Witam:) Niestety ferie w moim województwie właśnie się w tym tygodniu skończyły, przyszła szkoła i miałam mało czasu na pisanie. Nie jestem zadowolona z tego odcinka, dlatego postaram się szybko napisać kolejny, który w planach jest ciekawszy niż to;)
Dziękuję LadyJully, Natty0, Emmbryo, Siwiutka85, osiaa93, velvetvampire16 za wasze komentarze, które sprawiają, że chce mi się wstawiać rozdział nawet, kiedy net mi zamula bardziej niż zwykle; Na koniec chciałam napisać, że Demetri to ten sam Demetri, co w sadze^^ Na szczęście jego historia nie była na tyle przedstawiona, bym nie mogła jej stworzyć^^
Enjoy=D
Chapter 7
Więc czekam aż, więc czekam aż odejdzie, twój cień odejdzie (Virgin; Kolejny raz)
Kochałam wiatr. Szczególnie, gdy niósł ze sobą zapach oceanu. Zaciągnęłam się głęboko morskim powietrzem. Moje splątane myśli uspokoiły się. Poczułam się wolna od ludzkich trosk. Odbijałam się od Ziemi odchodząc stąd, mając wiatr za towarzysza, parę kolorowych skrzydeł, czarny tułów i czułki za ciało.
~ Taa… Fajnie sobie pomarzyć – odezwał się złośliwy chochlik w mojej głowie.
Westchnęłam. Zapięłam kurtkę pod szyję i zeskoczyłam ze skały na piasek. Podeszłam do miejsca, w którym zostawiłam kartki i przybory do rysowania. Sięgałam właśnie po moje szkice, kiedy wiatr je wszystkie sprzątnął sprzed nosa. Biegałam po plaży łapiąc kolejne, z nadzieją, że żadne nie wpadną do morza. O jeszcze jeden. I ten tutaj. Chwytając następny szkic potrąciłam kogoś. Ten ktoś miał dobry refleks i nie pozwolił ani mi, ani kartce wpaść do oceanu.
- Nie wiedziałem, że rysujesz akty – powiedział znajomy głos.
Spojrzałam na Matta, który oglądał złapany rysunek. Domyśliłam się, co przedstawia. Wyrwałam szkic z jego rąk, zgniotłam i wyrzuciłam do wody. Gdyby to samo można było zrobić ze wspomnieniami…
- Hej! Po co w takim razie go łapałem? – pytał z udawanym wyrzutem chłopak. – To nie był najłatwiejszy chwyt.
Prychnęłam.
- Będziesz tak stał i zrzędził, czy pomożesz mi pozbierać resztę? – odezwałam się zniecierpliwiona.
- Żebyś mogła wyrzucić je do oceanu?
Przewróciłam oczami. Nie byłam w nastroju do pogaduszek, więc zignorowałam go i zaczęłam zbierać na własną rękę. Bez słowa dołączył do mnie.
~ Bez słowa – prychnął chochlik w mojej głowie. – Chciałabyś.
- Te nie są aktami – stwierdził odkrywczo Matt.
- Brawo, geniuszu.
- Po co to rozrzuciłaś po plaży?
- Nudziło mi się.
Podniosłam ostatni rysunek i usiadłam na piasku, opierając się o skałę. Chwyciłam leżący obok ołówek. Kończyłam cieniowanie dachu powozu. Od dwóch tygodni szkicowałam życie Tanji. Moje życie – pomyślałam, a dreszcz przebiegł moje ciało.
- Proszę, Jenny – Matt wręczył mi resztę szkiców.
- Dzięki.
- Nie ma sprawy.
Usiadł obok, ale ubiegłam jego słowa, mówiąc:
- Zrobisz coś dla mnie?
- Jeśli będę w stanie.
- Nie odzywaj się przez pół godziny.
- Wiesz, że jesteś wredna, prawda?
Wzruszyłam ramionami. Zaśmiał się, poczym stwierdził, że nastawi budzik.
Szkicowałam dalej, skupiając się na twarzy Demetriego, który, jeśli dobrze pamiętałam, krzyczał wtedy z bólu. To była ostatnia scena do rysowania – scena mojej śmierci. Już wiele nocy spędziłam na zastanawianiu się, co się później stało. Czy książę przeżył? A Aniela? Jak wyglądał mój pogrzeb? Kolejny dreszcz przebiegł wzdłuż mego ciała.
Zerknęłam na moje dzieło i przeklęłam w myślach. Wystarczyła chwila zamyślenia, a ołówek już zboczył z drogi i chciał rysować płomyki na dachu powozu. Wygumkowałam je szybko, poprawiając szkic.
Skończyłam rysowanie szybciej niż przypuszczałam. Dołączyłam szkic do reszty. Patrzyłam na pełną historię (może poza jedną sceną z Demetrim i Tanyą) i byłam rozczarowana. Myślałam, że po przelaniu wszystkiego na papier uwolnię się od tych wspomnień oraz dręczących mnie pytań. Nic takiego się nie stało. Nadal targały mną wątpliwości, a także różne rozterki. Co mam zrobić, żeby być znowu normalna? Ze wszystkich dziwnych rzeczy, które mnie spotkały, tej nie potrafiłam ot tak zaakceptować.
Reinkarnacja. To był klucz. Tylko klucz od czego? Przez ostatni miesiąc zdążyłam zrozumieć tylko, że byłam kiedyś Tanją, że to było moje poprzednie życie. Choć i tak wszystko nie miało sensu. Co moja dusza robiła pomiędzy XIX a XXI wiekiem? Czemu nie pamiętałam życia po śmierci? I co z moją wiarą? Byłam katoliczką. Wierzyłam, że po śmierci czeka na nas niebo, piekło albo czyściec. Jak to się miało do tego niedawnego odkrycia? Setki podobnych wątpliwości zajmowało mój umysł.
Jedną z nich stanowiła kwestia Tanyi Denali. Choć pod koniec tamtego życia stwierdziłam, że kobieta nie może być człowiekiem, to kim innym? Wampirem? Tylko to pasowało, choć jeszcze bardziej wszystko komplikowało. Jak miałam uwierzyć w stwory z filmów fantastycznych, mitów? Ale jak miałam nie uwierzyć własnym oczom?
~ Własnym oczom – prychnął chochlik. Od miesiąca wnerwiał mnie swoją obecnością. Pojawił się zaraz po tamtym dniu.
Byłam w błękitnym pokoju, nie w dziewiętnastowiecznym pałacu.
- Jenny, obudziłaś się – powiedział ktoś z ulgą.
Jenny… Jennifer. To było właśnie moje imię. Czy aby na pewno?
Kim ja jestem?
- Jenny, wszystko w porządku? – pytała zaniepokojona Alice. – Ja przepraszam… Powinnam była temu zapobiec…
Nie odpowiedziałam, tylko rozglądałam się po pomieszczeniu. To wszystko… wydawało się takie nierzeczywiste, jakby pałac w Moskwie był bardziej realny. Dziwne…
Kim ja jestem?
- Jenny, powiedz coś, proszę, odezwij się – brunetka wręcz błagała.
To mnie trochę otrzeźwiło. W sumie zawsze mogłam uznać Tanję za sen.
- Wyluzuj, Alice – powiedziałam. – Nic się przecież nie stało.
Czemu czułam, że kłamię?
- Przepraszam za Tanyę. Nie wiedziała, że boisz się ognia.
~ Nie wiedziała – prychnął chochlik w mojej głowie. – To przez nią się boisz.
Skąd wiesz?
~ Czy to nie oczywiste? Wepchnęła cię w płomienie. Z a b i ł a podczas pożaru.
To był tylko sen.
~ Możesz się okłamywać, ale ja i tak powiem ci prawdę.
- Gdzie ona jest? – spytałam, ignorując chochlika.
- Tanya? Nie martw się, nie będzie cię już nękać.
Ten mały stwór w mojej głowie wybuchł ironicznym śmiechem. Ugh, miałam go już dość.
- Która jest godzina? – spytałam.
- Dwunasta. Samo południe.
- Och. Długo spałam.
- To prawda. Jak poczujesz się trochę lepiej, Jasper odwiezie cię do domu.
- Pół godziny minęło – oznajmił Matt. Zupełnie zapomniałam o jego obecności.
Mruknęłam coś niewyraźnie w odpowiedzi.
- Mogę obejrzeć? – spytał, wskazując rysunki.
Podałam mu je. Nie zwracałam na niego większej uwagi. Spoglądałam na zachodzące słońce. Gdybym przyniosła farby, powstałby niezły obraz.
- Masz talent – skontatował, oddając prace. – Sama wymyśliłaś tę opowieść?
- Tak jakoś pojawiła mi się w głowie…
Zamyśliłam się. Ogień. To on opowiedział mi tę historię, pomimo że była pełna mrozu. Czego jeszcze mogę się dowiedzieć o sobie patrząc w płomienie?
- Wiesz, że znam rosyjski, choć nigdy się go nie uczyłam? – wyznałam Mattowi.
- Żartujesz.
- Nie. Kiedyś do mojej szkoły w L.A. przyjechała Rosjanka na wymianę. Słabo znała angielski i trudno było się z nią dogadać. Jednak gdy zaczynała mówić w swoim ojczystym języku ja wszystko rozumiałam. Potrafiłam jej nawet odpowiadać. Moi przyjaciele byli zdumieni, ja zresztą też. Nauczyłam się akceptować dziwne rzeczy w moim życiu.
Wszystkie poza jedną – pomyślałam.
- A co jeszcze dziwnego musiałaś zaakceptować? – pytał.
- Na przykład to, że strasznie boję się ognia. On wywołuje we mnie dziwne wizje. Ostatnio widziałam… Ale przepraszam, pewnie uważasz mnie za wariatkę.
- Nie, wcale nie – zaprzeczył szybko.
- Czemu nie?
- Bo… nie jesteś szalona. Masz nietypowe problemy, ale zdziwiłabyś się jak wiele normalnych ludzi ma podobne.
- Na przykład ty? – spytałam z nadzieją w głosie.
Czekaj. Z nadzieją?
- Nie – zaśmiał się. – Mój ojciec jest psychologiem.
- O… aha.
- Ja mam zwykłe problemy – westchnął.
Umilkł. Spoglądał smutno na zachód słońca. Już miałam go spytać, kiedy sam zaczął się żalić:
- Powiedz, czemu wszystkie ładne dziewczyny, choć mówią, że jestem przystojny, nie chcą ze mną być?
Och. W sumie mogłam się tego spodziewać.
- Chodzi o Candy? – spytałam delikatnie.
- Candy – prychnął. – Nie lubię jej. Jest lesbijką, która zabrała mi dziewczynę.
- Ofelia była twoją dziewczyną? – zdziwiłam się.
- Taa. Dobrze nam było razem, dopóki nie wtrąciła się ta jej przyjaciółka.
- Więc czemu pierwszego dnia w szkole pytałeś Candy o randkę?
- To były żarty. A właściwie zakład. Przegrałem dziesięć dolców, ale w sumie mi nie zależało.
- Z kim się założyłeś?
- Z Tomem.
- Dlaczego w takim razie tyle czasu spędzasz ze mną, Fil i Candy? Nie sprawia ci bólu widok twojej ex?
Zaśmiał się.
- Nie jestem aż tak sentymentalny. Fil mnie już nie obchodzi, Jenny. – Moje imię wypowiedział niezwykle miękko.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Przyglądał mi się z lekkim uśmiechem na ustach. Pomyślałam nagle o Aniele. Jak dawno go już nie widziałam? Teraz był grudzień. Pomimo że, przyjaźniłam się z Alice i Nessie, rzadko bywałam w ich domu. Renesmee lubiła przychodzić do mnie, a kiedy pytałam o jej kuzyna zmieniała temat. To samo było z Alice, chociaż z nią widziałam się rzadziej, a wspólny czas zwykle spędzałyśmy na zakupach. Jasper… Od dnia imprezy rzadko z nim rozmawiałam. Czułam, że darzy mnie sympatią, jednak trzymał się na dystans.
- Zatem o kogo chodzi? – Nie wiem po co drążyłam ten temat.
Miał odpowiedzieć, kiedy rozdzwoniła się moja komórka. Z głośniczków poleciała muzyka przypisana jednemu numerowi. Podskoczyłam i podekscytowana odebrałam, wiedząc kto to.
- Luke! – krzyknęłam radośnie, odbierając.
- Blondie! – odkrzyknął śmiejąc się. – Co za powitanie!
- Po prostu dawno cię nie słyszałam.
- Dlatego dzwonię. Nie pozwolę zapomnieć ci mojego przepięknego głosu.
- Jak zawsze skromny.
- Jak zawsze ironiczna.
- Masz jakiś konkretny powód, dla którego dzwonisz? Oprócz przypomnienia mi twojego ślicznego falsetu?
- Falsetu? Teraz się obrażę. Mówię tenorem, Jen. Nie falsetem.
- To jedno i to samo.
- Wcale nie. Falset jest nienatu…
Zaśmiałam się.
- Dobra, skończ. Ta rozmowa nie ma sensu.
- Wiem, Blondie. Z tobą wszystko jest bez sensu.
- Wielkie dzięki!
Usłyszałam jego rechot po drugiej stronie. Miałam ochotę mu przywalić. Swoją drogą, dobrze było go znowu słyszeć. Uwielbiałam nasze niepoważne rozmowy.
- Jenny, będę się zbierał – odezwał się Matt.
Kompletnie o nim zapomniałam.
- Och, Matt poczekaj.
- Kim jest Matt? O czym ja nie wiem? Byłaś ostatnio niegrzeczna, Jenny?
- Zamknij się, Luke! Matt, już wcześniej chciałam cię o to zapytać…
- Tak?
Spojrzał na mnie z jakimś błyskiem w oku.
- Jaki melodramat. Chyba to nagram. Dla przyszłych pokoleń. Szykować obrączki, Jen? – trajkotał Luke, ale go zignorowałam.
- Chciałam cię zapytać, co jest zadane na poniedziałek z matmy?
Mój amerykański przyjaciel wybuchł śmiechem. Matt jakby oklapł. Nie starałam się domyślać, czego się spodziewał.
- Och. Ćwiczenia ze strony 65 i 66 z podręcznika.
- Dzięki – uśmiechnęłam się.
- Nie ma za co. Pa, Jenny.
- Pa.
Odszedł lekko przygarbiony.
- Jak długo jeszcze zamierzasz się śmiać? – spytałam lekko zirytowana.
- Do końca świata i jeden dzień dłużej. To było boskie.
- Nie wiem, o co ci chodzi.
- To jak zgasiłaś tego frajera ha ha ha, jestem ciekawy, co powie na to Vanessa.
- Jesteś nienormalny, Luke. Co jest takiego śmiesznego w pytaniu o lekcje?
- Ty.
Nasza rozmowa o wszystkim i niczym (bardziej o niczym) ciągnęła się jeszcze długo i szczerze bałam się teraz sprawdzić stan swojego konta. Jednak cieszyłam się z niej, podniosła mnie trochę na duchu. Choć nie na długo.
- Babciu, już jestem! – krzyknęłam, wchodząc do domu.
Odpowiedziała mi cisza. Zaniepokojona poszukałam babci. Znalazłam ją w salonie, siedzącą w fotelu. Wyglądała bardzo blado. Przestraszyłam się. W jednej chwili znalazłam się przed nią.
- Babciu! Nic ci nie jest? Proszę, powiedz, że wszystko w porządku.
Ocknęła się i spojrzała na mnie.
- Tak, kochanie. Wszystko dobrze – odpowiedziała słabym, jakby odległym głosem.
- Na pewno? – spytałam smutno.
- Tak – uśmiechnęła się lekko. – Idź do kuchni, zrobiłam dla ciebie kolację.
Stałam jeszcze chwilkę, poczym z westchnieniem opuściłam pokój. Będąc na korytarzu usłyszałam, jak kaszle. Próbowałam ją przekonać, żeby wezwać doktora Cullena, ale stanowczo zaprzeczała i w końcu musiałam się poddać.
Znowu śnieg. Kiedy byłam Tanją, ten biały puch zawsze zapowiadał jakieś przykre wydarzenie. Nie chciałam się zastanawiać, co się stanie tym razem. Zresztą, teraz jestem Jenny. Nikim innym.
~ Nieprawda – odezwał się chochlik.
A już myślałam, że sobie poszedł. Ogarnęła mnie dziwnego rodzaju rezygnacja. Nie potrafiłam odpowiedzieć na żadne pytanie związane z tamtym życiem. Od tego wszystkiego dostawałam bólu głowy. Czemu człowiek nie potrafi wyłączyć myślenia? Nie pomagało mi słuchanie piosenek, oglądanie filmów. Nic.
Postanowiłam skorzystać z weekendu i wyszłam z domu. Nie miałam określonego celu wędrówki. Nie chciałam za bardzo wrócić na plażę, gdyż istniała możliwość spotkania Matta, a tym razem bardzo zależało mi na samotności. Nawet nie zauważyłam, kiedy weszłam pomiędzy zielone sosny tutejszego lasu. Chodziłam utartymi ścieżkami, starając się odwrócić myśli od Demetriego. W pewnym momencie nieświadomie zboczyłam ze szlaku. Mijały godziny, a ja wciąż wędrowałam. W końcu wyszłam na małą polanę, dopiero po chwili spostrzegając, że nie jestem na niej sama.
Pod jednym z drzew klęczała Tanya Denali, trzymała w dłoniach martwego jelenia. Zdziwiła się, słysząc moje kroki.
- Co tu robisz? – spytała szybko.
- Chodzę – odparłam.
Od kilku godzin byłam wyprana z emocji, jedyne co czułam to dziwne zrezygnowanie. Ale teraz widząc ją, postanowiłam w końcu zwierzyć się komuś z moich pytań.
- Jesteś wampirem – oznajmiłam jej.
Na jej twarzy wymalował się strach. Chciała wiedzieć, kto mi powiedział.
- Nikt. To ty mi pokazałaś swoją prawdziwą twarz.
Zerknęła przelotnie na jelenia, potem na mnie. Zaśmiałam się lekko.
- Nie chodzi o tę sarnę. Wypiłaś krew Demetriego. Widziałam to. Zabiłaś mnie. To ja byłam Tanją Morosow Valinowicz.
- Niemożliwe – szepnęła.
- To się nazywa reinkarnacja, hrabino Denali. Nie wiem czemu masz złote oczy, ale…
- Nie piję już ludzkiej krwi – wyjaśniła szybko. – Zmieniłam się.
Wpatrywałam się w nią przez chwilę w milczeniu, poczym wróciłam do wątku:
- Wiem, że możesz mi odmówić, jednak jeśli naprawdę się zmieniłaś to sądzę, iż zgodzisz się, że winna mi jesteś chociaż wyjaśnienia.
Usiadłam na głazie, czekając na jej odpowiedź.
- Co chcesz wiedzieć?
- Dlaczego do nas przyszłaś, czemu wykorzystałaś, po co zabiłaś? Jego, mnie…
Wzięła głęboki wdech i zaczęła mi tłumaczyć:
- Odkąd zostałam wampirem, liczyło się dla mnie tylko zaspokajanie pragnienia i przyjemności. Słyszałam o niezwykle przystojnym gruzińskim księciu, więc zapragnęłam go… poznać. Zaoferowałam mu to, co ci powiedział w zamian za jedną noc. Od razu wyznał o swoich preferencjach, jednak uznałam, że będę potrafiła go… hm… nawrócić na prostą drogę – uśmiechnęła się krzywo. – Jeszcze nikt nie oparł się mojej urodzie.
- On też nie.
- Nie. Teraz już wiesz. Jeśli się zastanawiasz, czemu zabiłam Tanję… ciebie. To dlatego, że nie mogłam pozwolić, by ktoś odkrył mój sekret. A ty właśnie to zrobiłaś.
- Teraz też mnie zabijesz? – spytałam. Było ze mną naprawdę źle skoro tak spokojnie rozmawiałam o własnej śmierci.
- Nie. Jeśli obiecasz, że nikomu nie powiesz…
Ile jeszcze podobnych obietnic będę musiała w tym życiu złożyć? Najpierw Jacob, potem Nessie, teraz ona…
- Obiecuję. Dziękuję za wyjaśnienia.
- Nie ma za co – odparła cicho.
Nadal czułam się wyprana z emocji. Chyba jeszcze nie dotarło do mnie to, czego się dowiedziałam.
- Co się stało z Demetrim po mojej śmierci?
- Nie wiesz? – zdziwiła się. – On jest…
Nie dokończyła.
- Martwy?
Przez chwilę mi się przyglądała, poczym odparła:
- Z pewnością.
Poczułam się wolna. Kiedy wieczorem przemyślałam jeszcze raz całą sprawę to wreszcie byłam usatysfakcjonowana. Nic mnie już nie nękało. Chochlik odszedł razem z pytaniami, na które znałam już odpowiedź. Teraz byłam spokojna.
Choć wewnętrzny spokój chyba nie został mi przeznaczony.
- Kolejne ciało brutalnie zamordowanej kobiety znaleziono w pobliżu Forks. Ofiarę znaleziono w lesie, przypaloną, skatowaną i pozbawioną krwi…
- Smakuje ci? – spytała babcia.
- Oczywiście, jak zawsze wyśmienite. Jesteś najlepszą kucharką pod słońcem!
Jadłyśmy kolację, oglądając wieczorne wiadomości. Mmm, ta pizza z podwójnym serem. Chyba już nigdy nie będę uważała Pizza Driver za najlepszą pizzerię.
- Policja wciąż szuka sprawcy, choć komendant policji w Port Angeles sugeruje, że wiadomo kim on jest…
Usłyszałam charakterystyczny dzwonek w komórce. Luke? Czego on znowu chciał?
- Cześć.
- Hej, Jen. Oglądasz może CNN? – jego głos był poważny i zdenerwowany.
- Tak, a co?
- Widziałaś tę informację o zamordowaniu kobiety w Forks?
- Yhym – mruknęłam potakująco, zjadając ostatni kęs przepysznej pizzy.
- Co tak chłepce? Masz kota, Jen?
- Dobrze się czujesz, Luke? Tu nic nie chłepce… cokolwiek to znaczy.
- A nie, przepraszam, to Goofy pije wodę.
- Właśnie, jak tam twoje psy?
- Dobrze. Ale wróćmy do sprawy. Pamiętasz Jasona, Jenny?
Oburzyłam się.
- Jesteś pewny, że niczego nie brałeś? Zadajesz dziwne pytania, Luke. Oczywiście, że pamiętam mojego młodszego brata, który zaginął cztery lata temu!
Czy naprawdę aż tyle czasu minęło od tamtego zdarzenia? Od tamtego poranka, kiedy mój braciszek wyszedł do szkoły… i nigdy nie wrócił.
- Wiem. Przepraszam, Jen – Luke brzmiał dziwnie. Jak nie on – taki zdenerwowany, roztargniony, a jednocześnie poważny.
- Okej. Powiesz co się stało?
- Twoi rodzice, Vanessa nie chcieli ci mówić, ale ja sądzę, że nie powinno się ciebie wyłączać z tej sprawy. Mam nadzieję, że dobrze robię.
- Tak. Mów.
- Wiesz, niedawno policja wykryła zabójstwa podobne do tego, które zobaczyłaś w CNN nie tylko w okolicy Forks, ale na terenie całej północnej Ameryki. Przy jednym z ciał znaleziono szkolną legitymację twojego brata.
- Chcesz powiedzieć, że… Jason… on… n-nie ż-żyje? – pisnęłam przestraszona.
Zaprzecz, zaprzecz, zaprzecz, błagam! – myślałam. Babcia spojrzała na mnie zdumiona.
- Nie. Ofiara była kobietą.
Uff, dzięki Ci, Panie.
- Dzisiaj twoich rodziców odwiedziła policja – ciągnął Luke. – Przypuszczają, że morderstwa są sprawką zorganizowanej grupy przestępczej. Na razie mają tylko tę legitymację, więc podejrzewają, że Jason jest w to wszystko zamieszany.
- Co? Niemożliwe! Mój brat z pewnością nic nie zrobił. To śmieszne! Ma tylko 16 lat!
- Też w to nie mogliśmy uwierzyć, Jenny, ale funkcjonariusze właśnie tak sądzą. Nie mają zbyt wielu poszlak i chwytają się wszystkiego, byle tę sprawę zakończyć.
- Co za głupota! Przecież on na pewno nie ma z tym nic wspólnego! Mogliby go w końcu znaleźć zamiast stawiać mu bezsensowne zarzuty!
- Przykro mi, Jenny. Tak właśnie jest.
Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam co. Byłam zbulwersowana, zdenerwowana i roztrzęsiona.
- Przepraszam, że ci powiedziałem, Jen. Mogłem cię jednak nie niepokoić. I tak jest ci ciężko z daleka od domu.
- Nie, Luke, dziękuję, że do mnie zadzwoniłeś. Nie lubię dowiadywać się o wszystkim na końcu.
- Pamiętam. Dobrej nocy pomimo wszystko, Jenny.
- Taa, miłych snów.
- Trzymaj się, pa!
Rozłączył się. Wyjaśniłam babci całą sytuację. Była bardzo zmartwiona. Nie wiedziałam, czy zasnę tej nocy. Czy choć jeden dzień nie może się skończyć spokojnie? Dopiero po północy oddałam się w objęcia Morfeusza.
- Jak daleko jest z Florencji do Volterry?*
* Księżyc w nowiu, s. 373
