- II -

Jechali te kilkanaście minut praktycznie w milczeniu. Siedzieli w mroku z tyłu wozu, za oknem po prawej mknęły skały, a po drugiej stronie – widok na leżące na dole i szybko zbliżające się, rozświetlone Rush Valley.

Trzymała go za lewy nadgarstek. Zaryzykował krótką drzemkę. Chwilę po tym, jak nim szarpnęło, zerknął na dziewczynę; ciężko dyszał, nie mógł zamknąć ust. Obserwowała go w milczeniu i skupieniu, bo zamierzała wypatrzyć, domyślić się i zrozumieć z niego jak najwięcej. Sam z siebie nie mówił prawie nic.

Mieli za mało czasu.

- Więc… skoro widziałeś się wcześniej z Alem… to znaczy, że do niego dzwoniłeś, tak? – spytała potem, siląc się na lakoniczny ton.

Odpowiedział dość niechętnie.

- Nie… to był przypadek. Przyjechał, bo wolał sam przekonać się, jak wygląda sytuacja i akurat trafił na mnie. Mówił, że chciał nam pomóc… ale ciągle miał coś do roboty na swojej „działce". Musimy dbać o równomierny podział sił. Nie ma nas, alchemików, zbyt wielu.

Zaparkowali pod wielkim, skalistym murem mającym około pięćdziesięciu metrów wysokości – dzieło Ala. Ed, pomimo marnego samopoczucia musiał zauważyć i przyznać, że zaimponowała mu ta robota. Mur posiadał solidne i głębokie „korzenie", a także dopracowaną strukturę, co nie jest takie proste do uzyskania w tak różnorodnym, pod względem materiału, terenie. Zaciekawiło go nawet, jak bratu idzie praca nad pułapkami, może podejrzałby od niego jakieś ciekawe sztuczki…

Ale mieli za mało czasu.

Zatrzymali się tuż przy wejściu na ogrodzony teren miasta – przy furcie niewiele większej od zwykłych, domowych drzwi. Mieszkańcy nie bali się jeszcze na tyle, by ją zamykać. Jedyny strażnik pilnujący miejsca kulturalnie oddalił się, pozostawiając ich samych.

Miałkie słowa nie mogły przejść przez gardła, więc stali obok siebie w milczeniu, próbując zdecydować się na te istotne. W końcu Winry przemogła się i pierwsza przerwała ciszę.

- No to… zadzwoń tym razem, kiedy opanujecie sytuację i wrócisz, dobrze? – Chłopak patrzył na nią bardzo dziwnie. Nieznacznie przesunęła się w stronę furty; nagłe, złe przeczucie skłaniało ją do jak najszybszego odejścia. – Znasz numer do pana Garfiela?

- Winry…

- A, i kiedy będziesz miał więcej czasu, to koniecznie tu przyjedź. Twoje automaile na pewno wymagają solidnego przeglądu…

- Czekaj… muszę cię… o coś zapytać.

Stali tym razem tak, że światło lampy padało na nich z góry i mogła dokładniej zobaczyć twarz Eda. Cóż… za dnia wyglądałby pewnie lepiej… a może wręcz przeciwnie? To, co jednak wstrząsnęło nią najbardziej, to wyraźny, mokry ślad na jego lewym policzku, a także ciężkie, ponure, uwieszone na niej spojrzenie, poprzez które coś – jakieś słowa – za wszelką cenę usiłowało wyrazić się, wydostać na zewnątrz. I nadal wydawał się bliski łez.

Od lat nie widziała, żeby płakał. Było to niepisaną zasadą, której zawsze starannie strzegł. Teraz nie dał rady – choć zdawał się nie być tego świadomy – i ten fakt jakoś bardziej niż wszystko inne do tej pory sprawił, że i z jej oczu runęły pierwsze dwie, duże krople.

- O co?...

- Czy zgodzisz się… nie… Chcę, żebyś zrobiła to, co ci powiem. Dla mnie… dla Ala też. Obiecaj, że to zrobisz.

Więc ten narastający niepokój, który od samego początku męczył jej serce, miał realną podstawę. Kolejne, zbyt długo wstrzymywane łzy pomknęły po twarzy.

Czyżby miały sprawdzić się najczarniejsze prognozy na przyszłość?

- Nie kupuję kota w worku – burknęła.

Uśmiech zaledwie drgnął na jego ustach.

- Więc zrób teraz wyjątek…

- Nie.

Zmarszczył brwi.

- Nalegam, żebyś…

- Nie!

Twarz chłopaka zmieniała się, lecz zaraz pochylił głowę z ciężkim westchnieniem tak, że grzywka osłoniła oczy. Wbił obie ręce w kieszenie. Jeśli to była manifestacja złości, to jak na jego standardy wyjątkowo nietypowa.

Lecz po chwili niespokojnego milczenia…

- Chcę… Wyjedziesz z miasta tej nocy. Spakuj najpotrzebniejsze rzeczy. Ten facet, Travis – wskazał kciukiem na stojący za nim wojskowy wóz, którym przywiózł ich ledwie wyglądający na dorosłego żołnierz – zawiezie cię do Central City. Zabierzesz babcię i Dena. Wyjedziecie za granicę… jak najdalej stąd.

Czas upływał w sennej ciszy, kołysanej szumem wiatru i szelestem liści. Nic niewłaściwego nie zakłócało spokoju natury. Dochodzące z oddali sporadyczne odgłosy przejeżdżających ulicami pojazdów również wydawały się częścią tej harmonii.

Lecz ich serca waliły jak młoty pneumatyczne we własnym, płonącym świecie.

- Z… zgadzasz się…? – wyjąkał Ed cichym, drżącym głosem, a w oczach stanęły mu łzy, lecz nie strachu czy rozpaczy, a nowego ducha, nadziei tak żywej, tak nagłej, tak upragnionej!...

- Nigdzie nie jadę – oświadczyła Winry.

.

Cofnął się chwiejnym krokiem. W głowie nie postała żadna konkretna myśl. Ciężka kropla utorowała sobie nową drogę; poczuł jej słony smak w drgającym kąciku ust.

Nie patrzyła na niego. Specjalnie balansując wzrokiem gdzieś ponad koronami pobliskich drzew, z zaciętym wyrazem na bladej, mokrej twarzy, pocierała dłońmi ramiona, niby z powodu chłodu, a jej pierś falowała tak szybko jak pędząca na pełnych obrotach lokomotywa.

Zagryzł wargi, mrugając i mrużąc oczy, by nie uronić już ani jednej łzy. Mógłby skończyć to w bardzo prosty sposób, ostrą kłótnią rozładowującą napięcie albo przynajmniej chłodnym rozstaniem. O tak, burzył się jego wrodzony temperament! Ale zaraz przypomniał sobie, co tak naprawdę chce i musi osiągnąć, co ocalić: resztki honoru, czy życie Winry. Nietrudny wybór.

- Błagam, posłuchaj mnie! Nie rozumiesz… ty NIE WIESZ, co się dzieje…!

- Powiedziałam już, zostaję tutaj! – warknęła i spojrzała na niego z furią. – Niby po co mam uciekać, przecież obronicie to miasto, prawda? Prawda?!

- MUSISZ stąd wyjechać!

- Nie rozkazuj mi, dobrze?!

Zapadła cisza, lecz dialog między nimi trwał w najlepsze. Słowa okazały się w nim niepotrzebne. Ich myśli także: były szybkie, bezładne i pourywane – więc po prostu patrzyli na siebie, w trochę tajemniczy, niewerbalny sposób przekazując sobie wszystko to, czego głosy nie byłyby w stanie wyrazić. Zmagania te nie rozstrzygnęły jednak sporu, zarówno on, jak i ona byli zbyt silni i zbyt słabi, żeby ustąpić.

Osiągnęli przynajmniej tyle, że przeszła im ochota na krzyki.

Westchnęli, uciekając od siebie wzrokiem.

- Jeśli tu zostaniesz, zginiesz – mruknął Ed.

- Wszyscy kiedyś umrzemy – odparowała, ale bardzo cicho.

- Nie… nie w taki sposób. Zrozum… nie zdołam cię przed tym uratować. Nikogo nie uratuję. – Znów miał ten cholerny tik. I znowu mokre oczy. Już nie pamiętał, jaki był wcześniej.

Sceny wczorajszego dnia – wczorajszej rzezi – stanęły przed nim jak żywe. Bardzo szybkie i ostre, brutalne migawki. Zdusił w sobie jęk i wszelką reakcję ciała, by jak najmniej z tego zauważyła. Nauczył się w takich momentach być trochę ponad tymi wrażeniami i widokami, jednak za każdym razem kosztowało go to mnóstwo bólu, nerwów i wysiłku.

Czuł się śmiertelnie chory; miałby jeszcze na dodatek ratować innych…?

- Nie wierzę – powiedziała tak głośno, aż coś się w nim poderwało. Spojrzał na nią, zaskoczony, oddychając szybkim i nierównym rytmem.

Wpatrywała się w niego tak rozpalonym wzrokiem, że aż zaniemówił. Wyglądała zupełnie… normalnie – jak nieraz, gdy przyjeżdżał do niej z zepsutym automailem, a ona już-już sięgała po klucz…

- Nie wierzę, że tak mówisz – podjęła; nie wiedział, czy z jej zapuchniętych oczu lecą nowe łzy, czy też nie. – Jesteś ostatnią osobą, która mogłaby myśleć w ten sposób. Słuchaj, ja też coś chcę, Ed. Chcę, żebyś po prostu wziął się w garść, tak jak zawsze! I nie obchodzi mnie, co widziałeś, słyszałeś lub co musiałeś robić. Mam gdzieś to, jak wielkie i straszne są te stwory! Zostanę tu, bo… bo WIERZĘ, że mimo wszystko…! ...Al się nie poddaje, więc ty też tego nie rób! Porażka… ona z-zupełnie nie wchodzi w grę! Nie ma takiej opcji, rozumiesz?!

Im więcej mówiła, tym bardziej jej głos załamywał się i drżał, lecz starała się to ukryć, podnosząc ton i nadając słowom energii… choć i tak czuła, że to próżne wysiłki. Miała zamiar powtórzyć rzucone w ciszę pytanie, powtarzać się dotąd, aż uzyska odpowiedź, lecz reakcja Eda sprawiła, że jej wola zamarła.

Chłopak stał jak do tej pory, cichy i nieruchomy, lecz zaciśnięte powieki i mokra, lśniąca w świetle lampy twarz nie pozostawiały złudzeń: płakał i to całkiem otwarcie, nie próbując już tego kryć. Dlaczego?... Słowa, mające dodać sił, okazały się raniące. Widziała nawet, jak jego ramiona drżą, wstrząsane ledwie słyszalnym, suchym szlochem.

- Przestań – szepnęła, przełykając łzy – przestań…

Jedna sekunda wystarczyła, by pokonać te kilka dzielących ich od samego początku kroków. Ujęła delikatnie jego głowę, przykładając policzek do policzka. Teraz słowa trafiały wprost do ucha, lecz początkowo nie wywołały one żadnej, nowej reakcji.

Dopiero po dłuższej chwili poczuła, że odwraca się od niej – nieznacznie, ale jednak. Spór został rozstrzygnięty. Wygrała.

I choć serce pękało jej z bólu, zrozumiała, że nie może tego przedłużać. Dla ich wspólnego dobra.

Zdecydowała się na ten gest w ostatniej chwili; musnęła wargami wilgotną skórę. Odsuwała się już i zabierała dłoń, gdy nagle metalowa ręka chwyciła ją za nadgarstek. Lekko, lecz stanowczo.

Złote, lśniące łzami oczy wbiły się w nią tak, że nie mogła przed nimi uciec.

- Co mam zrobić, żebyś się zgodziła...? – zapytał matowym, stłumionym głosem.

A ona nabrała powietrza w płuca i rzuciła mu w twarz jednym tchem:

- Nie zgodzę się, Ed i nie proś mnie o to więcej!

Widziała, że poczuł ból. Powoli spuścił wzrok. Wtedy to wyrwała mu się i szybkim krokiem dotarła do progu Rush Valley. Tuż za furtą puściła się biegiem przed siebie.

Zrobiła, co trzeba i była przy tym taka silna, lecz ta siła złamała ją po kilkunastu sekundach. Padła z płaczem na kolana i pozwoliła cierpieniu rozrywać siebie na coraz drobniejsze kawałki.

.

.

.

Travis wystukiwał palcami szybki, nerwowy rytm na desce rozdzielczej samochodu. Pozornie niedbale rozparty w fotelu kierowcy, pilnie obserwował stojących obok siebie nastolatków. Gdy dziewczyna uniosła ręce, mimowolnie odwrócił na chwilę wzrok. A kiedy nieoczekiwanie wbiegła do furty, przestał stukać. Westchnął.

Dopiero po kilku długich minutach Ed zdecydował się wrócić do wozu. Padł na siedzenie obok kumpla i zatrzasnął drzwi.

Zapadła chwila oczywistej ciszy; mężczyzna zerknął na chłopaka. Tamten z wyraźnym trudem trzymał w ryzach emocje. Blada, mokra twarz drżała jeszcze od wewnętrznych wstrząsów, a nieco zmrużone, uwieszone na jakimś martwym punkcie oczy zdradzały kulisy wyniszczającej go walki desperacji z rozpaczą.

- Nie zgodziła się...? – bardziej stwierdził, niż zapytał żołnierz.

Ed odchrząknął; przez chwilę normował oddech, nim wreszcie wyrzucił z siebie tonem nie dopuszczającym nadziei do głosu:

- Nie.

- No to przepustkę diabli wzięli – mruknął Travis.

Z kolejnym westchnieniem zdjął okulary, by przetrzeć ich zaparowane szkła.

Przedłużające się milczenie i bezruch były niczym skradające się w mroku niebezpieczeństwo. Ed nie przymknął oczu. Morzył go sen, lecz sen oznaczał koszmar, a od wczoraj każdy z nich - jak nigdy dotąd – bez ceregieli przepowiadał mu straszny koniec. Po prostu.

Wizje niewiele odbiegały od tego, co już widział na jawie. Nie mógł się zatem bronić przekonaniem o ich nierealności.

…Jak długo tak można? To bolesne napięcie, to przeszywające na wskroś uczucie obezwładniającego lęku zdawało się nie do wytrzymania. Trwało, narastało w nim od kilku dni i wiele wskazywało na to, że nie opuści go aż do…

Śmierci.

I nagle w tym wszystkim Winry. To znaczy, od samego początku myślał z paniką o jej obecności w tym horrorze na jawie, jednak miał jeszcze wtedy jakąś nadzieję, planował też jak najszybciej wywieźć dziewczynę w bezpieczne miejsce. Po wczorajszej walce o życie zrozumiał, że nie może z tym dłużej zwlekać. A ona… ona mu odmówiła. Tak po prostu.

A potem pocałowała.

Oczy zamknęły się wbrew woli. Nowy poziom cierpienia.

- Idiotka… - wycedził przez zaciśnięte zęby, mieszcząc w tym jednym słowie tyle jadu, ile tylko potrafił. Ręce ciasno objęły ciało, zacisnęły się na nim jak kleszcze. Automail sprawiał dotkliwy ból. Lecz to wszystko było niczym… to nie mogło się równać…

Jak mogła wyskoczyć z czymś takim akurat TERAZ!

Nie było innych, lepszych czasów?!

Przecież… od dawna przeczuwał…

Nagle usłyszał z boku chrząknięcie.

- Tego rodzaju odwaga może być idiotyzmem… lecz tylko w świecie zwierząt.

Zamarł.

Mężczyzna z uśmiechem obserwował zmieniającą się twarz chłopaka. Czekał cierpliwie, aż zrozumie on z tych słów dość, by pojąć, przed jakim stoi zadaniem.

I w końcu zrozumiał… przynajmniej częściowo. Bo jak tylko zrozumiał, to zaraz zwątpił. Człowiek to słaba istota. Nieświadoma swoich możliwości. NIEWIERZĄCA.

Ed z westchnieniem opadł na oparcie, przymykając oczy. Otarł twarz rękawem. Ciało osłabło jak po solidnym treningu; bardzo powoli opuszczało je napięcie. Mimo to odczuł jakąś trudną do określenia ulgę, choć pozornie nic się nie zmieniło.

- …Ma prawo do wolnego wyboru, tak…?

To jeszcze nie była nadzieja, ale miał wrażenie, jakby uchylono przed nim rąbek jakiejś zupełnie innej rzeczywistości, innego systemu wartości – w którym wszystko ma swoje właściwe położenie. Taki ład zobowiązuje. I nie rozumiał tego, nie potrafił rozwikłać tej tajemnicy za pomocą zmysłów, jednak poczuł wyraźny, nie odbierający mu wolności przymus. Pragnienie.

I tylko od niego zależało, czy ma to jakiekolwiek znaczenie.

Przecież jest alchemikiem, do ciężkiej cholery! To on tu rządzi. ON kreuje rzeczywistość!

Zacisnął drżące pięści. W porządku… Strach nadal ściskał, wstrząsał, rozgrzewał, nie ustępował.. - i nie ustąpi. Ale to nic. Spojrzał przed siebie, w nieprzenikniony mrok. Niech jej będzie… ten jeden, jedyny raz. Oddech był szybki i głęboki, lecz miał nad nim kontrolę. Śmieszne. To było jak nieustanne podejmowanie wyzwania, walka przekonania ze zwątpieniem, o wiarę i nadzieję… w obronie miłości.

Zmarszczył brwi. Jutro wszystko się okaże. Jeśli jakimś niewyobrażalnym cudem uda mu się przeżyć, a miasto znów ocaleje, wywiezie stąd Winry osobiście, bez patyczkowania się – choćby miał szarpać się z nią całą drogę do Central City! Choćby miał nawet zostać oskarżony o dezercję! I ona z pewnością go za ten ratunek znienawidzi, a on będzie cierpiał z tego powodu do samej śmierci… czyli prawdopodobnie niezbyt długo.

- Travis…

- Hm?

Spojrzeli na siebie. Oczy i cała twarz młodego alchemika jaśniały w mroku, drżące, jeszcze mokre od łez i potu… lecz na ustach błąkał się nikły uśmiech.

- Zawieziesz mnie tam?

Żołnierz zachichotał, błysnęły odsłonięte zęby. Znali się dopiero od dwóch dni, lecz zdążył już polubić tego dzieciaka.

- Pewnie.

.

.

.

Wszystko bolało. Ponad dwie godziny w nieustannym ruchu, ponad dwie godziny ciągłego biegania, skakania, padania na ziemię i zrywania się z niej tylko po to, by dalej przeskakiwać przeszkody, robić uniki, parować i zadawać ciosy, klaskać – tak, klaskać też – jednym słowem, wyczyniać wszystko to, do czego tylko zdolne było ciało, aby przetrwać. Mięśnie drżące i sztywniejące od nadmiaru wysiłku, nadwyrężone ścięgna, krew uderzająca do głowy i szalejąca w żyłach i tętnicach jak rozbijający się o dno wodospad, coraz liczniejsze stłuczenia i obtarcia, pot zalewający oczy… a przy tym wszystkim serce pracujące na najwyższych obrotach bez chwili wytchnienia, zdumiewająca, niemal idealna maszyna. Chciałby mieć tak nieugiętą wytrzymałość i wolę – nie, nie tylko w kryzysowych sytuacjach. Zawsze.

Na szczęście zdarzały się kilkuminutowe przerwy.

Przypadł plecami do pionowej, skalnej ściany, w pośpiechu dość solidnie uderzając o nią głową. W szeroko otwartych oczach stanęły łzy bólu, lecz oddech był ważniejszy. Chwytał zachłannie zadymione powietrze, jakby chciał uzupełnić jego zapasy przed kolejnym skokiem w głębinę; rozglądał się jednocześnie na wszystkie możliwe strony, nie pomijając także góry.

Początkowo nie było jeszcze tak źle. Znając ze sporym wyprzedzeniem poruszenia Plagi, Armia zdążyła zorganizować odpowiedni komitet powitalny. Miejscem akcji miało być dno wąwozu, prowadzącego wprost do Rush Valley i zahaczającego po drodze o wysiedlone miasteczko, w którym zatrzymali się wojskowi.

Jeszcze nigdy nie uczestniczył w czymś takim. Pośród skał zaroiło się od mundurów i militarnego sprzętu, cały teren zamienił się w gorączkowy plac budowy. Barykadami i innymi atrakcjami mającymi utrudnić chimerom życie zajęli się alchemicy. Szczegółowy plan opracowano już wczoraj. Działaniom oczywiście przewodził major, swoim kunsztem zawstydzając wszystkich; niemniej jednak, coś trzeba było zrobić.

Skalisko nie należało do terenów najłatwiejszych w „obróbce" – pamiętał o moście nad przepaścią, który próbował bez skutku odbudować jakiś czas temu – ze względu na niepewną strukturę, masy luźno ze sobą połączonych, różnorodnych materiałów. Wystarczyłby niewielki błąd, by wywołać niebezpieczną lawinę; na szczęście pomyślano i o tym zagrożeniu, przydzielając każdemu obowiązki na miarę jego możliwości. Nieszczęściem natomiast było to, że spośród alchemików obecnych w miasteczku tylko ci z państwową licencją posiadali dość wiedzy i umiejętności, by móc zaryzykować wzniesienie murów na ścianach wąwozu, tak wysoko, jak to tylko możliwe.

Państwowych alchemików było dwóch.

Ed poczuł, jak jego drżącym, obolałym i wciąż błagającym o tlen ciałem wstrząsa chichot. Usta odruchowo wygięły się w uśmiechu, odsłoniły zęby. Co za absurd. Zastanawiał się, czy żołnierze, broniący w innych miejscach nie tylko tego miasta, ale też otwartej drogi do nizin, do wnętrza Amestris, do Central City – czy oni wszyscy także zostali wsparci tak potężną pomocą. Teraz przynajmniej zrozumiał, dlaczego rozdzielono go z Alem. Jaka szkoda, że Basque Grand nie żył. Mógłby przejąć z kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych zagrożonego terenu na swoje barki.

Snujący się po stoku dym utrudniał widoczność. Dźwięki docierały do uszu jak przez poduszkę: serie wystrzałów, wybuchy, zwierzęce ryki, krzyki. Straszne krzyki. Rzadko zdarzało mu się usłyszeć jakiekolwiek normalne słowo bądź rozkaz, tylko te wrzaski; drące się, rozszarpywane żywcem ciała. Śmiech uwiązł mu w gardle. Przywarł z całej siły do swojej skały, z drżeniem obserwując przemykające w sinych kłębach kształty. Nie musiał, lecz nadal machinalnie i bardzo szybko napełniał płuca powietrzem po same ich dna – oddychał, jakby to miało ocalić mu życie.

Nie było tak źle… na początku. Sprawy przybrały znacznie gorszy obrót dopiero, gdy w niemal jednej chwili chimery przedarły się przez pułapki, mury i barykady i wtargnęły między ludzi. Wtedy to musiał na serio wkroczyć do akcji.

Szybko okazało się, że opór nie ma sensu. Potem stracili działa. Nie wiedział jak, ale jakoś doszło do eksplozji. On był już wtedy w połowie drogi na dół, chcąc zgarnąć jakiś wóz, bo tamte przejęły bestie, zgarnąć i ruszyć, dojechać do czoła Fali – chimery rozprzestrzeniały się w błyskawicznym tempie, zaciekle szukając nowych ofiar – i powstrzymać je alchemią, choćby miał ruszyć w tym celu podstawy całej Ziemi, lecz na dole płonęło już Piekło. Zbiegając ze skał, zabijał po drodze potwory, sam nie wiedział, ile; robił to odruchowo, ledwie o tym myśląc, jakby tylko kopiował wyuczoną wcześniej sekwencję ruchów.

Przedtem major Armstrong zapewniał ze zwykłą sobie wylewnością, że będzie go strzegł jak oka w głowie. Podobno tak obiecał pułkownikowi. Stracili siebie z widoku niemal natychmiast po wtargnięciu chimer i śmierci pierwszych ofiar. Cóż, dobre chęci też się liczą… jakoś.

Usłyszał gdzieś nad sobą rozległe, głuche wstrząsy. Może to alchemia Silnorękiego. Może… coś innego.

Nie… te sterty raportów, cały ten strach, oczekiwanie i lamenty naocznych świadków – to był zaledwie wstępniak. Notatka z kataklizmu. Teraz widział Prawdę na własne oczy.

Przeżywał.

Znowu te wrzaski – i to tak blisko! Usłyszał swój własny, przeciągły jęk i zamknął oczy, jakby to jemu właśnie zadano ból. Zaraz jednak zmusił się, by je otworzyć. I patrzeć. Te przerwy nie były wcale takie dobre, jak mu się wydawało. Czuł, że może bardzo łatwo ulec panice, stojąc tak i czekając nie wiadomo na co. Musiał się ruszyć. Dla Ala i Winry, dla wszystkich, którzy na niego liczyli. Więc rusz się. No już.

Zęby szczękały. Coraz to nowe krzyki, strzały, ryki i wycie – przejmujące, ścinające krew w żyłach… Przesuwając się wzdłuż skały, dotarł do jej krawędzi po prawej stronie. Cisza, po chwili odgłosy szarpania, mlaskania. Jęki. Zbladł gwałtownie, skórę oblał lodowaty pot. Już wiedział, co zobaczy.

Był bliski omdlenia, pole widzenia zaciskał mrok. Mimo to wyjrzał za skałę – musiał. Tak samo jak kilka lat temu w Bramie, gdy mając przed sobą te wszystkie rzeczy patrzył pomimo strachu, bo poznanie ich wydało mu się wtedy konieczne, niezbędne do rozwikłania tajemnicy życia…

Wyjrzał. Kilkanaście metrów przed nim, na skałach leżała chimera – obrzydliwa kreatura z długim, poskręcanym cielskiem, praktycznie pozbawionym łusek i futra. Zdawała się wylegiwać, wsparta na jednym ramieniu, a pod jej drugą, kościstą łapą spoczywał… przedmiot. Opakowanie rozerwane od krocza po żebra, chimera zaglądająca do jego wnętrza, zupełnie jak dziecko, unoszące palcami skraj serwetki, by sprawdzić, czy w misce zostały jeszcze jakieś ciasteczka.

Lecz przedmiot drgnął. Głowa obróciła się nieznacznie na bok, ręka przesunęła; otwarta dłoń, wyciągnięta ku niemu błagalnym gestem. Puste, pozbawione wyrazu kulki zamiast…

Coś nim targnęło - osunął się na kolana. Lecz chimera nie zwróciła na to uwagi. Kołysała swym brzydkim, podłużnym łbem nad zdobyczą, aż nagle uniosła łapę i lekko opuściła, przesuwając nią po rozpakowanym ciele. I tak kilka razy. KLAP, KLAP.

Ed wstrzymał oddech. Nawet nie mrugał. Zapomniał o sobie. Prawda, najważniejsza była Prawda.

Bestia poderwała przerośnięty, wilczy pysk do góry i zawyła.

Cofał się wzdłuż skały, coraz wyżej, nie mając za bardzo innego wyboru. Instynktownie szukał jakiejkolwiek osłony. Przestał przy tym rozglądać się na wszystkie strony, psiakrew. Gdy dotarł tak do przeciwnego krańca skalistej ściany i już miał nadzieję, że za chwilę przedostanie się na drugą stronę i to jak najdalej od tamtego koszmaru – wychylił się, a tuż przed nim ociekające krwią kły.

Rzucił się do tyłu, a tam, gdzie przed ułamkiem sekundy była jego twarz, śmignęły pazury. Padł plecami na pochyłą powierzchnię, ignorując ból przerzucił ciało i z poślizgiem wylądował na stopach i kolanach, w pozycji podpartej. Nie zwlekając ani sekundy i nie unosząc głowy skoczył przed siebie, wyprowadzając prosty cios automailem.

Trafił dokładnie tam, gdzie chciał – w zagłębienie nad mostkiem. Strzeliła czarna krew, zalewając mu tylko poszarpany rękaw katany. Wyciągnięte łapska chimery ominęły go, a po chwili opadły bez czucia. Łeb resztkami sił kołysał się za jego plecami na końcu długiej szyi, coraz niżej… aż wreszcie pocałował ziemię.

To przerośnięte bydlę nie zdołało tknąć go nawet jedną łuską. Niesamowite, jak bardzo intuicja wzmacnia zmysły i reakcje, kiedy człowiek walczy o życie.

Wyrwał ostrze z zadanej rany, a pozbawione podpory cielsko osunęło się na skały, wstrząsane drgawkami.

Przez moment nie mógł oderwać oczu od tego widoku. Już ile razy…? I znów przeszył go strach, obejrzał się – dwie rogate chimery pędziły wprost na niego, skały pękały pod uderzeniami ich zdeformowanych, przypominających średniej wielkości kowadła, kopyt. Zaciął zęby i wybiegł im na spotkanie.

Tu przydała się alchemia. Pierwszego stwora przeszyły i wyniosły wysoko w górę kamienne szpikulce, lecz drugi nie dał się nabrać; ominął wyrastającą pułapkę jednym, zwinnym ruchem. Ed chciał zerwać się na równe nogi, lecz te odmówiły – przewrócił się, a chimera skoczyła. Cholera!

Padły strzały. Skrzywił się, gdy poczuł tuż przy sobie potężne uderzenie. Chimera zwaliła się całym ciężarem na ziemię i potoczyła jeszcze kawałek dalej, aż znieruchomiała. Była martwa.

.

Zapadła cisza, a w tle bitewny szał. Dym rozrzedzał się, lecz nadal było go zbyt wiele. Snuł się w skalnych zakamarkach. Ed, siedząc tam, gdzie upadł, zmagał się z ciężkim oddechem, jednocześnie czujnie wypatrywał i nasłuchiwał.

Nagle rozległ się chichot. Szarpnął się jak oparzony, dysząc jeszcze szybciej. Nie chciał robić tego tak głośno i rozpaczliwie… ale nie miał wyboru.

Z mroku wyłonił się postawny, krótko ostrzyżony blondyn w pokrwawionym mundurze, z karabinem w rękach - i z gracją wskoczył na niski, kamienny podest.

- Edward! – zawołał. – Uważaj na siebie!

Zasalutował mu energicznym ruchem, szczerząc zęby.

„Chyba jakiś wariat", pomyślał Ed w pierwszej chwili, nie mogąc złapać tchu, a tamten, jakby mentalnie poznając i obrażając się na te słowa, zeskoczył ze skały i ruszył tam, skąd przyszedł.

- …H-hej! Czekaj! – krzyknął chłopak i zerwał się w panice na równe nogi.

Mężczyzna zniknął.

W pobliżu warczały kolejne chimery.

.

.

.

Ciało odmawiało posłuszeństwa. Na szczęście była jeszcze alchemia.

Ze wszystkich stron nadchodziły chimery. Zdawały się wspólnie realizować konkretną taktykę, gdy tak zbliżały się, zachowując między sobą równomierne odstępy. Ich cel nie poruszał się; nie uciekał, nie strzelał ani nie wrzeszczał, lecz zwyczajnie stał, nieruchomy i całkowicie bezbronny.

Lecz chimery zwlekały z atakiem. Nie były głupie.

Wszystko po prostu trwało zbyt długo i choć śmiertelne zagrożenie nie malało ani na moment, to w akt walki o przetrwanie wkradała się już chora, zabójcza monotonia. Wszelkie emocje blokowała coraz silniejsza bariera parszywej, tępej obojętności. Na dodatek głowę rozsadzał straszliwy ból – tylko ignorant mógłby przypuszczać, że alchemiczne transmutacje nie są wcale wyczerpujące.

Wiedział, że otaczające go kreatury zacieśniają krąg. Nie miało to większego znaczenia – wobec widoku miejsca, w którym się znalazł, a do którego doprowadziły go ostatnie dni: lawina zdarzeń, porywająca wszystkie napotykane po drodze kamyczki.

Siny, przesiąknięty słonecznym blaskiem dym snuł się nad ziemią, lecz nie krył przed wzrokiem tego, co walało się po niej jak okiem sięgnąć: fragmenty ludzkich… przedmiotów – poszarpane strzępy materiałów, roztrzaskane sprzęty, coś w tym rodzaju, na pewno. Jednak dusił ciężki smród psującego się wnętrza ciała. Wielu ciał. A buty kleiły się i gniotły, przesiąknięte krwawym błotem.

Słyszał też cichy jęk. Sparaliżowany, nie szukał jego źródła, bo widział coś innego. Przed sobą, w niewielkiej odległości od siebie. Zgubiony przedmiot, oderwany od swojego właściciela - ręka wynurzająca się z krwawego prochu, otwarta dłoń, wyciągnięta ku niemu… błagalnym gestem.

Pod celem ugięły się kolana.

Chimery skoczyły w jednej chwili, pokonując ostatnie metry dzielące je od łupu.

Nie zanotowały jednak tego, że Ed na ułamek sekundy złączył dłonie, ani że padając, podparł się lewą ręką. Potężny huk wstrząsnął okolicą, w jednej chwili uniosła się nad nią, bardzo wysoko, ogromna, rubinowa chmura gruzu i pyłu, która zaraz opadła. Krwawa bryza powoli osiadła na pooranej ziemi i poszarpanych ciałach. Poczuł jej drobinki na skórze i uśmiechnął się pod nosem. Drugi etap transmutacji. Destrukcja.

Z najwyższym wysiłkiem woli stanął na słabnących nogach. Wszystko, co było żywe wokół niego, wzbogaciło cały ten bajzel o nową warstwę. Jęk także umilkł.

Żołądek szarpnął się, na moment obdarzony własnym życiem – Ed chwycił brzuch i głęboko odkaszlnął, prawie chyląc się do upadku. Z ust pociekła strużka śliny. Wszystko, co miał w środku, wyrzucił z siebie już dawno temu.

Zęby dzwoniły z osłabienia i wysiłku, oddech urywał się, ciałem wstrząsały dreszcze, jakby już miotał nim lodowaty podmuch wiecznej śmierci.

Skrzywił się, gdy policzek przecięła gorąca łza. Śmieszne. Odrobina wilgoci bez znaczenia.

„…Przecież obiecałeś, Al…"

.

Długo to trwało, lecz wreszcie doszedł do siebie i wyprostował plecy, sam stojąc na tym pustkowiu. Chimery były jeszcze daleko.

O wiele za blisko miasta.

Otarł usta wierzchem dłoni i utkwił złe spojrzenie tam, skąd dochodził bitewny zgiełk. Gdzie – jak przypuszczał – panoszyło się czoło Fali. Najmroczniejsze kłębowisko Piekła.

C.D.N.