Witam=)
Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, opinie i głosy. Co do sondy, to jej wyniki na dzień dzisiejszy wyglądają tak: a) Demetri - 50% b) Jason - 34% c) i d) Emmett i Jasper - 0% e) Alec - 16%;) Prawidłowa odpowiedź jest oczywiście w poniższym rozdziale, także enjoy=)
„3" uważana jest za liczbę doskonałą, obejmującą całokształt rzeczy w wyniku tego, że jest sumą cyfr 1 oraz 2. Symbolizuje boskie trójce wielu wyznań(…)Liczba ta oznacza także światło, słońce oraz ogień. Dzięki łączeniu w sobie cech pierwszych dwóch liczb trójka symbolizuje świadomość, harmonię, równowagę oraz rozwój i wzrost. Związki z liczbą trzy to: początek, środek i koniec; niebo, ziemia i piekło; wiara, nadzieja oraz miłość - .
Chapter 10
La tua cantante
Let us die young or let us live forever
We don't have the power but we never say never - Alphanville; Forever young
PW: Jasper
- Edward… - wyszeptała. – Nie! Edward… Demetri…
- Alice! Co się dzieje? – zaniepokoiłem się.
- Edward… nie poszedł na polowanie. On chce się zabić. Demetri…
- Chodźmy, szybko! – zawołała Esme. – Nie mamy czasu! Musimy go powstrzymać!
- Nie! – krzyknęła Alice. – Nie możemy!
- Nie będę czekać aż mój syn popełni samobójstwo!
- Ale musisz, Esme! Inaczej wszystko będzie stracone…
- Zwariowałaś?! – krzyczała nasza matka. – On nie może…
- Spokój – przerwałem stanowczo. Ich ciała od razu się rozluźniły, słuchając mojego daru. – Esme, czy naprawdę sądzisz, że Alice pozwoliłaby Edwardowi zginąć? – spytałem z wyrzutem.
Nie odpowiedziała, choć wyczułem w niej pewną nieufność. Doskonale pamiętała jak zostawiliśmy ich tamtej nocy po wizji przybycia Volturi w sprawie Nessie. Ze wszystkich jej przybranych dzieci, Esme najbardziej kochała Edwarda. Może dlatego, że był jej „pierwszym synem" w tym nieśmiertelnym życiu.
- Powiedz, co dokładnie widzisz, Alice?
Wróżka zamknęła oczy i po chwili zaczęła opowiadać:
- Edward zamierza spalić się nad brzegiem morza o północy…
- Tak niewiele czasu zostało! Chodźmy!
- Esme!
Umilkła, pozwalając kontynuować mojej ukochanej:
- Jednocześnie Demetri planuje się zemścić za… za coś na nas – skończyła z nutką bólu w głosie.
Otoczyłem ją ramieniem, rozpraszając negatywne emocje.
- On jest nieważny – powiedziałem. – Nie ma z nami szans.
Alice pokręciła głową, koncentrując się mocniej na przyszłości.
- Dopóki Esme chce przeszkodzić Edwardowi nie ma nadziei – ani dla niego, ani dla nas. Nasz brat wyczuje cię wcześniej, mamo, i zabije się od razu. Nie będziesz w stanie mu pomóc.
- To co mamy zrobić? – pytała rozpaczliwie Esme. – Musi być jakieś wyjście!
Wróżka otworzyła powoli oczy i spojrzała zmęczonym wzrokiem na naszą matkę.
- Może jest. Ale dopóki jesteś zdecydowana, mogę zobaczyć tylko jeden scenariusz.
Esme ucichła. Poczułem wysiłek, jaki musiała wykonać, żeby zmienić swoją decyzję. Kierowała się nadzieją, że istnieje inne rozwiązanie, że sytuacja jest do przezwyciężenia. Tym razem pokładała przeogromną ufność w Alice – zrozumiała, że jej córka ma rację. Przecież żadne z nas nie miało daru Belli.
Wróżka zatopiła się w kolejnych wizjach.
- Oh! – powiedziała tylko.
Wyczułem w niej zmianę. Spojrzała na mnie oczami, w których tliła się iskierka nadziei.
- Po raz pierwszy cieszę się, że istnieje coś takiego jak zemsta – odezwała się. – Demetri go złapie przed północą, a Edward się podda – co za różnica jaką śmiercią zginie? Jednak włoski szpieg poczeka na nas, chce zabić nas wszystkich, choć w jaki sposób – co do tego wciąż zmienia zdanie, jakby nie chciał zniszczyć mi niespodzianki – zaśmiała się. – Masz rację, Jazz, nie ma z nami szans, więc po prostu odbijemy naszego brata i nie pozwolimy mu na drugą taką lekkomyślną decyzję.
Esme odetchnęła z ulgą, a i ja stałem się radośniejszy.
- Musimy zadzwonić do Carlisle'a – powiedziała nasza matka.
- Racja.
***
- I co teraz Alice? – spytał nasz przywódca, stając w drzwiach.
Wróżka kazała nam czekać do rana, a przez pracę ojca termin wyjazdu również się znacznie opóźnił. Jednakże teraz byliśmy już wszyscy razem, gotowi na polecenia, które wyda moja ukochana.
- Musimy pojechać na południe do okolic Seattle. Tam rozdzielimy się i uderzymy z dwóch stron. W razie, gdyby coś poszło nie tak… Gdybyśmy nie wrócili przed sylwestrem… Napisałam kartkę do Nessie, żeby jak przyjedzie z koncertu „The Wolverines" czekała na przyjazd Emmetta i Rose. Napisałam, żeby razem przyszli nam z odsieczą.
- Czy to na pewno rozsądne, by Renesmee brała udział w tej całej akcji? – zmartwiła się Esme.
- Ness ma tylko zawołać sforę, mamo – sprostowała Alice. – Emm, Rose i wilki są z pewnością nie do pokonania. Choć ściągnięcie psów oczywiście trochę potrwa.
- Zatem miejmy nadzieję, że to nie będzie konieczne – spuentowałem, poczym cała nasza czwórka wybiegła w las.
***
Staliśmy na skraju niewielkiej polany, ukryci w cieniu puszczy. Patrzyliśmy na niewielkie wybrzuszenie terenu po środku – cel naszej misji.
- To jest okop – tłumaczyła podczas biegu Alice. – A raczej podziemny bunkier stworzony na wypadek wybuchu trzeciej wojny światowej. Bo choć niewiele ludzi o tym myśli, to istnieje kilku pesymistów, którzy szczególnie boją się stracić życie i mają pieniądze na tego typu przedsięwzięcia. Bunkier ma dwa wejścia – przednie i tylnie. Carlisle z Esme wejdą od północy, ja i Jasper od południa. Demetri więzi Edwarda w głównym pomieszczeniu, do którego prowadzą tunele od obu wrót.
- W jaki sposób on więzi Edwarda? – spytał Carlisle.
Wróżka odpowiedziała dopiero po chwili: - Trzyma go w tytanowej klatce. Dokładniej z libdenitu.
Libdenit był wynalazkiem z poprzedniego roku – niesamowicie wytrzymałym stopem: tytanu z metalami kosmicznymi. Nasi pobratymcy odkryli, że nawet wampiry nie potrafią złamać libdenitu. Była to substancja, która topiła się w bardzo, bardzo wysokich temperaturach i szybko krzepła. Doprawdy, trudno było cokolwiek uformować z tego stopu, a jednak istniało kilka osób, którzy podejmowali się tego zadania.
- Gotowa? – spytałem, ściskając mocno jej dłoń.
Skinęła głową. – Chodźmy.
***
- Myślisz, że Esme i Carlisle już doszli?
- Ciii, nie mów nic, Jazz – odszepnęła Alice, prowadząc mnie ciemnym korytarzem. Tunel miał wiele rozwidleń i wiedziałem, że wróżka specjalnie wybrała dla nas to wejście – ona lepiej orientowała się w krętych ścieżkach tej trasy niż Esme i Carlisle.
Poruszaliśmy się szybko, bezszelestnie. Otaczały nas zapachy stęchlizny, wilgoci, szczurów. To bardziej przypominało kanały ściekowe niż bunkier. Już po przejściu około dwudziestu metrów wyczuliśmy wampiry. I nie tylko. Także półwampiry. Tak dobrze znane nam zapachy: Edward, Demetri, Lisa, Katrina, Amanda… Mogłem tylko domyślać się, co tu robiły te wszystkie hybrydy razem z włoskim tropicielem. A jednak to nie był koniec. Słodka woń obcych wampirów otulona zapachem ognia, dymu i krwi również mieszała się z powietrzem. Nagle zacząłem się bać. Nas była czwórka – do tego rozdzielona, a ich – z siódemka, jeśli nie więcej. Czy aby na pewno sobie poradzimy? Piękna wampirzyca przede mną nie miała takich wątpliwości.
Ukochana przystanęła przed wielkimi drzwiami. Ścisnęła moją rękę – byliśmy na miejscu. Zanim otworzyła wrota, przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem z pasją, miłością, namiętnością. Była wszystkim, dla czego żyłem, co kochałem. Tak bardzo bałem się ją stracić.
- Obiecaj, że nic ci się nie stanie – szepnąłem jej cichutko do ucha.
- Obiecuję, Jasper.
Przytuliłem ją mocno do siebie, pocałowałem po raz ostatni, poczym razem otworzyliśmy drzwi.
Czy naprawdę nie było dyskretniejszego wejścia? Wszystkie dziesięć par oczu skierowało się prosto na nas. Wampir o piaskowych włosach rzucił się na nas z dzikim wrzaskiem i warczeniem. Z łatwością go pokonałem – był nowonarodzonym. Spojrzałem z wściekłością na całą salę, chroniąc za plecami Alice.
Pomieszczenie było duże i wysokie. Musieliśmy być już głęboko pod ziemią. Koło nas przy południowej ścianie stała wygodna sofa, na której siedział Demetri w otoczeniu Lisy. Hybryda spoglądała na nas z nienawiścią, natomiast szpieg Volturi tylko lekko się uśmiechał. Na drugim końcu sali stało siedem klatek. Trzy pełne, cztery puste. Ze strachem zauważyłem pojmanych: Esme, Carlisle, Edward.
Coś uderzyło mnie z boku. Poleciałem na zachodnią ścianę, czując wypełniający mnie ból. Zobaczyłem nad sobą ciemne oczy Katriny i Amandy. Z miejsca, w którym jeszcze przed chwilą stałem dobiegł krzyk Alice. Zepchnąłem hybrydy na bok. Na mojej drodze do ukochanej znikąd pojawiali się nowonarodzeni, których rozszarpywałem i zabijałem z łatwością. Po chwili znów zobaczyłem dwie siostry. Wyjątkowo silny wampir wepchnął mnie do czwartej klatki. Alice trafiła do pułapki obok.
Było już po wszystkim.
Przegraliśmy.
Demetri czekał już tylko na Emmetta i Rose.
PW: Jennifer
Krzyczałam, wrzeszczałam z bólu. Żelazny uchwyt napastnika miażdżył moje kości i unieruchamiał ciało. Wampir gwałtownie wysysał ze mnie krew, a z krwią - życie. Próbowałam uwolnić się z jego uścisku, stawiając czoło piekłu, które napierało na mnie ze wszech stron. Oczywiście bezskutecznie. Siły szybko mnie opuszczały.
- Emmett! - zawołał jakiś wysoki głos. - Co ty wyprawiasz?!
Rozległ się huk i wrzasnęłam przeraźliwie, gdy spory płat skóry został brutalnie oderwany od mojej szyi. Zniknęły ramiona i bezładnie opadłam na trawę niczym szmaciana lalka.
Gdzieś nade mną ktoś cały czas warczał.
- Dlaczego ją zaatakowałeś?! - krzyczała kobieta.
- Puszczaj, Rose! - szamotał się wampir.
- Dlaczego?!
- Jej krew mnie przyzywa, puść! - warczał.
- Nie mamy czasu! Każda sekunda jest na wagę złota! Chcesz, żeby zginęli?!
- Pozwól mi skończyć - powiedział po chwili ciszy.
- Nie. I tak nie przeżyje, straciła za dużo krwi - odparła Rose. - Chodźmy!
Ciemne drzewa zaszumiały nagle, zniknął warkot i poczułam, że znów jestem sama. Chłodny wiatr drażnił moją ranę dolewając oliwy do ognia. Modliłam się o śmierć.
Czarną noc wypełnił mój wrzask, kiedy w moich żyłach zapłonął żywy ogień. To już nie było echo poprzedniego życia podczas ataku fobii, to był autentyczny, namacalny ból. Pożar pochłaniający moje ciało.
Pomóż mi, Panie...
Jad napędzał rytm serca. Każdy narząd płonął osobnym ogniem, wyraźnie czułam nerki, płuca, żyły... Woda.... Potrzebowałam wody... Niech ktoś zgasi ten ogień! Błagam...
Ale nikt się nie zjawiał, byłam sama.
Jak błysk. Nagłe oświecenie. Wszystko. Pamiętałam wszystko! I nareszcie wiedziałam, kim jestem. Jaka szkoda, że płonęłam. Choć tylko w ogniu były wspomnienia.
I wychodziłam z Pałacu Życia, który był moim Domem. A Mądry Cherubin przede mną stał, udzielając rad. Na koniec rzekł cicho:
- Ogień [wiary] wyzwoli twoją duszę.
A ja ze zdziwieniem przeszłam Tunelem. Narodziłam się po raz pierwszy, wiedząc, że to dopiero początek.
Wspomnienia życia Tanji mignęły jak sen, nadeszły nowe - wszystkie oprawione w ból teraźniejszości.
Znalazłam się znowu Tam, pośrodku Nieskończoności. Czułam, że muszę go zapytać o Demetriego, ale wtedy poprowadził mnie dalej. Pokazał wojnę, chorobę i historię młodego chłopaka.
- Byłaś iskierką - powiedział Cherubin. - Iskierką Nadziei. Musisz stać się światłem. Jego Światłem Miłości, by nie zgubił się pośród ciemności.
Patrzyłam jak dobry wampir ratuje siedemnastolatka. Jak młody krwiopijca zmaga się z wieloma problemami nowej natury.
Cherubin kazał iść dalej i rozstaliśmy się przy Tunelu. Urodziłam się po raz drugi.
Co to było? Szaleńcze presto mojego serca? Ten ogień... Znajdź mnie. Znajdź i zabij. Będę wdzięczna na wieki... A przecież już raz przez to przechodziłam. Dlaczego musiałam po raz drugi?
Całe moje życie, zbiór chronologicznie poukładanych wydarzeń… Kiedy byłam światłem? Rozwód rodziców, coroczne wyjazdy do Forks, potem bunt i wakacje z tatą w Kalifornii. Phil, decyzja o zamieszkaniu z Charliem, wyjazd do St. Waszyngton. Pierwszy dzień w szkole, spotkanie Cullenów, reakcja Edwarda... Czemu mnie nienawidził? Ach tak, bo moje życie nie może być proste. Wspólna rozmowa, wypadek, zaproszenia, Jacob i plaża, opowieści, poznanie prawdy. Choć kogo obchodzi, że jego miłość jest wampirem? To przecież nieistotne... Port Angeles, rozmowa w samochodzie, rozmowa przed szkołą, jeszcze więcej rozmów... Polana, wizyta w jego domu, mecz baseballu, przyjście Jamesa, Laurenta, Victorii, wymyślenie genialnego planu oczywiście przeze mnie... Droga do Phoenix, telefon Jamesa, podjęcie decyzji... Tak wiele zdarzyło się w ciągu kilku tygodni... Sala baletowa, James, jego śmierć... urodziny, odejście Edwarda, miesiące samotności... Dlaczego mi to zrobiłeś? Ach tak, bo mnie kochasz...
Jak długo już płonę? Godzinę? Dzień? Dwa? Wieczność? Czemu czas potrafi tylko wydłużać tortury, a nigdy skracać? Zabij mnie.
Deja vu, motory, Jacob… to nie ja byłam światłem. To przecież on był Słońcem… mój Jacob… grypa, polana, Laurent, sfora, odkrycie prawdy, choć czym jest prawda? Wiarą w mity, legendy, sny? Polowanie na Victorię, skok z klifu, śmierć Harry'ego, przyjazd Alice... telefon, wyjazd do Włoch, Volterra, Edward… Volturi, obietnica Alice, powrót… Czy teraz odejdziesz? Zostawisz mnie ponownie? Żyć bez ciebie, to jak być wygasłą gwiazdą, której odebrano światło, która została tylko martwym ciałem niebieskim, rozszarpywana bezduszną grawitacją innych i czekająca na czarną dziurę, która wciągnie ją w większą ciemność i rozerwie na strzępy… Mówisz, że mnie kochasz. Nie potrafię ci zaufać… A przecież ufam ci zawsze. Jesteś moją duszą, moim życiem. Wiem, że mówisz prawdę.
Serce waliło niczym dzwon, wydawało mi się dziwne, że nikt mnie jeszcze nie znalazł. Może powinnam wrzeszczeć i krzyczeć, ale nie mogłam. Za pierwszym razem wytrzymałam. Wytrzymam i teraz.
Głosowanie, warunek, złość Charliego, szlaban… wyjazd na Florydę, rozmowa z Renee, spotkanie Jake'a, powrót Victorii… pidżama-party, La Push, niefortunne słowa… nieznany intruz, indiańskie legendy, nowonarodzeni w Seattle, wizyta u Jake'a, pocałunek, złamana ręka… impreza, deklaracja wilków, treningi… Wspólna noc – zaręczyny z Edwardem… To głupie, że tak długo się opierałam. Jesteś moją miłością, co mnie obchodzi świat? Zaznaczanie terenu, marznięcie w namiocie, wtrącenie Jacoba, poranek, prośba, walka… śmierć Victorii, wizyta Jane i jej świty… oznajmienie Charliemu o zaręczynach, ucieczka Jake'a, przygotowania do ślubu, ceremonia, wesele… Szczęście było wtedy tak namacalne… miesiąc miodowy, ciąża… poród, Renesmee, przemiana…
Ból ze wspomnień nałożył się na ogień teraźniejszości. Z całej siły starałam się nie krzyczeć, ale to nie było proste. Chciałam być silna, ale ból… on mnie przytłaczał.
Nowa natura, polowanie, niezwykła samokontrola, moja córeczka… taka mała i śliczna… kochana… Wpojenie Jacoba… Czemu Renesmee? Ona należała do mnie. Dlaczego miałam się nią dzielić z psem? Dziewiętnaste urodziny, nowy dom, uświadomienie Charliego, miesiące szczęścia, choć… nic nie trwa wiecznie. Zdążyłam się już o tym przekonać. Przybycie Iriny, wizja Alice, decyzja rodziny, ciche odejście Jaspera i jego ukochanej, naszej siostry… smutek, zdobywanie sprzymierzeńców, mój trening, ostateczne przygotowania i… konfrontacja. Wyszukiwanie nieprawdziwych oskarżeń, fałsz Wielkiej Trójcy… Czy naprawdę musiałeś zabić Irinę, Kajuszu? Powrót Alice, nasze zwycięstwo, Nahuel…
Lata szczęścia, można by rzec – złote lata: patrzenie na dorastającą Nessie bez obaw, samotne wakacje z Edwardem… w końcu rok 2015…
Nahuel…
Wiedziałam, co za chwilę zobaczę - najgorszą decyzję w moim życiu.
Był początek sierpnia. Mieszkaliśmy w Quebec. Nessie zostało kilka tygodni dojrzewania, więc zamierzaliśmy hucznie uczcić jej siódme urodziny. Leżałam na dywanie razem z Alice i Rosalie w pokoju tej ostatniej. Ustalałyśmy listę gości.
- Denali? – spytała blondynka.
- Aha – wymamrotała Alice zaznaczając coś w notatniku.
- Może klan Siobhan? – zaproponowałam.
- Dobry pomysł – zgodziła się brunetka.
- Sądzę, że dobrze zaprosić Benjamina i Tię. W końcu też nam wtedy pomogli.
- Tak. I koniecznie Amazonki. Zafrina nigdy nie wybaczyłaby mi, gdyby nie mogła uczcić urodzin Nessie – dodała Alice.
Pomyślałyśmy jeszcze chwilę.
- A ludzie? – spytała Rose. – Jej koleżanki ze szkoły?
- Nie – odpowiedziałam. – Ale może Charlie?
- Billy i Sue? – dodała Alice.
- Oczywiście wilki też musisz wpisać – spuentowała z grymasem żona Emmetta.
Zachichotałam z jej udręczenia. Znów zapadła cisza.
- A…- zaczęłam, nie będąc pewna swojego pomysłu. – A Huilen i Nahuel?
Rosalie pokiwała głową z aprobatą. Alice cicho zanotowała wszystko w notesie.
- Peter i Charlotte?
- Tak – zgodziłyśmy się.
- W takim razie wszyscy, tak sądzę – odszepnęła brunetka. Przejechała wzrokiem po liście ostatni raz, poczym schowała ją gdzieś w ułamku sekundy. Do pokoju wpadła roześmiana Renesmee powiadamiając nas o swoim jutrzejszym wyjściu do kina z przyjaciółkami z liceum.
***
Nadszedł czas przyjęcia. Przybyli wszyscy zaproszeni i w efekcie salon był wypełniony po brzegi wampirami, wilkołakami i kilkoma ludźmi. Widziałam jak dość niezręcznie w tym towarzystwie czuł się Charlie. Niektórzy zmiennokształtni też niezbyt dobrze się trzymali w otoczeniu naturalnych wrogów. Paul, Collin oraz Leah w ogóle nie przyjechali. Sam wytłumaczył, że ktoś musi pilnować rezerwatu pod ich nieobecność.
- Co słychać, Bells? – gorąca dłoń spoczęła na moim ramieniu.
Odwróciłam się i zobaczyłam przed sobą uśmiechniętą, znajomą twarz.
- Seth! Jak miło cię widzieć! – zawołałam radośnie i przytuliłam go.
Nawet się nie wzdrygnął czując niską temperaturą mojego ciała. Zaśmiał się. Cofnęłam się o krok, żeby zmierzyć wzrokiem go całego.
- Strasznie urosłeś – skwitowałam.
- Faktycznie. – Edward pojawił się za mną i objął moją talię.
Seth zaśmiał się jeszcze raz, poczym jego oczy rozbłysły radośnie.
- Wow – skomentował jego myśli mój ukochany.
- Zgadnij, co się stało z moją siostrą, Bello.
Patrzyłam na niego zmieszana. Co miałoby się z nią niby stać? Był taki rozbawiony… Nic mi do głowy nie przychodziło, co byłoby zabawne w Lei.
- Nie mam pojęcia – przyznałam szczerze.
Zachichotał.
- Kilka dni temu wpoiła się w jednego gościa.
- Żartujesz – obok nas pojawił się Jacob.
- Wcale nie. Chłopak ma piętnaście lat i nazywa się Jeremy, czy coś.
- Jak to się stało? – spytałam zaciekawiona.
Seth zaczął opowiadać. W pewnym momencie Jake warknął przeciągle. Wszyscy spojrzeli na niego w zdumieniu. Charlie podskoczył i cała zawartość jego kieliszka poleciała na Sue, która próbując uniknąć nieuniknionego wpadła na Benjamina. Tata zaczął przepraszać i trochę rozproszył uwagę gości. Jednak ja cały czas byłam skupiona na Jake'u. Podążyłam za jego wzrokiem. Zobaczyłam Nahuela siedzącego przy Nessie i wpatrującego się ze złością w Jacoba. Renesmee była… zakłopotana. Seth, Jake, Edward i ja podeszliśmy do nich.
- Zjeżdżaj stąd – warknął Jake.
- Bo co? – Nahuel wstał, ale i tak nie dorównywał muskulaturze wilkołakowi.
- Chwila! Czy ktoś może mi wyjaśnić, o co chodzi? – wtrąciłam się.
- On dobierał się do Nessie – powiedział ze wściekłością Jacob.
Warknęłam w tym samym momencie, co Edward. Oboje przyjęliśmy ofensywne pozycje.
- Nieprawda – powiedziała Renesmee. – Tylko spytał się o…
Urwała, znowu zakłopotana. Wyminęła Nahuela, który zatrzymał ją łąpiąc za nadgarstek. Rozwścieczyła mnie jego bezczelność. Miałam ochotę rzucić mu się do gardła. Jednak Jacob był szybszy. Zmienił się w ułamku sekundy i skoczył na półwampira, odrzucając go na przeciwległą ścianę. Huk przyciągnął uwagę wszystkich gości. Od razu przybiegli Carlisle z Jasperem chcąc zapobiec walce. Huilen pojawiła się obok nich, warcząc na wilkołaka.
- O co cię spytał, Renesmee? – wróciłam do tematu.
Nie odpowiedziała tylko przyłożyła do mojego policzka dłoń. Zobaczyłam jak Nahuel przysiadł się do niej, życząc wszystkiego najlepszego. Skinęła głową na znak podziękowania. Półwampir pochylił się lekko w jej stronę i zapytał, czy chciałaby zobaczyć Brazylię. Nessie zaśmiała się i odparła, że gdyby chciała już dawno by tam pojechała. Jednak on niezrażony przekonywał ją, że powinna się tam udać i opowiadał o niesamowitych zwierzętach, które można spotkać w dżungli. Nessie w końcu przyznała, że chciałaby posmakować dzikiej pumy.
Nahuel pochylił się jeszcze bardziej i wyszeptał jej do ucha:
- Pojedź tam ze mną, teraz.
A potem Jacob warknął.
Renesmee cofnęła się, patrząc na moją reakcję. Natomiast mnie najbardziej ciekawiła jej reakcja. Stałyśmy tak chwilę w ciszy, której nie przerywał nawet Edward, jakby też czekał na jakąś reakcję. W końcu zamieszanie pod ścianą przykuło naszą uwagę.
Zdołano już oddzielić Jake'a oraz Nahuela, jednak oboje wciąż chcieli walczyć. Próbowali wyszarpnąć się z uścisku – półwampir z rąk Huilen i Kachiri, a wilkołak już w ludzkiej postaci z uchwytu Sama i Setha.
Nessie podeszła do Jacoba i przytuliła go.
- Nigdzie z tobą nie pojadę – odpowiedziała moja córka Nahuelowi wpatrując się w Jake'a z miłością.
- To się jeszcze okaże – warknął półwampir, poczym razem z Huilen opuścili nasz dom.
***
- O czym myślisz? – spytał Edward bawiąc się moimi włosami.
Leżeliśmy na łóżku w naszej sypialni. Oparłam głowę o jego pierś i wpatrywałam się w sufit.
- O Lei. O Jake'u i Renesmee. O Nahuelu… Sądzisz, że naprawdę spełni swoją groźbę?
- Nie wiem. Ale nie martw się. Alice zobaczy wszystko wcześniej. Zdążymy zapobiec każdemu zagrożeniu.
Pocałował mnie w czoło, rozpraszając moje ponure rozważania. Wspięłam się na niego i przycisnęłam wargi do jego ust. Zamruczał z zadowoleniem. Całkowicie zatraciliśmy się w pożądaniu, zapominając o świecie wokół nas.
***
Przyszedł luty 2016 roku, a z nim premiera „Straconych na zawsze". Renesmee zwariowała na punkcie tego filmu i świergotała o nim od dwóch miesięcy. Oczywiście Jacob od razu powiedział, że z chęcią z nią pójdzie, jednak ona wystawiła do niego język mówiąc, że już umówiła się z koleżankami ze szkoły. Czasami była taka podobna do Alice... Jake zrobił smutną minę odrzuconego szczeniaka, ale Nessie nie zmieniła zdania. Wywróciła tylko oczami jak Edward i rzekła, że z nim pójdzie drugi raz.
- Wychodzę! – krzyknęła Renesmee (całkiem niepotrzebnie zważając na nasz wyczulony słuch).
Byłam trochę smutna, że już idzie. Brakowało mi Edwarda, który wraz z Emmettem pojechał na polowanie.
- Nie! – zawołała przerażona Alice.
Spojrzeliśmy na nią wystraszeni. Co takiego widziała? Nessie zamarła na progu.
- Nie możesz tak iść!
Chochlik zbiegł na dół, trzymając w rękach coś jasnego.
- Zapomniałaś apaszki, którą ci przyszykowałam!
Owinęła Nessie wokół szyi jasnoróżową chustkę pasującą do jej płaszczyku.
- No wiesz, ciociu! Wystraszyłaś mnie!
Alice tylko zachichotała i kazała jej się pośpieszyć.
***
- Gdzie ona jest? – spytałam Rosalie patrząc na zegarek.
Renesmee miała już od godziny być w domu. Denerwowaliśmy się wszyscy. Nessie nie odbierała telefonu.
- Idziemy ją szukać – zdecydowała Rose.
Zgodziliśmy się. Zadzwoniłam do Edwarda poinformować go o sytuacji. Jacob obok mnie zaskomlał cicho, zmienił się w wilka i zaczął węszyć w poszyciu tutejszego lasku.
***
- Gdzie ona jest, Alice? – spytałam rozpaczliwie po czterech długich godzinach poszukiwań.
- Nie wiem – odparła niespokojnie. – Znowu nie widzę jej przyszłości.
- Dlaczego? – dopytywał Edward.
- Kiedy skończyła pięć lat zdołałam po raz pierwszy zobaczyć ją wyraźnie. Wiedziałam, że to dlatego, iż ją poznałam, wiedziałam kim jest, mój dar się rozwinął. Ale kiedy po tamtym przyjęciu spróbowałam ujrzeć przyszłość Nahuela, nie widziałam jego postanowień. Było tak samo jak z wilkami. Pomyślałam, że żeby zobaczyć półwampira muszę go najpierw dobrze poznać. Myślę, że Renesmee znalazła się właśnie w takim towarzystwie, którego nie znam.
- To znaczy, że… Nahuel porwał Nessie? – pisnęłam przestraszona.
- Tak to wygląda – odparła smutna Alice. – Przepraszam, powinnam była zorientować się wcześniej.
Wilczy skowyt Jacoba wypełnił nocną ciszę. Rozdzierający ton tego wycia odzwierciedlał także moje poczucie rozpaczy.
- Jedziemy do Brazylii – odparł zdecydowanie Edward. Zobaczyłam w jego oczach jedynie wściekłość i determinacje. To trochę podniosło mnie na duchu.
Ogień powoli odchodził z moich palców. Ach, jaka ulga. Czyli niedługo koniec? – spytałam siebie z nadzieją. Gwałtowny nawrót bólu w stopach, przegnał nadzieję z kretesem.
Miałam wielką ochotę zabić Nahuela, jednak znów uprzedził mnie w tym Jacob. Ale wszystko po kolei…
W Brazylii szybko zorientowaliśmy się, że nie ma tam ani porywacza, ani porwanej. Pomogła nam, choć z niechęcią, Huilen, która również od paru dni szukała swojego siostrzeńca. Obiecaliśmy, że gdy spotkamy półwampira, nie zabijemy go, choć patrząc na Jake'a, wiedziałam, że za nic ma dane słowo. Przemierzając Amerykę Środkową spotkaliśmy straż Volturi, a dokładniej Jane, Feliksa i dwóch nieznanych mi wampirów. Dowiedzieliśmy się, że Demetri szuka Jochama, który wciąż wymyka im się z rąk i strażnicy podążają jego śladem. Spotkanie nie odbyło się bez przemocy - musiałam ochronić Huilen przed darem Jane, gdy ta wypytywała o powód naszego wyjazdu. Nie chcieliśmy nic mówić, jednak ciotka Nahuela wypaplała wszystko po krótkich torturach małej wampirzycy. Rozeszliśmy się czym prędzej, kontynuując poszukiwania. Na jakiś ślad natknęliśmy się w Meksyku. Była to mała kartka, którą wywęszył Embry – sfora dołączyła do naszych poszukiwań. Nessie nabazgrała na niej adres jakiegoś domu w Carson City w Nevadzie. Pojechaliśmy tam, choć rozdzieleni – najpierw wilki potem my. Nie pamiętam, co spowodowało opóźnienie w naszym odlocie. Chyba chęć lepszego przeszukania hotelu ze znalezioną kartką.
Spóźniliśmy się. Wilki też, choć Edwarda niepokoiło dziwne zachowanie Embry'ego, który na miejsce przybiegł jako ostatni. Nawet później niż my. Nie znaleźliśmy niczego we wskazanym miejscu, poza zapachem Ness, Nahuela i dwóch innych osób. Byliśmy w kropce. Nie wiedzieliśmy, gdzie szukać dalej. Rozważaliśmy podzielenie się, kiedy do Setha zadzwoniła roztrzęsiona Sue. Poinformowała nas o zamordowaniu Charliego.
Nie wiem jakim cudem dotarliśmy do Forks w pół godziny. Pamiętam jedynie potworny widok zmasakrowanego ciała taty w kałuży krwi. Tego było za wiele. Najpierw straciłam córkę, potem ojca. Nawet nie wiem, kto znalazł kolejną wiadomość - wiadomość od Nahuela, by ich nie szukać, bo inaczej zginą kolejne bliskie mi osoby. Na przykład Renee albo Sue… Swoją drogą, skąd on wiedział o Renee? Byłam w jakimś dziwnym stanie przez cały dzień, nie wiedziałam, co się dzieje wokół mnie.
Następnego dnia, a był to 1 marca, wyszłam razem z Edwardem i Embry'm do lasu wokół Forks. Potrzebowałam uciec od tego wszystkiego, od śmierci, od rozpaczy. I wtedy tak chodząc powoli między drzewami nadszedł moment, w którym mój ukochany zamarł. Spojrzałam na niego pytająco. Po kilku sekundach doszedł do nas zapach Renesmee i kogoś jeszcze. Embry rzucił się naprzód, a my pobiegliśmy za nim. Zobaczyliśmy Nessie w towarzystwie jakiejś rudowłosej półwampirzycy, którą Embry od razu porwał w ramiona. Jednak nie zwracałam na nich większej uwagi. Liczyła się tylko moja córeczka.
Miała poszarpane i zabrudzone ubrania – te same, w których wychodziła miesiąc temu do kina. Poza tym jej włosy były potargane, ale nic więcej. Szczęście, jakie czułam było nie do opisania.
- Witaj, mamo, tato – odezwała się do nas zmęczonym głosem, uśmiechając się. – Dobrze was widzieć.
Przytuliliśmy ją w tej samej sekundzie.
- Ciebie też – powiedział wzruszony Edward.
Staliśmy tak wtuleni w siebie dobrą godzinę, a za nami rozbrzmiewał śmiech Embry'ego i obcej hybrydy. W końcu mój kochany wziął naszą córeczkę na ręce, gdyż ze zmęczenia uginały się pod nią nogi. Odwróciłam się do wilkołaka, który rozpromieniony stał przed nami razem z nieznajomą.
- To jest Sheila – przedstawił ją. – Jest siostrą Nahuela, którą spotkałem w Meksyku. Porozmawiałem z nią, wskazała mi wtedy tamtą kartkę. A potem obiecała spróbować uwolnić Renesmee.
- Dziękujemy – powiedziałam z wdzięcznością.
Odpowiedziała mi uśmiechem. Wróciliśmy do domu, szokując wszystkich zebranych. Rozbrzmiały okrzyki, wiwaty, każdy chciał zobaczyć z bliska Renesmee, która smacznie spała na rękach Edwarda. Zdziwiłam się, że nigdzie nie widziałam Jacoba. Sam przekazał mi, że Jake wyruszył kwadrans po nas, po przeczytaniu jakiegoś sms'a.
- To ja mu go wysłałam – odezwała się Sheila. – Podałam mu adres Nahuela. Prosił mnie o to Embry.
Zanim ktokolwiek coś odpowiedział, zainteresowany stanął w drzwiach z przygnębioną miną.
- Zabiłem drania, ale jej nigdzie nie było – powiedział z coraz większą rozpaczą w głosie.
- Jake… - szepnęła sennie Renesmee. – Jake…
Patrzyłam jak zastygł niedowierzająco w miejscu, by po chwili rozsunąć Rose oraz Jaspera i zobaczyć leżącą na łóżku Nessie. Ułamek sekundy później tulił ją do piersi, płącząc ze szczęścia.
***
- Wracałam sama z kina – opowiadała Nessie tydzień później, leżąc bezpiecznie w ramionach Jake'a. – Dziewczyny już się rozeszły do domów. Zaskoczył mnie. Złapał od tyłu, ze strony z której nie wiał wiatr. Był silniejszy ode mnie. Zaprowadził mnie do samochodu i kazał Sheili jechać. Nic mi nie zrobił, tylko raz pocałował… Ugryzłam go i więcej nie próbował – zachichotała lekko. – Głównie uciekaliśmy. Zdawał sobie sprawę, że szukacie mnie i starał się mylić was, jadąc do miejsc zupełnie niezwiązanych ze mną czy z nim. Nahuel… był agresywny, często się wściekał na różne rzeczy i chciał, żebym go kochała. Sheila pomagała mi odpierać jego ataki na mnie. Zostawiłam wam kartkę w Meksyku…
- Embry ją znalazł – odpowiedział odruchowo Edward. – Ale spóźniliśmy się.
Renesmee pokiwała głową i kontynuowała:
- Tam dołączyła do nas jego kolejna siostra – Lisa. W przeciwieństwie do Sheili, z którą się zaprzyjaźniłam, Lisa była okropna. Gorsza niż Nahuel. To ona powiedziała mu o tym, że znaleźliście moją wskazówkę i kazała nam znowu uciekać. To ona wpadła na pomysł zabicia dziadka – w oczach Nessie pojawiły się łzy, które Jake od razu delikatnie starł. – Błagałam Nahuela, by tego nie robił, ale nie posłuchał mnie… Powiedział tylko, że może zamiast dziadka zabić Jake'a… - głos jej się załamał na ostatnim słowie.
Jacob przytulił ją mocniej, pogłaskałam ją pocieszająco po policzku.
- To wtedy z polowania wróciła Sheila opowiadając mi o Embrym – jak to powiedziała: „pewien uroczy wilkołak, który się we mnie wpoił, poprosił o uwolnienie ciebie". Następnej nocy to właśnie ona miała mnie pilnować, podczas gdy Lisa z Nahuelem wypełniali swój bestialski plan. Uciekłyśmy razem. Biegłyśmy dość długo w kierunku Forks. Wiedziała, że Embry jest właśnie tam – a z nim wszyscy inni.
- Tak ci dziękuję, Sheilo – powiedział Jacob i pocałował Nessie w czubek głowy. – Przepraszam, Nessie, że musiałaś przez to wszystko przejść. Gdybym cię lepiej dopilnował…
- To nie twoja wina – wymamrotała Renesmee.
- Co się stało z Lisą? – spytał Carlisle.
- Powróciła do naszego ojca zaraz po zabójstwie tego człowieka. Przynajmniej taki był plan – odpowiedziała Sheila.
***
Maj przyniósł ze sobą barwną wiosnę pełną kwiatów. Lubiłam przechadzać się wzdłuż obrzeży Quebec i zbierać pierwsze żonkile czy narcyze. Podczas jednego z takich spacerów spotkałam Sheilę, która wolała mieszkać tutaj niż w La Push i Embry, chcąc nie chcąc, musiał przeprowadzić się z nią do Quebec.
Zdziwiła mnie jej zatroskana mina. Zazwyczaj półwampirzyca była radosna, promieniała optymizmem.
- Witaj, Bello – przywitała się z poważnym wyrazem twarzy. – Szukałam cię.
- Naprawdę? – zdziwiłam się lekko. – Coś się stało?
- Tak, chodzi o mojego ojca… Widzisz ostatnio dzwoniła do mnie Lisa, oczywiście nie wiedziała, że przeszłam na waszą stronę i jakoś nie miałam ochoty wyprowadzać ją z błędu. Jocham dowiedział się o śmierci Nahuela i jest wściekły…
***
- Jasper? Zapolujemy? – spytałam.
- Jasne – uśmiechnął się lekko, czując mój głód.
- Pójdę z wami – powiedział Edward.
Nie! Nie mógł iść ze mną… Powstrzymałby mnie.
- Nie ma takiej potrzeby – odparłam tonem nieznoszącym sprzeciwu. Zauważyłam zdziwiony wzrok mojej rodziny i ból w oczach Edwarda, który starał się to ukryć. Odwróciłam się szybko do drzwi, czując wyrzuty sumienia. Jasper bez słowa poszedł za mną. W lesie znaleźliśmy spore stadko górskich lwów. Kiedy byliśmy już pełni, zatrzymałam brata, który chciał już wracać.
- Chciałam z tobą porozmawiać na osobności, dlatego nie pozwoliłam Edwardowi iść z nami – wyjaśniłam swoje wcześniejsze zachowanie.
- O co chodzi?
- O przyszłość naszej rodziny.
Zdziwił się.
- Wczoraj spotkałam Sheilę. Jocham zamierza zemścić się za śmierć swego jedynego syna. Wciąż jest na południu, więc...
- Damy sobie radę z armią nowonarodzonych - wtrącił Jasper.
Przytaknęłam.
- Z nowonarodzonymi tak, ale Sheila nie mówiła nic takiego. Raczej, że Jocham zawarł pakt z Volturi.
Jasper wytrzeszczył oczy. - Alice na pewno by to zobaczyła - powiedział po chwili.
- Jocham otacza się półwampirami, Jazz, nie ujrzy tego. A to właśnie głównie decyzja ojca Nahuela. Jestem pewna, że Volturi nadal zamierzają go zabić, po tym jak on i oni rozprawią się z nami. Są żądni krwi po ostatniej porażce. Dlatego nie możemy dopuścić do tego, by Jocham zdążyl połączyć swoje siły ze strażą. Musimy go ubiec, zabijając go wcześniej.
- A nie sądzisz, że damy radę wygrać z Volturi? - uśmiechnął się złowrogo. - Mamy ciebie, więc ich talenty nie mają znaczenia.
Pokręciłam głową.
- Oni mają też inne talenty poza psychicznymi. Nie słyszałeś o ich nowych nabytkach?
Jasper wzdrygnął się.
- No tak...
- Mogę zabić Jochama - powiedziałam. - Zauważyłeś jak łatwo wyślizgiwał się z rąk Demetriego? Możliwe, że też ma talent, na który ja jestem odporna. Uprzedzę go zanim dojdzie do Volturi.
- Nie możesz jechać sama! - powiedział nagle spanikowany Jazz. - Możemy pojechać razem!
- A co jeśli jego talent jest podobny do Victorii? Wyczuje cię, Jazz i ucieknie. Jeśli tak się o mnie martwisz, mogę wziąć ze sobą jakiegoś wilkołaka - skłamałam płynnie. - One mają różne mechanizmy obronne przed naszymi talentami, więc to się może udać.
Jasper nie chciał się przekonać.
- Pomyśl o Alice, Jazz - odparłam. - Chciałbyś, żeby coś jej się stało?
- Nie - szepnął.
- Więc pozwól mi jechać. Nic mi nie będzie.
Przytuliłam go, a on automatycznie też mnie objął.
- Wszystko będzie dobrze, Jasper, tylko pozwól...
- Dobra, ale nie jedź sama.
- Obiecuję, że wezmę ze sobą wilka - skłamałam jeszcze raz. - Możesz nie myśleć, co zrobiłam przy Edwardzie?
- Tak, zostanę tu jeszcze kilka godzin.
- Powinno wystarczyć.
Uścisnął mnie mocniej. Wyrwałam się po chwili i pobiegłam w ciemny las. Znałam drogę.
***
Stary magazyn mieścił się w przemysłowej części Los Angeles. Do przodu popychała mnie miłość i nienawiść. Miłość do mojej rodziny - chęć ocalenia ich, zapewnienia im bezpieczeństwa, a nienawiść do Jochama za wydanie na świat Nahuela, który porwał moją córkę i próbował zmusić do kochania oraz za chęć zemsty na moich bliskich. Weszłam do środka bez wahania. Zobaczyłam wampira pod ścianą pijącego krew biednego chłopaka.
- Ty jesteś Jocham? - spytałam go, a raczej warknęłam.
Odłożył martwe ciało i spojrzał na mnie.
- Tak, a ty?
- Jestem Bella Cullen, matka Renesmee.
- Och - w jednej chwili zrozumiał. - To przez ciebie mój syn nie żyje.
Nie do końca - pomyślałam. Nie wyprowadziłam go z błędu, po prostu rzuciłam się na niego.
Ogień odszedł z moich kończyn i skupił się na sercu, które przyśpieszyło. Byłam pewna, że każdy w okolicy 50m mógł usłyszeć jego głośny rytm.
Był lepszym wojownikiem ode mnie. Miał przewagę, której nie umiałam przezwyciężyć - doświadczenie. Jaka ja głupia - pomyślałam. - Żeby sądzić, że samotnie pokonam dwustuletniego wampira. Co ja sobie myślałam? Chciałam osobiście go zlikwidować, ale już nie widziałam żadnego wyjścia ani pomysłu na zwycięstwo. A przecież musiałam zwyciężyć - dla mojej rodziny, moich bliskich. Rzucił mną o ścianę i wtedy coś przykuło moją uwagę. Coś błyszczącego, srebrnego. A jednak miałam plan...
Skoczyłam na niego i zanim zdążył cokolwiek zrobić objęłam go ramionami jednocześnie podpalając małą zapalniczkę. Ból go oszołomił, próbował się wyrwać, a ja musiałam go trzymać. Musiałam zginąć razem z nim...
Wiedziałam, że to ostatnie uderzenia mojego serca. Liczyłam je: jeden, dwa, trzy. Kiedy odejdzie ogień? Po piętnastu? Po dwudziestu? A może po sześciu?
Byłam Tam przez chwilę, nie więcej niż mignięcie powiek. Było mi wstyd, że nie wypełniłam dobrze swojego przeznaczenia. Wiedziałam, że Cherubin był zawiedziony, choć nie spotkałam go. Od razu udałam się do Tunelu, przechodząc przez Wodospad Niepamięci po raz trzeci, mając nadzieję na drugą szansę...
Czternaście, piętnaście, szesnaście... nagle moje ciało wygięło się w łuk, szarpnęło, a potem… cisza. Moje serce przestało bić. Ogień odszedł. Przemiana skończona.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam stary świat z zupełnie nowej perspektywy.
PW: Jasper
Demetri niecierpliwił się i było to widoczne nawet bez mojego daru. Katrina i Lisa niczym hieny krążyły wokół naszych klatek. Mijały dni, a nic się nie działo. To dawało mi nadzieję, że może Emmett z Rose unikną losu, który zaplanował dla nas Demetri. Ale wtedy nadszedł piąty dzień naszego więzienia.
Moje rodzeństwo popełniło te same błędy, co my - przyszli sami. Nie było wilków (i na szczęście Nessie też nie). Nie minęło kilka minut, jak po walce Emmett z Rose również trafili do klatek.
Demetri uśmiechnął się triumfująco. Wstał ze swojej sofy i przeszedł wzdłuż naszych cel.
- Od kogo by tu zacząć... - zastanawiał się na głos ze złowrogim błyskiem w oku.
Stanął przed klatką Rose.
- Może...
- Demetri - przerwał mu śpiewny głos… Belli.
Spojrzałem w tamtą stronę i zamarłem. W drzwiach stała najprawdziwsza Bella ze szkarłatnymi tęczówkami.
I co sądzicie o tym? Następny rozdział zacznę pisać po konkursie z polskiego(który jest w sobotę). Pozdrawiam, Lussina.
