~ 4 ~

Przyszedł nad ranem. Nie było sensu siedzieć w poczekalni przez całą noc, jak w tanich dramatach, jakich pełno w telewizji. Lubili się z Zabuzą, to prawda, ale do diabła, nie byli żadną rodziną, czy ukochanymi, by Kisame miał powód czekać na przebudzenie Demona. Zresztą Momochi by chyba wyśmiał go, a potem wypominał przez wieczność, za okazaną troskę. Nie, Hoshigaki nie był aż tak miłosierny. Zamiast tego poszedł do swego wynajętego mieszkania, wziął gorący prysznic, by zmyć z siebie czerwoną krew Zabuzy – który okazał się być poważnie ranny, ale zbyt uparty, by poprosić o pomoc od razu. A może nie było czasu na to, gdy w pośpiechu musieli uciekać, balansując na krawędzi życia. Kisame nadal czuł ten metaliczno-gorzki zapach krwi towarzysza na sobie. Podkręcił strumień wody, by zmyć z siebie brud i wszystkie niemiłe myśli. Ostatnio jego serce przepełniały wątpliwości. Być może Zabuza przełamał barierę Hoshigakiego, który borykał się ze swoimi problemami od dawna. Przełamał ją, wypowiadając na głos, to czego obaj chcieli – zmiany, wolności. Może obu rzeczy i więcej. I pierwszy raz w życiu, był gotowy po nie sięgnąć.

Gdy z rana wszedł do szpitala, wkoło było pełno ludzi. Łkające dzieci, matki, kochanki, rodzeństwo, czy cholera wie, kto jeszcze. Cała parada miłości, na widok, której Kisame mimowolnie zagryzł swe ostre zęby na języku, by nie zacząć rzucać bluzgami. W takich chwilach jego rekini wygląd zawsze się sprawdzał, bo nikt nie ważył się wejść mu w drogę. Lawirując w całej tej zbieraninie ludzkiej, udało mu się dostać do bocznego korytarza, w którym siedział oszołomiony prochami Momochi. Nie było między nimi żadnych ciepłych słów powitania, ronienia łez szczęścia, czy chociażby klepania po ramieniu. Zabuza wstał powoli, by nie urazić żadnej z ran i obaj w ciszy opuścili budynek.

Przedzierając się dobrze poznanymi, starymi uliczkami wioski, dotarli na nadbrzeżną część. Weszli do knajpy, w której rzadko, kiedy ktoś tak naprawdę bywał. Zabuza chwiejnym krokiem doszedł do stolika w kącie, z ulgą rozkładając się na drewnianej ławie i czekając, aż Kisame powróci ze strawą. Momochi nie dbał o to, co jego towarzysz uzna za stosowne wybrać. Był głodny, tak jak bywał jako dziecko, nieraz nie jedząc przez wiele dni. Środki przeciwbólowe tłumiły jego świadomość, nie dając mu szans skupić się na czymkolwiek, dopóki talerz wypełniony jedzeniem nie znalazł się na ławie i zapachem nie skusił.

- Jedz – rzucił krótko Kisame, ale i bez tej szorstkiej zachęty, Zabuza by się rzucił na prowiant. Jadł za szybko, by zwrócić uwagę na smak, czy zawartość. Ostatnio, czym się żywił, były pigułki żołnierskie, zapewniające przypływ energii, minimalizujące odczuwanie potrzeb jak głód, czy poczucie bólu, ale kiedy ich efekt mijał, człowiek pozostawał pozbawiony sił. Dodatkowo jeszcze nie zagojona rana, tylko pogarszała sprawę. I choć Zabuza był silnym młodzieńcem – był nim od niedawna.

Między nimi było wiele różnic. Trzy lata życia – na korzyść Kisamego – był starszy i bardziej doświadczony w walce, ale nigdy nie musiał od małego walczyć o życie, na ulicy, jak Zabuza. Kisame pochodził z jednego z najstarszych klanów Kirigakure, gdy Momochi był niechcianym bękartem. Różnili się pod względem niemal każdym, od tych trywialnych, jak ulubiony smak, potrawa, dzień, pora roku, po sam styl zabijania – Demon lubiący bezszelestne, szybkie morderstwa, przeciw lubującemu się w krwawej walce Rekinowi. Ale mieli też wspólny cel – przeżyć. I to ich właśnie łączyło najbardziej. Obaj wiedzieli, że Kirigakura prędzej, czy później – z prawdopodobieństwem na to pierwsze, zabije ich. Nie tyle dosłownie, co będzie ich wykorzystywać, aż polegną na misji, lub staną się nieprzydatni na dobre, co dla ninja to jest nawet gorsze, aniżeli śmierć. A on nie zamierzał potulnie czekać na taki koniec.

I patrząc w rekinie oczy Kisamego, zrozumiał, że nie jest osamotniony, w pragnieniu wolności.

Jadł pośpiesznie swój posiłek, nagle osłodzony myślą, że jego plan naprawdę ma szanse powodzenia. Z Kisame u boku, dadzą radę wszystkiemu. I sami wyznaczą swój los...

Bunt się rozpoczął – nawet jeśli miał zająć wiele lat przygotowań, oni obaj byli gotowi czekać cierpliwie, by móc zerwać swoje kajdany i odejść wolni.