie bez słowa przytuliła mnie i pozwoliła płakać. Dopiero czując jej ciepło zauważyłam, jaka byłam zmarznięta. Blondyn gdzieś poszedł.

- Proszę. Napij się – Esme podała mi kubek gorącej czekolady.

- Dziękuję – pociągnęłam nosem i wzięłam naczynie.

Napój rozgrzewał mnie i uspokajał.

- Nessie…? Powiedz mi, czy on… on zniknie? – spytałam cicho, wpatrując się w kubek.

- Zniknie? – zdziwiła się.

- Tak jak prawdziwy anioł albo… wampir – zebrało mi się na porównania.

Czułam, że atmosfera w pokoju się zagęszcza.

- Czemu wampir? – dopytywała Esme.

Zarumieniłam się lekko.

- Nie wiem… tak sobie…

- Jenny, posłuchaj – powiedziała Nessie. - Przepraszam za zachowanie mojego… kuzyna. On… - Wzięła głęboki oddech. – On jest chory. Nie jakoś fizycznie, nie mógł cię niczym zarazić – dodała szybko. – On po prostu bardzo…

- Cierpi – dokończyłam za nią.

- Tak – chyba była zaskoczona. – Przepraszam za niego.

- Nie ma za co – zarumieniłam się.

- Esme? – zawołał Jasper. – Jesteś nam potrzebna!

- Już idę!

- Co oni robią? – zapytałam ciekawa.

- Chyba rozmawiają – wzruszyła ramionami, poczym dodała cicho, że nie byłam pewna jej słów: - Odkąd wujek zamontował te dźwiękoszczelne drzwi nic nie słychać.

Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu, dopóki Alice nie zeszła do nas. Spojrzała na mnie smutnym wzrokiem i powiedziała:

- Przepraszam za Edwarda. Jeśli chcesz nadal pomagać nam, chociaż wątpię…

- Czemu? Jasne, że chcę dalej przygotowywać przyjęcie! – wtrąciłam szybko.

Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, choć jej oczy pozostały przygaszone.

- W takim razie przyjedź o piątej – godzina powinna wystarczyć.

- Dobrze.

Zrozumiałam, że mam sobie iść. Więc pożegnałam się ze wszystkimi i wsiadłam do swojej hondy.

***

Cześć Ness!

Co u Ciebie? Byłaś dzisiaj z Werą w kinie? Musisz mi opowiedzieć, czy spodobał Ci się film! Sama zastanawiam się, czy na niego iść… Słyszałam, że Luke chodzi z Mariką. Co Ty o tym sądzisz? Hm, pewnie zastanawiasz się, ile jeszcze Ci pytań zadam zanim przejdę do odpowiedzi na Twój poprzedni mail. Tylko jedno: Myślisz, że anioły istnieją? Wiem, głupie pytanie.

Nie spotkałam żadnego Troy'a. Vancouver jest duże, więc jego znalezienie będzie trudne. W ogóle skąd ten pomysł, że on chodzi do Yston's? Mówiłaś, że pisał tylko o przedmieściach. Równie dobrze mogłyby być to te po drugiej stronie miasta. Zresztą wszystko, co pisał mogło być kłamstwem. Nie zdziwiłabym się – nigdy nie wiesz, kogo spotkasz w Internecie.

Co do babci, to na razie jest dobrze. Doktor Cullen (tak, ten słynny doktor Cullen!) twierdzi, że jej stan jest bardzo dobry. Gdyby nie ten dziwny wirus we krwi byłaby zdrowa. I nie, nie ma żadnych zewnętrznych oznak choroby. To nie jest ospa, ile razy mam Ci powtarzać, Ness!

Przepraszam, że wczoraj do Ciebie nie napisałam. Byłam padnięta po zakupach z Alice. Wyobraź sobie, że po wstąpieniu do odzieżowego kazała mi przymierzać wszystkie sukienki, jakie były w sklepie! Ona jest zakręcona, polubiłabyś ją. Pogodziłam się też z Renesmee. Okazało się, że jej matka zmarła w… to taka nieprawdopodobna historia. Powiem Ci, jak przyjedziesz. Ha! Teraz musisz przyjechać!

Dzisiaj po szkole pojechałam do Cullenów. Otworzyła mi Esme – żona doktora. Jazz przywitał mnie dość wyjątkowo. Alice rzucała w niego plastikowymi widelcami, a ja oczywiście posłużyłam blondynowi za tarczę. Masz rację, wszyscy faceci są tacy sami. Pamiętasz, jak Luke bronił się mną przed twoją poduszką? Albo Rick, wtedy na obozie w Hiszpanii, chował się za mną, gdy była ta bitwa pomidorowa? Przez niego zniszczyli mi całą bluzkę od Ersace! Czy ja mam na czole napisane: „Cześć, jestem Tarcza! Ochronię cię!"? Ugh, to się robi irytujące.

Ja, Jasper i Alice przywieszaliśmy balony. Jak skończyliśmy, para zaczęła się całować.

Nie chciałam im przeszkadzać, więc poszłam na górę. Wtedy

Przerwałam pisanie. Co miałam napisać?

Wtedy znalazłam otwarty pokój. Zajrzałam do środka i

I przestałam pisać. Nie umiałam tego przelać na papier, a raczej na ekran. Nie potrafiłam. Chciałam, żeby Anioł pozostał moim sekretem, mimo że wszyscy Cullenowie i zapewne niedługo pan Black wiedzieli o tej sytuacji. Czułam, iż oni nikomu tego nie powiedzą – im najbardziej zależy na tajemnicy. Ten pocałunek…

Dotknęłam palcami ust, marząc, by jeszcze raz poczuć ten niesamowity smak, ten dotyk.

Wykasowałam kilka ostatnich zdań i zaczęłam pisać od nowa ten ustęp.

Ja, Jasper i Alice przywieszaliśmy balony. Jak skończyliśmy, nie było już nic do zrobienia. Więc po jakimś czasie wróciłam do domu i od razu napisałam do Ciebie. Jutro impreza. Pewnie jesteś ciekawa, jak będzie. Ja też, ale przede wszystkim jestem ciekawa, co u Ciebie. Odpisz prędko!

Twoja Jenny

P.S Jaka jest pogoda w L.A? U mnie cały czas chmurzasto Ja chcę słońce!! Ale nie zanudzam dłużej. Pa pa!

J.

Wysłałam e-maila, poczym napisałam do Wery, Luke'a i rodziców. Kiedy skończyłam musiałam wykonać kilka ćwiczeń na rozprostowanie mięśni. Tej nocy nie zapomniałam zamknąć wszystkich okien. Po wieczornej toalecie, zapadłam w przyjemny sen o mnie i moim Aniele.

PW: Jasper

Leżałem wraz z Alice na naszym łóżku, głaszcząc ją po kruczoczarnych włosach. Oboje byliśmy zamyśleni. Ona obwiniała się o wywołanie tego strasznego stanu u Edwarda, a ja, z bólem serca, nie mogłem jej nie przyznać racji w tej kwestii. To była jej wina i nic tego już nie zmieni.

Wspominałem jak razem z Carlisle'm postanowiliśmy nic nie mówić Nessie ani Jake'owi. Nasz przywódca nigdy nie potrafił trzymać czegoś w sekrecie przed Esme, więc tak czy siak nasza matka musiała się dowiedzieć. Cały czas czułem tę dziwną pustkę bijącą od Edwarda. I ta nicość mnie przerażała – mnie – prawie dwustuletniego wampira. Wiedziałem, że Alice wymyśliła ten cały pomysł pomagania Jenny w przygotowaniach do imprezy tylko po to, by odciągnąć Renesmee od myślenia o jej ojcu. Ta cała szopka z balonami, widelcami, ciastem była dla niej. Naszej ukochanej, najbardziej rozpieszczonej (jak to kiedyś powiedziała Bella) półwampirzycy. Nikt nie przewidział późniejszych wypadków. Cóź, może gdybym nie rozproszył Alice, ta zobaczyłaby Jenny z Edwardem. Może. A może nie. Pamiętam, jak z początku zignorowałem to dodatkowe uczucie pożądania, które się wtedy pojawiło. Sądziłem, że emocje pochodzą ode mnie lub Alice. Dopiero czując dziwną radość, zrozumiałem swój błąd. Oderwałem się od ukochanej, sondując dokładniej stan duchowy mojej rodziny. Moja wróżka zachichotała lekko zakłopotana, oglądając jakąś wizję.

- A zawsze uważaliśmy Edwarda za takiego świętoszka… Kto by pomyślał… - mruczała.

- Alice, co widzisz? – spytałem szybko.

- Widzę… jak Jenny i Edward…

- Że co?! – byłem zszokowany. – Nie możemy do tego dopuścić.

Pociągnąłem ją na górę i razem wpadliśmy do pokoju mojego brata. Nawet nie zauważyłem Carlisle'a, który w ułamku sekundy zorientowawszy się w sytuacji podążył za nami. Odciągnąłem mojego brata od dziewczyny i zostawiłem Alice jego przytrzymanie. Podniosłem delikatnie blondynkę z podłogi i przytuliłem. Była zdezorientowana i nic w tym dziwnego. Szarpała się ze mną, bała się. Bardzo chciałem ją uspokoić, jednak edwardowe cierpienie powróciło, choć w mniejszym stopniu, ale za to z większą dozą wściekłości i… nadziei, paraliżując mój dar. Przytłaczały mnie odbierane emocje, nie mogłem nic z nimi zrobić. Starałem się uspokajać Jenny w bardziej normalny sposób i do teraz nie wiem, czy to przyniosło jakikolwiek skutek. Alice tłumaczyła wszystko Edwardowi, sprawiając, że powrócił do stanu sprzed kilku dni. Powróciła rozpacz, tęsknota i wyrzuty sumienia. Powrócił do mnie jego ból, od którego przez kilka godzin byłem wolny.

Ustaliliśmy, że przeprosimy Jenny i nie dopuścimy, by ta dwójka się jeszcze kiedyś spotkała. W tym pierwszym zadaniu nieoceniona okazała się Renesmee. A co do drugiego to jak się nam uda, okaże się na piątkowej imprezie.

***

Jechaliśmy samochodem do liceum. Nie przekraczałem dozwolonej prędkości, gdyż, jak na złość, na naszej trasie radary były co krok. Alice siedziała z przodu koło mnie nucąc piosenkę lecącą w radiu. Z tyłu Nessie skrobała coś w zeszycie od angielskiego.

- Ciociu? Sądzisz, że wujek Emmet z Rosalie przyjadą na święta? – spytała Renesmee.

- Oczywiście. Rose nigdy nie przegapiłaby okazji, żeby cię odwiedzić i przywieźć jakiś prezent.

Przedwczoraj dzwonił Em oznajmić, że jedzie z żoną na dwa tygodnie do Egiptu. Chcą pozwiedzać nocą piramidy, jak w ich pierwszy miesiąc miodowy. Byłem pewny, że mój brat jedzie tam tylko ze względu na ukochaną. Uśmiechnąłem się na myśl wyobrażając sobie go polującego na pustynne szakale.

- O nie! – krzyknęła nagle Alice.

- Co się stało? – spytaliśmy jednocześnie Ness i ja.

- Tanya… przyjeżdża wcześniej.

- Wcześniej, czyli kiedy? – dopytywałem się.

- Dzisiaj. Będzie na imprezie – odparła lekko przestraszona wróżka.

- Ona umie się zachować. Nic się nie stanie – uspokajałem ją.

Alice nic nie odpowiedziała wpatrzona w przyszłość. Cóż złego było we wcześniejszym przyjeździe Tanyi? Nic. Chyba. A jednak coś nadal niepokoiło moją ukochaną. Co przyniesie dzisiejszy dzień?