-III-
Słońce przebijało się przez rozmazaną warstwę chmur, zalewając całą okolicę swym łagodnym blaskiem. Momentami porywisty wiatr osłabiał doznanie ciepła tego nowego, letniego poranka; przypominał o chłodzie minionej ciemności. Po północnej stronie, za jednym z najbliższych, skalistych wzniesień, snuły się ku niebu kłęby czarnego dymu. Na całe szczęście tutejsze powietrze pozostało wolne od jego zapachu.
Wysoki, brązowooki mężczyzna w mundurze generała przechadzał się wzdłuż okopów, w których wnętrzu czaił się jeszcze mrok nocy. Spoglądał w dół, lecz nie mógł akurat dostrzec tam żywej duszy… do czasu, aż zauważył przed sobą maleńką, czerwoną plamkę, w samym rogu skręcającego wąwozu. Ruszył żwawym krokiem w jej stronę.
Plamka nieco urosła i okazało się, że to Stalowy Alchemik, skulony pod swoim płaszczem i oparty o belkę podtrzymującą skalistą ścianę okopu. Najpewniej zaszył się tu, by móc odpocząć w ciszy i spokoju. Generał zbliżył się, przysiadł na krawędzi, opuszczając nogi i schylił głowę, by zajrzeć chłopakowi w twarz. Dzieciak wyglądał na głęboko pogrążonego we śnie… lecz to nie był dobry sen.
Sprawiał wrażenie w pełni przytomnego i aktywnego, lecz w wymiarze różniącym się od rzeczywistości. Ciało w znikomym stopniu wyrażało to, co działo się z umysłem. Edward zdawał się unosić lekko i opadać z każdym zachłannie chwytanym oddechem, blada skóra lśniła od potu, zmarszczone brwi i opuszczone powieki drgały, a z półotwartych ust co i rusz wyrywały się ciche, dziecięce jęki – niewyraźne resztki słów, krzyków, błagań… Czasami poruszał głową, rękami lub nogami, nie na tyle gwałtownie jednak, by otrząsnąć się ze świata koszmarów, w którym każdy staje się bezbronny. Nie, do finału było jeszcze daleko.
Mężczyzna nie zamierzał go budzić. Z westchnieniem rozsiadł się wygodniej i czekał, oglądając paznokcie.
…Kły z siłą zacisnęły się na wnętrznościach. Ed sapnął, odrzucił głowę w tył, napierając nią na skalną ścianę, gdy trzewia pochłonął ogień; spięty do granic możliwości zwierzęcym strachem i bólem, wymamrotał jeszcze gorączkowo wiązankę słów, których sam nie zrozumiał, wierzgnął nogami… i otworzył oczy.
Wypadł z ognia koszmaru wprost do wody – a przynajmniej takie miał wrażenie. I nie zdążył jeszcze nawet dobrze odetchnąć, gdy nagle dostrzegł na granicy pola widzenia jakąś obecność. Serce w nim zamarło, uderzone znienacka rozpalonym obuchem. A niech to.
- Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć! – odezwał się szybko generał, widząc, że chłopak truchleje. Nie czekając na zaproszenie, z przesadnym hałasem zeskoczył na dół i siadł, opierając się o ścianę, tuż obok Eda.
Tamten nawet nie spojrzał; westchnął tylko ciężko, najwyższym wysiłkiem woli rozluźnił ciało i przymknął na chwilę oczy. Twarz miał białą jak kreda. Przez moment był po prostu PEWIEN, że to chimera i że za chwilę go zabije, a on, sparaliżowany, ledwie przytomny, nie zdoła się obronić. Wiedział, że nie zdoła. Co za cud! …co za parszywe szczęście.
Jak długo jeszcze dzięki niemu pożyje?
Gratulacje. Najpierw Al. Potem Winry. Teraz zawiodłeś samego siebie.
Lecz pomimo ogarniającego go żalu zacisnął zęby. Nie teraz… później o tym pomyśli.
Głowa pulsowała bólem. Przyłożył dłoń do mokrego czoła, jak do czegoś bardzo kruchego i delikatnego.
- Niewyspany, co? – mruknął jego nowy towarzysz.
Ed zmusił się, by na niego spojrzeć.
- Jak… wygląda sytuacja, generale… przepraszam, nie pamiętam…
- Nie szkodzi! – Mężczyzna roześmiał się serdecznie. – Tak się składa, że wielu ludzi zapomina o tym, jak się nazywam.
Rozsiadł się jeszcze wygodniej, wyciągając przed siebie nogi i wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Wydłubał z niej jedną sztukę i wetknął w uśmiechnięty kącik ust, a resztę podsunął chłopakowi proponującym gestem. Tamten machinalnie pokręcił głową, wpatrując się w jego twarz z wyraźną konsternacją. Dopiero po dłuższej chwili zdołał określić ją słowami.
- Ale… przecież jest pan generałem!
- Właśnie! Niezły numer, no nie?
I znów zaniósł się śmiechem, a potem kaszlem. Otoczyły go kłęby dymu.
Ed nie mógł w żaden sposób przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek widział tego człowieka w Centralnym Dowództwie.
Mężczyzna wydawał się być grubo po czterdziestce, jego kasztanowe, gęste i potargane włosy przetykały nitki siwizny. Z tą fryzurką przypominał czekoladowego lwa. Skórę na czole i w okolicach oczu zdobiły wyraźne zmarszczki. Poważne, pozbawione iskierek humoru, ciemnobrązowe spojrzenie ocieniały krzaczaste brwi; brodę i policzki pokrywał kilkudniowy zarost.
Wzruszył ramionami, widząc, jakie wzbudził zainteresowanie.
- To i tak najmniej istotne. Chciałeś wiedzieć, co się dzieje. Cóż… w tej chwili praktycznie nic szczególnego. Żołnierze kończą przeszukiwać pobojowisko i palą trupy. Mamy stały kontakt z obserwatorami, wiemy na bieżąco o wszelkich poruszeniach chimer. Tak, jak ustalono o świcie, pierwsze z nich najprawdopodobniej dotrą tu około południa… czyli za niecałe cztery godziny.
- Tylko tyle… - mruknął pod nosem Ed i wlepił wzrok w swoje kolana. Świadomość rychłego i zbliżającego się powrotu do koszmaru sprawiała, że drżał bardziej niż powinien w tym chłodnym, ciemnym okopie. Naszło go nawet nagłe skojarzenie z grobem i ta myśl wstrząsnęła nim jeszcze mocniej.
Lecz przytłoczony lękiem, nie potrafił zmusić się do ruchu. Co innego o tym myśleć, pragnąć… a co innego naprawdę działać.
- …Widziałem, jakie rzeczy dokonałeś tutaj w nocy. – Słowa i uśmieszek Generała trąciły wyraźnym szyderstwem. – Nie żałowałeś sobie, nawet truchła zniknęły z dołów, jakby nigdy ich tam nie było…
- Przecież musiałem się ich pozbyć – wycedził Ed z kamiennym wyrazem twarzy.
- Ależ oczywiście! Naprawdę imponujące, że ze wszystkim zdążyłeś… lecz to i tak była czysta głupota i strata czasu, wiesz o tym?
Spojrzeli na siebie.
- Dlaczego pan tak sądzi? – zapytał wolno Ed.
Tamten roześmiał się.
- Urobiłeś sobie ręce po łokcie i myślisz, że to cokolwiek pomoże?
Ponownie krótka cisza. Chłopak zmarszczył brwi; facet znowu zaczynał podnosić mu ciśnienie.
- Nie możemy przecież czekać bezczynnie, aż…
- Widziałeś poranne raporty, prawda?
Oczy Eda rozszerzyły się.
Tak, widział je tuż przed świtem – gdy tylko wrócił z Travisem do opuszczonej wioski, gdzie stacjonowali żołnierze. Major i pozostali przemilczeli jego występek jedynie ze względu na dokumenty, które akurat omawiali. Pokazano mu je z wyraźną niechęcią.
Były to najnowsze doniesienia ludzi obserwujących okolicę, a także prognozy na najbliższe godziny. To z nich dowiedzieli się, że kolejna Fala może nadejść już w południe. To one udowadniały, że zbliżają się do nich bestie znacznie większe, silniejsze i lepiej ze sobą współpracujące, a także liczbą przewyższające poprzednią zgraję. To z nich wynikało, że niemal całe południowo-wschodnie terytorium Amestris zostało spustoszone – żołnierze Armii nie próbowali już cokolwiek z niego ratować, lecz skupili się na tym, by nie dopuścić Plagi do pozostałych obszarów kraju. To one wreszcie zawierały garść nowych informacji i spostrzeżeń na temat samych chimer. Przykładowo, stwory zazwyczaj nie pożerały swoich ofiar, lecz niektóre z nich i owszem: poza tą rzeczą nie robiły praktycznie nic innego. Zaobserwowano też takie, które szukały wśród trupów rannych i zwyczajnie ich dobijały, bez zjadania, również rezygnując z otwartej walki z ludźmi.
Nadal nie odkryto źródła pochodzenia tych chimer.
Zdaniem Eda – które jednak wciąż zachowywał dla siebie – wszystko bez wątpienia wskazywało na Bramę Piekieł… lub na coś w podobnym guście.
Pamiętał dobrze, że przeglądając i czytając nowe raporty zastanawiał się, czy nie są to zapiski dzikich fantazji jakiegoś maniaka, który zdołał wprowadzić je w życie za pomocą nikomu nieznanej, dopracowanej do perfekcji metody. Jeśli to była alchemia, to jej efekty graniczyły wręcz z cudem… albo z przekleństwem rzuconym na całe Amestris. To wszystko przypominało realizację szalonego planu wymordowania wszystkich ludzi – co do jednego. Zagrożony był cały świat.
Nie miał bladego pojęcia, kto mógł stać za tym wszystkim – komu mogło zależeć na anihilacji ludzkości – jednak wiedział doskonale, że istnieją takie osoby, które nie cofną się przed niczym. Do głowy przychodziło mu zwłaszcza jedno nazwisko. I choć ten człowiek i jemu podobni mogli być w tej sprawie zaledwie wierzchołkiem góry lodowej, to i tak czuł, że jest na właściwym tropie. A przynajmniej dawało mu to wrażenie, że cokolwiek rozumie z tego horroru, od niedawna zastępującego mu życie – mimo że i wcześniej to życie nie było wcale różowe.
- Tak, i co z tego?! – warknął teraz w odpowiedzi, nadal ze wzrokiem utkwionym w swoich myślach i wspomnieniach. – Napisano gdzieś w tych cholernych raportach, że nie mamy ŻADNYCH, najmniejszych szans?!
Generał obdarzył go szerokim, pożółkłym uśmiechem.
- Nie wiesz, jak się czyta między wierszami?
Powiało chłodem. Ed przypomniał sobie, że i na wczorajszym zebraniu słyszał argumenty głoszone w podobnym tonie, wtedy jednak nie zwrócił większej uwagi na osobę, która je wypowiadała. Ważniejsze były jej słowa, bo zdawały się one z nieugiętą pewnością wyrażać jedyną słuszną interpretację rzeczywistości, w którą każdy powinien uwierzyć i ją zaakceptować. Zdawały się mówić o samej Prawdzie.
Zdawały się.
- Między wierszami? Dobre sobie! Proszę bardzo, chętnie posłucham! – To oczywiście nie było prawdą, ale musiał jakoś się odgryźć i pokazać, że pesymizm mężczyzny go nie rusza. – Może od razu wykopmy sobie wszyscy groby, co?!
Twarz Generała rozjaśnił szeroki uśmiech.
- To byłoby zbyt proste…
Ciszy, która po tych słowach zapadła, po prostu nie dało się przerwać. Krótki, lecz stłumiony i szybko zduszony chichot tylko ją pogłębił. Dźwięki rozlegające się w tle należały do innego świata.
Ed dałby wiele, by ktoś łaskawie potwierdził jego nadzieje – że ma właśnie do czynienia z najzwyklejszym wariatem pod słońcem. Jeśli tak, to spoko; normalna sprawa w miejscu, gdzie panoszą się bestie rodem z najgorszych koszmarów.
Ale większość szaleńców łączy podobne spojrzenie. Żaden z tych, których dotąd spotkał, nie patrzył na niego w taki sposób, jak ten człowiek tutaj. Z taką troską i… miłością?
- Możesz mi wierzyć lub nie, ale chcę ci pomóc. Nie wiem, czy zauważyłeś… jesteś wśród nas jedynym dzieckiem.
- …No i co z tego? – mruknął Ed. Z trudem przełknął przez ściśnięte gardło.
- Zakładam też, że nie jesteś skończonym idiotą… ani tym bardziej masochistą. Mam już swoje lata i naprawdę przykro mi patrzeć na takich młodych, zdolnych, inteligentnych chłopców idących na pewną śmierć, bo wmówiono im, że mogą wywalczyć, co zechcą. Jeśli będziesz w to wierzył, zginiesz w najmniej spodziewanej chwili, nie pomagając NIKOMU…
Ed czuł, jak te i kolejne słowa, wypowiadane wolnym, cichym, przekonującym głosem dosłownie wsiąkają mu do umysłu i nakręcają jego własne, niespokojne myśli. Racja! Był przecież tylko człowiekiem, nie cudotwórcą – czyżby nie przekonał się o tym wystarczająco na własnej skórze, kiedy to pięć lat temu próbował z Alem wskrzesić zmarłą matkę?! Czyżby nie poznali wtedy, jak niewyobrażalna to cena, wielokrotnie przerastająca ich śmiesznie małe możliwości?!
A teraz stał przed podobnym problemem, lecz tym razem to na sekundach – setkach sekund – ważył się jego los. Widział niezliczoną ilość razy, jak w takich ułamkach chwil ludzie po prostu ginęli, zamieniani w poszarpane, organiczne przedmioty, z najróżniejszych powodów: przez strach, ból, brak czasu, sił lub broni, przez nieuwagę, pomyłkę, głupotę, pech… Widział, napatrzył się do syta. I on sam przetrwał wiele takich momentów. Nie potrafił wtedy nikomu pomóc, bo musiał mieć oczy dookoła głowy, bez przerwy. To przecież fizycznie niemożliwe. A skoro niemożliwe… to MUSI w końcu nadejść taka chwila, w czasie której wszystko wokół niego i w nim nagle zniknie – skończy się – zgaśnie – wyłączy – czy jakkolwiek inaczej to nazwać… Nagle i zupełnie nieodwołalnie…
Zapiekły oczy. Opanowywała go rosnąca w siłę, obezwładniająca rozpacz; zacisnął powieki, był coraz bliżej tego, by skulić się, objąć kolana, ukryć twarz… i wtedy zobaczył utkwione w siebie, pełne wyrzutu spojrzenie brata. Pewnie, śmiało – rozpłacz się, ulegnij tej panice, bo czemuż by nie? Tak na pewno wszystkim pomożesz. Idioto.
Prychnął krótkim śmieszkiem; siłą rozluźnił boleśnie napięte mięśnie. Jego dłonie, także ta sztuczna, zauważalnie podrygiwały, przyciśnięte do brzucha, jednak zignorował to i odetchnął głębiej. Kochany Al.
Zerknął na siedzącego obok Generała, który miał co najmniej nietęgą minę.
- Dlaczego ja? – zapytał go, bardzo spokojnie i uprzejmie. – A może innych też zachęca pan do niesubordynacji?
- Zachęcam tylko i wyłącznie do zdrowego rozsądku – odparował mężczyzna, pochmurniejąc na twarzy. – Niestety, niewielu jest takich, którzy chcą słuchać. Mózgi przeżarte absurdem, bajeczkami i propagandą. A przecież, zauważ, jestem generałem i mam wpływy. Czego się boją? Konsekwencji, kary? Kto wie, czy niepotrzebnie?
I mrugnął do niego, uśmiechając się znacząco.
- Co… - szepnął Ed i urwał. Zrozumiał od razu.
Niemożliwe… a jednak. Wygodna i pewna droga ucieczki, o której nigdy nie myślał, że kiedykolwiek stanie przed nim otworem… do teraz. Oszołomiony propozycją, nie zdążył nawet dobrze ochłonąć i pomyśleć, bo jego umysł pomknął już tą drogą, bez chwili wahania - jak szalony.
Mógłby dzięki niej uratować Winry.
Serce przestrzeliła dzika, niepohamowana radość. Tak! Ocali ją, ona naprawdę przeżyje, przynajmniej ona…!
Lecz znowu miał przed sobą jej zapłakaną twarz, coraz bliżej… gwałtowny żar…
I te słowa, jak nagły, oślepiający błysk światła:
„Nigdzie nie jadę!"
„Przecież obronicie to miasto, prawda?! PRAWDA?!"
.
Nie istniała dla niego żadna droga na skróty. A raczej były takie, lecz to ona stała mu na przeszkodzie. Taka słaba, naiwna dziewczyna… choć trzeba przyznać, że potrafiła solidnie przywalić kluczem, kiedy chciała. Ale głupoty na bok. Dla niego Winry była nietykalna. Nie potrafiłby jej zmusić… nigdy nie podniósłby na nią ręki.
Nawet, gdyby mógł ją przemocą ocalić od straszliwej śmierci.
Absurd! – ale tak właśnie było, tak właśnie teraz myślał, choć jednocześnie budził się w nim rozpaczliwy, gorący bunt. Nie chciał jej śmierci. Ale nie chciał też jej zranić. I stracić. A ona nie chciała ustąpić.
To wszystko niewiele miało wspólnego z rozsądkiem, lecz gdyby tak spróbować wyciągnąć z tego jakiś logiczny wniosek, wyszłoby na jedno: że to, co ich łączy… to, co do siebie czują… jest silniejsze i ważniejsze nawet od nich samych. Ważniejsze od śmierci.
Zupełnie nie z tego świata.
…Jak to możliwe…?
Westchnął z rezygnacją, osłabiony i rozgrzany niespokojnie pulsującą w nim krwią. Tak, musiał wreszcie przyznać. To Prawda.
.
Poranne słońce stanęło ponad wzniesieniami na tyle wysoko, by jego promieniste palce dosięgały już do przeciwległej krawędzi okopu; wilgotne skały lśniły i skrzyły, a pasek zalewającego je światła niemal zauważalnie stawał się coraz szerszy. Ed patrzył na to spod na wpół przymkniętych powiek, luźno oparty plecami o ścianę. Głowa pulsowała wielkim bólem, do czego zdążył już prawie przywyknąć. Korzystał, w miarę możliwości, z przedłużającej się ciszy.
Lecz było to coraz trudniejsze. Jeszcze niedawno niesiony tak wielkimi emocjami, teraz czuł zaledwie ich niejasne namiastki, których jakoś nie umiał w sobie rozpalić. A te wyjątkowe i dla niego niezwykle istotne (choć też trudne i bolesne) refleksje, te odpowiedzi i wskazówki, do których nareszcie dotarł, które pokazywały mu właściwą drogę – osłabły, straciły na znaczeniu, zamieniały się w coś co najmniej niedorzecznego, tak jakby cała budująca się w oparciu o nie wiara została brutalnie zdemaskowana… i wyśmiana. To tylko fikcja, chłopczyku. Nie jesteś cudotwórcą.
Wróciły wątpliwości.
Zaczynał szczerze obawiać się, że naprawdę zwariuje – zanim w końcu zginie.
- A więc…? – odezwał się nagle Generał, najwyraźniej tracąc cierpliwość. – Przemyślałeś to?
Ed spojrzał w oczy polującego drapieżnika.
- …Chodzi o dezercję? Podpuszcza mnie pan, tak? – Chciał w to wierzyć. Byłoby mu łatwiej znieść ten żal, wiedząc, że nie dano mu na serio żadnej propozycji. – Chce pan wiedzieć, czy myślę o ucieczce? Czy nie jestem wystarczająco lojalny? Dlatego próbuje mnie pan namówić…
Lecz Generał uśmiechnął się z łagodnym smutkiem
– Chłopcze, ja chcę tylko, żebyś przeżył.
Z westchnieniem odrzucił niedopałek na ziemię.
- Posłuchaj – zaczął, przymykając oczy. – Sprawa JEST beznadziejna. Oczywiście Armia robi, co może i chwała jej za to, lecz naszego losu i tak nic nie odmieni. Zginiemy. Z każdą upływającą chwilą jest coraz gorzej, a my nie wiemy nawet, skąd te bestie się biorą. Nie ma szans, żebyśmy to odkryli, zanim umrzemy…
- I oczywiście to wszystko jest prawdą, ponieważ to PAN tak twierdzi?!
Generał spojrzał na niego z politowaniem.
- Nie trzeba być czarnowidzem, by dojść do tych samych wniosków, co ja. A ty? Myślisz nadal, że da się tu cokolwiek zmienić? Niedługo kolejne starcie… chcesz znowu polegać na szczęściu? Chcesz oprzeć na nim swoje życie… i nie tylko swoje…?
Ed zagryzł wargi; serce tłukło się i szarpało w nim jak dzikie zwierzę, a krew jak echo pulsowała od tych uderzeń w całym ciele. Oddech stawał się niespokojny. Znowu… znowu niepewność. Opuścił głowę, śledząc wzrokiem tę rozpaczliwą gonitwę myśli. Chciał wierzyć… chciał mieć nadzieję… lecz czy mógł sobie pozwolić na takie ryzyko? Przecież tu nie chodziło tylko o niego!
- Widziałem tę dziewczynę, z którą rozmawiałeś. – Mężczyzna obserwował chłopaka z dziwną, zachłanną uwagą i drgającym uśmieszkiem. – Chimery mogą dotrzeć do miasta z którejkolwiek strony… albo nawet z wielu jednocześnie. Zdołasz je powstrzymać? Będziesz w kilku miejscach naraz?
Drżące ręce i pięści, przyciśnięte do tułowia. I to wstrętne, przypominające łaskotanie uczucie w piersi – panika, lubieżnie dobierająca się do wnętrzności.
- Ona nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji, o nie… Może jak zobaczy na własne oczy, to wtedy…
- Dość – warknął Ed, ale bardzo cicho.
- Chyba, że… chyba, że wreszcie pójdziesz po rozum do głowy i NAPRAWDĘ ją uratujesz. Dopóki jest jeszcze wolna droga do Central City.
- Ona… ona nie chce uciekać…
- Głupia. Powiedziała ci, że „wierzy" lub coś w tym rodzaju? Idealistyczne bzdury. Nie słuchaj ich, brak im rozsądku. Bo wiedz jedno: zawsze, ale to zawsze możesz zmienić swój sposób myślenia, wybrać inną hierarchię wartości. Tacy już są ludzie, po prostu zmienni! Dlatego właśnie umieranie za ideały nie ma sensu. Najważniejsze w życiu jest przetrwanie!
- To nie tak… - jęknął Ed, z czołem opartym na metalowej pięści.
Ucieczka nie wchodziła w grę. Nie chciała tego. Strach przed śmiercią… czy to on ma wpływać na to, jaką drogę się wybiera? Oczywiście, że nie.
Przecież i tak „wszyscy kiedyś umrzemy"…
Zacisnął zęby. Nie, nie mógł, nie chciał umierać, jeszcze nie teraz. Ani uciekać. MUSIAŁ WYGRAĆ.
- Jak możesz iść drogą, której sam nie widzisz?! – Generał gapił się na dzieciaka w kompletnym osłupieniu. – Głupcze! One rozrywają ludzi na strzępy! Przecież chcesz ją ratować, tak?!
„CHCĘ! CHOLERA JASNA, CHCĘ!"
- Jest jeszcze Al – wymamrotał, chwytając się tej myśli niczym ostatniej deski ratunku. – Obiecał, że ją ochroni…
- Tak samo, jak i ciebie?
Zapadła cisza.
Słoneczny blask oświetlał przeciwległą ścianę okopu, lecz oni pozostali pogrążeni w mrocznym chłodzie. Ed siedział skulony, z głową opartą na nogach i schowaną w ramionach. Generał czekał, marszcząc brwi. Czekał długo.
Wreszcie chłopak drgnął, jego twarz wychynęła z ukrycia. Pozostały na niej oznaki cierpienia, lecz oczy były takie, jakby właśnie zbudził się ze snu. Z dobrego snu.
- Poradzę sobie… - oznajmił z nikłym, lecz pewnym uśmiechem. – A ty… za dużo gadasz, wiesz?
- Wolisz zdechnąć, tak?
- Idź sobie.
- Wszyscy zginą. Będą same trupy, zobaczysz.
- Powiedziałem: dosyć! – warknął Ed.
- Skazujesz ją na śmierć. Wiesz, jak to będzie wyglądało… Czytałeś do końca wszystkie raporty? Te bestie czasami lubią się BAWIĆ…
- ZAMKNIJ SIĘ!
I zerwał się na równe nogi, dysząc nagłą wściekłością. Mężczyzna przez chwilę patrzył na niego z dołu, wydawał się trochę zaskoczony. Wreszcie sam wstał, otrzepując mundur z pyłu.
- Widzę, że nic tu po mnie – westchnął z przesadą. – Masz już własne przekonania. Szkoda… doprawdy, ludzie potrafią tylko marnować życie...
Ed milczał, z trudem powstrzymując się przed cofnięciem o krok. Brązowe ślepia przeszywały go na wylot. I nagle szarpnął nim lęk.
Ten człowiek zasłaniał sobą słońce.
Lecz wtedy Generał odwrócił się i ruszył okopem w tym samym kierunku, z którego przyszedł, a złote oczy uderzyło światło dnia. Po kilkunastu metrach stanął.
- Ach, zapomniałbym… jeśli chodzi o te twoje sny, to już wyjaśniam: spełnią się one co do joty, możesz mi wierzyć.
.
Zrobiło się zupełnie spokojnie. W pobliżu nie było nikogo. Wszyscy żołnierze najpewniej zajmowali już swoje pozycje na pierwszej linii obrony i przygotowywali się do rychłego starcia. Słyszał ich odległe głosy, niesione wśród skał upartym echem.
Podniósł swój czerwony płaszcz, otrzepał go i nałożył, krzywiąc się przy tym z bólu. Potem spojrzał w bok, tam, skąd oczekiwano nadejścia Fali. Krawędź okopu była dla niego jak linia horyzontu. Chwycił ją obiema rękami i spróbował się podciągnąć, pomagając sobie lewą nogą. Nie wyszło. Skała była zbyt mocno wygładzona, a jemu brakło sił w zesztywniałych i obolałych mięśniach. Dopiero za trzecim razem znalazł odpowiednie oparcie, gdy wcisnął but w szczelinę pomiędzy ścianą a drewnianą belką. Odepchnął się jednym, zdecydowanym ruchem automaila. Jeszcze chwila… i już stał na górze.
Sukces kosztował: chłopak starał się rozluźnić spięte i drżące ciało, a zębami zagryzał ból. Żeby odczuć ulgę i odzyskać w sobie choć odrobinę komfortu, będzie musiał naprawdę porządnie się rozruszać – na przekór oczywistej niechęci.
Lecz już wkrótce rozwiązanie tego problemu przestanie być kwestią zwykłego wyboru, a stanie się koniecznością. Warunkiem przetrwania.
Rozejrzał się z nikłym uśmiechem. Wraz z odejściem Generała stopniowo ulatniały się z głowy wszelkie myśli dotyczące tej osoby. Pozostały za to usłyszane od niej słowa – słowa dosadnie nazywające ukryty w nim strach. I teraz mógł dzięki nim dokładniej przyjrzeć się tym lękom i je krytycznie ocenić, ponieważ potrafił je już NAZWAĆ. A skoro wyszło na to, że miały one swoją nazwę – wiele nazw – to musiały mieć też swoje ograniczenia. I słabe punkty.
A stąd już wniosek prosty: strach nigdy nie jest silniejszy od tego, kto go czuje. Zbyt wielu ludzi o tym najzwyczajniej w świecie zapomina… i pozwala mu się zniewolić.
Przypomniał sobie słowa Travisa i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Racja. Człowiek to niezwykła istota; potrafi przekroczyć samą siebie.
Pociemniało. Uderzył silniejszy wiatr. Był odrobinę zbyt chłodny, by móc nazwać go przyjemnym – lecz gdy po dłuższej chwili ucichł, skórę zaczęły rozgrzewać coraz liczniejsze i coraz intensywniejsze promyki słońca. Przenikały do głębi, rozjaśniały ciemność ukrytą pod powiekami. Przypominały mu, że jest żywy. Z westchnieniem odchylił nieco głowę w tył, by poczuć je na całej twarzy; zupełnie jak kwiat, unoszący swój złoty kielich ku niebu. Ciepło na przemian pojawiało się i znikało, zależnie od kaprysów pogody, lecz akceptował to ze spokojem; po prostu przyjmował je, tyle, ile mu było dane, przepełniony wdzięcznością.
Był wolnym człowiekiem i mógł wybierać: co jest dla niego najważniejsze, co musi chronić za wszelką cenę, za co gotów jest oddać nawet własne życie. Po chwili zastanowienia okazało się, że jest tego naprawdę sporo. Cała masa ludzi, których pragnął ocalić przed Plagą, pomimo tej oczywistej i przyziemnej prawdy, że „nie może być w wielu miejscach naraz"…
Lecz to niczego nie tłumaczyło. Żadne „prawdy" czy „dowody" nie decydują o tym, jak będzie wyglądać przyszłość. Decyduje człowiek-działacz, człowiek-twórca.
A więc zwycięstwo. Liczy się tylko zwycięstwo.
Utwierdzał się w tym przekonaniu, zmuszał się do tego, a bezcenny czas wciąż mijał… aż nagle proste skojarzenie ponownie nasunęło mu na myśl wspomnienie wczorajszej nocy. I poczuł, że płonie.
To jeszcze przed chwilą wydawało się takie marne, błahe, pozbawione istotnego znaczenia – te chłodne, lecz łagodne uderzenia wiatru i ciepły, przyprawiający skórę o palące mrowienie, dotyk słońca. Ciepły dotyk jej dłoni, jej oddechu. Jej ust.
Zamknął oczy, zacisnął pięści. To nie były bzdury. Te pozornie ulotne doznania miały dla niego doprawdy pierwszorzędne znaczenie, bo zapowiadały pojawienie się w jego życiu czegoś nowego i wielkiego, o czym prawie nie śmiał marzyć… a jednocześnie pragnął tego od dawna, z całej duszy. I to naprawdę miało sens! – lecz w zamian musiał wierzyć, wierzyć ze wszystkich sił. Musiał udowodnić, że mu zależy.
A to, co ona udowodniła… Ten jej pierwszy raz… NIE BĘDZIE jedyny!
Zderzenie pragnienia z rzeczywistością. Co jest silniejsze?
Strach. I nigdy żadnej pewności. W kąciku oka błysnęła łza – którą natychmiast osuszył wewnętrzny żar.
Ruszył w stronę obozowiska żwawym krokiem, by nie marnować już ani chwili. W głowie rodziły się nowe, zwariowane pomysły.
Do dzieła, Kreatorze.
.
.
.
Cała okolica rozbrzmiewała jednym, wielkim, niemilknącym hukiem wystrzałów. Do żołnierzy powoli, lecz nieubłaganie zbliżała się liczna horda chimer. Zwyczajny, karabinowy pocisk nie czynił im większej krzywdy, lecz ostatecznie padały one pod ich gradem… a po trupach przełaziły kolejne. Bestie najprzeróżniejszych kształtów i rozmiarów, z trudem kojarzyły się swoim wyglądem z jakimkolwiek zwierzęciem. Jedne wiły się i pełzały, inne skakały i wzbijały w powietrze, a niektóre pędziły wręcz na oślep, gnane przed siebie niezrozumiałą żądzą. Trafiały się i takie, co próbowały kombinować – wspinały się na ściany skalistej dolinki, by z góry zaatakować obrońców przejścia. Stanowiły one szczególne zagrożenie.
Linię okopów dzieliło od stworów ostatnie kilkadziesiąt metrów. Magazynki były na wyczerpaniu, materiały wybuchowe przepadły już dawno temu. Ludzie czuli, że zbliża się koniec, bo na nowe zapasy nie mogli w najbliższym czasie liczyć – równie źle, jeśli nie gorzej, było w pozostałych rejonach, atakowanych obecnie przez Falę. Lecz pomimo tej świadomości pozostawali na swoich miejscach, bo tak ich wyszkolono – by do ostatniej minuty odegrali swoje role.
Tylko nieliczni z nich dostrzegli średniego wzrostu postać w mundurze i ciemnym, wojskowym płaszczu, przechodzącą po drewnianej kładce prosto na wrogi teren.
Przestrzenią wstrząsnęła ogłuszająca eksplozja, cały świat na moment oślepiła supernowa. Ludzie padli na ziemię, osłaniając głowy przed uderzeniem gorącej ściany wiatru. Chimery wyleciały wysoko w powietrze, jak setki skwierczących i pękających od temperatury karaluchów, podrzuconych na płonącej patelni. Po chwili poczerniałe resztki ich ciał opadły, niczym gruby deszcz, na przypominające rozżarzone węgle skały.
Widok niemal całkowicie przesłonił gęsty, ciemnoszary dym, w którego kłębach zniknął, krocząc przed siebie, Płomienny Alchemik.
Piętnaście minut później, po kolejnych trzydziestu dwóch eksplozjach – liczył dokładnie – Roy Mustang wrócił na tę samą kładkę, po której wcześniej przeszedł, by wykończyć hordę. Z okopów wyłoniły się zdumione, osmalone, opalone żarem głowy. Gdy deska zaskrzypiała pod butami, ze wszystkich stron rozbrzmiały gromkie brawa i okrzyki:
- Tak trzymać, pułkowniku!
- Gościu, jesteś wielki!
- Żona prosi pana o autograf!
Przeszedł szybkim krokiem, nie zaszczycając tych idiotów nawet jednym spojrzeniem.
Głowę zaprzątała mu matematyka. Trzydzieści razy. Po kilkadziesiąt, kilkaset sztuk. Fala atakowała na odcinku około czterdziestu kilometrów. Tutaj były może dwa… jeszcze siedem podobnych miejsc. Od trzech, nie, już czterech (zerknął na srebrny zegarek) godzin. Ile razy interweniował do tej pory? Pięć? Sześć?
Wróg zdawał się posiadać niewyczerpane szeregi. Obecna Fala próbowała przedrzeć się do gęsto zaludnionych nizin leżących w centrum kraju. Strategiczna, otwarta droga była na razie bezpieczna. Lecz tu… To był zaledwie strzęp sił całej Plagi. Tysiące chimer. Dziesiątki tysięcy. SETKI… TYSIĘCY…
Miliony.
Dostrzegł zaparkowany wóz i przyspieszył kroku. Na miejscu kierowcy czekała – tak, jak jej polecił – porucznik Riza Hawkeye. Obserwowała go czujnym wzrokiem, trzymając lewą dłoń na słuchawce. Gdy usiadł obok niej i mocno zatrzasnął drzwi, zdjęła urządzenie z głowy.
- Jakie wieści? – zapytał, zapinając w pośpiechu pas.
- Musimy natychmiast jechać na północ, pułkowniku. Siedem kilometrów stąd leży kolejna droga, która opada w głąb gór. Dobre miejsce do obrony, lecz chimery są liczne i bardzo agresywne, a tamtejszym oddziałom kończy się amunicja. Pozostałe punkty obrony są, jak na razie, pod kontrolą. – Mówiąc to wszystko zapaliła silnik i ostrym zrywem ruszyła z miejsca, prosto w snujący się tuż nad ziemią, gęsty dym. Słońce przygasło, a dzień sposępniał.
- Co jest, do cholery, z tymi dostawami?! – warknął Roy i podparł głowę prawą dłonią, zmęczony i rozdrażniony. – Przecież dokładnie wyliczono przydziały i to ze znaczną nadwyżką! Nie powinno być żadnych problemów!
- Problemy pojawiają się nagle i bez ostrzeżenia – powiedziała Riza, jak zwykle perfekcyjnie skupiona na działaniu i opanowana. – A chimer jest więcej, niż się spodziewano. – Zachęcona ciszą, mówiła dalej: - Amunicja kończy się coraz szybciej i stąd coraz dłuższe opóźnienia. Możemy mieć tylko nadzieję, że siła Fali osłabnie w najbliższym czasie.
Pułkownik westchnął i otarł spocone czoło rękawiczką. Skomplikowane, wykonywane od kilku godzin transmutacje stopniowo zamieniały jego mózg w bezużyteczną papkę. Nie stosował tak potężnych technik od czasów Anihilacji Ishvaru.
Skrzywił się. Niezbyt szczęśliwe porównanie.
- Jakie są najnowsze prognozy?
Zerknęła na niego.
- …Bez większych zmian. Przewiduje się, że Armia wykończy tę Falę za około trzy godziny.
- Za późno – mruknął Roy, wyglądając przez okno.
Zagryzł wargi.
- Kontaktowała się pani z majorem Armstrongiem?
- Zadzwoniłam, gdy tylko pan wysiadł, pułkowniku – odparła, uśmiechając się kątem ust. Udał, że tego nie widzi. – Nadal przygotowują się do odparcia ataku; spodziewają się go około południa…
- A Rush Valley? – Z trudem zdobywał się na ten zdawkowy ton, co tylko pogłębiało w nim irytację i poczucie śmieszności. Naprawdę nie potrafił zapytać wprost…?
- Jest dobrze strzeżone… a o Alu mówi się w całej okolicy. – Uśmiechnęła się znacznie swobodniej. - Pomaga, gdzie tylko się da, a dzięki swojej alchemii zamienia miasto w prawdziwą warownię…
- Wiem, rozmawiałem z nim – uciął Roy. Właśnie dojeżdżali na miejsce – przed nimi wyrosły wojskowe namioty, otoczone ludźmi i pojazdami.
Poinstruowano ich, jak mają jechać dalej i ruszyli, lecz teraz bardzo powoli, bo droga była kręta i niepewna. Zamierzali zatrzymać się na samym jej szczycie, tuż przed tyłami okopów. Dalej pójdzie tylko Płomienny.
Lecz choć już silnik zgasł, ten nawet nie odpiął pasa.
Wreszcie Riza westchnęła.
- Rozmawiałam też z majorem o Edwardzie.
- …No i?
Na moment przewróciła oczami.
- Żyje.
- Przecież wiem! – żachnął się Mustang.
- Ta jedna informacja panu wystarcza?
Spojrzał na nią, zaskoczony. Porucznik wpatrywała się w szybę nieruchomym wzrokiem.
- Dobrze pani wie, że nie – burknął. Czuł się wyjątkowo niezręcznie… ech, pal licho! Tym razem postanowił to zignorować. – I nieprawda, że nie obchodzi mnie… co się z nimi dzieje…
- Wiem – potwierdziła Riza i spojrzała na niego znacznie łagodniej, niż zwykle. – Przecież jest pan jego przełożonym.
- …Miałem na myśli ich obu…
- Rozmawiał pan z nim, prawda?
Prychnął. Owszem, próbował, dwa dni temu, po południu – o ile można to nazwać próbą „rozmowy". Dzieciak prawie nie odpowiadał na pytania, a zamiast tego stale ciskał się, przerywał, wygłaszał złośliwe komentarze, aż wreszcie sam odrzucił połączenie – czyli postępował niemal tak, jak zwykle, tyle że tym razem znacznie agresywniej. Podniósł mu wtedy ciśnienie na tyle, że Roy miał ochotę rozszarpać go gołymi rękami – dosłownie – mimo, że jednocześnie dobrze wiedział, dlaczego chłopak był w takim stanie. Bo minęła wtedy zaledwie godzina od ostatnich chwil grożącego mu, śmiertelnego niebezpieczeństwa.
Major opowiedział Royowi o wszystkim; także o tym, że stracił chłopaka z oczu, podczas gdy miał strzec jego życia jak swojego własnego. Streścił mu również przebieg samej bitwy. Po wysłuchaniu tego wszystkiego pułkownik przez długi czas nie wiedział, gdzie podziać swoje myśli - bał się nawet cokolwiek sobie wyobrażać.
Roy nie był wtedy w Rush Valley, jak planował, ponieważ trwało zabezpieczanie głównego przejścia z terenów górzystych do Central City. Nie mógł z tego zrezygnować, miał rozkazy, ważyły się losy całego kraju.
I wtedy owszem, bał się, to przecież zrozumiałe, gdy myśli się o tym, że gdzieś tam zaledwie szesnastolatek staje właśnie oko w oko z niewyobrażalnymi potwornościami - pojawia się w człowieku naturalne pragnienie obrony, ochrony dziecka przed złem. Lecz dziś… dziś miał straszne przeczucie. Dosłownie znikąd. Graniczące z pewnością.
Wiedział, że nie zdąży.
- Muszę iść – mruknął z roztargnieniem, nagle blady i drżący. Lecz Riza patrzyła na niego tak, jakby doskonale wiedziała, na jakie ścieżki zabłądziły jego myśli. Znała te drogi z własnego doświadczenia.
Odpiął niecierpliwie pas, lecz zamarł, gdy kobieta chwyciła go za nadgarstek.
- Będzie dobrze – oznajmiła, a w jej spojrzeniu tkwiła niezmącona pewność, że ta Prawda okaże się silniejsza od rzeczywistości.
Skinął głową w milczeniu. Co więcej mógł zrobić?
- Proszę dalej kontrolować sytuację – polecił jej cichym głosem. Zaczął wstawać, lecz znów go powstrzymała.
- Chcę iść z panem, pułkowniku. Proszę o zgodę.
- Nie… pani zostanie tutaj. To rozkaz.
Czas zamarł na kilka uderzeń serc. Wreszcie i ona skinęła głową, bez słowa, bez najmniejszej zmiany na twarzy.
Wyszedł, a jej oczy nabrały nowego wyrazu. Tak było dzisiaj za każdym razem. Zamierzała prosić do skutku.
.
.
.
W mrocznym namiocie dowódców od dłuższego czasu panowała grobowa cisza. Jeden z generałów przeglądał i porządkował dokumenty, rozrzucone grubą warstwą na złączonych blatach stołów. Kilku innych stało nieopodal w grupce, pogrążeni w cieniu, lecz ich dyskusja, prowadzona wcześniej ożywionym szeptem, obecnie stanęła pod znakiem zapytania. Nieduży, jasnowłosy mężczyzna również milczał i zgodnie ze swoim zwyczajem kontemplował płonący ogarek świecy.
Major Armstrong stał tuż przy nim, pochylony nad zbiorem wszystkich dzisiejszych meldunków. Czekał też na telefon od ostatniej grupy zwiadowczej, która miała zgłosić się tej godziny i przekazać najświeższe informacje. Pod ręką miał mapę, na której dokładnie oznakowano kolorowymi szpilkami wszystkie groźniejsze skupiska chimer. Oraz, rzecz jasna, aktualne położenie Fali.
On także pragnął nadziei. Mogłoby się wydawać, że tak potężny, świetnie wyszkolony i doświadczony żołnierz oraz alchemik w jednym posiada również, oprócz nieprzeciętnej siły, nieugiętą wolę walki. Prawda była znacznie bardziej przyziemna. Strach nikomu nie jest obcy – zwłaszcza, gdy ma się wyjątkowo wrażliwe serce. Major był tego świetnym przykładem.
Innym wydawało się, że ten człowiek doskonale i bez najmniejszych wątpliwości kontroluje sytuację – lecz on bał się tego samego, co i oni. Przerażały go chimery, z których niepohamowaną zajadłością nie mógł się równać żaden wróg, jakiego miał okazję dotąd napotkać w swoim życiu. Lęk budziły nieustannie napływające materiały i dowody, stawiające więcej pytań, niż pozwalające na odnalezienie jakichkolwiek odpowiedzi. Z lękiem myślał też o niepewnej dla wszystkich przyszłości, o losie całego kraju, może nawet świata. I bał się wreszcie o Eda, który przetrwał, co prawda, na polu bitwy, lecz przy okazji stracił na nim tak wiele, a jego oczy zaczęły już należeć do kogoś innego. Do kogoś w pełni świadomego swojego rychłego końca, lecz próbującego udowodnić komu się tylko da, że pomimo ciężaru tej wiedzy nadal ma serce ze stali – i jednocześnie do przerażonego sobą i wszystkim dookoła dziecka, które rozpaczliwie i na przekór lękowi usiłuje marzyć o ratunku… nie tylko dla innych. A czasami major miał nieodparte wrażenie, że widzi w tym nowym spojrzeniu proste pragnienie śmierci. I kary.
Z Alem również nie było najlepiej.
- Wygląda na to, że nasza siatka informacyjna pracuje bez zarzutu – nieoczekiwanie przemówił blondyn.
Major zerknął na towarzysza. Ten nadal sprawiał wrażenie zainteresowanego wyłącznie migającym płomykiem lampy, jakby te lakoniczne, podobno zachęcające do nawiązania rozmowy słowa wymknęły się z jego ust zupełnym przypadkiem.
- Chłopcy starają się, jak mogą – mruknął w odpowiedzi, wzruszając ramionami. – Ich nadzwyczajna odwaga i poświęcenie są dla nas wszystkich nieocenione. Bez nich nie mielibyśmy żadnych szans.
- To prawda, przechodzą samych siebie – potwierdził mężczyzna. A po chwili ciszy: - Ludzie są zdolni do wielkich rzeczy… szkoda, że i na co dzień nie pamiętają o swoich możliwościach. Świat mógłby być wtedy piękniejszym miejscem.
- To byłoby aż nazbyt problematyczne, generale – odparł Armstrong z uśmiechem kryjącym się pod obfitym wąsem. – Kto chciałby codziennie poświęcać swoje dobre samopoczucie? Rezygnować z komfortu i przyjemności? Odrzucać własne przywileje i walczyć o dobro słabszych? Brać na siebie ciężar należny innym? To praca Syzyfa. Dopiero w najtrudniejszych, ostatecznych chwilach próbujemy płacić jak najwięcej…
- Tak, jak my dzisiaj – przerwał mu wąsaty generał. – Niezależnie od przyszłych efektów naszych starań, nie mamy właściwie powodów do wstydu. Przecież robimy wszystko, co możliwe, prawda?
Major milczał. Wziął do ręki kilka zdjęć, wywołanych rano w specjalnie do tego przeznaczonym namiocie. Przedstawiały one skupiska chimer, zmierzających zorganizowaną Falą dokładnie w ich stronę. Zmarszczył brwi. Gdyby zgromadzić w jednym miejscu przedstawicieli najróżniejszych gatunków zwierząt, to różnice między ich rozmiarami nie byłyby wiele większe od tych, jakie istniały wśród bestii tworzących Plagę.
Niezwykle zastanawiająca i zwracająca na siebie uwagę była również karność, jaka zdawała się panować w tych przerażających szeregach. Zgodnie z relacjami świadków, stwory praktycznie wcale nie rzucały się na swoich współtowarzyszy. Czymże zatem się żywiły?
Nawet ograniczając się do wyłącznie własnych spostrzeżeń, mógł z całą pewnością stwierdzić, że wszystkie chimery wyglądały na bardzo chude, wręcz wygłodzone. Lecz to nie głód skłaniał je do nieustannego mordowania i poszukiwania coraz to nowych ofiar. Więc co?
Nagle major drgnął i spojrzał w bok. Stojący przy nim blondyn świdrował go wzrokiem, jakby robił to od samego początku. Od momentu, w którym zadał swoje pytanie.
- …Prawda? – powtórzył.
Armstrong patrzył z góry na tę drobną, niepozorną postać, próbując domyślić się, jakiej odpowiedzi powinien udzielić. Nie było to wcale łatwe – mężczyzna pozornie sprawiał wrażenie szczerego i godnego zaufania, lecz jednocześnie unosiła się wokół niego jakaś tajemnicza aura. Wyraz oczu tego generała („Zaraz, mówił, że skąd przybył? Z Briggs?") był nie do rozszyfrowania. Jakby kryła się w nich ogromna, nieznana szaraczkom siła, chroniona jednak przed podeptaniem jej przez beztroskich, słabych głupców.
To mu nieoczekiwanie nasunęło na myśl zaskakujące skojarzenie.
I jakby tylko czekając na ten moment, wydarzyło się coś, co otrząsnęło z marazmu wszystkich ludzi, obecnych w tym mrocznym jak grób namiocie.
Najpierw usłyszeli klaśnięcie – gdzieś na zewnątrz. W następnej sekundzie rozległ się trzask alchemicznych wyładowań, którym towarzyszyło niewielkie, lecz jaskrawe światło, bijące przez płachty płótna osłaniającego wejście do środka. A zaraz po tym mrok przebił potężny słup słonecznego dnia i rozproszył go w znakomitej większości. Ludzie automatycznie osłonili oczy przed tym niespodziewanym atakiem. Słyszeli też hałas, z jakim gruby i ciężki materiał zwijał się i nakładał na dach i pozostałe ściany namiotu, szarpany nieistniejącym wiatrem - zupełnie jak obierana skórka banana. Poskutkowało to tym, że teraz zaskoczeni żołnierze mieli przed sobą - zamiast zwyczajnie odsłoniętego wejścia - rozciągnięte na cały front namiotu, otwarte okno na świat. W pierwszych chwilach, nim wzrok przywykł do nagłej jasności, widzieli po prostu wielką, prostokątną plamę światła – a pośrodku niej drobną, czarną sylwetkę człowieka.
- Normalnie gorzej niż na stypie! – rzucił Ed wesołym głosem w zdumioną ciszę.
.
Wszedł do środka mocnym, sprężystym krokiem. Wszystko, co trzeba, ustalił po drodze; element zaskoczenia, dbałość o szczegóły, krótka, zwięzła treść przekazu, a także zero tolerancji i kompromisu dla najmniejszego słowa sprzeciwu. Czas rozliczał go bez chwili litości. Muszą się posłuchać. I zacząć działać. Natychmiast.
Ale bez przesady - niech też zapłonie tu choć iskra szczęścia!
- I po co panowie tak tkwią w tych ciemnościach? Łatwiej się w nich myśli? – skomentował z ironią, podchodząc do zawalonych dokumentami stołów. Wtedy coś na chwilę wytrąciło go z równowagi – to dziwne, lecz przeciwległa ściana tego namiotu, a zwłaszcza jej kąty, nadal tkwiły pogrążone w ciemnościach. Z jednego z nich błysnęły ku niemu, ledwie zauważalnie odcinające się od czerni, ciemnobrązowe ślepia. Szybko odwrócił wzrok.
- Edward Elric! – mruknął major Armstrong, co w obecnej aurze zabrzmiało wystarczająco głośno. – Zastanawiałem się już, gdzie zniknąłeś na tak długo.
- Tylko spałem, majorze. Widzę, że trwa tu jakaś szczególna narada – zauważył Ed ze złośliwym uśmieszkiem i wbił ręce w kieszenie, przyjmując nonszalancką pozę. – Dużo mnie ominęło? Poprawki literówek w naszym doskonałym, defensywnym planie?
- O co ci chodzi, chłopcze? – odezwał się z wyraźną niechęcią jeden z wysoko postawionych dowódców; posiwiały, starszy mężczyzna z monoklem w prawym oku. – Sądzisz, że masz tu powody do śmiechu?
- Humor potrafi ocalić życie, nie wiedział pan? – Stojący przy stołach ludzie spoglądali na niego z góry. Poczuł, jak drgający mu na ustach uśmiech gaśnie… Czas. – Ale racja, dość już o tym. Majorze…
Tylko ten człowiek zdawał się domyślać – albo przynajmniej wyczuwać – że chłopak przybył tu z konkretnym postanowieniem, z nowym planem działania. Ed liczył na jego pomoc; miał nadzieję, że jego spojrzenie wyraża to wystarczająco jasno.
- Proszę, aby wezwał pan do tego namiotu każdego, kto wydaje tu jakiekolwiek rozkazy. Wszystkich dowódców, jak na powszechną naradę. Mam im coś bardzo ważnego do przekazania. Chcę, żeby zjawili się tutaj w ciągu pół godziny… w miarę możliwości.
Wśród ludzi rozległ się stłumiony pomruk. Odruchowo zerknął na niektóre twarze, lecz zaraz ponownie utkwił oczy w tej, która należała do przyjaciela.
Major Armstrong zawahał się pod tym natarczywym wzrokiem, lecz po chwili otworzył usta, by odmówić…
Wtedy zadzwonił telefon.
.
Piętnaście minut później namiot napełnił się niemal po brzegi; jedynie pośrodku pozostawiono szerokie przejście dla nowych osób. Wciąż przybywali kolejni.
Ed przeszedł wcześniej na drugą stronę stołów, by widzieć ich wszystkich przed sobą. Za plecami miał zimną ścianę ciemności, a naprzeciwko wejście, przez które wpuścił tu światło dnia. Choć wpatrywał się w nie z uporem, nie czuł na twarzy prawie żadnych promieni. Na obciążonych blatach kładł się solidny cień.
Kazał zgarnąć z nich wszystkie śmieci i rozłożyć nową mapę. Szpilkami zaznaczono najistotniejsze punkty.
Jeszcze parę minut temu spoglądał niepewnie, lecz z ciekawością na rosnący tłumek ludzi, na osoby obecne tu od samego początku… i znów te brązowe ślepia, rozpalone światłem dnia, lśniące pod grzywą rozwichrzonych włosów, przeszywające z góry swym lśnieniem - i tym razem złote oczy nie zdołały odskoczyć od nich tak od razu; zdążyły nakarmić się strachem.
Mężczyzna stanął przy nim prawie tak samo blisko, jak major.
Ed czekał teraz z opuszczoną głową i z rękami w kieszeniach (tylko raz zerknął na srebrny zegarek), nie patrząc już na nikogo. Lęk łaskotał serce.
W końcu poczuł na sobie, tuż przy karku dłoń Armstronga. Zapadła cisza.
Głęboki wdech. Działaj.
Otworzył oczy i powoli otaksował nimi całe towarzystwo. Wtem wyjął z kieszeni dłonie i nagłym gestem oparł się nimi o przykryty mapą stół.
- Musimy wygrać!
C.D.N.
