Rozdział 2

Następny ranek

Ginny ostrożnie otworzyła drzwi do ich mieszkania i po cichu weszła do środka. Znajdowało się w Londynie, kilka bloków od Ministerstwa, więc Harry swobodnie mógł iść do pracy pieszo. Mieszkanie było przyzwoitej wielkości, być może odrobinę zniszczone, ale zaspokajało ich potrzeby, więc żadne z nich się nie skarżyło. Skierowała się do sypialni starając się nie robić hałasu.

- Dobry – zawołał Harry i dziewczyna zaklęła głośno z zaskoczenia. Odwróciła się, na jej twarzy pojawił się wyraz winy, taki sam, jakiego używała w stosunku do matki stojącej na progu, gdy wracała zbyt późno do domu. Znalazła go w kuchni, robiącego jajka.

- Dobry – odpowiedziała ostrożnie. Uśmiechnął się do niej, gdy próbowała znaleźć dobre usprawiedliwienie dla swojego powrotu o 10 rano.

- Masz kaca, czyż nie? – stwierdził rozkładając (dość przypieczone) jajka na osobnych talerzach. Ginny odetchnęła z ulgą – właśnie stworzył dla niej idealną wymówkę! Uśmiechnęła się przepraszająco.

- Och, Harry, tak mi przykro. Spotkałam Lunę na Ulicy Pokątnej, poszłyśmy na drinka i straciłam poczucie czasu i ilości spożytego alkoholu… – zaczęła, modląc się, żeby uwierzył. Harry przerwał jej skinieniem dłoni, więc podeszła do niego. Objął ją i szybko pocałował.

- Nie martw się, wiem co się z tobą wtedy dzieje. Pamiętasz ślub Rona i Hermiony? Tańce i zaczarowane balony? - zapytał chichocząc. Dziewczyna jęknęła na to wspomnienie. Pocałował ją ponownie, tym razem głębiej, lecz ona szybko wysunęła się z jego objęć, zabierając swój talerz i siadając przy stole. Zaczęła nerwowo jeść, wpychając sobie jedzenie do ust, starając się zająć czymś myśli. Ale nie potrafiła, nie całkowicie. Jedyne o czym mogła myśleć to Luna, wszystko, co mogła widzieć to jej uśmiechem i oczy. Nie mogła całować Harry'ego, kiedy niemal ciągle mogła czuć wargi Luny na swoich.

- A skoro mówimy o Ronie i Hermi, zaprosili nas na kolacje. - Odparł Harry, pożerając swoje jajka szybciej niż jego żona. Dziewczyna nie przerywając jedzenia kiwnęła głową na znak, że zrozumiała co powiedział.
- Właściwie, to jest prawdziwe wydarzenie, - kontynuował. - Będziemy świętować otrzymanie pracy Aurora. Powinna być rodzina, przyjaciele i tak dalej. Zaprosili nawet Lunę, albo właściwie Hermiona zaprosiła, ponieważ nie widzieli się od wieków.

Ginny na wzmiankę o Lunie zadławiła się jajkiem. Harry podskoczył zaalarmowany i podszedł do niej gdy zaczęła głośno kaszleć. Skinieniem dłoni dała mu znać, że nie potrzebuje pomocy i biorąc głęboki oddech zaczęła normalnie oddychać.

- Wszystko w porządku? - Zapytał chłopak, z troską wypisaną na twarzy. Rudowłosa poczuła wyrzuty sumienia. Dlaczego on musi być tak cholernie perfekcyjny? To sprawiało, że bardzo trudno był usprawiedliwić to… coś co wydarzyło się między nią i Luną, gdy on upierał się przy byciu tak uprzejmym. Uśmiechnęła się sztucznie.

- Tak, tak. Tylko kichnięcie… - zamarła. Harry prychnął.

- Być może atak byłby bardziej odpowiednim określeniem - wyszeptał zielonooki, ale odpuścił sobie dalsze przesłuchanie. – Dobrze, ja powinienem już pójść do pracy.

Dziewczyna wstała i ponownie się pocałowali.

- Kocham cię – Wyszeptał, ciągle przytulając próbował uchwycić jej spojrzenie, ale ta uparcie trzymała oczy spuszczone.

- Ja też cię kocham - odpowiedziała, ale głos jej się załamał przy tych słowach. Jeżeli Harry to zauważył, to nie dał tego po sobie znać, pocałował ją tylko w czubek głowy i wypadł z domu w biegu chwytając swój płaszcz.

Ginny zdołała dotrzeć do łóżka, zanim upadła, a jej ciałem wstrząsnęły spazmy szlochu.