AN: Cześć wszystkim:) Przepraszam za tak długą przerwę między rozdziałami, ale zawsze mam problem z dokończeniem własnych opowiadań. Mam nadzieję, że ten rozdział wam się spodoba. DISCLAIMER: It's obvious that I do not own Twilight...


Chapter 11

Ostateczna broń

You, do you remember me?
Like I remember you?
Do you spend your life
Going back in your mind to that time?

~Somebody's Me; Enrique Iglesias

Pomiędzy drzewami zobaczyłam prześwit. W miarę jak przybliżałam się z wampirzą prędkością do celu, za sosnami coraz wyraźniej widziałam polanę. Byłam tak blisko…

Kiedy po przemianie otworzyłam oczy, nie widziałam zbyt wiele – przysypało mnie śniegiem. To przebudzenie bardzo różniło się od tamtego sprzed dwudziestu pięciu lat… Wtedy wszystko było nowe, nieznane. Czułam się przytłoczona ogromem doznań, zdezorientowana, zagubiona wśród uczuć zmieniających się jak w kalejdoskopie, ale przede wszystkim zachwycona. Zaabsorbowana olśniewającym światem dookoła, urzeczona niezwykłymi zdolnościami. Jednak teraz wiedziałam dobrze, czego się spodziewać. Musiałam ponownie oswoić się z wampirzą naturą, lecz nie było to już tak przejmujące jak za pierwszym razem. Pamiętałam i znałam swoje możliwości. Potrafiłam nawet wyczuć granice mojej mentalnej tarczy.

Otrzepałam się ze śniegu i skierowałam swe kroki do posiadłości Cullenów. Po drodze pożywiłam się kilkoma zbłąkanymi sarnami (a może to były jelenie?). Wewnątrz pustego domu znalazłam wiadomość od Alice dla Nessie. To właśnie stąd wiedziałam, gdzie mam ich szukać oraz – czy to nie ironiczne? – że moim wrogiem jest Demetri. Mężczyzna, którego kiedyś kochałam; który dwieście lat wcześniej był wszystkim, co miałam. Nie potrafiłam ogarnąć emocjonalnego zamętu w moim sercu. Z jednej strony nienawidziłam Demetriego – zabijał ludzi, służył Volturi, a teraz uwięził i chciał zniszczyć moją rodzinę. Z drugiej strony kochałam go jako człowieka i część tego sentymentu jeszcze pozostała. Ile w Rosjaninie uchowało się człowieczeństwa? Czy pod maską bezwzględnego krwiopijcy ukrywał się szlachetny arystokrata? Czy potrafiłabym wydobyć jego dobre cechy? Lepiej nie liczyć na cuda – powiedziałam sobie.

Wychodząc z posiadłości zerknęłam w lustro. Wyglądałam dokładnie jak osiemnaście lat temu, nie licząc koloru tęczówek. Moją blond farbę diabli wzięli i głowę okalały gęste, kasztanowe włosy. Skóra była idealnie gładka oraz blada, a rysy szlachetne, piękne. Oczy typowo dla nowonarodzonych miały kolor jasnej, ludzkiej krwi. Cieszyłam się, że stałam się na powrót sobą, to znaczy Bellą. Wiedziałam, iż Edward bez trudu mnie rozpozna. Na tę myśl poczułam falę tęsknoty i odkryłam, że umiem biec szybciej. W rekordowym tempie znalazłam się na tej właśnie polanie.

Łagodne wzniesienia były przysypane świeżą warstwą śniegu. Gdybym nie wiedziała o bunkrze, pomyślałabym, że są naturalne, a nie stworzone ręką człowieka. Odszukałam ukryte za oszronionymi krzewami metalowe wrota. Otworzyłam je bez wahania. Ujrzałam ciemny tunel, z którego wydobywał się stęchły odór wilgoci pomieszany ze słodką wonią wampirów. Nie było to zbyt obiecujące. Weszłam ostrożnie i powoli zmierzałam przed siebie, odbierając z zewnątrz jak najwięcej informacji. Musiałam być czujna. Od powodzenia mojej misji zależało życie Cullenów. Nie mogłam postąpić równie bezmyślnie jak ostatnim razem. Samospalenie siebie i Demetriego nie zniwelowałoby zagrożenia. Wszystkie zmysły mówiły mi, że czeka na mnie więcej wrogich istot niż jeden, oszalały wampir.

Tunel wciąż łagodnie opadał w dół, w głąb ziemi. Coraz mniej światła docierało do korytarza, jednak nadal widziałam wyraźnie. Na metalowej ścianie po prawej stronie był namalowany szary symbol, co skojarzyło mi się z tym dziwacznym serialem „Lost", na którego oglądanie namówił mnie Jasper. Do dziś nie wiedziałam, o co tam chodziło…

Rozproszyłam się na chwilę powracając do wspomnień i przegapiłam moment, w którym jakiekolwiek światło przestało do mnie docierać. Przestałam widzieć, polegałam na pozostałych zmysłach. Przyłożyłam dłoń do ściany, podążając wzdłuż niej. Było strasznie cicho, a jedynym dźwiękiem okazał się mój oddech. Nie mogłam 'wyłączyć' węchu, a przez to dawałam wrogom informację o moim położeniu. Minęłam zakręt. Znów powrócił wzrok! Próbowałam odnaleźć źródło światła, zastanawiając się dodatkowo, jaki dystans dzieli mnie od Demetriego. Nagle wyczułam przed sobą obecność dwóch wampirów.

Spięłam mięśnie, przystając w półprzysiadzie. Postacie wyszły mi naprzeciw. Jeden z nich był wysoki z żółtymi włosami, drugi miał kruczoczarną czuprynę i zadarty, prosty nos. Patrzyli na mnie wrogo czerwonymi oczami.

- Kim jesteś? – warknął pierwszy.

- Przyjaciółką Demetriego – odpowiedziałam bez zastanowienia.

Spojrzeli na siebie niepewnie, poczym drugi spytał wciąż nieufnie:

- Jak się nazywasz?

Mój umysł pracował na najwyższych obrotach i wiedziałam już, co chcę powiedzieć.

- Jennifer. Przyjechałam z Volterry – skłamałam płynnie. – Mam dla Demetriego wiadomości od Ara. Zejdźcie mi z drogi.

Ani drgnęli. Nie wierzyli mi. Może dlatego, że nie miałam na sobie szarej szaty…

- Przyszłaś sama? – sceptycznie spytał pierwszy.

- Oczywiście, że nie. Na zewnątrz czekają na mnie Feliks i Alec.

Balansowałam na krawędzi. Co jeśli jeden z nich pójdzie sprawdzić tę informację?

- Przecież Feliks nie żyje – odparł brunet.

Cholera.

Blondyn warknął ostrzegawczo, obaj rzucili się na mnie w tym samym momencie. Wymknęłam im się zręcznie, od początku przygotowana na podobną sytuację. Pognałam w kierunku serca podziemi, koncentrując wszystkie siły na jak najszybszym biegu. Czułam, że strażnicy depczą mi po piętach, choć cały czas utrzymywałam nad nimi bezpieczną przewagę.

- Od kogo by tu zacząć? – usłyszałam głos Demetriego.

Natychmiast przystanęłam. Przede mną otwarte wrota prowadziły do mojego przeznaczenia. Od tego starcia zależało wszystko. Cała przyszłość, życie, teraźniejszość. Wzięłam głęboki oddech, który pomimo wszystko zachował swoje uspokajające zdolności.

Nigdy nie miałam głowy do wymyślania błyskotliwych planów. Zawsze kierowałam się dobrem innych, a teraz i tak byłam w potrzasku. Dwa wampiry za mną, a jeden potężny w otoczeniu silnej świty przede mną. Moje szanse na wygraną wyglądały marnie. Jedyna nadzieja pozostawała we wspomnieniach. Może gdybym udowodniła Demetriemu, że jestem Tanją… Choć nawet gdyby uwierzył, co by to dało? Człowiek, którego znałam i kochałam dawno umarł.

Zdając się na łut szczęścia, niewiele myśląc, przeszłam przez drzwi. Zobaczyłam duże, okrągłe pomieszczenie. Po drugiej stronie stała kanapa zajmowana przez Lisę, córkę Jochama. Spojrzałam nieco w bok i zobaczyłam go. Wpatrywał się intensywnie w klatki ustawione pod ścianą. Wokół niego kręciły się dwie hybrydy, w których rozpoznałam siostry Sheili – Amandę i Katrinę.

- Może… - zaczął, ale nie pozwoliłam mu dokończyć, wychodząc z cienia.

- Demetri – powiedziałam jego imię miękko z nutą słowiańskiego akcentu.

Jego mina była bezcenna. Zamarł w tak głębokim szoku, podobnie jak wszyscy pozostali, że wyglądał przekomicznie. Źrenice miał rozszerzone jak u kota, usta ułożone w idealne „o". Nigdy nie widziałam podobnego wyrazu twarzy u wampira.

Napiętą ciszę przerwał ten najpiękniejszy głos na świecie…

- Bella… - wyszeptał łamanym głosem.

Odwróciłam się w jednej setnej sekundzie. Nie obchodziło mnie, że stoję plecami do wrogów, osób, które nie zawahają się mnie zabić. To, co się liczyło to był Edward. Został zamknięty w klatce pomiędzy Emmettem a Jasperem. Patrzył na mnie z dziwnym bólem, ale też z zachwytem. Czy sądził, iż będę potrafiła uratować ich i siebie w ten niezrozumiały sposób, w który sądził, że uratowałam siebie siedemnaście lat temu? A może myślał to, co ja? Że zginę, znowu. Może po raz kolejny poświęcę się za moją rodzinę. Może uda mi się uwolnić ich dzięki własnej ofierze…

Nie. Nie byłam na tyle głupia i naiwna, by w to uwierzyć. Już nie. Edward też to widział. Tę beznadziejność naszej sytuacji, choć on jeszcze miał to pocieszenie, że ocalę się tak jak wtedy. Nie wiedział, że niedługo rozwieję wszystkie, podobne przypuszczenia.

Stałam wrośnięta w ziemię, niezdolna do żadnego ruchu. Sześć różnych, kochanych głosów powtórzyło moje imię. Wszyscy poza Alice, ale teraz nie przywiązywałam do tego wagi. Skupiłam się na swojej tarczy i z zadziwiającą łatwością wyłączyłam ją na krótki moment.

~Witaj, kochanie - pomyślałam wiedząc, że mnie usłyszy.

Uchwycił się prętów klatki bezskutecznie próbując złamać twardy metal. Zamknął na chwilę oczy, słuchając mojego głosu, widząc obrazy z moich przeszłych żyć, każdy moment, zapamiętana chwila teraz należały również do niego. Pokazałam mu prawdę i kiedy znów podniósł powieki, zobaczyłam w jego oczach zrozumienie, miłość oraz determinację.

- Kocham cię, Bello – wyszeptał cichutko, tak żebym tylko ja zdołała to usłyszeć. – Uciekaj, póki masz szansę. Możesz wrócić, oni nadal są w szoku.

Pokręciłam głową z bladym uśmiechem, włączając z powrotem swój obronny dar.

- Za późno.

I kiedy te słowa zawisły w powietrzu kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie.

W drzwiach pomieszczenia pojawili się ci dwaj z korytarza, byli wściekli. Demetri potrząsnął głową, jakby chciał pozbyć się z twarzy zdziwienia. A ja odwróciłam się plecami do klatki Edwarda i poczułam, że przez kraty splata nasze dłonie. Nagle odnalazłam w sobie siłę i głupio uwierzyłam, że wyjdziemy cało z tej sytuacji.

- Jakim cudem przeżyłaś? – warknął Rosjanin.

Wzdrygnęłam się na wyraźną złość w jego głosie. Przygotowywałam się na to, a mimo tego coś we mnie nadal nie mogło wyjść ze zdumienia na widok takiego Demetriego. Byłam żałosna. Ścisnęłam mocniej dłoń Edwarda, ale zanim cokolwiek odpowiedziałam, odezwał się wampir z korytarza:

- To akurat nasza wina – wyjaśnił żółtowłosy. – Ona podała się za wysłanniczkę Volturi, a potem wymknęła się nam, gdy zrozumieliśmy, że kłamie i…

- Starczy – przerwał zirytowany Demetri. – Wracajcie na posterunek.

Skłonili głowy, poczym wybiegli z pomieszczenia. Rosjanin spojrzał na mnie.

- Odpowiadaj – rozkazał.

To była moja szansa, lecz wciąż nie wiedziałam, co powiedzieć. Musiałam być bardzo ostrożna ze słowami, ale postawiłam na prawdę, więc…

- Wiem, że mi nie uwierzysz, Demetri, ale ja tak naprawdę nie przeżyłam. Umarłam razem z Jochamem. Nie wiedziałam, że tak to się skończy, ale nie bałam się śmierci tak jak on. Może dlatego narodziłam się ponownie, a może dlatego że nadal były tu osoby, które musiałam chronić. Fakt faktem, iż urodziłam się jako zupełnie inna osoba, wiodłam zwykłe ludzkie życie i nie pamiętałam niczego do pewnego momentu. Przeznaczenie nakierowało mnie znów na tych, których kochałam ponad życie. I oto jestem.

Zawarczał.

- Pytam się poważnie, Isabello. Co się stało ?

Mimo że rozumiałam, czemu mi nie wierzy, nie potrafiłam wymyślić niczego bardziej realistycznego.

- Dokładnie to, co powiedziałam. Pamiętasz swoje ludzkie życie, Demetri?

Milczał.

- Pamiętasz Tanję Morosow? To ja nią byłam, ja…

Przerwał mi jego śmiech.

- Widzę, że nie doczekam się prawdziwej odpowiedzi na moje pytanie. Niezła bajeczka, Bello. Co ty robiłaś przez te kilkanaście lat? Czytałaś Harry'ego Pottera? Podstawy buddyzmu? To i tak nie ma znaczenia. Zabiłaś Jochama i zapłacisz mi za to.

Och. Nagle zrozumiałam, czemu hybrydy pomagają Demetriemu. Szpieg kochał ich ojca. One i wampir miały wspólny cel – zemstę.

Zobaczyłam jak Rosjanin i półwampirzce powoli krążą wokół mnie niczym lwy w rzymskim Koloseum w każdej chwili gotowi się na mnie rzucić. Przylgnęłam plecami do klatki. Starałam się przewidzieć ich pierwszy ruch, ale było to trudne. Czułam na sobie ogromną odpowiedzialność. Jeśli przegram, moja rodzina zginie. Jednak jak mam wygrać sama? Nagle ogarnął mną irracjonalny gniew, który dodawał mi sił i mobilizował. Usłyszałam za sobą cichy szept Jaspera:

- Jesteśmy z tobą, Bello.

Edward mocniej ścisnął moje palce, poczym puścił rękę, żebym przygotowała się do walki. Patrzyłam prosto na Demetriego. Dopóki nie byłam sama, miałam szansę wygrać.

PW: Jasper

To ona! To naprawdę ona! Bella żyje!

Czułem się, jakby te osiemnaście lat nie istniało. Jakby Bella nigdy nie umarła, nie odeszła. Wszystko zajmowało swoje miejsce. I to było wspaniałe uczucie. Ze wszech stron otaczały mnie te same emocje: zachwyt i niedowierzanie. Przyglądałem się Belli uważnie, podczas gdy podchodziła do klatki mojego brata. Dlaczego miała szkarłatne tęczówki? Czyżby zmieniła dietę i z tego powodu uciekła od nas? Sam w to nie wierzyłem. Moja siostra nigdy nie zostawiłaby Renesmee ani Edwarda. Gdyby kochała i pożądała Edwarda bardziej, sam miałbym ochotę go pocałować.

Za to niepokoił mnie jej stosunek do Demetriego. Oczekiwałem niechęci, złości, może nawet nienawiści. Tymczasem czułem jedynie troskę i rozczarowanie, które pogłębiało się w miarę rozmowy Belli ze szpiegiem. Nie rozumiałem tego. Dlaczego bratowa miałaby troszczyć się o takiego potwora jakim był ten wampir? Jej wyjaśnienia były co najmniej… dziwne. Poważnie, reinkarnacja? Chyba nie sądziła, że ktoś kupi taką bajkę.

Kiedy stało się jasne, że Demetri ją zaatakuje, rozgniewałem Bellę – wiedziałem, że wtedy jest najsilniejsza. Starałem się namieszać również w emocjach szpiega, ale zauważyłem, że coś go broni - ochrania przed działaniem mojego daru. Była to niepokojąca wiadomość. Wspierałem więc siostrę jak najlepiej się dało.

Pierwsza natarła na nią Katrina. Skoczyła z prawej strony, ale wampirzyca z niesamowitą prędkością (nawet szybciej niż Edward) wyminęła ją i znalazła się po drugiej stronie sali. Jednak przez to naraziła się na atak Lisy, która nie wahała się ani chwili. Wgryzła się w szyję Belli, poczym oderwała spory kawałek marmurowego ciała. Słyszałem okrzyki grozy mojej rodziny. Siostra w odwecie powaliła hybrydę na ziemię, przebiła kłami skórę i wszyscy mogli poczuć intensywny zapach krwi. Wszystko działo się błyskawicznie nawet dla nas, wampirów. Ta Bella miała w sobie więcej siły i szybkości niż kiedykolwiek. Jej skóra na szyi zrosła się z powrotem, gdy odebrała tę cząstkę siebie od martwej Lisy. Amanda i Katrina natychmiast zaatakowały z nową wściekłością. Demetri obserwował ich zmagania stojąc w pogotowiu. Jego bierna postawa była dość zaskakująca, choć stroną wygrywającą i bez jego pomocy bezsprzecznie były siostry. Na początku Belli udawało się blokować ich ciosy, lecz coraz bardziej wyszukane ataki stawały się trudniejsze do odparcia. W pewnym momencie, gdy wydawało się, że hybrydy zniszczą wampirzycę, Demetri rozsunął je i sam przyskoczył do dziewczyny, wgryzając się w szyję i paraliżując ją jadem. Cofnął się patrząc ze lśniącymi oczami na leżącą przed nim pogryzioną Bellę.

- Z chęcią zawiózłbym cię do Jane – powiedział. – Gdyby tylko jej talent na ciebie działał. Zasłużyłaś na potworniejszą śmierć. Taką jak miał Jocham. Ale to i tak za mało. Wiem, co cię zaboli najbardziej.

Odwrócił się do rozwścieczonych sióstr i wykonał jakiś dziwny gest w kierunku tylnich drzwi, przez które przeszliśmy ja i Alice.

- Przyprowadźcie go – rozkazał im, a one posłusznie odeszły w stronę wrót.

- Nie! – krzyknęła nagle moja ukochana. – Wszyscy się mylicie! To nie jest ona! Zostawcie ją! To nie Bella! Teraz to widzę!

Nie Bella? Co to znaczyło?

- Jesteście bardzo podobne, Alice – odezwał się cicho Demetri. – Czy wymyślanie bajek to u was rodzinne? Może to coś związane z waszą dietą? Choć – zerknął na sparaliżowaną Bellę. – nie wszyscy chyba ją przestrzegają równie sumiennie, co?

- Ona nie zmieniła diety! Jest nowonarodzoną! To nie Bella!

Nowonarodzoną? Patrzyłem na ukochaną nic nie rozumiejąc. Poczułem dziwną aprobatę Edwarda na słowa Alice. Brat wymamrotał do mnie jakieś imię. Czy dobrze usłyszałem? Jenny?

- Gdyby nie była Bellą, nie byłoby jej tutaj – odrzekł Demetri. – Nie ryzykowałaby życia w tej beznadziejnej próbie uratowania was. Nie poruszyłaby ją śmierć żadnego z was. I szkoda, że Aro tak bardzo pragnie twojego talentu, Alice, bo z chęcią sprawdziłbym na tobie, czy tej nie-Belli na was zależy.

Warknąłem, uświadamiając sobie, o co chodziło szpiegowi. Chciał najpierw zabić kogoś z nas i sprawdzić, jak zareaguje na to moja bratowa. Odwrócił się w moją stronę z pogardliwym uśmiechem:

- Niestety ty też masz dar, który może przydać się Volturi, nawet jeśli nie jest tak interesujący jak przewidywanie przyszłości, więc nie spotka cię ten zaszczyt przekonania nas, czy Bella jest Bellą, czy też nie. – Z tylnych drzwi wyszły siostry w towarzystwie czterech wampirów, które eskortowały niską postać w granatowej szacie. - Ale może to zrobi wasza jasnowłosa dziewczyna. Rosalie.

Demetri skinął na dwóch nowoprzybyłych nieśmiertelnych. Wyprowadzili oni szarpiącą się Rose z klatki. Wszyscy z nas naparli na niezniszczalne pręty cel próbując je złamać, najmocniej starał się Emmett, ale wszystkie wysiłki zeszły na niczym.

- Nie ujdzie ci to na sucho! – krzyczał mój brat. – Zostawcie ją! Weźcie mnie!

Moja ukochana zwinęła się w kulkę i zaczęła coś mamrotać, ściskając dłońmi swoje czoło.

Nagle spojrzała na Bellę:

- Pomóż jej – szeptała. – Pomóż Rosalie. Wstań.

Też spojrzałem w tamtą stronę. Moja siostra się nie ruszała. Nic się nie zmieniło. Wydawało mi się, że jej palec drgnął, ale to pewnie przywidzenie, podobna ilość wampirzego jadu zwykle unieruchamiała na dziesięć minut, wiedziałem coś o tym.

Szamoczącą Rose ustawili przed zakapturzoną postacią i to w ten sposób, by było to widoczne dla nas i Belli. Demetri nie zważając na nasze groźby, błagania odwrócił się w stronę swoich popleczników. Otwierał usta by coś powiedzieć, gdy Bella skoczyła na niego niespodziewanie i razem spadli na ścianę. Demetri odepchnął ją mocno i zanim zdążyła ponownie zaatakować, rozkazał szybko, wskazując na nią: - Ona. Teraz.

Niska postać odwróciła się do Belli, odrzuciła kaptur, a wokół dziewczyny zaczęły tańczyć jasne płomyki ognia powoli pochłaniając jej smukłe ciało.

Emocje Belli zmieniły się diametralnie. Czułem bijącą od niej nagłą radość i czułość. Na jej twarzy wykwitł szeroki uśmiech. Co to znaczyło?

PW: Bella/Jenny

Czułam się jakby czas stanął w miejscu.

Tak właśnie było. Czas stanął dla mnie. Nie liczył się. Nie liczył, póki patrzyłam w tę twarz.

Miał ten sam odcień włosów co ja, tęczówki przeraźliwie czarne, rysy jak u każdego wampira były gładkie i szlachetne, ale i tak go poznałam. Doskonale znałam ten owalny kształt twarzy i ten wyraz skupienia, który zwykle przybierał ślęcząc nad zadaniami z matematyki.

Wspomnienia odżyły i będąc człowiekiem rozpłakałabym się ze szczęścia widząc go. Pomimo że moje nowe oczy były pozbawione tej możliwości, usta rozciągnęły mi się w szerokim uśmiechu.

Nie zważałam na Demetriego, hybrydy czy tę czwórkę nowonarodzonych stojących po jego bokach.

Teraz istniał tylko on. I wiedziałam, że muszę go uściskać.

- Jason! – krzyknęłam, podbiegając do niego, chcąc go wyściskać.

Umknął mi, rozszerzając oczy ze zdziwienia. Drogę zastąpiły mi dwa wampiry. Rozepchnęłam je i pobiegłam do brata. Nikt mi już nie przeszkadzał i pewna część mnie dziwiła się czemu. Zerknęłam za siebie. Z dwóch nowonarodzonych pozostały jedynie stosiki popiołu. Zatrzymałam się zszokowana. Przecież ja ich tylko dotknęłam. Spojrzałam na swoje dłonie i krzyknęłam. Moje ręce, nogi, tułów wszystko było spowite płomieniami. Więc to był talent mojego brata? Wskrzeszanie ognia? Tylko dlaczego tego nie czułam? Czemu nie czułam ognia, żaru, bólu?

Może dlatego, że byłam jego siostrą? Ale czy on o tym wiedział?

- Jason – zwróciłam się do niego. – To ja, Jenny, rozpoznajesz mnie?

Przyglądał mi się zdumiony, cały czas cofając się przede mną. Kiedy kolejny nowonarodzony próbował mnie powstrzymać, odepchnęłam go. Krzyknął i obrócił się w pył w mgnieniu oka.

Zadrżałam. Co to był za ogień, który w jednej chwili zmieniał nieśmiertelnych w popiół?

- Jason, to naprawdę ja. Emmett zaatakował mnie kilka dni temu, przemieniłam się i teraz tu jestem. Rodzina Cullenów to moi przyjaciele.

- Powiedz coś, o czym wie tylko Jenny.

- Byłeś uczulony na laktozę, a mimo to często gdy zostawałeś sam w domu po zażyciu lekarstw piłeś mleko. Później przechwalałeś się, że napadło cię stado moskitów i ledwo uszedłeś z życiem.

Wywrócił oczami.

- Mama też o tym wiedziała. Chodzi mi…

- W drugiej klasie podkochiwałeś się w dziewczynce z twojej klasy - Natalie, trzymałeś jej zdjęcie pod poduszką, a kiedy przyłapałam cię na tym, jak gadałeś do tej fotografii, kazałeś mi przysiąc, że nikomu o tym nie powiem.

- Ale ty nie w…

Jego dalsze słowa zagłuszył ryk Emmetta.

- Zostawcie ją!

Odwróciliśmy się w tym samym momencie i zobaczyliśmy, że Rose jest atakowana przez obie hybrydy, nowonarodzonego i Demetriego. Chciałam pobiec, pomóc siostrze, ale Jason mnie zatrzymał.

- Poczekaj, Jenny. Może uda mi się cofnąć ten ogień. Jeśli się mocno skoncentruję… Nie zawsze wychodzi, ale skoro jeszcze żyjesz, to może jest szansa…

Jeszcze żyjesz? Popatrzyłam na ogień spowijający moje ciało. Nadal nic nie czułam. Było tak jakby płomyki nie istniały, były tylko iluzją.

- Czy to co robisz z płomieniami, Jason, jest mentalne?

- Mentalne?

- Mam tarczę, która chroni mnie przed atakami umysłowymi. Pomyślałam, że jeśli to, co robisz ma podłoże psychiczne… - odsunęłam tarczę od swojej skóry i zauważyłam, że płomienie również się odsuwają.

- To jest czysto fizyczne. Wiem, o czym mówisz, tłumaczył mi to Demetri, ale tu nie ma nic mentalnego.

- Dziwne…

Krzyk Rose uświadomił mi, gdzie jestem. Otoczyłam moją rodzinę tarczą, rozciągając ją i kształtując wokół ich sylwetek. Jednocześnie posłałam płonącą powłokę, która spowijała mnie, na nowonarodzonego. Po zetknięciu z płomieniami wampir po kilku sekundach przemienił się w pył.

- Ten ogień działa tak tylko na wampiry, czy na ludzi też? – spytałam Jasona.

- Tylko wampiry. Ludzie są po prostu poparzeni.

- A hybrydy?

Uśmiechnął się lekko.

- Sprawdź.

Posłałam ostatnią płonącą część ku Amandzie. Zaskoczona półwampirzyca krzyknęła i zaczęła strzepywać ogień w desperackiej próbie zgaszenia siebie. Rosalie wykorzystała ten moment. Z całej siły popchnęła Katrinę na przeciwległą ścianę, poczym wgryzła się w szyję Amandy, wysysając jej krew.

Odwróciłam się, by zająć się ostatnią córką Jochama, kiedy coś uderzyło mnie z tyłu, posyłając na klatki.

- Nie dotykaj jej, Demetri! – krzyknął Jason. Po chwili brat pojawił się obok mnie.

Podniosłam się, rozglądając się za Rosjaninem. Stał kilka metrów przede mną, patrzył na mnie z nienawiścią. Zaczął iść ku mnie, ale nagle ściana ognia wyrosła między nami. Mój brat wytworzył wokół siebie i mnie płomienny krąg.

Sprawdziłam czy moja rodzina jest szczelnie chroniona tarczą. Widząc, że każdy Cullen jest bezpieczny, podniosłam wzrok na szpiega. To wszystko mogło się tak szybko skończyć. Mogłam po prostu przejść przez płomienie, a potem uderzyć ognistą tarczą w Rosjanina. Coś jednak mnie powstrzymywało.

Demetri widząc, że nie zdoła do mnie dotrzeć, zawrócił w stronę walczących Katriny i Rose. Jednak spóźnił się, bo ta pierwsza leżała nieżywa u stóp blondynki.

- Jest już prawie sam – mruknął koło mnie Jason. – Zostali mu tylko strażnicy i Chiara.

- Kim jest Chiara?

- Jego ochroną. Chroni go przed wpływami na jego ciało. Ale już niedługo… Chiara! – zawołał. – Demetri cię potrzebuje!

- Nie! – krzyknął szpieg.

W tylnich drzwiach pojawiła się dziewczyna w wieku mniej więcej szesnastu lat i zanim zdążyłam spytać, czy to Chiara, małe płomyki wypełzły spod jej stóp. Po chwili został po niej tylko pył.

Na twarzy Demetriego po raz pierwszy pojawił się strach.

- Dlaczego? – spytał Jasona.

- Bo zaatakowałeś moją siostrę.

- Ale Chiara?

- Nigdy za nią nie przepadałem. Za tobą też nie.

Położyłam dłoń na ramieniu brata.

- Zostaw to mnie – powiedziałam mu.

Skinął głową. Płomienie rozstąpiły się przede mną, tworząc przerwę w kręgu. Przeszłam przez to, stając przed Demetrim.

- Przegrałeś.

- A ty kłamałaś.

Pokręciłam głową.

- Kiedy według ciebie kłamałam?

- Gdybyś naprawdę była Tanją, nie chciałabyś mojej śmierci.

- A kto powiedział, że jej chcę? – W jego oczach błysnęło zdumienie. – Atakowałeś mnie, więc się broniłam.

Podszedł krok bliżej z lekkim wahaniem, ujął delikatnie moje dłonie.

- Pozwól mi odejść – szepnął. – Wrócę do Volterry. Nie będę nękał już twojej rodziny, przysięgam. Nie powiem nic Aro.

Zaśmiałam się gorzko.

- Aro i tak wyczyta wszystko z twoich myśli, Demetri.

Przez jego oblicze przebiegła złość, ale szybko się opanował.

- Nie odważy się nic zrobić. Jesteście silnym, spokojnym klanem. Myślę, że nie masz już co się bać o bezpieczeństwo Cullenów.

- A Jasona?

- Jasona?

- Co jest w tym dziwnego? W tym życiu nazywam się Jenny Smith, a Jason jest moim młodszym, zaginionym bratem. Normalne, że się o niego troszczę. Ale ty przecież mi nie wierzysz, prawda? Dla ciebie jestem cudownie ocalałą Bellą Cullen.

- Nie, wierzę ci. – Podszedł krok bliżej. – Wiesz, milady, mogłabyś pojechać ze mną. – Był naprawdę blisko, dzieliło nas jedynie kilka centymetrów. – Oczywiście twój brat może iść z nami.

- Dokąd? – Byłam zdziwiona tą propozycją. Dlaczego jego stosunek do mnie tak diametralnie się zmienił?

Pochylił się i wyszeptał mi dwa słowa do ucha. Ciepły oddech połaskotał moją skórę.

- Do Volterry.

- A Jocham?

- On nie żyje.

- Nie pragniesz już zemsty?

Za mną rozległ się jakiś trzask, ale zignorowałam to.

- Nie – odpowiedział aksamitnym głosem.

- Dlaczego?

- Ponieważ…

- Nie wierz mu, Bello! – krzyknęła Alice, przerywając tę wymianę zdań. – On chce cię wykorzystać jako zakładniczkę, by mógł uciec do Volterry zabezpieczony przed naszą interwencją!

- To nieprawda! – rzekł szybko Demetri, obejmując mnie w pasie. – Ona chce nas po prostu rozdzielić, Tanjo.

Czułam się nieswojo w jego ramionach. Na szczęście uścisk natychmiast zniknął. Demetri leżał odrzucony na kanapie.

- Nie waż się tknąć jej nigdy więcej! – warknął Edward, stając przed nim w drapieżnej pozie. Czułam jak tarcza wokół jego prawej ręki płonie. Wiedziałam, że obaj szykują się do walki, ale za nic w świecie nie mogłam narazić ukochanego na jakiekolwiek zranienie.

To był czas, by to wszystko zakończyć. Raz na zawsze zakończyć ten rozdział w moim życiu.

- Przykro mi, Demetri – wyszeptałam tak, by usłyszał. Rozszerzył oczy w przerażeniu, zaczął uciekać.

Odsunęłam płonącą część tarczy od Edwarda i rzuciłam nią w Rosjanina. Ten krzyknął, a po chwili był z niego tylko pył. Demetri nie żył.

Wcale nie poczułam triumfu, satysfakcji ani nawet ulgi. W moim sercu zagościła raczej melancholia, pewnego rodzaju smutek. Co to za świat, w którym najpierw oddajesz życie za kogoś, kogo i tak później musisz zabić. Czemu w parze z miłością musi iść zazdrość, a za tęsknotą zemsta?

- Udało ci się! – krzyknął rozradowany Jason.

- Wygraliśmy! – ucieszyła się Rose.

- Brawo, Bello – powiedział Edward, przytulając mnie.

Poczułam wokół siebie również uścisk Rosalie i brata. Otoczona rodziną odzyskałam szczęście oraz to, co najważniejsze – spojrzałam w błyszczące, złote oczy ukochanego – odzyskałam miłość. Nasze usta zamknęły się w długim, namiętnym pocałunku.