- IV -
Dzień zapowiadał się wyjątkowo ponuro, jak na tę porę roku, a słońce kryło się za rozrzedzonymi pasmami chmur. Lekki wietrzyk wylatywał z kanionów na otwartą przestrzeń, niosąc ze sobą kojący chłód i orzeźwienie – lecz ludzie pozostawali obojętni na jego pobudzającą moc.
- Ten kraj schodzi na psy... bez urazy – mruknął sędziwy staruszek i poklepał swego towarzysza po głowie. - Mówię ci, zawsze tak było. Jesteś tu dopiero od siedemnastu lat, ale możesz mi wierzyć na słowo. Nigdy nie czułem się w tym miejscu wystarczająco pewnie i bezpiecznie. Prawda, że jakoś się żyło, lecz człowiek i tak wiedział, że w końcu przebierze się miarka – ta cała Armia, bieda, głód, konflikty, eksperymenty... A teraz patrz, mój drogi: wszyscy uciekają.
Siedzący obok niego jamnik ziewnął rozdzierająco, mrużąc w słońcu swe ropiejące ślepia.
Szeroki, obecnie ubijany setkami stóp, kopyt i kół gościniec prowadził wprost na północny zachód, symetrycznie zwężając się i wsiąkając w zamglony horyzont, nie zaskakując przy tym podróżnych żadnym, znaczącym zakrętem. Godzinę temu wkroczyli na otwartą nizinę, otaczającą Central City – w samo Serce Amestris. Za sobą mieli skaliste góry i półmrok, czający się w ich zakamarkach.
Starzec, zwany Augustusem Reinerem – były żołnierz, a teraz biedny, samotny handlarz długoterminowymi produktami spożywczymi – opuścił o świcie rodzinne miasteczko i rozpadającą się, sklepową budę, by z całym swoim dobytkiem dołączyć do tłumu uciekinierów. Na miejscu odkrył, że to, przynajmniej na razie, niemożliwe. Drogę zagracały same spalinowe pojazdy i jego samochodzik starej daty, przypominający odkrytą, zaprzężoną w konie mechaniczne karetę, nie miał w walce z nimi najmniejszych szans. Na szczęście pogoda od dłuższego czasu dopisywała i znalazło się wielu takich, którzy szli bądź jechali po samej ziemi, porośniętej gęstą, lecz suchą trawą.
To, niestety, wiązało się ze sporymi trudnościami, zwłaszcza dla maszyn, dlatego stary Augustus polował na okazję... aż wreszcie całkiem niedawno udało mu się wtargnąć na zakurzone pobocze. Teraz, co prawda, było duszno, brudno, tłoczno i hałaśliwie, ale przynajmniej miał tę niemal stuprocentową pewność, że jego wóz nie rozkraczy się w najmniej spodziewanym momencie.
- Tak, kochany: to dało się przewidzieć – nadal zrzędził po swojemu, z lewą ręką od niechcenia opartą na podrygującej kierownicy. Zadarł siwą, sępią głowę, by spojrzeć na niebo; rozmytą, jaśniejącą biel i błękit urozmaicały liczne skupiska czarnych punkcików. - Nawet ptaki z nami uciekają. One może przeżyją... nas prędzej czy później dosięgnie kara. Wszyscy zapłacimy za błędy głupców – zapewnił Augustus, przybierając wszechwiedzącą i smętną minę.
Pies zaskomlał, położył swój pyszczek na łapkach barwy podpalanego brązu – aż nieoczekiwanie poderwał się i siadł na baczność, naprężony jak struna, węsząc i nasłuchując; jego wybałuszone, nabiegłe krwią oczy błysnęły inteligencją.
- O co chodzi, mój drogi? - zapytał Augustus ze zdziwieniem i w tej samej chwili dostrzegł przed sobą odpowiedź.
Rzesza jadących przed nim podróżnych rozstąpiła się, omijając szerokimi łukami postać, leżącą niemal na samym środku drogi. Staruszek zwolnił, nie zważając na podnoszące się wokół okrzyki i klaksony, aż w końcu zatrzymał pojazd.
Człowiek, leżący twarzą do ziemi i obejmujący tę ziemię szeroko rozpostartymi rękami, zdawał się być jeszcze młodym chłopcem – czarnowłosym, ubranym w mocno zakurzoną, beżową kurtkę. Nie poruszał się i nie dawał innych oznak życia, zwrócony w kierunku południowo-wschodnim.
- To karygodne! Nie ma wątpliwości, świat staje na głowie! - zaskrzeczał Augustus i zeskoczył z wozu. - Żeby takie omdlałe, może nawet ranne dziecko pozostawić w takim tłumie bez pomocy, bez opieki i to na pastwę losu! A gdzie tu litość, gdzie współczucie? Widać, że słusznie ściga was boska kara! - Mówiąc to, przez chwilę groził pięścią omijającym go podróżnym, nim w końcu uklęknął obok chłopca.
Pomimo nieustannie panującej wokół jarmarcznej wrzawy wydało mu się, że słyszy stłumiony jęk, więc pochylił się jeszcze niżej.
- Pomocyyy... umieraaam...
- Co ci dolega, biedaku? - szepnął starzec, zbliżając ucho do głowy leżącego. - Rannyś? - „Trochę wina i oliwy powinno się znaleźć w wozie...", przemknęło mu naraz przez głowę.
- ...Jestem głodnyyy...!
- Głodny? - powtórzył jak echo Augustus i w tym samym momencie czyjeś ramię błyskawicznie objęło i ścisnęło jego szyję, a druga dłoń żelaznym chwytem złapała go za prawy nadgarstek. Pofrunął do góry, aż w oczach mu pociemniało; potem krótka karuzela... i nagły, potężny wstrząs uświadomił mu, że właśnie wylądował jak długi na ubitej ziemi, z miażdżącymi kark palcami napastnika i boleśnie wykręconą za plecy ręką.
- Puszczaj...! ...bo pożałujesz!
- Lan Fan, to BARDZO niegrzeczne powitanie! - rozległ się wesoły, śpiewny głos z wyraźnie słyszalnym, obcym akcentem. - Nie tak powinniśmy traktować naszego wybawiciela!
Augustus otworzył oczy. Tuż przed nim jaśniała szeroko uśmiechnięta twarz młodego obcokrajowca. Obok niego stał człowiek ubrany w coś, co przypominało strój rasowego wojownika ze wschodu; jego twarz skrywała dziwaczna maska.
- Twa mechaniczna oaza obfitości będzie dla nas w sam raz, szlachetny człowieku! - zaintonował chłopak z autentyczną, dziecięcą radością.
- Co...?
- Rekwirujemy twój wózek, starcze! - przetłumaczył mu wprost do ucha zimny jak stal, kobiecy głos. - Bądź grzeczny, a nic złego ci się nie stanie.
Przez cały ten czas, od momentu napaści, słowa zagłuszało głośne i monotonne ujadanie jamnika. Ludzie szybko przechodzili i przejeżdżali obok nich, nie chcąc sami wplątać się w kłopoty.
- O, jakie to fajne! - Chłopak wyciągnął rękę, żeby pogłaskać jamnika. Ten skoczył i chwycił zębami za rękaw jego kurtki. - Jakie zabawne! Ciekawe, co to za zwierzę?
- Przypomina psa, paniczu – odparł dość znudzonym głosem starca zamaskowany wojownik. - I szczeka.
- Naprawdę? Och, wybornie! Nareszcie spróbujemy miejscowego przysmaku! - Dzieciak klasnął w dłonie. - W tej chwili zamawiam dla nas gorące hottodoggu i trzy kufelki zimnego piwka, dobry człowieku...! Spokojnie, dziadku, żartuję z tym alkoholem...
- Ten „hot-dog" to mój PRZYJACIEL, a ja nie jestem kelnerem, ty... ty dziwaku! - ryknął Augustus z twarzą poczerwieniałą ze złości.
Coś śmignęło i nagle poczuł na gardle ostrze, a trzymająca go kobieta mruknęła wprost do ucha:
- Kogo nazywasz dziwakiem...? Trochę szacunku, głupcze!
- Spokojnie, Lan Fan, mamy jeszcze dużo czasu, żeby „dotrzeć" naszą nową znajomość. - Młodzieniec machnął niedbale wolną ręką. - Możesz go puścić.
Dziewczyna bez sprzeciwu wykonała polecenie. Stary Augustus upadł na kolana, lecz zaraz wstał, masując sobie obolałe ramię i zerkając spode łba na stojącą przed nim trójkę osobliwych przybyszów, a zwłaszcza na tą, która go tak unieszkodliwiła. On, doświadczony na najsłynniejszych frontach żołnierz dał się sponiewierać byle dziewczynie?!
Lecz nagle długowłosy chłopak zbliżył się do niego, nadal z psem uwieszonym na rękawie kurtki. Stanął, chwycił się pod boki i lekko przekrzywił głowę, jakby mierzył starca wzorkiem od stóp do głów – choć trudno było to stwierdzić z całą pewnością, patrząc w te jego skośne, prawie całkowicie przymknięte oczy.
- Jestem Ling Yao i pochodzę ze Wschodu, z Cesarstwa Xing! - oznajmił nagle z werwą. - Jestem także księciem i dwunastym synem obecnego Cesarza, pretendentem do tronu! A to moi wierni słudzy i towarzysze w podróży: Lan Fan oraz dziadek Fu – przedstawił dwie, stojące tuż za nim zamaskowane postacie. - Jak mamy cię zwać, staruszku i kiedy będzie lunch? A może urządzimy mały bufet?
- Chwila, moment! Jaki lunch, jaki bufet?! Kto tu mówił o dokarmianiu jakichś książąt-włóczęgów?!
- Obawiam się, szanowny panie, że nie ma pan innego wyboru – przemówił nagle stary ninja; w jego głosie pojawiła się wyraźna nutka ironii. - Musimy jak najszybciej dotrzeć w pewne miejsce i pan oraz pański pojazd nam w tym pomogą.
- Racja! - zawołał Ling, jakby właśnie sobie o tym przypomniał. - Zmierzamy prosto do Rush Valley i dlatego...
- GDZIE?!
.
.
.
- Gdy zbliży się do nas Fala, zamkniemy ją w pułapce - z obu stron jednocześnie, dzięki specjalnie w tym celu wywołanym lawinom. Zajmę się tym ja oraz major Armstrong, pomogą nam też saperzy, wysadzając prochem te miejsca, które im wskażemy...
- ...Ale najpierw musimy podjąć odpowiednie przygotowania. Trzeba inaczej rozmieścić oddziały; część z nich wyślemy na ściany wąwozu, by powstrzymywały chimery przed wspięciem się po skałach na górę. Pozostałe grupy wejdą na usypiska, które wcześniej wzmocnią alchemicy. Zabezpieczymy także tyły, na wypadek, gdyby chimery zdołały jednak przedostać się na drugą stronę...
- ...Chodzi o to, żebyśmy wykorzystali element zaskoczenia, przejęli inicjatywę oraz zyskali przewagę nad Falą, atakując ją z wysokości i dzięki temu unikając bezpośredniego starcia. Na „dole" zostaną same chimery, więc będziemy mogli wywołać później kolejne lawiny – prochem i alchemią - żeby szybciej dobić nimi te stwory... Sądzę, że tyle wystarczy, by móc szybko wytępić nawet większość z nich, bez nadmiernego ryzykowania życiem. To tak, jak z naszymi poprzednimi, „alchemicznymi" pułapkami… lecz tym razem wszyscy zastawimy tylko jedną, wielką pułapkę, w którą wpadnie CAŁA Fala…
Ed przedstawiał szczegóły swojego planu pewnie i bez zająknięcia, choć powstały mu one w głowie w ciągu zaledwie ostatnich kilkunastu minut. Mówiąc, jednocześnie pokazywał na mapie odpowiednie miejsca; stojący na przedzie, najwyżsi rangą dowódcy podeszli do stołów, by lepiej widzieć.
- Pierwsze, co trzeba zrobić, to wyznaczyć konkretne oddziały do nowych zadań – kontynuował po chwili przerwy na złapanie oddechu; oczy mu błyszczały, policzki przypiekał lekki rumieniec. – Niech jedne z nich jak najszybciej wejdą na szczyty ścian wąwozu i ostrożnie ruszą w stronę Fali… i niech zabiorą ze sobą tylko najpotrzebniejszą broń, by nie spowalniali akcji przez jej nadmierną ilość. Muszą zająć pozycje wzdłuż obu krawędzi, a nawet niżej, jeśli to będzie możliwe. Kolejne oddziały dotrą tam, gdzie ma spaść druga, zamykająca pułapkę lawina; muszą być gotowe do zajęcia wyznaczonych miejsc, zanim to nastąpi. Skoordynujemy swoje działania telefonicznie, informacje będziemy zdobywać i dzielić się nimi na bieżąco, by wiedzieć, gdzie, co, jak i kiedy... musimy też dopilnować, żeby jakaś osobna grupa chimer nie popsuła nam szyków. Zaangażujemy w to wszystko naszą siatkę wywiadowczą; będzie obserwowała dla nas całą, najbliższą okolicę. Dobra! – „Uff!" – ustalmy teraz, kto jakich zadań się podejmie i w jakim czasie zostaną one wykonane!
Umilkł i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w mapę i zaznaczone na niej punkty, by upewnić się, czy w swoim rozumowaniu nie pominął czegoś istotnego. Nagle zorientował się, że wokół trwa cisza; słyszał jedynie odległe szmery rozmów, prowadzonych ukradkiem na tyłach zgromadzenia. Podniósł głowę i przyjrzał się otaczającym go twarzom.
- Pytania?
- Edwardzie… - usłyszał obok siebie teatralny szept Armstronga. – Wybacz, że tak zapytam, ale… czy na pewno dobrze się czujesz?
Cholera.
- TAK, majorze – wycedził Ed przez zęby. – Możemy wrócić do omówienia planu?
- Chłopcze – przerwał mu jakiś podstarzały oficer z bardzo posępną miną – tego szaleństwa nie można nazwać planem.
Wielu innych mężczyzn zauważalnie pokiwało głowami. Ed zagryzł wargi, powstrzymując cisnącą się na usta, słowną agresję.
Kolejne kłody pod nogi, jak zwykle. Jeszcze chwila i okrzykną go szaleńcem!
Westchnął. Nie, spokojnie. Nie wahaj się.
- Są wątpliwości, tak? Słucham.
Starzec przemówił pierwszy.
- Nie możemy pozwolić sobie na tak... karkołomne działania. By zrealizować to wszystko, o czym mówisz, musielibyśmy najpierw przeanalizować każdy szczegół i ograniczyć ryzyko niepowodzenia. W tym, nazwijmy to, „prototypie" planu jest zbyt wiele punktów, w których porażka oznaczać będzie śmierć setek ludzi, a nawet upadek całego przedsięwzięcia. Przykładowo, wywołana lawina może z łatwością wymknąć się spod kontroli i przysypać żołnierzy...
- Przecież powiedziałem, zajmę się tym ja i major Armstrong. Mamy odpowiednie kompetencje...
- ….Natomiast wąwóz ma prawie sto pięćdziesiąt metrów szerokości – wpadł mu w słowo kolejny, znacznie młodszy od poprzedniego dowódca, skanując Eda swym zimnym wzrokiem. - Jakim cudem lawiny zablokują całe przejście?
- Użyjemy alchemii. Spokojnie, to wykonalne; w pięć minut oblecimy cały odcinek, jeśli wykorzystamy do tego pojazdy...
- A co, jeśli chimery okażą się szybsze? - zapytał ktoś z głębi tłumu.
- ...To już nasz problem. - Uśmiech drgnął odruchowo w kąciku ust.
- Nie, Edwardzie – rozległ się tuż za nim głos majora Armstronga – to byłby problem nas wszystkich. Gdybyśmy nie zdążyli... chimery uderzyłyby na znacznie osłabioną manewrami linię obrony.
Przez chwilę było cicho.
- Więc musimy zdążyć – stwierdził Ed i wzruszył ramionami. - Musimy. Dam z siebie wszystko, żeby tak się stało... przysięgam. A pan, majorze? - I odwrócił ku niemu głowę, lecz nie spojrzał mężczyźnie w oczy.
Nie doczekał się odpowiedzi.
Zacisnął zęby, czując kotłującą się w nim krew, rozgrzewaną rosnącą wściekłością – którą z kolei napędzał strach przed nieodwołalną porażką. Dlaczego... dlaczego nie chcą posłuchać? Aż tak bardzo się tego boją?! Więc co on sam ma powiedzieć?!
- O co wam chodzi? - warknął, w ostatniej chwili zagryzając niecenzuralne słowo. - Chcecie, żeby doszło do takiej samej rzezi, co dwa dni temu? Skoro już nie wierzycie w zwycięstwo – dodał i zaraz przekonał się, że utrafił w sedno, bo wielu mężczyzn opuściło i odwróciło głowy, uciekając tak przed jego rozpalonym wzrokiem – to co wam zaszkodzi spróbować?
- Naszym zadaniem jest jak najdłuższe powstrzymywanie Fali; jeśli osłabimy obronę przejścia – zaczął tłumaczyć oficer z monoklem, powoli, jak niedorozwiniętemu dziecku – to może zdarzyć się tak, że chimery dotrą do Rush Valley zbyt szybko. A jeśli miasto zaleje cały tłum tych bestii... żaden mur ich nie powstrzyma!
- Nie dotrą do miasta! Przecież po to mamy je zamknąć w cholernej pułapce, żeby wybić te kreatury co do nogi! Dzięki temu zginie bez porównania mniej ludzi!
- Albo zginą prawie wszyscy, zasypani lawiną lub rozszarpani przez napotkane na górze, przypadkowe chimery!
- A od czego, kurde, mamy zwiadowców?!
W dziennym świetle wyraźnie widział, jak twarz starego oficera purpurowieje.
- Dzieciaku, nie możemy tak po prostu pójść na oślep, bez czasu, bez odpowiedniego przygotowania, bez ciężkiego sprzętu...!
- Proszę dać sobie spokój, panie Hilton, szkoda nerwów. To głupi szczeniak bez wyobraźni, w gorącej wodzie kąpany. Nie zrozumie.
.
Ed zamarł, słysząc ten głos, rozlegający się tuż przy nim, tuż nad jego głową. Inni także znieruchomieli, wsłuchując się w te nowe słowa, wypowiadane spokojnym, pewnym swego tonem – bez cienia negatywnych emocji, bez niepotrzebnego krzyku, bez lęku. Prawdziwa, kojąca muzyka dla uszu i zszarganych nerwów. Nawet określenie „głupi szczeniak" zabrzmiało w ustach mężczyzny zupełnie łagodnie, a nawet przyjaźnie...
Ed nie spojrzał na tego człowieka – by znów nie ujrzeć w jego oczach parodii pozytywnych uczuć. Parodii miłości.
To poczucie bliskości było aż nazbyt wystarczające.
- Nie... to wy nie rozumiecie – z trudem przerwał pełną napiętego oczekiwania ciszę, nie patrząc nikomu w oczy; starał się mówić ogólnie, jednak wielu widziało, że coś wyraźnie powstrzymuje go przed nagadaniem prosto w twarz Generałowi. - W naszej sytuacji, gdy tak nam brakuje czasu, ludzi, sprzętu i broni... gdy mamy świadomość, co się do nas zbliża... rozum musi zejść na dalszy plan. To on, zamiast pomagać, odbiera nam wolę walki. Musimy przejść do ofensywy! Zaatakować z zaskoczenia! Co innego nam pozostało? Myślicie, że mój pomysł to szaleństwo? Na pewno nie jest on idealny... dlatego potrzebuję waszej pomocy, waszego doświadczenia, waszej wiary. Was wszystkich. Proszę tylko, żebyście zaufali – i zrobili to, co do was należy!
Widział, że te dość nieskładne, ale pełne emocji słowa wywołały pewne wrażenie; ludzie szeptali między sobą i zerkali na niego, lecz nadal nie było to takie ożywienie, o jakie mu chodziło.
- Znam wojskowe procedury – podjął na nowo, a ludzie obecni w namiocie umilkli – i wiem, jakie to wstrętne uczucie, gdy nie udaje się coś, w co włożyło się mnóstwo wiary, wysiłku i poświęceń. Nie mogę obiecać, że wszystko się uda... ale jeśli coś nam nie wyjdzie, to przyjmiemy tego konsekwencje i tyle! - Przerwał na chwilę, by ochłonąć i westchnął. - Widziałem też wszystkie raporty i doniesienia, co do jednej karteczki. Wiem, jakie chimery do nas idą. Nie jestem ani szaleńcem, ani ignorantem! Nie jestem też głupi – warknął, w tym momencie zwracając się wprost do stojącego za nim Generała; spojrzał mu w twarz z ukosa, lecz światło padało na nią tak, że nie widział żadnych szczegółów. Nie przyglądał się zresztą zbyt długo... prędko opuścił wzrok. - Może i szczeniak ze mnie, lecz przede wszystkim Stalowy Alchemik!
- Ojej, ale groźnie to zabrzmiało! - jęknął Generał z udawaną obawą, na co w tłumie rozległy się stłumione chichoty. - I co, urosłeś trochę dzięki temu tytułowi?
- Tyy...
Chciał już ryknąć: „Kpisz sobie, cwaniaku?!", lecz wtedy poczuł na sobie lekkie dotknięcie dłoni majora Armstronga – zupełnie tak, jak wcześniej. To go momentalnie otrzeźwiło na tyle, że zdołał wytrzymać do chwili, w której gwałtownie podniesione ciśnienie zaczęło stopniowo opadać.
- Wal się – mruknął pod nosem, wyłącznie dla własnej satysfakcji. Zaraz jednak wyciągnął drżącą ręką swój otwarty, srebrny zegarek, zerknął dyskretnie na godzinę i znowu westchnął.
- Słuchajcie... - zwrócił się do obecnych, na co po raz kolejny ucichły rozmowy. - Tuż przed waszym przybyciem dostaliśmy telefon. Fala postanowiła urządzić sobie mały piknik... chimery zebrały się w ciasną gromadę i teraz odpoczywają. Trudno powiedzieć, jak długo to potrwa... ale wygląda na to, że zyskaliśmy trochę czasu. Na ten moment możemy chyba oczekiwać, że stwory dotrą tu wszystkie naraz, co zdecydowanie ułatwi nam zadanie...
- Mówisz tak, chłopcze, jakbyś już podjął za nas wszystkich decyzję – przerwał mu starszy dowódca z monoklem, splatając ręce na piersi z widocznym niezadowoleniem. - Zapomniałeś, jaki posiadasz stopień? Nie możesz nam rozkazywać!
- Wiem, że nie mogę! - krzyknął Ed. Jego ręce zacisnęły się w pięści. - Nadal nie rozumiecie? Jest za pięć jedenasta! Tracimy czas! Proszę was tylko o współpracę! Czy to tak wiele? Choć raz odrzućcie procedury i zdajcie się na instynkt! Bo jeśli nie... - głos zadrżał stanowczo zbyt mocno. Urwał, nagle uświadamiając sobie, że to wszystko nie ma sensu. Mógłby gadać tak przez kolejną godzinę i nadal nie zdołałby ruszyć tych obumarłych serc, by zaczęły bić tym samym, mocnym rytmem, co jego własne.
Przełknął z najwyższym trudem. Nie... słowami nikogo nie przekona.
- Jeśli nie... jeśli będzie trzeba, to sam się tym zajmę!
Wśród zebranych rozległ się pomruk. Ta deklaracja musiała w ich uszach zabrzmieć wyjątkowo absurdalnie, lecz Ed nie dbał o to. Wiedział tylko jedno: NAPRAWDĘ tak zrobi...
- Nie pleć bzdur, Edwardzie! - ostrzegł go major ostrym, karcącym i pełnym obawy tonem, co nie zdarzało mu się dotąd praktycznie nigdy. - Niby jak miałbyś zrealizować choć część tego planu w pojedynkę?!
- Z pana pomocą?
Ktoś parsknął śmiechem, lecz zaraz umilkł, jak przyduszony poduszką. Zapadła absolutna cisza. Większość ludzi słuchała i śledziła rozwój wydarzeń z niemałym, choć biernym zainteresowaniem – bo dobrze wiedzieli, że i tak o wszystkim zadecydują dowódcy najwyższej rangi. Lecz wielu z nich po cichu kibicowało młodemu alchemikowi. Mówił on trochę tak, jakby wypowiadał na głos ich własne, najgłębsze, najbardziej naiwne pragnienia... i próbował je nawet realizować.
Teraz z zapartym tchem czekali na wynik konfrontacji.
Już od dłuższej chwili Ed i major patrzyli sobie w oczy.
Mężczyzna odwrócił wzrok.
„Nie wierzy mi... nie wierzy..."
Chłopak pchnął mapę lewą ręką, aż ta zwinęła się i z cichym szelestem zsunęła na ziemię. Bez słowa ominął stoły i ruszył żwawym krokiem w stronę wyjścia - blady, z mocno zaciśniętymi ustami, nie patrząc na nikogo. Zmrużone oczy uderzyło jaskrawe światło dnia.
Czuł mocne łomotanie w piersi. Zupełnie jak przed ostatecznym skokiem w przepaść... nie, on już skoczył. Trudno. Cholera, trudno. Zrobił, co mógł i przegrał, a czas nie znał litości.
Więc teraz pora na działanie. Pora na śmierć.
.
Był w połowie drogi, gdy ktoś chwycił go za ramię.
- Zwolnij na chwilę, chłopaku!
To wcale nie było przyjemne. Stanął, jednak ten wesoły głos podziałał na niego jak szyderczy śmiech prosto w oczy. Metalowa pięść drgnęła w pogotowiu...
Lecz gdy spojrzał z ukosa, zaskoczenie złagodziło ból.
Stał przed nim generał Hadsome, ten niski, wąsaty, osobliwy blondyn z West City, który zdawał się chorobliwie wręcz fascynować płonącymi świecami. W jego jasnoniebieskich oczach tliły się iskierki humoru; wpatrywał się w Eda z przyjaznym zainteresowaniem i znacznie mniejszym dystansem, niż mieli to w zwyczaju prawie wszyscy dorośli, wysocy mężczyźni.
- Naprawdę chcesz sam jeden powstrzymać – co ja mówię! - POKONAĆ całą Falę? - zapytał z wyraźnym entuzjazmem, choć równie dobrze mogła to być kpina...
W złotym oku coś błysnęło.
- Nie właź mi w drogę...!
- Ani mi to w głowie! - Dowódca zachichotał, pod nastroszonym wąsem mignęły bielutkie jak śnieg zęby. - Proponuję jednak uzbroić się w odrobinę cierpliwości, zanim rozstrzygniemy tę sprawę, w porządku?
Nie otrzymał odpowiedzi, co najwidoczniej potraktował jako zgodę, bo poklepał lekko Eda po ramieniu, a potem wyprostował się i popatrzył na ciągle otaczający ich, milczący tłum żołnierzy.
- Ten, kto wie, do czego służy rozum – przemówił silnym głosem, odpowiednimi gestami podkreślając wagę słów – a do czego gorliwe serce, nie będzie miał problemu z podjęciem właściwego wyboru.
Tylko tyle. W kilka chwil podniosły się szumy ukradkowych, gorączkowych dyskusji.
Ed rozglądał się, trochę jeszcze oszołomiony tą nagłą zmianą sytuacji. Wtem w kilku potężnych krokach zbliżył się do niego major Armstrong.
- Wybacz mi, chłopcze – zaczął niebezpiecznie drżącym głosem i z podejrzanie błyszczącymi oczami, uderzając w swój typowy, pompatyczny ton – że nie wsparłem cię od razu... Zaskoczyłeś mnie! Lecz choć nadal uważam, że twój pomysł jest, niestety, bliski szaleństwu... to obiecałem przecież twojemu przełożonemu – i sobie również! – że będę cię strzegł jak oka w głowie. Zamierzam dotrzymać tej obietnicy...! Wybacz, że wcześniej nie zdołałem – dokończył znacznie ciszej, osuszając wielką chustą pierwsze łezki. Ed nie bardzo wiedział, co mu odpowiedzieć, więc tylko skinął głową.
- Nie zamierzam słuchać tych bzdur!
Szepty umilkły, wszyscy dowódcy zwrócili się w stronę Generała. Ten wyłonił się z cienia – wielki, ubrany w nienaganny mundur, lecz z potarganą, płonącą w świetle słońca czupryną – i bardzo szybko zbliżył się do stojącej pośrodku zgromadzenia trójki.
- Głupotę zawsze da się jakoś wytłumaczyć, prawda? - warknął, wpijając się swymi zmrużonymi, ciemnobrązowymi oczami w twarz generała Hadsome'a. - Mamy na to fachowe określenie: racjonalizacja. Owszem, można zmienić swój stosunek do rzeczywistości... lecz czy ona sama ulega wtedy zmianie? Idą tu chimery – wielkie, powalające budynki, mordercze bestie. Żołnierze z lekką bronią nie będą mieli najmniejszych szans. Nie zamierzam w to wchodzić. Mam pod sobą swoich ludzi i przygotuję ich do walki dokładnie tak, jak dwa dni temu, bo otrzymaliśmy nową dostawę sprzętu ciężkiego kalibru. I to w TYM tkwi nasza szansa, a nie w jakichś poronionych pomysłach – tu palący wzrok mężczyzny przeniósł się na Eda – nadpobudliwego gówniarza bez krzty rozsądku i doświadczenia...
- Proponowałbym panu uważniej dobierać słowa, Generale... - mruknął major Armstrong.
Tamten zerknął na olbrzyma, lecz wyraźnie nabrał wody w usta. Znowu skupił uwagę na Stalowym Alchemiku.
- Lubimy szumne wystąpienia, co? - syknął ze złośliwą ironią. - No popatrz: dajesz tym ludziom nadzieję. Ślicznie. To naprawdę... okrutne z twojej strony, wiesz?
- Nie sądzę – burknął Ed, łypiąc na faceta spode łba. Zmusił się, by przywołać na twarz grymas przypominający wyluzowany uśmiech. - Co do różnic w naszych poglądach... nikt z nas nie przekona drugiego do swoich racji, prawda? Lecz zarówno ja, jak i pan jedziemy na tym samym wózku. Po prostu nie wchodźmy sobie w paradę.
- Nie mam jeszcze takiego powodu, żeby zadzierać ze sprzymierzeńcem... - mruknął Generał po chwili milczenia. - Ale nie licz na moją pomoc w realizacji tego... czegoś.
- Nie liczę na to, bo nie muszę; i tak ją otrzymam. - Ed uśmiechnął się znacznie swobodniej. - Proszę przez chwilę pomyśleć. Zamierza pan utrzymać swoich ludzi na dawnych pozycjach, tak? Gdy zablokujemy przejście – a zrobimy to tuż przed nimi - będą musieli wspiąć się na usypisko, żeby móc walczyć o życie... zamiast czekać na dole, aż spadnie na nich lawina, lecz nie kamieni, tylko chimer... Jak pan widzi, współpraca między nami jest nieunikniona...
Wstrząsnął nim dreszcz. Nie skończył jeszcze mówić, a już wiedział, że przesadził z tą ironią, choć na twarzy Generała chwilowo nie zagościła żadna zmiana. Lecz nagle mężczyzna pochylił się nad nim, z rękami na biodrach, nieco przesadnie przekrzywiając głowę, by na tak wyrównanym poziomie zajrzeć małemu alchemikowi w oczy.
- Wiem więcej, niż ci się wydaje, szczeniaku... - to był ledwie słyszalny szept. - Coś już o tym napomknąłem, nie pamiętasz...?
- Nie wie pan o NICZYM.
Choć ten nagły i bliski kontakt porażał, blada twarz Eda pozostała spokojna i nieruchoma. Trud walki o zachowanie pozorów naturalności był na niej prawie niedostrzegalny. Patrzył na Generała bez zaangażowania, by nie dać się pochłonąć tym czarnym źrenicom, przypominającym niekończące się, ginące w mroku tunele...
Mężczyzna parsknął śmiechem i schylił na moment głowę, by jakoś ukryć ten fakt przed innymi... Bezskutecznie. W grobowej ciszy, która zapadła, wszyscy doskonale słyszeli jego suchy, niekontrolowany chichot hieny.
Ed drgnął; zrobiło mu się gorąco. Nadal wpatrzony w oczy Generała, zaczął stopniowo i wbrew sobie okazywać zdenerwowanie, co tamtego człowieka jeszcze bardziej ucieszyło; wciąż chichocząc, gapił się, wodził po nim bezceremonialnie wzrokiem i był szczerze ubawiony niewiedzą chłopaka.
Lecz w końcu wyprostował plecy z głębokim westchnieniem, poprawił mundur, przygładził włosy i już z opanowanym wyrazem twarzy skinął głową majorowi, potem drugiemu generałowi, pozostałym... także Edowi. Bez słowa wyszedł z namiotu. Za nim podążyła gromada innych ludzi.
Ed, widząc to, zamknął oczy. Kto wie, ilu z nich teraz wyjdzie, może nawet wszyscy...?
Zdecydował się spojrzeć dopiero wtedy, gdy wokół niego wybuchła pełna podekscytowanych głosów wrzawa.
- Słyszeliście, co mówił Stalowy! - zagrzmiał generał Hadsome. - Ustalmy teraz konkrety, podział obowiązków... I bez dyskusji, bo szkoda czasu!
Zaroiło się jak w ulu. Padały rozkazy, które przyjmowano bez słowa protestu, wyrywano sobie z rąk dokumenty i słuchawki telefonów, robiono w pośpiechu notatki – ludzie biegali we wszystkie strony, nie zwracając już na Eda najmniejszej uwagi. Co zadziwiające, w tym nagłym rozgardiaszu zdawał się panować jakiś odgórnie ustalony, uniwersalny porządek... jakby wszyscy od dawna doskonale wiedzieli, co należy robić. Potrzebowali tylko impulsu.
- Naprawdę świetna robota, chłopcze.
Ed spojrzał na generała Hadsome'a, który nadal stał u jego boku.
- E tam...! Gdyby nie pański autorytet, wszyscy olaliby moje słowa, bez wyjątku – odparł, wzruszając ramionami. - Wystarczyło tylko, że pan przemówił i proszę, jak zmienili zdanie!
Mężczyzna uśmiechnął się, kiwając ze zrozumieniem głową.
- Wiesz... coś ci powiem. Nawet najważniejsze, najprawdziwsze Słowo pod słońcem nie zda się na nic... jeśli nie przygotuje mu się odpowiedniej ścieżki.
Ed uniósł brew.
- Aha...?
Wtedy rozmowę przerwało im wołanie:
- Panie Stalowy, prosimy tu do nas! Pana również, generale Hadsome!
To był ten stary dowódca z monoklem; stał wraz z przyklejonym do telefonu majorem Armstrongiem oraz z pozostałymi „szychami" zgromadzonymi wokół stołów, które znowu przykrywała mapa. Wielu z nich gryzmoliło coś po kartkach lub dyskutowało między sobą, pomagając sobie przy tym żywą gestykulacją.
Ed na ten widok prychnął pod nosem, jednocześnie czując głęboką satysfakcję... i ulgę. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze tak niedawno myślał o nieodwołalnym i samotnym „spadaniu w przepaść"!
Ruszył w ich stronę, lecz prawie natychmiast zamarł, gdy usłyszał...
- No! Nareszcie można swobodnie odetchnąć! Naprawdę niezły ananas z tego Generała, przyznaję...!
- Poruczniku Yuman, proszę o powstrzymanie się od takich komentarzy!
- Oj... PRZEPRASZAM, generale Hadsome...
Ed odwrócił się i ujrzał stojącego tuż za nim młodego, dobrze zbudowanego i krótko ostrzyżonego blondyna.
- To ty...! TY mi wtedy pomogłeś!
- O, fajnie, że poznałeś. - Facet wyszczerzył swoje imponujące uzębienie i mrugnął do niego porozumiewawczo. - Mam nadzieję, że nie będziesz już potrzebował kolejnej interwencji, co?
Twarz Eda rozjaśnił niepewny uśmiech.
.
C.D.N.
