Chapter 12

Wybór

As long as,
I still can reach out, and touch you,
Then I will never die

Josh Groban; Remember;

- Musimy ich uwolnić – powiedziała Rose, spoglądając na uwięzionych.

- Masz rację, tylko jak? Nie mamy kluczy, bo wszystkie spłonęły wraz z Demetrim – rzekł Jason.

- Na pewno jest jakiś sposób. Jak ty się wydostałeś, Edwardzie? - spytałam.

Ukochany uśmiechnął się i pogłaskał mój policzek.

- Coś tak banalnego jak metalowe kraty nie mogło stanąć na przeszkodzie naszej miłości i nas rozdzielić, Bello.

Rose westchnęła zniecierpliwiona. Edward zignorował ją i ciągnął dalej, zwrócony do mnie:

- Kiedy twój brat wytworzył wokół was ognisty pierścień, część płomieni wdarło się do mojej celi. Zauważyłem, że libdenit zaczyna powoli topnieć. - Nagle spochmurniał. - Gdy usłyszałem myśli Demetriego o jego planach względem ciebie nie wahałem się ani chwili skoczyć w ogień, byle tylko odciągnąć go od ciebie. Nie miałem pojęcia, czy przeżyję więcej niż parę sekund, ale zaryzykowałem. Żałuję jedynie, że nie pozwoliłaś mi go zabić.

Oparłam głowę na torsie Edwarda, a on przytulił mnie mocniej do siebie.

- Ja wcale nie chciałam go zabić. Po tym, co dla mnie zrobił i co do niego czułam za jego życia... Ale w tamtej chwili pomyślałam, że to jedyne wyjście i po prostu...

- Wybaczcie, że wam przerwę - odezwała się Rose. - Naprawdę musimy ich uwolnić.

- Chronisz ich, Jenny? - spytał Jason.

- Od samego początku.

Mój brat skinął głową, odwrócił się i poszedł w kierunku uwięzionych. Blond wampirzyca podążała krok w krok za nim.

- Bello - odezwał się Edward, odwracając moją uwagę. - Wiedz, że dobrze postąpiłaś. Podjęłaś słuszną decyzję i nigdy w to nie wątp. Demetri już od dawna nie był tym, kogo znałaś. Nie miał w sobie ani krzty człowieczeństwa.

- Ale może mogłam go przekonać, by odszedł od Volturi i zmienił dietę, i...

- Nie, kochanie. Nie zmieniłabyś go nigdy. On ci nie wierzył. Kłamał, żeby zapewnić sobie bezpieczny powrót do Volterry. Rozumował błędnie, gdyż myślał, że porywając ciebie będzie mógł nas kontrolować i zmuszać do wszystkiego. Nie doceniał naszych talentów, ciebie ani twojego brata. Nie potrafił pojąć naszego stylu życia i sądził, że przez zmianę diety postradałaś rozum wymyślając podobną historię. Nigdy do niczego byś go nie przekonała, Bello, uwierz mi. Postąpiłaś słusznie zabijając go. Nie wątp w to.

- Nie będę, Edwardzie. Kocham cię - uśmiechnęłam się, całując go w usta.

- Też cię kocham – wyszeptał oddając pocałunek.

- Bella! – przerwał nam znajomy głos.

Odwróciłam się. Zobaczyłam przed sobą Alice, która od razu przytuliła mnie odciągając od Edwarda. Czułam promieniującą od niej radość i szczęście. Nagle zrozumiałam, ile jej zawdzięczam.

- Alice! Wiedziałaś!

- Co wiedziałam? – spytała, śmiejąc się.

- To kim jestem! Od początku! Pamiętasz, kiedy umierałam spojrzałaś na mnie i powiedziałaś, bym nie odchodziła i widzisz! Jestem! Wiedziałaś, przyznaj się!

Śmiała się tylko, ale w końcu odpowiedziała, poważniejąc:

- Nie wiedziałam, Bello. Myślałam, że wiem, ale przyszłość była zamazana. Wtedy w chwili twojej śmierci chciałam cię jakoś powstrzymać i miałam wizję tego, co potem zrobiłam. Nie wiedziałam, czy to ma jakieś znaczenie, przecież w końcu spłonęłaś. Nie wierzyłam, że żyjesz jakoś inaczej. Ale później, kiedy najbardziej za tobą tęskniłam próbowałam zobaczyć twoją przyszłość i widziałam dziwne rzeczy. Widziałam jakieś rysunki, plażę w Kalifornii, zwykłych ludzi. Nie rozumiałam tego. Myślałam, że mój dar szwankuje. Przecież skoro nie żyłaś powinnam widzieć ciemność, prawda? Później zobaczyłam przyjazd Jenny do Vancouver. Nie zastanawiałam się nawet, że ta wizja przyszła wtedy, gdy myślałam o tobie. Zaglądając w przyszłość twojego drugiego wcielenia…

- Trzeciego – poprawiłam ją automatycznie.

- …zauważyłam, że będziesz miała dobry wpływ na Nessie, więc się zaprzyjaźniłyśmy.

Jako Jenny byłaś podobna do siebie, nie tylko z wyglądu, ale też z charakteru. Zauważyłam to i coraz częściej myślałam o twojej śmierci. Potem twoje spotkanie z Edwardem. On cię rozpoznał, ale ja mu wmówiłam co innego. Długo myślałam nad tym, czemu go nie próbowałaś powstrzymać, ale zrzuciłam to na naszą wampirzą atrakcyjność. Dziwiły mnie jeszcze dwie rzeczy. To, że go nie poprawiałaś, gdy nazywał cię Bellą i to, że zdawało się, iż go znałaś. Zaczęłam powoli to wszystko łączyć ze sobą, ale wciąż prawda wydawała się bardzo abstrakcyjna, naciągana. Kto by w nią uwierzył?

Podczas wyjaśnień Alice kolejni Cullenowie witali mnie, ściskali i mówili jak się cieszą, że żyję. Jednak nie pozwoliłam sobie rozproszyć się na moment i cały czas uważnie słuchałam swojej siostry.

- Później miałam wizję spotkania twojego i Tanyi. To było dziwne, bo w jednej chwili widzę was stojące naprzeciw siebie, a potem obraz przesłania ogień. I to nie było tak, jakby miał wybuchnąć pożar czy coś, po prostu w jednej chwili jesteście wy, w drugiej ogień. Nie miałam pojęcia, o co chodzi. Trochę bałam się waszego spotkania, ale bardziej byłam ciekawa co naprawdę się stanie. Twoja reakcja była dziwna. Zaczęłaś się bać, jakbyś wiedziała, że Tanya jest wampirem. Następnie te świeczki. Tak nagle zemdlałaś…

- Czy to dziwne? – wtrąciłam. – A jak ty byś się czuła widząc ponownie ogień, który cię zabił?

Alice zaśmiała się.

- Teraz rozumiem. Ale wtedy byłaś tak długo nieprzytomna, że nawet Carlisle nie wiedział, co robić. Patrząc na ciebie, nawiedziła mnie dziwna myśl: „A jak ty byś się czuła widząc ponownie ogień, który cię zabił?". Już wiem, że to była kolejna wizja – zaśmiała się. – Ale w tamtej chwili miałam straszny mętlik w głowie. Myślałam, że zwariowałam. Że z ciągłej rozpaczy nie potrafię oddzielić teraźniejszości, przeszłości i przyszłości. W tym przeświadczeniu dobitnie utwierdziła mnie kolejny wizja - wizja uśmiechniętej ciebie w płomieniach. Ten obraz nie chciał ode mnie odejść. Prześladował mnie na każdym kroku, pogłębiając tylko cierpienie Edwarda, Jaspera a z nimi całej rodziny. Potem pod koniec grudnia zaczęła umierać twoja babcia. Wszyscy wiedzieliśmy, że pójście Edwarda do ciebie nie jest dobrym pomysłem, ale Carlisle śpieszył się i nie było czasu na spór. Martwiłam się o ciebie i twoją babcię. Może dlatego na początku nie zauważyłam zamysłów mojego brata. Dopiero, gdy już nie zdążylibyśmy go dogonić otrzymałam wizję jego samobójczych planów.

- Samobójczych? Dlaczego? - zdziwiłam się, czując nieprzyjemne dreszcze przechodzące wzdłuż ciała.

- Pomyślałem, że cię zdradziłem - wyszeptał Edward, obejmując mnie w pasie. - Kiedy cię pocałowałem wtedy w twoim pokoju.

- Och, Edwardzie! Musisz mi obiecać, że nigdy więcej pod żadnym pozorem nie będziesz chciał się zabić.

- Obiecam ci to, jeśli ty przyrzekniesz, że nie wpadniesz na podobny pomysł jak wtedy z Jochamem.

- Przyrzekam. Teraz jestem mądrzejsza, nie martw się.

- Obiecuję ci zatem, że już nigdy nie popełnię samobójstwa.

Odetchnęłam z ulgą, uśmiechając się nieznacznie.

- Co było dalej, Alice?

- Zobaczyłam Demetriego, który wraz z kilkoma nieznanymi wampirami otacza Edwarda, a ten ku jemu zdziwieniu poddaje się bez walki. Wiedziałam, że szpieg nie zabije go od razu, że zaczeka na nas. Więc wymyśliłam plan, który wydawał się najlepszy. Carlisle, Esme, Jasper i ja mieliśmy zaatakować go z dwóch stron, i wykorzystując element zaskoczenia odbić Edwarda. Jednak na wszelki wypadek, a coś kazało mi być wyjątkowo przezorną, napisałam do Rose, by wraz z Emmettem przyszli z pomocą, gdyby nam się nie powiodło. Poza tym zostawiłam kartkę dla Nessie, żeby Jake zwołał sforę, ale to była naprawdę ostateczność. Jak widać całkiem niepotrzebna. Już będąc w klatce miałam wizję Emmetta atakującego ciebie. Tak jak Rose ze smutkiem zauważyłam, że masz za mało krwi by to przeżyć, ale wtedy ty po dwóch dniach, zaraz po Rose i Emmecie przyszłaś tu i od razu wiedziałam, że cię nie doceniłam. I uwierzyłam. Tak bardzo się cieszę, że żyjesz, Bello!

- Dziękuję, Alice. Za wszystko. - Uścisnęłyśmy się jeszcze raz.

- Bella - odezwał się Emmett, jako ostatni dołączając do naszej grupy. Przy jego boku stała Rose z roześmianymi oczami. - Witaj z powrotem, siostrzyczko.

- Emmett! Dzięki, że mnie przemieniłeś!

- Cała przyjemność po mojej stronie. Twoja krew była cudowna.

- No ja myślę. Nie mogłeś się od niej oderwać. - Uśmiechnęłam się.

W odpowiedzi zamknął mnie w swoim niedźwiedzim uścisku, śmiejąc się.

Odzyskałam ich, moją rodzinę. To było najcudowniejsze uczucie w całym moim życiu. Jak to ktoś powiedział: „szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się ją dzieli". Czułam szczęście w powietrzu i chciałam, żeby ta chwila trwała...

Jednak w naszej grupie kogoś brakowało. Wokół mnie widziałam dobrze znane twarze Cullenów, lecz ani śladu Jasona. Odszukałam go wzrokiem.

Stał samotnie z daleka od nas, odwrócony do płonących, połamanych prętów klatek. Poszłam w jego kierunku, czując na sobie wzrok rodziny.

- Hej, Jason. Wszystko w porządku? - spytałam, stając u jego boku.

Zignorował moje pytanie, zadając własne:

- Zastanawiam się, jak to jest, gdy się płonie. Co sądzisz?

- Kiedy płoniesz czujesz tylko ból. Nie poruszasz się, nie myślisz, nie oddychasz. Twoim światem jest ból, żar, pieczenie. A potem obracasz się w pył i umierasz.

Czekałam, aż to skomentuje, ale on milczał. Położyłam dłoń na jego ramieniu.

- O co chodzi, Jason? Powiedz mi. Jestem twoją siostrą, ja...

- O to właśnie chodzi! - wybuchnął. - Nie mam pojęcia, kim jesteś, ale na pewno nie moją siostrą! Jenny nie przyjaźniła się z klanem wampirów i nie miała nic wspólnego z żadną Bellą!

- Wiesz, w ciągu tych czterech lat wiele się zmieniło. Mogę ci to wszystko wyjaśnić, ale nie tutaj. Najpierw musimy się stąd wydostać. Wrócimy do domu i...

- Nie mam domu - warknął, przerywając mi. Uciekł do tunelu, którym przyszłam. Na swojej drodze pozostawiał ogień, wzburzony nie panując nad własnym talentem.

- Chodźcie - zwróciłam się do Cullenów i razem podążyliśmy za moim bratem.

- Hej, nie martw się - szepnął do mnie Edward, sadzając mnie sobie na kolanach. - Uwierzył ci.

- Tak? To czemu spoglądał na mnie jak na wariatkę i wybiegł stąd bez słowa, gdy skończyłam mówić?

Siedzieliśmy w salonie na sofie. Obok nas stali Jasper, Alice i Carlisle. Rose z Emmettem poszli na polowanie, jako że w drodze do Vancouver nie bardzo mieli na to czas. Natomiast Esme w pokoju obok dzwoniła do Nessie, by powiedzieć jej, że już wszystko w porządku.

- Nie. Jason wybiegł, gdy ja skończyłem mówić - poprawił mnie Carlisle.

Kiedy wróciliśmy do domu Cullenów, tak jak obiecałam, zaczęłam opowiadać swojemu bratu wszystko po kolei. Najpierw o chorobie babci, potem o przeprowadzce do Kanady, poznaniu Alice, Jaspera, Nessie i Jake'a, o imprezie i tym, co sobie przypomniałam, o spotkaniu Tanyi w lesie, świętach, śmierci babci, o odwiedzinach u Renesmee i w końcu o ataku Emmetta, i moim życiu jako Bella. Do mojej historii co jakiś czas wtrącali się Alice, Jasper czy Edward dorzucając coś ze swojej perspektywy. Kiedy skończyłam opowiadać, przemówił Carlisle oferując Jasonowi dołączenie do nas oraz tłumacząc zalety wegetariańskiej diety. Mój brat po chwili milczenia wybiegł bez słowa.

- Nieważne. To do niego takie niepodobne... - Martwiłam się. - Może powinniśmy za nim pobiec?

- Nie, on musi po prostu to wszystko przemyśleć. Wróci - zapewniła mnie Alice.

- Nessie jest niedaleko - odezwała się uśmiechnięta Esme, wchodząc do pokoju. - Pojawi się tu za chwilę razem ze sforą. Wilki stęskniły się za nami i zamiast pobiec z powrotem do Forks, chcą nas odwiedzić.

- Mówiłaś im o Belli? - spytał Jasper.

- Nie. Zrobimy im niespodziankę.

- Masz jakieś pomysły? - spytała Alice.

- Nie bardzo.

- Może po prostu schowam się w szafie i w odpowiednim momencie wyskoczę, krzycząc „Niespodzianka"? - Mój głos ociekał sarkazmem. - To idiotyczne.

- Skądże! To wspaniały pomysł, Bello - odezwał się Jasper. - Proponuję tamtą komodę, jest największa w salonie.

Spojrzałam na niego jak na wariata. W odpowiedzi wyszczerzył zęby w złośliwym uśmieszku. Zmrużyłam oczy.

- Może mi zademonstrujesz, jak się tam wcisnąć.

Już miał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się rozmyślił: - Musiałabyś mnie zmusić, a wątpię, czy masz tyle odwagi - podpuszczał mnie.

Warknęłam, poczym rzuciłam się na niego. Umknął błyskawicznie. Usłyszałam jego śmiech w ogrodzie. Pobiegłam za nim, żegnana chichotami pozostałych Cullenów. Ścigaliśmy się wokół domu. Byłam szybsza, ale w końcu Jasper dobrze znał się na nowonarodzonych. Biegł slalomem między drzewami, czasem gwałtownie hamował, podczas gdy ja biegłam dalej, i zmieniał kierunek. Ale teraz dzieliło mnie naprawdę kilka kroków, skoczyłam.

Runęliśmy na ziemię z łoskotem przypominającym zderzenie dwóch skał.

- Ha! Wygrałam!

Zaśmiał się. Pół sekundy później to ja leżałam na ziemi. Jasper dłońmi przytrzymywał moje ręce i siedząc na mnie unieruchamiał również moje nogi.

- Jesteś pewna?

- Jak to zrobiłeś?

- No wiesz… Stulecia praktyki – odparł nonszalancko.

- Po co w ogóle to wszystko?

- Chciałem sprawdzić twoje obecne umiejętności. Jesteś szybsza, może też silniejsza, ale poza tym nadal jesteś beznadziejna, jeśli chodzi o walkę.

Warknęłam na niego i zaraz poczułam głęboki spokój. W złotych oczach Jaspera tliły się wesołe ogniki, których nigdy nie widziałam, będąc Jenny.

- Dziękuję, Bello. Za to, że wróciłaś – powiedział. – Od dawna nie czułem się tak szczęśliwy.

Ktoś nad nami chrząknął. Spojrzeliśmy w górę, by zobaczyć śmiejącą się Rose oraz Emmetta z podniesionymi brwiami i zdziwieniem w szkarłatnych oczach.

- Co tu się dzieje?

- A jak myślisz? – odparował Jasper ze złośliwym uśmieszkiem na ustach.

Oczy Emmetta rozszerzyły się w szoku. Od strony domu usłyszałam znajomy warkot Edwarda, tymczasem Jasper śmiał się w najlepsze. Korzystając z jego rozbawienia z całych sił odepchnęłam się nogami od podłoża i razem z Jasperem znowu się przekręciliśmy. Teraz ja leżałam na nim.

- I kto teraz jest górą? – spytałam triumfalnie. Zmrużył oczy.

- Po prostu dałem ci fory – odrzekł. – Następnym razem nie będzie tak łatwo.

- Jasne. Tylko przegrani się tłumaczą.

Wstałam, zanim zdążył mi się odgryźć. Wróciłam do salonu, ignorując Emmetta z Rose. W drzwiach powitał mnie Edward, przytulając mnie.

- Stało się coś? – spytałam lekko zdezorientowana.

Spojrzał na mnie intensywnie, jego usta wykrzywiły się w krzywym uśmiechu.

- Powiedzmy, że myśli Emmetta są trochę hmm… irytujące.

Tonęłam w jego czarnych oczach.

- Myślę… Myślę, że wiem, jak mogę ci pomóc – powiedziałam, wspinając się na palce, by znaleźć się na jego poziomie.

Jego usta wylądowały na moich z ogromną zachłannością. Pożądanie wybuchło we mnie w niespotykaną dotąd siłą. Czułam, że Edward odrywa mnie od ziemi i zanosi na górę. Nie zważaliśmy na chichoty Cullenów, owinęłam nogi wokół bioder ukochanego. Po chwili wylądowałam na miękkiej pościeli, w którymś z pokoi. Usta Edwarda oderwały się od moich warg i błądziły po mojej szyi.

Właśnie rozpinałam jego koszulę, kiedy nagle zamarł. Spojrzałam na niego, jego twarz zastygła w skupieniu.

- O co chodzi? – spytałam zirytowana.

- Nessie i wilki są pięćset metrów stąd.

- Och.

- Chcesz zejść na dół? – spytał, całując mnie w czoło.

Przygryzłam wargę. Byłam rozdarta.

- Czy ja wiem…

Zachichotał, poczym usiadł i zaczął zapinać guziki. Podniosłam się za nim, obejmując go od tyłu.

- Nie powiedziałam tak… - rzekłam, opierając głowę na jego ramieniu.

- Wiem, ale jestem przekonany również, że tak jak tęskniłaś za mną, podobnie mocno tęskniłaś za Nessie, więc wątpię byś chciała odkładać wasze spotkanie, zresztą Renesmee i tak tu przyjdzie ze względu na mnie.

Miał rację. Tęskniłam za moją córką tak samo jak za nim. Jednak…

- Boję się – wyznałam. – Boję się, czy mi uwierzy, czy wybaczy mi to, że tak głupio wystawiłam się na śmierć, że…

- Uwierzy ci. Tak samo, jak każdy z nas ci uwierzył.

- Ale z nią…

Urwałam, słysząc hałas na dole.

- Jake! Nessie! Dobrze was widzieć z powrotem – mówił Carlisle. – Witaj, Embry. Mi też miło, Quil. Hej, Seth. Co tam, Leah?

Słowa powitania powtarzali po kolei wszyscy Cullenowie.

- Gdzie jest tata, dziadku? – spytała wreszcie Nessie.

- Uhm, na piętrze.

Rozległy się ciche kroki, które charakteryzowały tylko jedną osobę.

- Czekaj, Nessie! Tam jest ktoś jeszcze! – krzyknął Jake.

Rozległy się warkoty, ogólne zamieszanie zapanowało na dole i trudno było coś z tego wyłapać.

- Chyba powinniśmy zejść – szepnął Edward.

Kiwnęłam głową i razem wyszliśmy pokoju.

- Ja… znam ten zapach – rozległ się cichy głos Renesmee. Moja córka brzmiała jakby miała zaraz się rozpłakać. Przyspieszyłam, czując ukłucie w moim martwym sercu.

- Ja też – rzekł Jake. – Ale to niemożliwe.

Ścisnęłam rękę Edwarda, nagle bojąc się zejść tam. Tak bardzo bałam się, że mi nie uwierzą.

Ukochany zrozumiał mnie bez słów. Ucałował moją dłoń, poczym powoli, ciągnąc mnie za sobą, wszedł do salonu.

Na mój widok wilki zamarły w szoku. Zignorowałam ich. Patrzyłam na moją córkę, która również na moment zastygła oszołomiona. Jej wzrok lustrował mnie z góry na dół, w końcu zatrzymał się na moich oczach.

- Mamo? – Jej głos przypominał głos wystraszonego dziecka.

- Renesmee…

W jednej chwili przemierzyłyśmy dystans między nami. Poczułam jej ciepły uścisk. Słone łzy potoczyły się po moim ramieniu.

- Wróciłaś.

- Tak. Już na zawsze.

Wiedziałam, że to prawda. Już nic nie mogło nas rozdzielić. Nic.

Po chwili poczułam wokół mnie gorące ręce Jake'a, w ślad za nim poszła reszta sfory. Zastygliśmy w tym wspólnym uścisku.

- Jenny? – odezwał się znajomy głos

Quileuci odwrócili się przodem do Jasona. Ostrzegawczy warkot wydobył się z ich gardeł. Ich postawa była wzruszająca, ale znając mojego brata nie wróżyła nic dobrego. Otoczyłam wszystkich tarczą, która zapłonęła wokół Jake'a sekundę później. Nessie krzyknęła przerażona.

- Jason, nie! To moi przyjaciele – powiedziałam. – Mówiłam ci o nich.

Spojrzał mi w oczy i zobaczyłam, jak gniew ustępuje ostrożności. Ogień zgasł.

- Kim jesteś? – syknęła Renesmee.

- Bratem Jenny, hybrydo – rzekł dumnie i uśmiechnął się groźnie. – Razem jesteśmy niepokonani.

- To znaczy, że zostajesz z nami? – spytałam z nadzieją.

- Nie – opowiedział krótko. – Nie pasuję tu.

- To nieprawda. Pasujesz tu tak samo jak ja!

- Podjąłem decyzję, Jenny. Przyszedłem się pożegnać.

- Nie dasz się przekonać?

- Nie. – Spojrzał na Cullenów, wilki, Nessie, a na końcu znów na mnie. – Żegnaj, siostro. Do zobaczenia za kilkadziesiąt lat.

Kiwnął głową w stronę mojej rodziny, poczym wybiegł z domu.

- Jason! – Pobiegłam za nim kawałek. – Zawsze możesz do nas wrócić! Do zobaczenia – dodałam cicho, stojąc w lesie. – Będę czekać.

Odwróciłam się i wróciłam do salonu czując żal i smutek, że mój brat wybrał taką drogę a nie inną.

- Jesteś Jenny Smith? – spytała Nessie, gdy tylko stanęłam w ogrodowych drzwiach.

Westchnęłam. Znowu te wyjaśnienia. Zaczęłam opowiadać wszystko od początku, wdzięczna za wsparcie Edwarda, Alice, Jaspera i Emmetta.

Epilog

Policja szukała mnie piętnaście lat, zanim oficjalnie uznała, że jestem martwa. Moi rodzice wciąż mieli nadzieję, że żyję, że się znajdę. Byli tak bardzo załamani po moim odejściu, zwłaszcza mama… Czuła się winna mojej śmierci. Wiedziałam to i ta wiedza mnie prześladowała. Chciałam jakoś ulżyć jej, ale nie miałam pojęcia jak. Przecież nie mogłam powiedzieć im prawdy i narazić ich na śmierć.

Żadne życie, ludzkie czy nie, nie jest pozbawione cierpienia. W mojej egzystencji dominowały: szczęście i miłość, ale też nieodłącznie towarzyszył im cień smutku, wyrzutów sumienia i tęsknoty. Zdawałam sobie sprawę z tego, iż zawsze będę wątpiła, czy zabicie Demetriego było słuszne, że wiecznie będę tęskniła za bratem i miała nadzieję, iż zobaczymy się jeszcze tak jak powiedział. I z pewnością przez najbliższe kilkadziesiąt lat będę martwiła się swoim porzuconym, ludzkim życiem.

Ale nie chciałam już nigdy zrezygnować z mojej obecnej rodziny. Miłość jest sensem naszej egzystencji, jedynym celem życia jest dzielenie się radością, szczęściem i miłością.

Razem z Nessie zaczęłam studiować medycynę. Carlisle i Edward są z nas dumni. Chciałabym wynaleźć lekarstwiana wszystkie choroby i choć wiem, że to niemożliwe, mam całą wieczność na to, by do tego dążyć. Tak samo jak mam wieczność na to, by kochać Edwarda, Nessie i całą moją wampirzo-wilczą rodzinę.

Koniec


AN: Chciałabym bardzo podziękować Natty0 i Lady Jully, że były ze mną od początku i komentowały dodając mi ochoty do pisania:) oraz wszystkim pozostałym, którzy czytali czy będą czytać i komentować to opowiadanie. Bez Was nigdy bym tego nie skończyła, także bardzo, bardzo dziękuję:)

Pozdr:*

Lussina