Witam po dość długiej przerwie, za którą szczerze przepraszam. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że miałam mało czasu, bo przygotowywałam się na konkurs z polskiego (musialam przeczytać z osiem książek ;), a poza tym jak dopadała mnie wena, to była to wena na... wierszexD. Ale w końcu się wzięłam i wynik widzicie poniżej.

LadyJully: Wcale nie jesteś nudna!=D Co do spotkania to będzie ono w trochę większym składzie^^ Dziękuję za życzenia. O dziwo, pani mnie nie zabiłaxD

Natty0: Edward nie umie czytać w myślach Jenny. Co do następnego pytania odpowiedź będzie w następnym lub 11 rozdziale. Jeszcze nie planowałam następnego ff, wszystkie moje pomysły są raczej antyfanfickowexD, ale jakby zamienić kilka imion... Na przykład Bella wychowana w dżungli pewnego razu ratuje przystojnego szlachcica Edwarda od ataku lwów... Kto by to czytał?xD Co do punktu widzenia Edwarda to czasami o tym myślę, jednak boję się, że nie za dobrze oddam jego uczucia i ogólnie całą postać. Zresztą w zamyślego tego ff w ogóle Edward pojawiał się jako krótka zmianka na początku no i na końcu w finalexD

Emmbryo: Nie do końca nawiedzana przez duchy, to tylko dzikie myśli JasperaxD Właściwie chciałam bardziej rozwinąć tę scenę, żeby była bardziej jasna, ale cóż wyszło inaczej. Ja widzę to tak, że dusza Jenny jest jakby podzielona na trzy części, każda zawiera inne wspomnienia. Dopiero, gdy pozna wszystkie wspomnienia będzie mogła odkryć, kim naprawdę jest. Pamięć powraca dopiero po kontakcie czy raczej w czasie kontaktu z ogniem. Tamtej nocy Jenny po prostu spała przy otwartym balkonie, więc powiedzmy, że ktoś na zewnątrz wskrzesił ogień np. zapalając papierosa. Uśpiona część Belli wyczuła płomienie i mogła się na chwilę ujawnić. Ha! Teraz ja się rozpisałam^^ Uwielbiam długie komentarze3

osiaa93: Dzięki, że czytasz i komentujesz ;) I przepraszam, że nie dodałam rozdziału wtedy, kiedy ci napisałam.

Dziękuję Wam wszystkim za wasze komentarze:)


Chapter 9

No one knows how to say
That they're sorry and don't worry
I'm not telling lies

Limp Bizkit: Behind Blue Eyes

Wszystkie ściany były białe. Ta biel mnie dobijała i pogłębiała mój niepokój. Ludzie obok mnie czekali spokojnie, czytając jakieś gazety, choć niektórzy też nerwowo spoglądali na białe drzwi szpitalnych sal. Spojrzałam na zegarek. To już 15:00! Tak późno… Ileż godzin już czekam na jakieś wiadomości? Dlaczego mi nic nie mówią?

Był 30 grudnia. Wczoraj po przybyciu babci do szpitala, po wszystkich podstawowych badaniach, Carlisle odwiózł mnie do domu, pomimo moich protestów – chciałam zostać z Ginewrą. Nakazał wrócić dopiero jutro i oto jestem. Od dwóch godzin siedzę w tej przeklętej poczekalni. Dowiedziałam się, że babcia jest operowana i że mam się nie martwić. Śmieszne! Jak niby miałabym spełnić ich prośbę? Byłam kłębkiem nerwów.

- Jenny!

Odwróciłam się i zobaczyłam wchodzących do korytarza rodziców. Zerwałam się z miejsca i rzuciłam się mamie na szyję.

- Dobrze, że jesteście.

- Bylibyśmy wcześniej, gdyby nie głupia mgła. Lot opóźnił się o godzinę – mówił tata.

- Co z nią? – spytała mama.

- Ma coś z układem oddechowym i krążeniowym. Lekarze nie chcą mi powiedzieć dokładnie. Teraz jest operowana.

- Aż tak źle? – zaniepokoiła się.

- Nie wiem – odparłam rozpaczliwie. – Nic nie wiem.

- Spokojnie, będzie dobrze – uspokajała mnie mama, głaszcząc po włosach.

- Zaraz wszystkiego się dowiem. Mnie muszą powiedzieć – odparł zdecydowanie tata i zniknął z mojego pola widzenia.

Wypuściłam w końcu mamę z objęć i razem usiadłyśmy na znienawidzonych przeze mnie krzesełkach poczekalni. Na jej prośbę, opowiedziałam o wczorajszym dniu i interwencji Carlisle'a, oczywiście omijając część z Aniołem.

Nie wiem, jak długo czekałyśmy na tatę. Pięć minut? Dziesięć? Piętnaście? Nieważne, co wskazywał zegarek. Dla mnie każda sekunda ciągnęła się w nieskończoność. Ile razy tamten facet pod ścianą pociągnął nosem? A ta kobieta z czerwoną torebką – ile już razy sprawdzała swój telefon? Dlaczego ten czas tak wolno płynie?!

Tata wrócił do nas ze smutną miną.

- I co? Co z nią? – zapytałam szybko, mając złe przeczucie.

- Operacja jest już skończona. Za dziesięć minut będziemy mogli ją odwiedzić.

- Ale co jej jest? Mów, Artur! – zdenerwowała się mama.

- Ta choroba… Influenza variola… czy jakoś tak… ona zabija Ginewrę… Wirus… - urwał.

- Och, wyduś to wreszcie, tato!

- Pomimo operacji – wziął głęboki wdech. – Lekarze nie dają jej większych szans.

Patrzyłam na niego, nie wierząc w jego słowa. To nie mogła być prawda… Prawda?

- Ile? – spytała cicho mama.

- W najlepszym razie kilka… kilka dni.

- Nie! To niemożliwe! Na pewno nie jest tak źle! Przecież jeszcze w święta było wszystko w porządku!

- Nieprawda, Jenny. Dobrze wiesz, że źle było od początku – tłumaczył tata. – Nikt nie wiedział zbyt dużo o tej chorobie, nie wiedzieliśmy, jak ona postępuje. Nie było objawów, jednak objawy to nie wszystko, Jenny.

- Wiem, tato, wiem. Ale to nie może być prawda, że tylko kilka dni… - głos mi się załamał na ostatnim słowie. Poczułam słone krople na policzkach.

- W najlepszym razie kilka dni – skorygował tata.

Zapadła cisza. Wciąż nie mogłam w to uwierzyć. To musiał być kolejny koszmar. Po nim obudzi mnie aromat jajecznicy na bekonie, którą jak każdego poranka usmaży babcia. Nie, to wszystko nieprawda. Lekarze muszą się mylić.

- Mogą państwo już odwiedzić pacjentkę – podeszła do nas pielęgniarka o długich, czarnych włosach. – Jest w sali nr 15. Zaprowadzić państwa?

- Trafimy – odparłam. W ciągu ostatniej doby zdołałam się już zapoznać z całym oddziałem.

Poprowadziłam rodziców białym korytarzem i zatrzymałam się przed drzwiami z niebieską piętnastką. Nacisnęłam metalową klamkę, wchodząc do sterylnego pomieszczenia z jednym łóżkiem oraz masą przedziwnej aparatury.

Babcia leżała przykryta białą pościelą. Podłączono ją do kroplówki i monitora pokazującego pracę serca. Była przytomna. Miała otwarte oczy, ze spokojem wpatrywała się w sufit. Drzwi skrzypnęły, a ona przeniosła wzrok na mnie. Delikatny uśmiech rozjaśnił jej strasznie bladą twarz. Przysunęłam do łóżka białe (zwariuję od tej bieli) krzesło. Usiadłam i wzięłam jej dłoń w swoje ręce. Słyszałam, jak rodzice siadają po obu moich stronach.

- Cześć, babciu.

- Witaj, Jenny – szepnęła słabym głosem.

- Jak się czujesz?

- Dobrze, kochanie.

- Naprawdę?

- Tak, zaśmiała się lekko.

Wstąpiła we mnie nadzieja. Może wszystko będzie w porządku? Tak, musi. Lekarze często się mylą zwłaszcza jeśli chodzi o prognozowanie długości życia.

- Ale Jenny, proszę, zrób coś dla mnie.

- Cokolwiek zechcesz, babciu.

- Przyrzeknij mi, że po mojej śmierci nie załamiesz się i nadal będziesz się tak często śmiać, rysować, spotykać z przyjaciółmi.

- Babciu, ty nie umrzesz – zaprzeczyłam. – Nie teraz. Lekarze się mylą, wszystko będzie dobrze.

Moja mama pocieszająco położyła mi dłoń na ramieniu. Ginewra pogłaskała mnie po policzku.

- Nie wiem, co mówią lekarze, skarbie. Ja po prostu czuję, że… śmierć jest blisko.

- Nieprawda! – Moje oczy znów stanęły łzami. – Nieprawda!

- Jenny… - wymamrotał cicho tata. – Mówiłem ci, co przekazał doktor Hoffman…

- Nieprawda! – płakałam. – Nie obchodzą mnie słowa jakiegoś Hoffmana! Wiem, kto może wyleczyć babcię!

I zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć, wybiegłam z sali ledwie widząc poprzez słone łzy. Tyle razy chodziłam tym korytarzem podczas wielu godzin nerwowego oczekiwania, że znałam drogę prawie na pamięć. Wpadłam do lekarskiego pokoju, nie myśląc o konwenansach i ignorując chór pielęgniarek krzyczących za mną: „Tam nie wolno!". W pomieszczeniu byli dwaj mężczyźni. Pierwszy podskoczył lekko zaskoczony moim gwałtownym wejściem i wylał na siebie kawę. Zaczął wrzeszczeć, przeklinać, a w końcu wybiegł z pokoju. Nawet nie obejrzałam się za nim ani nie przeprosiłam go. Łzy ciekły po moich policzkach. Przede mną stał Carlisle, który zastygł w bezruchu z jedną ręką wsadzoną w rękaw płaszcza. Widocznie zbierał się do domu.

- Jenny, co ty tu robisz? – spytał cicho.

- Musisz uratować moją babcię, Carlisle! – podeszłam do niego. – Ona nie może umrzeć!

- Och, Jen, jest za późno.

Oparłam dłonie na jego piersi, zaglądając głęboko w złote oczy.

- To nieprawda – szepnęłam. – T y możesz ją uleczyć.

- Nie mogę, Jenny. Przykro mi.

Zacisnęłam palce na jego koszuli. Wszystko było takie zamglone…

- Musisz – powiedziałam rozpaczliwie. – Wymyśl coś.

- Nie potrafię. Ta choroba działa po cichu, nie ma zbyt wielu objawów i to jest właśnie największe zagrożenie. Nie masz pojęcia kiedy i dlaczego wirus dostaje się do twojego krwiobiegu. Powoli przedostaje się do najbliższych komórek. Pomnaża się i po jakimś czasie zajmuje cały organizm, niszcząc go. Rzadko się zdarza, że wiadomo o chorobie tyle czasu wcześniej, jak było w przypadku Ginewry. A nawet pomimo tej wiedzy, niewiele można zdziałać.

Nie odpowiedziałam, tylko wtuliłam się w niego płacząc. Przytulił mnie nieco skrępowany.

- Przykro mi, Jenny – powtórzył.

Zadzwonił jego telefon. Odebrał po pierwszym sygnale.

- Już idę.

- Pośpiesz się – usłyszałam głos Jaspera. – Nie mamy dużo czasu.

- Wiem – odpowiedział zdenerwowany i rozłączył się.

Zacisnęłam mocniej palce na jego koszuli, delikatnie szlochając. Nie mogłam pozwolić odejść mojej ostatniej nadziei.

- Jenny, muszę iść. Przepraszam, że nie potrafię pomóc twojej babci – powiedział cicho i ostrożnie odciągnął moje dłonie od siebie.

- Przykro mi – rzekł po raz ostatni i zostawił mnie samą.

***

- Powinniśmy już iść, skarbie. Wrócimy jutro – odezwała się mama.

- Chcę jeszcze zostać – sprzeciwiłam się.

- Tata zostanie i poinformuje nas jak będzie się coś działo.

- Poczekajcie chwilę – powiedziała babcia. – Pożegnajmy się.

Pożegnajmy się. To brzmiało, jakby przeczuwała, że więcej się nie spotkamy, że umrze tej nocy. Mama przytaknęła i pochyliła się nad Ginewrą, mamrocząc: „Kocham cię, mamo" i „Do zobaczenia jutro".

- Jutro jest pojęciem względnym, córeczko – powiedziała babcia. – Przynajmniej z mojej perspektywy.

Mama uśmiechnęła się lekko przez łzy, pożegnała się jeszcze raz, poczym wyszła pozostawiając mnie samą z Ginewrą.

- Kochanie, proszę, nie rozpaczaj tak bardzo za mną.

- Ale, babciu...

- Nie smuć się długo, Jenny. Jesteś jeszcze taka młoda, całe życie przed tobą.

Przytuliłam ją bez słowa.

- No już, idź. Twoja mama czeka.

- Do widzenia, babciu.

- Żegnaj, Jenny.

- Nigdy nie mów żegnaj. To odbiera nadzieję na kolejne spotkanie.

Zacytowałam Mayę, na co babcia zaśmiała się lekko. „Khabi Alvida naa Kehna"* był naszym ulubionym hinduskim filmem.

- Jeśli tak stawiasz sprawę... Na razie, skarbie.

- Pa pa.

Pocałowałam ją w policzek i z ciężkim sercem wyszłam. W drzwiach minęłam księdza.

***

Męczące mnie koszmary dały wyraz mojemu zdenerwowaniu i ciągłej obawie. Podświadomość podsuwała mi coraz to nowe obrazy, w których łączyła bolesne momenty z życia Tanji (...mojego życia... wciąż nie mogę się przyzwyczaić) oraz przykre wspomnienia z tego istnienia. Czasami wprowadzała własne potwory, które odzwierciedlały mój kiepski stan ducha. Jednego nie rozumiałam. Marzenia senne były po to, żeby zregenerować naszą psychikę, więc czemu, gdy było źle, podświadomość jeszcze bardziej się wyżywała? To kłóciło się przecież z istotą snów.

Obudziłam się koło drugiej w nocy. Szczerze mówiąc, bałam się zasnąć ponownie. Bałam się pogrążyć w tamtych koszmarach. Zobaczyć to, co widziałam.

Zarzuciłam na siebie kurtkę, założyłam ciepłe kapcie i wyszłam na balkon. Noc była chłodna, bezwietrzna, bezchmurna. Miliony gwiazd wysyłały ku ziemi blade, zimne światło. Srebrna, mglista poświata spowijała sierpowaty księżyc. Z daleka dochodził spokojny szum morza, a wysokie sosny stały tam, gdzie zawsze, i rzucały długie cienie na gołą, zamarzniętą ziemię. Dreszcze spowodowane chłodem i wcześniejszymi koszmarami przeszły przez moje ciało. Powinnam chyba wrócić do pokoju zanim się przeziębię. Tylko jakie to ma znaczenie? Stałam jeszcze chwilę, poczym z westchnieniem wróciłam do sypialni. Zdjęłam kurtkę i kapcie. Położyłam się z powrotem na łóżku, starając się nie myśleć o tym, co mnie czeka po zamknięciu oczu. Powoli zmęczenie i wyczerpanie przejęło kontrolę nad moim ciałem. Usnęłam.

***

Szpitalne światła są takie rażące, niemające w sobie ani krzty słonecznego ciepła. Stałam w sali nr 15. Babcia spokojnie leżała na łóżku. Spojrzała na mnie, ale chyba mnie nie widziała. Wyglądała, jakby patrzyła p r z e z e mnie. Była bledsza niż ostatnim razem. Tata siedział przy niej, trzymając ją za rękę. Urządzenie obok piszczało w rytm jej serca.

Babcia zamknęła oczy i uśmiechnęła się. Potrafiłam zauważyć, jak minimalnie pikanie zwalnia. Tata dopiero po chwili zauważył tę zmianę. Zaniepokojony, czerwonym przyciskiem wezwał pielęgniarkę. Jaskrawozielona krzywa na czarnym monitorze prostowała się, czemu towarzyszył głośny pisk aparatury. Do pokoju wpadło kilka sióstr z doktorem Hoffmanem na czele. Reanimowali babcię, nawet nie patrząc na jej uśmiechniętą, uśpioną twarz pełną spokoju. Z okna wlało się do sali nieziemskie światło. Dziwiłam się, że nikt nie gasi tych okropnych lamp, skoro z zewnątrz dochodzi taka przepiękna jasność.

- Nie mówię żegnam, kochanie - powiedziała babcia, stojąc u Progu. - Wiem, że wraz z Końcem przyjdziesz Tam, gdzie ja idę.

- Ja już tam byłam.

- Racja, jednak tylko przez chwilę. Po Końcu zostaniesz Tam na zawsze.

Uśmiechnęłam się.

- Tak. Do zobaczenia, babciu.

Obie nie zwracałyśmy uwagi na zamieszanie wokół martwego ciała. Patrzyłyśmy na siebie przez chwilę, poczym ona poszła dalej. Zobaczyłam, jak liczne zmarszczki, w które ubrał ją czas, wygładzają się, a jej oblicze rozjaśnia się nieziemskim szczęściem. Przez chwilę chciałam pójść za nią, jednak wtedy wizja odeszła, przypominając, że jest tylko snem...

Nadal była noc i ciemność uniemożliwiała widzenie czegokolwiek za oknem. Zerknęłam na jaskrawoczerwoną tarczę budzika. Minęła tylko godzina od mojego ostatniego przebudzenia, a tyle się zmieniło...

Zeszłam na dół i zastałam w kuchni płaczącą mamę. Wiedziałam, co się stało. Wyciągnęłam z szafki nad kuchenką chusteczki higieniczne i podałam je mamie.

- Umarła - powiedziałam bez emocji, siadając tuż obok przy blacie.

Mama kiwnęła głową wciąż szlochając. Nagle wydało mi się to jakoś dziwnie niewłaściwe, żeby płakać nad kimś, kto jest taki szczęśliwy... Przytuliłam mamę i siedziałam z nią jeszcze długo...

***

Prowadzenie własnego biznesu z pewnością nie będzie moją przyszłą pracą, a już na pewno nie będę umawiała się z poważnymi osobowościami, z którymi chcę podpisać niezwykle ważne kontrakty w dzień po Nowym Roku. Mój tata właśnie tak zrobił. Przed świętami ustalił spotkanie z pewnymi Włochami, którzy chcieli zainwestować w firmę taty i akurat od 31 grudnia do 2 stycznia przebywali w Ameryce. Wyniknął problem z pogrzebem babci. Moi rodzice uruchomili swoje kontakty, tak ważne w obecnym świecie i poprzez znajomych znajomych oraz kolegów kolegów udało się zorganizować uroczystość w niecałą dobę. Pochówek miał odbyć się 1 stycznia.

Sylwestrową noc właściwie przespałam. Nie miałam ochoty się bawić, co było oczywiste w stanie żałoby. Moi rodzice robili dokładnie to samo. Tylko tata często wykonywał w nocy różne telefony, nawet nie wiem do kogo i po co.

Nad ranem 1 stycznia odwiedził mnie Matt. Porozmawialiśmy przez chwilę, pytał z troską, jak się czuję. Nie za bardzo umiałam opisać swoje uczucia. Były takie... mieszane. Z jednej strony czułam smutek, żal, ale z drugiej wiedziałam, że babcia jest szczęśliwa i w pewien sposób nadal żyje. Z pewnością byłam bardziej samotna, gdyż przyzwyczaiłam się do naszych porannych i popołudniowych pogawędek, wieczornego oglądania wiadomości. Z każdego kąta w domu wiało pustką i wszystko przypominało o jej nieobecności.

***

Na pogrzeb przyszło kilkanaście rodzin z naszej dzielnicy. Widziałam wiele osób z liceum, którzy po nabożeństwie i tradycyjnej ceremonii składali mi pełne współczucia kondolencje. Wśród nich byli: Matt, Candy, Fil, Tom, Angela, Betty, David. Za to Cullenowie nie przyszli, pomimo zaproszenia. Zmartwiła mnie ich nieobecność, gdyż w tej chwili bardzo potrzebowałam przyjaciółki takiej jak Nessie czy Alice.

Ksiądz wygłosił przepiękną mowę na temat babci, a po nim głos zabrała mama, która mówiła urywanymi od płaczu słowami. Wszyscy modliliśmy się nad grobem, jednak ja nie patrzyłam w ciemny dół, do którego włożono zamkniętą trumnę jak większość żałobników. Spoglądałam w górę, bo wiedziałam, że właśnie tam jest babcia i nie kryłam łez.

Stypa była dość kameralna, nie trwała długo. Kilkanaście osób, którzy znali babcię składali rodzicom i czasami również mnie kondolencje. Właściwie większość spotkania przesiedziałam na kanapie oparta o Matta. On, Candy i Ofelia opuścili mnie jako ostatni. Byłam im za to wdzięczna.

****

Coraz bardziej brakowało mi Alice i Nessie. Byłam pewna, że one potrafiłyby mnie wyrwać z ciągłego smutku, o co prosiła mnie Ginewra. Nie odbierały telefonów, nie odpisywały na sms-y, więc wieczorem 1 stycznia postanowiłam je odwiedzić.

Droga była opustoszała, dlatego bez zbędnych przeszkód, po dziesięciu minutach jazdy, dotarłam do ich domu, który z miejsca wydał mi się zbyt cichy i ciemny, bowiem żadne światło nie paliło się w oknach. Co się stało? Wyjechali do jakiejś rodziny na sylwestra?

Zapukałam raz i drugi. Odpowiedziała mi cisza. Westchnęłam zrezygnowana. Więc jednak nikogo nie było... Musieli wyjechać. Lecz... co to? W ciemnym oknie wydało mi się, że coś się porusza. Może ktoś jest w środku? Zapukałam jeszcze raz. Dlaczego nikt nie otwiera? Znowu cień przemknął za oknem.

Od zawsze byłam zdeterminowana i uparta. Nigdy nie pozwalałam odejść ode mnie moim przyjaciołom bez słowa. Nacisnęłam klamkę i z niemałym zaskoczeniem zauważyłam, że dom stoi otwarty. Weszłam ostrożnie do środka. Polegając na mojej ulotnej, ludzkiej pamięci doszłam do miejsca, gdzie powinien być włącznik światła. Wymacałam na ścianie odpowiedni przycisk i po chwili musiałam zamrugać gwałtownie oślepiona. Kiedy w końcu moje źrenice nabrały właściwego kształtu zobaczyłam, że istotnie nie byłam sama.

W kącie salonu siedziała Renesmee, obejmując ramionami kolana. Podeszłam do niej i przysiadłam obok.

- Cześć, Nessie. Co się stało? Gdzie są wszyscy?

- Wyjechali - odpowiedziała.

- I zostawili cię samą? - zdziwiłam się. - Czemu nie zabrali cię ze sobą?

- Bo kiedy odchodzili, ja byłam z Jake'm w Ottawie na koncercie The Wolverines.

- Uwielbiam ich piosenki! Zdobyłaś może jakieś autografy?

Kiedy nic nie powiedziała, wróciłam do poprzedniego tematu: - Dokąd pojechali?

- Na wschód uratować Edwarda. Jednak w swej misji sami wpadli w pułapkę.

Czułam, że znów stoję przed niewiarygodną historią godną najlepszych filmów akcji Stevena Spielberga Juniora.

- Co się…

Moje pytanie przerwał jednoczesny dzwonek naszych telefonów. Spojrzałam na swój wyświetlacz. Mama.

- Halo? Jenny? Gdzie ty się podziewasz?

- Jestem u Nessie.

- Już późno, wracaj do domu. Jutro musimy wcześnie wstać, wszystko spakować, a przypominam ci, że samolot mamy już o 13!

- Wiem, mamo. Postaram się wrócić za pół godziny.

- Nie za pół godziny, tylko teraz! Natychmiast! Rozumiesz?

- Ale…

- Żadnego ale! Teraz i koniec!

- No.. dobra.

- W takim razie czekam.

- Pa, mamo.

- Pa.

Rozłączyłam się. Pierwszy raz mama była taka stanowcza… i uparta. Spojrzałam na Renesmee, która już dawno skończyła swoją rozmowę. Nie chciałam zostawiać jej tu samej.

- Nessie, może przyszłabyś do mnie? – zaproponowałam.

- Nie mogę. Czekam na rodzeństwo.

- Myślałam, że wpadli w tą pułapkę.

- Nie wszyscy – odparła krótko.

- A tak w ogóle to zadzwoniłaś chociaż po policję? – spytałam racjonalnie, a Ness zaśmiała się ponuro.

- Uwierz mi, to nie sprawa dla gliniarzy.

- Czemu? Twoja rodzina jest zamiesz…?

- Czy twoja mama nie kazała ci wracać do domu? – przerwała mi Renesmee.

- Co? Och, no tak… - zapadła chwila ciszy, poczym wpadłam na jeszcze jeden pomysł. – Może Jacob przyjdzie do ciebie, żebyś nie była tu sama albo ty…

- Dziękuję za troskę, ale poradzę sobie – powiedziała zirytowana. – Jake jest w Stanach.

W La Push – dodała cicho.

Stałam jeszcze chwilę przed nią nie wiedząc, co robić, poczym z westchnieniem pożegnałam się i wróciłam do samochodu.

***

Moja honda zatrzymała się w połowie drogi. W samym środku ciemnego lasu. Zabrakło mi benzyny, by jechać dalej. Nie ma to jak spontaniczne wyjazdy z niepełnym bakiem. Ze złością uderzyłam kierownicę. Do kogo by tu zadzwonić? Do mamy? Taty? Matta? Czemu właściwie pomyślałam o Matcie?

Wyciągnęłam komórkę i wybrałam właściwy numer. Tata był już z pewnością w samolocie, a mama odebrała od razu, jakby czekała na mój telefon.

- Cześć, Jenny! Coś nie tak?

- Cześć – przywitałam się. – Nie zgadniesz, co się stało. Zabrakło mi…

Komórka z charakterystycznym pyknięciem wyłączyła się. Co jest do cholery?! Spróbowałam włączyć ją z powrotem. Nic z tego. Wyczerpana bateria. Nie ma to jak złośliwość rzeczy martwych.

I co ja teraz zrobię?

Nie wiem. Chyba nic.

Zaczekam do rana.

Wrócę na piechtę.

Brr. W nocy? Po ciemku? Po lesie?

A co w tym takiego? Wystarczy trzymać się głównej szosy. Nic prostszego.

Pomyślałam jeszcze chwilę i w końcu zdecydowałam się na pieszą wędrówkę.

Wysiadłam z samochodu, biorąc torebkę. Zamknęłam szczelnie pojazd, mając nadzieję, że rano nadal tu będzie. Przede mną był czarny las i asfaltowa droga. Zaczęłam iść poboczem, nie rozglądając się na boki – wiedziałam, że moja wyobraźnia bywa strasznie płodna w ciemności i z pewnością podsunie mi jakieś milutkie potworki.

Drogę przede mną rozjaśnił blask samochodowych reflektorów. Usłyszałam za sobą cichy pomruk silnika, a po chwili doszły do tego dzikie krzyki kierowcy i pasażerów. Odwróciłam się i zobaczyłam dżipa bez dachu (AN: taki jaki miał Emmett w Zmierzchu^^) prowadzonego przez pijanych nastolatków krzyczących w niebogłosy jakieś sprośne piosenki. Cóż, nie takiego towarzystwa oczekiwałam. Wiedziałam, że z ich strony nie doczekam się żadnej pomocy. Najbardziej nietrzeźwy zdawał się być kierowca, który jechał ślicznym slalomem od jednego pobocza do drugiego wprowadzając przewalających się pasażerów w większą euforię. Dżip uderzył w moją hondę, spychając ją na drzewo, a niezrażony kierowca dalej prowadził auto własną trasą.

Mój kochany samochód…

Nie mogłam długo rozpaczać za swoim pojazdem, bo nagle ja znalazłam się na trasie szalonego dżipa. Wbiegłam między drzewa, potykając się o jakąś gałąź. Przewróciłam się i zdarłam sobie skórę na dłoniach. Polało się kilka kropelek krwi, ale było to tylko niewielkie zadraśnięcie. W ukryciu czekałam aż pijana kawalkada odjedzie.

Odetchnęłam z ulgą, kiedy męskie krzyki odeszły i zapanowała ponowna cisza. Pomyślałam, że w sumie puszcza nocą nie jest taka straszna i z pewnością bezpieczniejsza od drogi zapełnionej pijanymi kierowcami. Jak bardzo się myliłam…

Do domu pozostało mi jeszcze około 300m, kiedy usłyszałam za sobą warknięcie. Odwróciłam się gwałtownie przerażona. Zobaczyłam go. Miał bladą skórę, w której odbijało się światło księżyca, i czarne oczy płonące żądzą. Patrząc na tę nieludzką twarz, w jednej sekundzie zrozumiałam kim był. Wampirem.

Spróbowałam uciekać, ale zanim postawiłam choćby jeden krok, otoczyły mnie lodowate ramiona zaciskając w żelaznym uścisku. Z łatwością wgryzł się w moją szyję. Mój wrzask bólu rozniósł się po całym lesie, ale i tak nikt go nie usłyszał…


* "Khabi Alvida naa Kehna" czyli "Nigdy nie mów żegnaj" - film bollywood z Shah Rukh Khanem, Rani Mukerjee, Preity Zintą i Abishkiem Bachchanem. Jest to historia Deva Sarana (Shahrukha), który spotyka Mayę (Rani). Maya zastanawia się, czy na pewno powinna wyjść za swojego najlepszego przyjaciela - Rishiego(Abishek). Za sprawą rozmowy z Devem, przekonuje się do małżeństwa. Po czterech latach Dev i Maya znów się spotykają, a co wynika z ich spotkania zobaczcie sobie sami^^ Polecam ten film, który jest zabawny i pełen świetnej muzyki(zwłaszcza jeśli porównać go do Ashoki ).

Następny odcinek za około tydzień (powodem jest siedem sprawdzianów w szkole: z historii, wf'u, religii, matmy, geografii, biologii i angielskiego - cóż, moi nauczyciele nie przejmują się szkolnym statutem - nie ma to jak chodzić do szkoły kujonówxD). Mam dla was jedno pytanie, na które odpowiedzi jestem chyba jeszcze bardziej ciekawa niż wy dalszego ciągu opowiadania. O tak! Wiem! Zróbmy sondę^^

Kto zabił/przemienił Jenny?

a) Demetri

b) Jason

c) Emmett

d) Jasper

e) Alec o.o

Błagam o odp. nawet tych, którzy zwykle nie komentują=)