~ 3 ~

Od ostatniej rozmowy z Zabuzą minęło parę dni. Żaden z nich nie powrócił słowem do tamtego wieczora. Żaden nie miał też zbytniej możliwości, skoro na następny dzień zostali wysłani na osobne misje.

Kisame dopiero, co wrócił ze swojej wyprawy, tym razem bez żadnych niemiłych niespodzianek, czy nadużyć. Wyszedł z biura Mizukage, gdzie zdał raport z misji, i teraz mógł się delektować chwilą wolnego. Ścisnął rękojeść Samehady, i poczuł mrowienie w dłoni. Jego broń witała go radośnie. Skóra Rekina służyła tylko wybranym istotom, a tym, których zaakceptowała zwykła okazywać swoje uczucia, poprzez właśnie mrowienie w chakrze. Kisame lubił to uczucie. Był to także jeden z powodów zaciekłej nienawiści jaką jego ojciec żywił względem niego. Samehada pewnego dnia odrzuciła starszego wojownika, na rzecz Kisame i jego potężnej chakry. Hoshigaki uśmiechnął się na wspomnienie tamtego dnia – bolało go całe ciało, gdy ojciec wyładował na nim swą wściekłość za zdradę miecza. Jednak Samehada już nigdy więcej nie zaakceptowała tego drania na swego właściciela, co sprawiało chorą satysfakcję Kisamemu.

Hoshigaki leniwie przemierzał zamglone, brudne ulice miasta. W przeciwieństwie do innych wiosek, nie było tu sierot, samowolnie biegających i hałasujących. Nie dlatego, że ich w ogóle nie było w Kirigakure, ale dlatego, że każdy bezdomny szczeniak, jak inne dzieci miał obowiązek nauki w akademii ninjutsu. Kiedyś, zanim zmieniono końcowy egzamin na genina, studenci walczyli na śmierć i życie, każdy przeciw swojemu przyjacielowi. Gdy taka sierota przeżywała, zostawała ninją z pożytkiem dla wioski. Jeśli nie, cóż, problem bezdomnych szczeniaków i tak sam się rozwiązywał. Tak było kiedyś. Teraz nadal dzieci – bezdomne, czy z rodzin, uczyły się w akademii, jednak po tym, co stało się parę lat temu, wszystko uległo zmianie. Przyczyną był chłopiec, jeden z tych bezdomnych, niechcianych bękartów, nawet nie kwalifikujący się do podjęcia egzaminu, a który w nim wymordował wszystkich uczniów. Ponad setka została zabita, gdzie przynajmniej połowa z nich miała zasilić szeregi shinobi. Wioska nie mogła sobie pozwolić na kolejne takie straty. Zmieniono egzamin, a sprawcę okrzyknięto Diabłem Wcielonym. Tak, Zabuza zapracował sobie na swoje niesławne miano. Tyle, że Hoshigakiemu to nie przeszkadzało w żaden sposób, co inni mówią za plecami Momochiego. Jednak co mówią o nim samym, pomimo tylu lat, nie potrafił całkowicie ignorować.

Oderwał się od swych myśli i na powrót obserwował swoją drogę. Dookoła brud, którego nawet mgła nie potrafiła zakryć. Wioska Ukryta We Mgle nie należała do najbogatszych. W ogóle cały kraj Wody był niespokojnym polem walk, gdzie odizolowanie od reszty kontynentu sprawiało, że ataki z zewnątrz nie stanowiły takiego zagrożenia, jak wieczne wojny między wielkimi panami, rozrywające kraj od wewnątrz. Stąd wieczne zapotrzebowanie na wojowników cienia, nienawiść i bieda szerząca się dookoła. Mizukage, którego wielu nazywa Krwawym w żaden sposób nie pomaga, tłumiąc brutalnie wszelakie zalążki rewolucji. A oczywiście to oni – ninja tłumili owe bunty, stąd taka nienawiść względem ich samym... Kisame westchnął, kiedy jego myśli zatoczyły krąg i znowu podsunęły mu wspomnienia, których pragnął już nie pamiętać. Niechęć w oczach napotkanych ludzi, która towarzyszyła mu od dziecka. To jak nieufnie wodzili po jego szaroniebieskiej skórze, rekinich oczach, czy skrzelopodobnych rysach pod nimi. Kisame był dumny z tego kim jest, nie widział powodu, czemu miałby się wstydzić swego wyglądu czy potęgi jaką dysponował, ale to nadal drażniło go, jak drzazga za mocno wbita w skórę. Bolało, ale nie dało się jej usunąć, można się było tylko miotać w bezsilnej złości. Kisame podejrzewał, że to jeden z powodów, dla których tak dobrze mu się spędza czas w towarzystwie Momochiego – ten zwariowany, cyniczny i bezduszny drań wydawał się tylko zwracać uwagę na zdolności innych osób, ciągle skory do rywalizacji i ambitny by przekraczać granicę swej wytrzymałości. Kisame lubił to także, ale zdawał sobie sprawę, że jemu samemu jest o wiele łatwiej. Nie tylko ze względu na posiadanie niezwykłego miecza, ale i dzięki Kekkei Genkai – ograniczeniu więzów krwi, których Zabuza nie posiadał wcale. Przed młodym Hoshigakim istniał cały horyzont możliwości, za to Demon Wcielony miał przed sobą wąską ścieżkę usłaną wieczną i ciężką pracą. Ale Kisame był całkowicie pewien, że Momochiemu nie brakuje determinacji, by przeć naprzód. Zwłaszcza teraz, kiedy poznał jego plany zamachu stanu – ciągle w zalążku, ale już kiełkujący pomału. Jako wierny shinobi, Kisame powinien zabić Momochiego bez chwili wahania, w sekundę po zobaczeniu tamtych wszystkich dokumentów. Jednak nie zrobił nic. Zabuza miał rację, pomyślał mimochodem. Nie było w nim wiary w kraj, czy samą wioskę. Lojalność, jaką kiedyś miał do władcy, dotyczyła tylko poprzedniego Mizukage – teraz nic tak naprawdę go tu nie trzymało. Ani rodzina, ludzie, współtowarzysze. Dotąd nie uciekł z prostej przyczyny – nie miał dokąd. Życie nunekina to nie łatwa sprawa i choć Kisame znał swoje zdolności na wylot i możliwości, jakie na niego czekały, za morderczy trening, wiedział, że jest jeszcze za słaby by być poszukiwanym ninją. Dlatego nie zamierzał nic robić – na razie. Będzie czekać na dalszą część 'spektaklu' Zabuzy.

Kiedy już doszedł do zadowalającego, na tą chwilę, wniosku, zobaczył kilku ninja skaczących z prędkością po dachach, w kierunku centrum miasta. Zaniepokojony, Hoshigaki zgromadził chakrę w stopach i odbił się, jednym sprawnym skokiem znajdując się na dachu. Nie musiał się wysilać, by zrozumieć, że ninja powrócili właśnie z misji, która nie poszła dobrze. Chyba nikt nie wyszedł bez szwanku. Co poniektóry wojownik miał spaloną twarz, ręce, czy plecy, niektórzy byli okaleczeni, inni z pogruchotanymi kończynami. Wszyscy roztrzęsieni, wyziębieni i głodni. Niektórzy wspierali się na swoich towarzyszach, ci gorzej poranieni byli niesieni przez innych. Do nich już doskakiwali medycy, oraz inni wojownicy, by pomóc.

Wśród rannych Kisame zauważył Zabuzę, z pokrwawionym ubraniem i z prawą ręką w bezładzie. Oddychał ciężko, ledwo utrzymując równowagę – jakże chwiejną i kruchą, zmuszając ciało do ruchu. Kisame od razu skoczył ku niemu. Momochi powitał go ciszą, wymowniejszą niż jakiekolwiek słowa. Zdradzono ich, posłano w sam środek piekła, z którego właśnie wrócili. Patrząc w czerwone oczy towarzysza, Kisame przypomniał sobie ich ostatnią rozmowę. I przejmę władzę – mówił Zabuza, by dodać ciszej, z goryczą – albo ucieknę stąd, zanim oni zabiją mnie. My, albo oni. Kisame znał tą zasadę aż za dobrze.

Skoro Momochi, bez żadnej rodowej techniki, z ograniczoną czakrą, bez zastanowienia był wysyłany z jemu podobnymi w sam środek politycznej, czyjejś zawieruchy, Hoshigaki był pewien, że i on niebawem zostanie posłany przez starszyznę, Mizukage, czy cholera wie kogo, na kolejny bój. Ku chwale Kirigakure... Ich życie nie znaczyło nic dla władzy, byli tylko narzędziami, które można złamać – a potem wyrzucić, lub przekuć na nowo.

Przerwał swój nurt myśli, gdy zobaczył jak Zabuza przechylił się niebezpiecznie do przodu, nad przepaścią między dachami, upadając z braku przytomności. Zanim zderzył się z ziemią, niebieskie ramię złapało go w pasie. Klnąc, na czym świat stoi, na upartość Momochiego, Kisame przerzucił sobie bezwładne ciało przez ramię i pognał za innymi, w kierunku szpitala.

Świat shinobi dzieli się na wykorzystujących i wykorzystywanych – a oni obaj obecnie byli tylko narzędziami w rękach polityków, książąt, biznesmenów, wszystkich tych, którzy mogą zaofiarować pieniądze władcy i starszyźnie. Życie jest takie tanie.