- V -
.
Ludzie pragnęli bohaterów.
Już pierwszego dnia posługi okrzyknięto go Bohaterem Ludu. Z pewnością był świetnym kandydatem na to stanowisko. Alchemik, dzięki incydentowi w Dublith zdolny do przeprowadzania oszałamiających transmutacji bez rysowania kręgów, nie potrzebował snu czy odpoczynku i mógł całymi dniami oraz nocami wznosić mur, mający otoczyć Rush Valley niczym fortecę – starannie, kawałek po kawałku. Nie było w tym projekcie żadnej przesady. Również i on widział raporty, które na początku pokazano Edowi.
- Te wioski zostały spustoszone i kręcą się w nich chimery, lecz musimy spróbować je przepędzić i sprawdzić, czy ktoś nie ocalał – mówił jeden z podpułkowników. - Wiemy, że jest pan tutaj zajęty... ale przeznaczono mi do tego zadania bardzo niewielki oddział żołnierzy. Bylibyśmy niezmiernie wdzięczni, gdyby zechciał nam pan pomóc...
W przeciągu kolejnych dni wielokrotnie uświadamiał sobie, że nie potrafi nikomu odmówić. Nie przychodziło mu nawet na myśl, żeby tak zrobić, nie w tak ważnych sprawach. Dlatego szybciej niż brat przekonał się osobiście, czym jest Plaga i jakie czyni ona spustoszenie. Widział splądrowane miasteczka, trupy wywleczone z mieszkań i wszelkich kryjówek na ulice, ciała wypatroszone w sposób przekraczający najdalsze granice makabry i absurdu, a także rozległe, zastygłe skorupy krwi i szczątków, zmieszanych z ziemskim prochem. Niektórzy mężczyźni, widząc te rzeczy płakali, niektórzy krzyczeli i wariowali, a jeszcze inni wymiotowali i mdleli, gdy ich organizmy usiłowały przetrwać, obronić się przed tym koszmarem, przed tą brutalną rzeczywistością.
O ile dobrze się zorientował, żołnierze w przeciągu tych dni nie zdołali odnaleźć i uratować ani jednej, żywej duszy.
Widział za to całe mnóstwo chimer i nie miał najmniejszych oporów przed miażdżeniem ich i grzebaniem całymi stertami w tej ziemi, którą tak obficie skropiły ludzką krwią.
Wszyscy odnosili się do niego ostrożnie, z należytą powagą i szacunkiem. Tak – w ich pragnących nadziei oczach zapowiadał się na wyśmienitego bohatera.
.
Kiedy tak wychodził z kłębów snującej się tuż nad ziemią kurzawy, przypominał im wojownika, pewnie i o własnych siłach powracającego z pola bitwy. Wrażenie to potęgowała jego postawa: pochylona sylwetka, długie, szybkie i zdecydowane kroki, rękawice zaciśnięte w pięści oraz karmazynowy błysk oczu, którymi zdawał się spoglądać na mijanych ludzi z wnętrza swojego hełmu. Żołnierze ukradkiem szturchali kolegów, pokazywali na niego palcami, uśmiechali się i wzdychali z ulgą, widząc, że mają po swojej stronie tak potężnego, uzdolnionego, opancerzonego alchemika. Jego widok sprawiał, że budziła się w nich nieśmiała nadzieja.
Al często starał się uświadamiać sobie to i cieszyć się z tego faktu, z tego dobroczynnego wpływu, jaki wywierał na tych ludzi. Szkoda tylko, że ta cała manifestacja siły, energii, wiary i niezłomnego ducha była tak naprawdę jednym, wielkim kłamstwem – efektem ubocznym kalectwa, w jakie popadł pięć lat temu. Mówi się, że niektórzy żyją tak, jakby nie mieli duszy. On nie miał ciała.
Swymi dziełami i poczynaniami wzbudzał powszechny podziw i wdzięczność, lecz gdyby tylko mógł, w tej chwili padłby na kolana i rozpłakał się jak małe dziecko. Dziecko, którym nadal był.
Ale nie musiał tego robić. Nie tak, jak ci, którzy popadali w rozpacz, szaleństwo lub depresję, których silnie powiązane z ciałem zmysły i uczucia wymykały się spod kontroli mózgu. Alowi to nie groziło... przynajmniej częściowo. Może i nie potrafił – będąc zbroją – poczuć tego rozpalającego wnętrze i pulsującego strachu czy uronić łez, jednak z czasem ogarniał go coraz bardziej męczący dyskomfort, gdy jego dusza, zamiast skulić się w cielesnym pancerzu i pod kołderką obojętności naiwnie czekać, aż nocne zmory same odejdą – zmuszała się do nieustannej konfrontacji z koszmarną rzeczywistością.
Nie mając ciała, nie mógł tego wszystkiego odreagować.
Domyślał się, jakie w tym stanie może czyhać na niego zagrożenie, dlatego starał się, w miarę możliwości, by stale mieć pełne ręce roboty. Czas upływał mu na skomplikowanych transmutacjach i złożonych problemach, jakie z nadzwyczajnym zaangażowaniem rozwiązywał podczas wznoszenia murów; na pomaganiu zachodnim oddziałom w organizowaniu obrony, stawianiu pułapek, próbach odbicia zdobytych przez chimery terenów; wreszcie na samej walce z tymi bestiami, co – jak musiał z lekką obawą przyznać przed samym sobą – sprawiało mu najwięcej przyjemności. Przez te kilka dni zaprawił się w boju i rozwinął swe alchemiczne umiejętności, stał się prawdziwą maszyną do zabijania.
Wrogów nie ubywało, wciąż pojawiali się kolejni. Nie rozumiał tego. Gdyby nie to, że czuł się w obowiązku za wszelką cenę obronić i zabezpieczyć Rush Valley, z miejsca ruszyłby na południowy-wschód, na tereny skażone Plagą, by odkryć i zniszczyć jej ognisko – nawet, gdyby to miała być ostatnia misja jego życia. Zresztą i tak zamierzał to zrobić, prędzej czy później. Świat nie wróci do normy, dopóki nie zdechnie ostatnia chimera.
W swoich rozważaniach koncentrował się na określaniu kolejnych zadań i problemów, jakie musiał wykonać i rozwiązać, na stawianiu sobie nowych celów. Nauczony bolesnym dla duszy doświadczeniem, jak ognia unikał myślenia o kimkolwiek – a zwłaszcza o nim...
Zmusił się, by ponownie skupić uwagę na miejscu, do którego zmierzał. Były to namioty dowództwa, w których aktualnie przebywał Generał Brygady z Południowego Amestris. Al miał mu osobiście zdać relację z przygotowań do odparcia Fali. Fali, która, zgodnie z przekazami wywiadu, uderzy lada moment. Przyspieszył kroku i z ulgą zawracając z niebezpiecznych ścieżek umysłu, zaczął na nowo roztrząsać wszystkie te aspekty obecnej sytuacji, jakie będzie musiał za niedługo przedstawić wojskowym najwyższej rangi.
Nagle zorientował się, że postać, która od pewnego czasu poruszała się na tle namiotów i rosła, zmierzała dokładnie w jego stronę. Już teraz wydała mu się dziwnie znajoma – a po około minucie szybkiego marszu zyskał całkowitą pewność, że się nie pomylił.
- Podporucznik Havoc! - zdziwił się na głos, gdy wreszcie stanęli naprzeciwko siebie. - Nie wiedziałem, że pan tu jest!
Blondyn w żołnierskim mundurze, wyglądający na niespełna trzydzieści lat uśmiechnął się, z nieśmiertelnym papierosem tkwiącym w kąciku ust.
- Sie masz, generał... - mruknął z sympatią, choć na jego poszarzałej i zmęczonej twarzy nadal gościł ten zdecydowanie niepasujący do niego, melancholijny smutek. Pod pachą trzymał solidny plik niezbyt starannie poskładanych papierów. - Dobrze widzieć, że żyjesz.
- I wzajemnie. Co pan tu robi?
- Ech... Wiesz, jak to jest z rozkazami u pułkownika: cieszysz się, że ich nie ma - i już po chwili trzymasz kopertę. Ale i tak nie mam na co narzekać, przynajmniej na razie... nie to, co pozostali... - Westchnął i machnął ręką. - Nieważne. Jak widzisz, robię za sekretarkę: przyjechałem, żeby zgarnąć kopie wszelkich dokumentów, jakie nawiną mi się pod rękę. Pułkownik postanowił w wolnych chwilach poćwiczyć szybkie czytanie i najwidoczniej brakuje mu materiałów do nauki – wyjaśnił z kąśliwą ironią.
Zbliżali się do namiotów.
- Czy zbieranie dokumentacji nie należy aby do obowiązków porucznik Hawkeye i sierżanta Fuery'ego?
- Owszem, ale Jastrząbek pilnuje naszego pułkownika, natomiast Fuery, jak zapewne pamiętasz, jest specjalistą od komunikacji i teraz w związku z tym prowadzi poważne zajęcia... na froncie. Biedny dzieciak. - Mężczyzna zaciągnął się dymem, wypuścił go z ust i ponownie westchnął. - To wszystko robota rozkazów, jakie część z nas otrzymuje prosto z „góry", niezależnie od woli pułkownika. Tak samo było przecież z Edwardem. Wiedzieliście o tym? - I nie dostrzegając braku odpowiedzi, kontynuował: - Najwyżsi dowódcy z Centrali nie muszą nikomu tłumaczyć, z jakich powodów wydają tego typu rozkazy; pozwala im na to prawo, lecz niby tylko w szczególnych sytuacjach. To w praktyce sprawia, że taki Mustang może nie mieć żadnego wpływu na to, co będą robić jego podwładni. Naprawdę, niewesoła sprawa. Mnie też to pewnie spotka, prędzej czy później... Dobrze, że chociaż Hawkeye zostawili w spokoju, pułkownik jakoś ją wybronił...
- A mojego brata już nie mógł, co?
Havoc spojrzał na kroczącą obok niego zbroję z wyraźnym zdumieniem i półotwartymi ustami. Cud sprawił, że jego papieros pozostał na swoim miejscu.
- Nie wiem, Al – odparł dopiero po dłuższej chwili wahana. - Rozumiem, że czujecie się rozżaleni... kto by się nie czuł!... ale miejcie też trochę wyrozumiałości dla pułkownika...
- Mówi pan o wyrozumiałości w TAKIEJ sytuacji?
Chłopak z najwyższym trudem panował nad głosem. Twarz Havoca wyrażała szczere współczucie.
- My, podwładni i zwykli, szarzy obywatele możemy sobie z niego żartować, możemy go krytykować lub nawet nienawidzić, ale prawda jest taka, że pułkownik robi, co w jego mocy, żeby nas wszystkich ocalić...
- Skoro rozkaz przyszedł z samej Centrali – przerwał mu ponownie Al – to dlaczego przyniósł go właśnie on?
- Jako przełożony Eda...
- Koperta była otwarta. Nie chcę nic sugerować, ale to chyba MA prawo budzić pewne podejrzenia? A może się mylę?
- Nie, masz rację – zapewnił szybko podporucznik – to rzeczywiście nie wydaje się zbyt uczciwe... Ale będziesz miał okazję zapytać o to wprost samego pułkownika... Ach, właśnie! - Mężczyzna zatrzymał się i z rozmachem palnął otwartą dłonią w czoło. - Zupełnie zapomniałem! Byłem właśnie w namiocie Generała Brygady, kiedy zadzwonił telefon. Zgadnij, kto się tak pofatygował?
Al przez chwilę milczał.
- Pułkownik?
- Zgadza się. Chce z tobą koniecznie rozmawiać.
- Ze mną? - Zaczął iść takim pędem, aż Havoc z trudem za nim nadążył. - Dlaczego? Coś... coś się stało, tak?!
„Nie myśl... nie myśl! Skup się na krokach: lewa, prawa, lewa, prawa..."
- Nie wiem, ale na pewno nie to, o czym myślisz! - zapewnił gorączkowo mężczyzna, posapując w nagłym pośpiechu. - Gadałem z nim przez chwilę... zanim po ciebie wyszedłem... Zdaje się, że twój braciszek trochę go podminował... bo mówił mi, że będzie czekał i blokował służbową linię... dotąd, dopóki nie przyjdziesz!
- Aż tak...?
.
- To jakaś wasza tradycja z rodzinnych stron, czy co?!
- Nie rozumiem... Jaka znowu...
- A taka, że macie na dorosłych totalnie wyjebane!
Tego dnia pułkownik Mustang nie był sobą.
Ludzie spoglądali na Ala z milczącą dezaprobatą, a on stał, pochylony nad aparatem telefonu, ze słuchawką przyciśniętą do wyimaginowanego ucha i przez długie minuty, z gorączkową gonitwą myśli czekał, aż po drugiej stronie Riza Hawkeye przywoła mężczyznę do należytego porządku.
Słuchał ich wyraźnej, ostrej sprzeczki i jednocześnie zachodził w głowę: co tu się, u licha, dzieje...?
Zaraz jednak otrząsnął się z zadumy, gdy w słuchawce ponownie rozbrzmiał mocno podniesiony głos pułkownika.
- Dobrze, dobrze... już rozumiem. Halo? Jesteś tam?
- Tak...
- Słuchaj – ja wiem, że żaden ze mnie wasz przyjaciel ani tym bardziej opiekun, nie poznaliśmy się też w szczególnie sympatycznych okolicznościach, ale na litość boską - jako przełożony chyba mam prawo wymagać od Stalowego choć minimum przyzwoitości i posłuszeństwa! Krótka rozmowa głowy mu nie urwie, mam rację?! Przekaż z łaski swojej braciszkowi, żeby przestał zgrywać się jak, nie przymierzając, bachor z przedszkola i jeśli ma on rzeczywiście jakiś tajemny problem w związku z moją osobą, to niech mi go, do cholery, łaskawie wyłoży! Ja naprawdę nie mam czasu na takie bzdety, na użeranie się z jego humorami! - Nagle przerwał ten niezwykły wywód, by zaczerpnąć powietrza; Al nigdy wcześniej nie widział ani nie słyszał go, będącego w takim stanie.
Jakby w odpowiedzi na te rozmyślania, Mustang odchrząknął i podjął znacznie spokojniejszym, choć nadal nieco drżącym z gniewu głosem:
- Nie mam żadnego wpływu na to, co się tam stanie... choćby za chwilę... Zależy mi na tym, żeby wiedzieć, co dzieje się z każdym z moich podwładnych, bez wyjątku... zwłaszcza w takich dniach, jakie teraz mamy. Taki jest mój obowiązek, moja powinność. Chcę rozmowy. Po prostu powiedz mu o tym. Chcę od niego usłyszeć, co ma mi do powiedzenia... choćby to były same obelgi i wyzwiska. To wszystko.
Zapadła cisza. W pierwszej chwili Al nie miał najmniejszego pojęcia, co myśleć o słowach pułkownika, lecz z każdą mijającą sekundą miał wrażenie, że coraz wyraźniej dostrzega w nich coś niepokojącego. Tylko co?
Nie pomyślał przy tym o odpowiedzi, dlatego nagle poderwał go do pionu ostry głos:
- Alphonse! Słuchałeś mnie?
- T... Tak, oczywiście!
- Możesz przekazać mu to, co powiedziałem?
- Nie...! To znaczy... Nie, nie mogę. Przykro mi.
Krótkie milczenie.
- Wiem, że przydzielono was do oddzielnych frontów – warknął Roy – ale nie powiesz mi chyba, że się ze sobą nie kontaktujecie?
- Nie. Nie kontaktujemy.
Ponownie pełna zaskoczenia cisza. Al ze zgrzytem metalu zacisnął wolną rękawicę w pięść, ciężko wsparty nią o blat stołu.
- Jak to? Więc wcale nie rozmawiacie?
- Widzieliśmy się wczoraj... - Nie chciał o tym mówić, przywoływać tego bólu, lecz było już za późno – wystarczyła chwila, by wszelki opór przestał mieć wobec tych wspomnień jakiekolwiek znaczenie. - Nie mamy czasu na...
- I nie wiesz, co się z nim teraz dzieje? - Mustang dociekał prawdy z subtelnością wkraczającego do akcji walca drogowego. - Ani on, co z tobą...?
- Zdecydowaliśmy, że nie będziemy do siebie dzwonić – wyjaśnił Al znacznie cichszym głosem.
- ...Dlaczego? - zapytał Roy, również zniżając ton. Poza nim w słuchawce wyraźnie rozbrzmiewały zniekształcone głosy wielu innych ludzi oraz warkoty pojazdów. - Pokłóciliście się czy jak?
- Nie... po prostu... żeby się nie rozpraszać.
Zabrzmiało to jak ostatni, brakujący strzęp prawdy... lecz to był zaledwie wierzchołek góry lodowej. Nie mógł powiedzieć więcej.
- Rozumiem... - mruknął pułkownik bez większego przekonania. - I co, lepiej wam w ten sposób? Gdy nie rozmawiacie? Jakoś nie słyszę w tobie entuzjazmu.
- Łatwo panu tak mówić – głos Ala nabrał nagłej ostrości – to nie jest takie proste...
- ...bo boisz się, że będziesz bardziej cierpiał? Że nie zdołasz udawać przed bratem? Wiesz, to bardzo samolubne obawy. Skoro ci na nim zależy, to powinieneś bardziej brać pod uwagę to, czego twój brat od ciebie potrzebuje, a nie to, jak sam będziesz się z tym czuł. - Słowa płynęły potokiem z jego ust, jakby udzielanie tego typu porad nigdy nie sprawiało mu większych problemów. - W mniej poważnych sytuacjach może i nie ma co aż tak się poświęcać... ale teraz, tuż przed waszymi bitwami... tak, rozładujcie to tutaj – Roy na moment oddalił słuchawkę, by przemówić do obecnych przy nim ludzi, lecz zaraz kontynuował: - Wolałbyś już nigdy więcej nie usłyszeć jego głosu?
- Nie... oczywiście, że nie – szepnął Al.
- I zapewne vice versa. Gdybym miał brata, chciałbym, żeby mnie wspierał. Już słyszę jego tubalny głos: „Dopiecz tym chimerom, Roy! Wiem, że dasz radę!", i tak dalej. Gdyby Hughes...
Nagle urwał z takim dźwiękiem, jakby ktoś chwycił go za gardło. Al niemal uwierzył, że tak się stało – lecz nie minęło pięć sekund, a pułkownik był już z powrotem.
- Yyy... nieważne... Tak jak mówię, nie marnujcie czasu. Powinieneś się spodziewać, że to zaboli – ale sam pomyśl, czy strach przed tym bólem, czy sam ból jest od waszej relacji ważniejszy?
Al westchnął z głębi duszy. Pułkownik nie wiedział, że ten samolubny strach to nie wszystko – ale w jednym miał zdecydowaną rację. Było coraz mniej czasu. Wobec tego faktu wszelkie utrudniające kontakt komplikacje powinny zmaleć do rozmiarów nieszkodliwej ameby.
Lecz pomimo tej świadomości... Ech, wygląda na to, że sama akceptacja prawdy jest niewystarczająca. Trzeba jeszcze wprowadzić tę prawdę w życie... własnym kosztem.
- To jak, zadzwonisz do niego? – przypomniał o sobie Roy.
- Tak... - westchnął. - Pewnie tak.
- Więc przekaż mu, co powiedziałem. I nie trać czasu. Rozmawiałem z majorem Armstrongiem. W tej chwili kończą przygotowania do drugiego starcia. Zdaje się, że Stalowy przygotował nowy plan, zgodnie z którym zamierzają przejść do ofensywy. No, nie wiem... Mają mocno ograniczone siły. Ich pierwotnym celem miało być powstrzymywanie Fali do czasu mojego przybycia – a oni chyba chcą załatwić ją na własną rękę. Ale skoro major uważa...
- Zaraz...! - krzyknął nagle Al, aż obecni w namiocie żołnierze ponownie zwrócili na niego uwagę. Nie dbał o to. Właśnie doznał w duszy nagłego olśnienia. - A... ale dlaczego właściwie nie może pan porozmawiać z Edem osobiście?
Był pewien, że mężczyzna siarczyście zaklął – pomimo tego, że oddalił przy tym na moment słuchawkę.
- ...Bo mnie tam nie ma, okej? - warknął po chwili.
- Jak to?! Przecież... przecież obiecał pan... - Słowa plątały mu się pod wpływem gwałtownego lęku. - Przecież miał pan BYĆ tam przed południem! Sam pan tak wcześniej mówił! OBIECAŁ pan!
- Wiem, do cholery, wiem! - przerwał mu niecierpliwie Mustang. - Taki był plan, ale wszystko się pozmieniało. Skończyłem z tutejszą Falą dopiero około pierwszej i zaraz po tym wcisnęli mi kolejny rozkaz – muszę skontrolować dostawy. Nie mam na to wpływu... GDZIE?! Gdzie to stawiasz, kretynie?! Chcecie bawić się z tym pieprzonym towarem do rana?! Zaraz załatwię wam stosowne rozporządzenie!
Al z westchnieniem przycisnął słuchawkę do blatu stołu, co i tak niewiele pomogło. Podniósł ją dopiero, gdy wrzaski zastąpiło głośne „Halo? Halo?".
- Jestem... Bez pana Rush Valley długo nie wytrzyma! – wycedził, z trudem ściszając głos.
- Wiem, ale nic na to nie poradzę! Mam nowe zobowiązania...To są rozkazy!
- Więc one są dla pana ważniejsze niż...
- Otóż to!
Al musiał naprawdę uważać, żeby nie zmiażdżyć słuchawki.
No tak... bo czego właściwie oczekiwał od karierowicza? Poświęcenia?
Nagle dostrzegł przed sobą światło – ktoś gwałtownie odchylił płachtę, zasłaniającą wejście do namiotu.
- Panie Elric? Alphonse Elric?
- Tutaj jestem. - Al odwrócił się, widząc podchodzącego do niego, młodego kaprala. - O co chodzi?
- Generał Edison prosi pana do siebie. Czeka na pańskie sprawo...
- Proszę mu przekazać, że będę za kilka minut. W tej chwili jestem zajęty.
- Pan nie rozumie. Generał prosi, by przybył pan możliwie jak najszybciej.
Al dostrzegł znaczące spojrzenie młodzieńca. Przypomniał sobie, że w żołnierskim slangu połączenie słów „prosić" i „jak najszybciej" znaczy tyle, co sam rozkaz.
- Więc proszę mu uprzejmie przypomnieć, że nie pracuję dla Armii – burknął, odwracając się tyłem. Teraz naprawdę nie dbał o to, czy chłopak bezmyślnie przekaże jego drugą odpowiedź, czy też nie.
- Al? Jesteś tam?
- Tak.
- Coś się stało?
- Nic... Też jestem „rozchwytywany"... - Westchnął, z przyzwyczajenia pocierając wolną rękawicą metalowe czoło. - Zaraz zadzwonię do Eda.
- Dobrze. Najlepiej będzie, jeśli sam się ze mną połączy... o ile zechce. Nie wiem, czy będę miał na to czas.
- Rozumiem.
- Wobec tego już ci nie przeszkadzam. Powodzenia, Alphonse.
- Powodzenia... - mruknął Al i odłożył słuchawkę. Przez parę kolejnych chwil tkwił w tej samej pozycji, pogrążony w myślach.
Płomienny Alchemik zawiódł. Być może brat nie był tym specjalnie zaskoczony, jednak on, Al, nie spodziewał się, że w tak poważnej sytuacji, w której ważyły się losy nie tylko cywilów z Rush Valley, ale i wszystkich obrońców miasta, pułkownik okaże tak mało woli i zaangażowania. Zacisnął pięści. Na dodatek zupełnie zapomniał zapytać go o kopertę! Chociaż... Pomyślał o nerwowym tonie, w jakim wypowiadał się pułkownik. Pomimo żalu, jaki teraz miał do tego mężczyzny, mógł już domyślić się, co oznaczała ta złamana pieczęć i rozdarty papier.
Naraz przypomniał sobie o tym, co przekazał mu Mustang. Dowódcy południowych oddziałów realizują nowy, ofensywny plan, który wymyślił sam Ed – to było co najmniej zaskakujące. Wczoraj nie wyglądał on na zdolnego do wpadania na tak rewolucyjne pomysły.
Ale to była przeszłość. Musiały zajść w nim jakieś zmiany. Teraz Ed walczył.
Al chwycił za słuchawkę i wykręcił odpowiedni numer. Długo czekał na połączenie. Wreszcie usłyszał czyjś znudzony głos i początek urzędniczej formułki.
- Chcę rozmawiać z Edwardem Elrikiem! - zażądał.
Nie przypuszczał, że to może trwać aż tak długo. Hasło dostępu do wojskowej linii, kolejne przekierowania... Wreszcie, po długich minutach, ktoś poprosił go o chwilkę cierpliwości. Słyszał wyraźnie, że ten ktoś biegnie.
Nagle wszystko ucichło, zastąpione dziwnym szuraniem, jakby przyciśnięto słuchawkę do jakiegoś materiału. Pomimo tego dało się słyszeć stłumione głosy. Gdyby Al miał serce, z pewnością biłoby mu teraz jak szalone. Zdaje się, że tam był Ed.
Kilku obecnych w namiocie żołnierzy przerwało swoje zajęcia i rozmowy, by obserwować stojącą w mrocznym kącie zbroję. Alchemik miał opuszczoną głowę i to musiało zapewne sprawić, że nie mogli już dostrzec - widocznych wcześniej z hełmu - błysków jego oczu. Teraz mieli nieodparte wrażenie, że patrzą na sam nieruchomy przedmiot, nie na człowieka.
Ręka z cichym zgrzytem metalu opadła wzdłuż boku, a po kolejnej chwili dłoń otworzyła się i słuchawka wypadła z niej, podskakując lekko na sprężynowym sznurze. Niektórzy popatrzyli po sobie z wyraźnym niepokojem w oczach.
Wtedy do namiotu zajrzała piegowata twarz młodego kaprala.
- Panie Elric...
Nagle pisnął i czym prędzej usunął się z drogi, gdy Al z hałasem ruszył wprost na niego, by po kilku potężnych krokach przekroczyć próg namiotu.
.
Stał przed nim generał Edison – niski, podstarzały jegomość z posiwiałą brodą i wąsami – w otoczeniu pięciu wysokiej rangi oficerów. Zarówno on, jak i jego towarzysze mieli miny ludzi niemile zaskoczonych zaistniałą sytuacją, lecz z uprzejmością dżentelmenów oczekujących na wyjaśnienia.
- Witam, panie Alphonse Elric – przemówił generał, jedną ręką poprawiając okulary i lustrując zza nich Ala niemalże od stóp do głów. - Muszę przyznać, że zdziwiła nas pańska zwłoka...
- Przepraszam, panie generale – przerwał mu Al – nie mam w tej chwili czasu na rozmowę. Proszę zapytać któregoś z dowódców tamtejszych oddziałów o szczegóły...
Chciał przejść obok, lecz drogę zastąpił mu jeden z żołnierzy, odruchowo wyciągając przed siebie rękę.
- Proszę zaczekać – mruknął niezbyt przyjemnym tonem.
- Przejdźmy zatem do rzeczy – podjął stary generał, zdając się nie dostrzegać incydentu. - Nie oczekuję już pańskiego sprawozdania. Właśnie teraz, kiedy my rozmawiamy, chimery przypuszczają atak na nasze oddziały.
Spojrzał zza okularów, oczekując jego reakcji.
- To było do przewidzenia – mruknął Al po dłuższej chwili ciszy, wzruszając ramionami. - Spodziewaliśmy się, że starcie nastąpi lada moment...
- Natomiast w innym miejscu, oddalonym o około dwanaście kilometrów stąd - generał nie zważał na jego słowa – bestie rozchodzą się i torują sobie wśród górskich ścieżek nową drogę, która może doprowadzić je wprost do Serca Amestris. Miejsce to, po którym się panoszą, jest zbyt trudne i nie sprzyja rozstawieniu w nim większej liczby żołnierzy. Z drugiej strony, garstka zwykłych ludzi nie zda się tam praktycznie na nic.
- Działam z dystansu, nie w bezpośrednim starciu – warknął Al. - Mam w tej chwili własne problemy, więc pan wybaczy...
Ominął tych ludzi, lecz po kilku krokach...
- Pański brat, Stalowy Alchemik, walczy u boku majora Armstronga i to na zupełnie innym froncie – froncie, którego celem jest wyłącznie ochrona miasteczka Rush Valley. Wszystkie, obecne w okolicy fronty mają wspólnie do zrealizowania dokładnie dwa, podstawowe cele. Jak pan myśli, panie Alphonse, który z tych celów jest bezkonkurencyjnie najważniejszy?
Al zamarł, a po chwili odwrócił się do oficerów.
- On jest moim jedynym bratem – oznajmił silnym, drżącym głosem. - MUSZĘ tam być. Nie zostawię go! Nie tym razem.
.
.
.
- Pułkownik Mustang chce z tobą rozmawiać.
- Chrzanię go.
- Jemu naprawdę zależy...
- Czyżby? Nie ma go tu, choć obiecał. Tyle mu zależy. Poza tym: co niby nowego ode mnie usłyszy? Równie dobrze może zapytać pana o szczegóły.
Usłyszał w słuchawce ciężkie westchnienie.
- Pułkownik jest twoim przełożonym i jak każdy dobry dowódca dbający o swoich podwładnych, martwi się o ciebie...
Prychnął śmiechem.
- A co to za reklama? Pierwsze słyszę o kimś takim!
- To szczera prawda, chłopcze. - Głos majora ponownie nabrał niepokojącej ostrości. - Nie odrzucaj tych, którzy pragną ci pomóc.
- Rozmowa z nim w niczym mi nie pomoże. Jeśli to wszystko...
- Nie. Chcę... Porozmawiaj chociaż ze mną, dobrze?
Ed westchnął z lekką irytacją. Naprawdę, ta wojna stopniowo zmieniała ludzi nie do poznania – także i jego. Zamiast odrzucić połączenie, oparł się plecami o skalistą ścianę i wbił rękę w kieszeń z cierpiętniczym wyrazem twarzy.
Zapadło niezręczne milczenie.
- ...Halo? - burknął w telefon.
Chrząknięcie.
- Chciałem zapytać... Jadłeś coś?
Chłopak zmarszczył brwi.
- Słucham?
- Od dwóch dni nie widziałem cię na żadnym ze wspólnych posiłków – wyjaśnił major Armstrong, siląc się na swobodny ton. - To, co się działo na polu bitwy... mogłoby każdemu odebrać apetyt.
- W porządku, nie ma problemu. - „Cholera! Więc zauważył!", pomyślał przy tym, zaciskając zęby. Denerwował się, jak za każdym razem, gdy ktoś wspominał przy nim o jedzeniu – tak było od pierwszego starcia z chimerami.
- Nie lekceważ tego. Musisz jeść, żeby nie stracić sił – mówił major, jakby na przekór słowom Eda i tak wiedział swoje.
- Jadłem rano, przed snem – skłamał. - Byłem w kuchni...
- A teraz?
- Tuż przed bitwą? - Ed zachichotał bez cienia wesołości. - To chyba nie jest dobry pomysł.
Światło jedynej, stojącej na zawalonym papierami stole, gazowej lampki rzucało na jego twarz nikły, rozdygotany blask i głębokie cienie. W pozbawionej dodatkowego oświetlenia jaskini nie było nikogo. Wszyscy na długo przed „godziną zero" zajmowali już swoje pozycje; oddziały przeznaczone do obstawienia ścian wąwozu wykonały zadanie, rozmieszczono też ładunki wybuchowe, pozostało jedynie czekać na żołnierzy Armstronga, którzy dotarli już na tyły Fali i teraz formowali szyki, podążając za bestiami z bezpiecznej odległości. Musieli spróbować ograniczyć długość pułapki do minimum, by nie powstały niebezpieczne luki w obronie. Fala mogłaby wtedy przedostać się na szczyty kanionów i jak rój mrówek rozleźć się po nich na wszystkie strony, co byłoby katastrofą dla całej okolicy.
Ed miał już dość obserwowania tych przygotowań. Mówiąc szczerze, telefon od majora był dla niego prawdziwym wybawieniem. W ciemnej, chłodnej, opustoszałej jaskini, gdzie urządzono coś na kształt magazynu, mógł nieco odpocząć od - jeszcze dającego się we znaki w tych popołudniowych godzinach - słońca. Choć minęło już około dziesięciu minut, nadal czuł, jak bardzo ma twarz rozpaloną letnim upałem... z czasem jednak zaczął domyślać się, że przyczyna tego może być zupełnie inna.
Po poprzednim entuzjazmie nie pozostał w nim najmniejszy ślad. Zanikł i teraz, wraz z upływającym czasem, na jego miejsce wkradał się szczery lęk przed tym, co nieodwołalnie ma nastąpić. Przed tym, co on, Ed, musi zrobić.
Ciekawe, czy inni też tak się czuli...
Ręka dla odmiany była zimna i drżąca. W końcu przestał chichotać i otarł suche usta wierzchem dłoni.
- Dobra, dość już o mnie – podjął; major milczał, zapewne nieco zdezorientowany jego dziwnym, cichym śmiechem. - Zmieńmy temat. Najwyższy czas na raport, majorze... Jaka u pana sytuacja? Tylko proszę powiedzieć prawdę – dodał szybko, odrobinę się przy tym prostując.
Major westchnął.
- Myślałem, że chcesz choć trochę oderwać się od tego problemu. Ale skoro wolisz wiedzieć... Nadal bez zmian. Podążamy za chimerami. Wszyscy jesteśmy bardzo ostrożni; widzimy je tylko przez lornetki. Nikt nie chce niczego zepsuć... jeśli te stwory zbyt szybko zorientują się, że tu jesteśmy, będziemy mogli zacząć się żegnać...
- Co pan opowiada, majorze! Z pana umiejętnościami...
- Mówię, niestety, szczerze.
Ed schylił głowę, aż włosy opadły mu na twarz i oddychał. Powoli.
- ...Więc chimery...
- Różnice w rozmiarach są znaczące – mruknął major. - Te najnowsze zdjęcia nie kłamią.
Chłopak odwrócił nagle twarz, trzymając słuchawkę przyciśniętą do piersi. Przywarł drugim bokiem do skały. Dłoń podparła czoło, wsunęła się palcami we włosy. Obnażyły się zaciśnięte zęby. Walka trwała nie dłużej niż kilka sekund, po których ze złością wrócił do poprzedniej pozycji; oparł tył głowy o ścianę, zamknął oczy i głęboko odetchnął. Dopiero po tym wszystkim przyłożył wołającą słuchawkę do ucha.
- Halo? Edwardzie? Jesteś tam?
- Jestem.
- Co się dzieje?
- Nic. Nie wiem, co powiedzieć.
- Chciałeś prawdy...
- Wiem, dzięki. - Otarł rękawem spoconą twarz. - Czy ma pan... jakiś konkretny pomysł, odnośnie tych największych bydląt?
- Przeznaczycie na nie część armat - zaraz przekażę odpowiednie instrukcje Generałowi. Ale nadal... Chłopcze, będziesz musiał wziąć je na siebie, przynajmniej niektóre...
- A pozostałe same zdechną, tak? - prychnął Ed. Narastała w nim złość, podsycana gorącą paniką. - Przepraszam – dodał jednak szybko, wchodząc w słowo majorowi.
Tamten urwał i długo milczał. Słuchali nawzajem swoich oddechów, każdy na własny sposób usiłując odnaleźć w sobie spokój.
- Zastanawia mnie jedna rzecz – przerwał ciszę Silnoręki. Ton jego głosu zapowiadał, może niezbyt znaczącą, ale jednak, zmianę tematu. - Obiecywałem ci, że będę strzegł twego życia jak własnego, pamiętasz?
- Tak, majorze.
- Czy wyraziłeś w związku z tym jakiś sprzeciw?
- ...Nie przypominam sobie. - Ed uśmiechnął się pod nosem.
- Wobec tego, jeśli możesz, powiedz mi: dlaczego chciałeś, żebyśmy się rozdzielili?
Chłopak wyszczerzył zęby. Znów zbierało mu się na śmiech. Na czarny humor.
- Są odrobinę ważniejsze rzeczy od tego rodzaju szumnych obietnic. Na przykład powstrzymanie Fali.
- Trudno mi będzie chronić ciebie z takiej odległości, wiesz? - Major najwidoczniej przyłączał się do zabawy.
- Heh... tym lepiej. Nie będę pana rozpraszał. - Nagle poczuł, że jego uśmiech gaśnie, drży. W jakiś sposób Armstrong też to zauważył.
- ...Jeszcze jedno pytanie. Nie wydaje ci się, że tu, gdzie ja teraz jestem, byłbyś odrobinę bezpieczniejszy?
„No co pan nie powie..."
- Tak, wiem.
Miał dość. Coś zapiekło go pod powiekami.
- Dlaczego nie chciałeś się zamienić...? - To był pełen wyrzutu, delikatny szept. - Mogłem cię przecież w tym zastąpić...
- Bo wolę być bliżej miasta! - wypalił Ed jednym tchem.
Przycisnął dłoń do oczu. To naprawdę był koszmar. Nie – prawdziwy koszmar dopiero nastąpi. A on nawet go nie zobaczy. Nie dożyje.
Nie to było najgorsze. Najgorsze miało być to, do czego przez swoją głupią śmierć doprowadzi – chimery przeforsują barykadę (o ile ta w ogóle powstanie), zmiażdżą wszelki opór, dotrą do miasta i wdrapią się na mur, jak mrówki wspinające się po drzewie, a potem... urządzą polowanie na mieszkańców. Przeszukają każdy zakamarek, jak i w innych wioskach czy miasteczkach. Wywloką wszystkich na ulice...
Ale on tego nie zobaczy. Nie to było najgorsze.
Pierwszy, zbyt gwałtowny wdech.
- Przestań, Ed – tak łagodnego rozkazu nigdy nie słyszał. - Proszę. Przegramy, jeśli się teraz poddasz. Tylu w ciebie uwierzyło, musisz to podjąć...
- Chcę wiedzieć – wycedził chłopak przez ściśnięte zęby; kropla wpadająca do kącika ust przepełniła czarę. Przypadł do stojącego obok stołu, byle żeby zająć czymś wolną rękę. Skłonił głowę i skulił drżące ramiona. Stojąc tak, przed każdym kolejnym zdaniem zachłannie i z ledwie powstrzymywanym łkaniem chwytał powietrze: - Chcę tylko wiedzieć. Mam... Mam dość tej wiary... Dość tej niepewności... Dlaczego to się, do cholery, dzieje...? Za co?! Żebym to... mógł być tylko ja...! ...nie oni...
Mamrotał tak bez składu sam nie wiedząc, ile czasu, coraz ciszej, aż w końcu umilkł. Otworzył oczy – drewniany blat zdobiły trzy duże krople.
- Przepraszam – mruknął; czuł lekki ból tam, gdzie prawie spotykają się marszczące brwi. Zaczął pocierać to miejsce kantem dłoni. - Nie wiem, co mnie napadło... Jest pan tam?
- Jestem. W porządku, musiałeś to jakoś odreagować... Teraz ci lepiej?
- Trochę. - Wytarł rękawem mokre oczy, nos i ślad na policzku. Odchrząknął, lekko zażenowany. - ...Dziękuję. Nie każdy chciałby słuchać mazgaja...
- Że niby kogo? Przesadzasz, chłopcze. - Głos majora nabierał energii. - Myślę, że wiem, co mogłoby podnieść cię na duchu!
- Co...?
Dobrze wiedział, kogo mu najbardziej trzeba. Od razu pomyślał o Alu.
- Prawdziwa, długa, męska rozmowa...
Ed uśmiechnął się.
- …z twoim przełożonym!
- C...COO? Taa, pewnie! Świetny dowcip, majorze, naprawdę!
Dobroduszny śmiech mężczyzny sprawił, że sam parsknął szczerym śmiechem... który zamarł mu na ustach, gdy tylko spojrzał w bok.
W szerokim, jaśniejącym światłem wejściu jaskini widniała sylwetka człowieka.
.
Postać zbliżyła się o kilka kroków, lecz z jakichś względów dalej milczała. Blask bijący z wejścia sprawiał, że jej twarz i szczegóły ubioru ginęły w cieniu, lecz zza prawego ramienia wystawała dobrze widoczna lufa karabinu.
Ed przysunął słuchawkę do ucha.
- Proszę poczekać, zaraz się odezwę.
I nie słuchając odpowiedzi, odłożył przedmiot na stół.
Wtedy przybysz zdecydował się przemówić.
- Przepraszam, Ed... ale mam ważną wiadomość.
- Travis...? - mruknął tamten, mrużąc oczy. Dopiero teraz dostrzegł nikłe lśnienie na oprawie okularów. Głos rozpoznał. - Co się stało?
- Widzimy już pierwsze chimery. Do ustalonej przez ciebie granicy dotrą za około dwadzieścia minut.
- ...Szybko.
Spojrzał na telefon, lecz jego wzrok przykuło coś innego. Szklanka, na którą wcześniej nie zwrócił uwagi, do połowy napełniona krystaliczną wodą.
- Przyszedłem tu jak najszybciej...
- W porządku – odparł chłopak. Chwycił szklankę i wypił jej zawartość kilkoma łykami; zęby dzwoniły po szkle. Potem z siłą odstawił ją na miejsce, dnem do góry. - Szkoda, że to nic mocniejszego – westchnął na głos, nim zdążył pomyśleć.
Zerknął na młodzieńca.
- ...Przyjdę za minutę.
Travis kiwnął głową, lecz pozostał na miejscu.
„Pilnuje, żebym nie uciekł, czy co...", przemknęło Edowi przez głowę, aż prawie prychnął śmiechem w podniesiony telefon.
- ...Halo?
- Co się stało? - spytał major bez zbędnego narzekania.
- Są już blisko. Zacznę za około pół godziny. Pan lepiej niech się też powoli szykuje...
- Rozumiem. Idź. Nie zapomnij tego szarego płaszcza, wiesz, dla osłony...
- Mam go na sobie.
- Jak skończysz z barykadą, koniecznie coś zjedz. Będziesz padnięty...
- To nie szkolna wycieczka, majorze – przerwał mu Ed z łagodnym uśmiechem. Wraz z wydechem wyciszył groźniejsze myśli i emocje. - Muszę kończyć. Powodzenia.
- Powodzenia, Ed.
Szczęknęły widełki aparatu. Chłopak spojrzał na towarzysza z kamiennym wyrazem twarzy.
- Nie powinieneś być w swoim oddziale na dole?
- Pojadę z tobą – oznajmił bez ogródek Travis i zbliżył się o kolejne kroki, wchodząc w plamę nikłego światła gazowej lampki. - Odprawiłem tamtego kretyna za kółkiem, był do niczego. Zaraz poleciał, żeby się wysikać – prychnął.
Ed zmartwiał pod tym uważnym spojrzeniem mężczyzny. Objął go chłód.
- Nie... nie możesz...
- Później dołączę do reszty. Chcę ci pomóc. Wiesz, że jestem świetnym kierowcą... i łatwo nie panikuję. Sprawdziliśmy to w nocy, pamiętasz?
Lekko rozszerzone, zielone oczy, pełne zarówno śmiertelnej powagi, jak i bezczelnego humoru. Źrenice zwężone. Miał tylko nadzieję, że jego spojrzenie nie wygląda podobnie.
Przymknął na chwilę powieki.
- Dobra – warknął. - Chodźmy więc, szkoda czasu!
- Czekaj...! Jedno, szybkie pytanie. Tam nie będziemy mieli nawet chwili na pogaduszki...
- Streszczaj się.
- Słyszałem o twojej akcji w namiocie, podczas zebrania. - Twarz Travisa wykrzywił stłumiony uśmieszek. - Strasznie mnie to ciekawi. Chciałeś iść sam na calutką Falę. Fajnie, ale szczerze: co byś zrobił?
- Co bym zrobił...? - powtórzył jak echo Ed.
Po krótkiej chwili do jego przepełnionych zaskoczeniem oczu powrócił spokój, gdy przypomniał sobie, co w tamtym momencie myślał...
- Zamierzałem zbliżyć się do śpiących chimer, zależnie od wiatru: dołem lub górą, po ścianie kanionu. Dołem byłoby łatwiej, bo musiałbym wleźć na stromiznę dopiero wtedy, gdy znalazłbym się tuż przy pierwszych stworach. - Mówiąc tym swoim niskim, monotonnym głosem, nie zwracał uwagi na zmieniającą się twarz towarzysza. - Potem wspiąłbym się na ścianę i skradał, powoli, tak, żeby ich nie obudzić... aż wybrałbym odpowiednie miejsce na pierwszą lawinę. Po jej wywołaniu, w razie potrzeby osłoniłbym się za pomocą alchemii albo, gdyby...
- Dobra, dobra, wystarczy! - zawołał Travis, machając przed sobą rękami, jakby usiłował opędzić się nimi od tego potoku słów. - Już ci wierzę! ...Kurde, dzieciaku... Zaczynasz mnie przerażać, serio!
Jego rozradowana mina stanowczo temu przeczyła. Ed z kolejnym zdumieniem uświadomił sobie, że właśnie usłyszał z ust żołnierza szczery komplement.
- No to jest nas dwóch... - mruknął, nie mogąc powstrzymać nerwowego uśmiechu.
.
Zeszli po utworzonych za pomocą alchemii, kamiennych stopniach na tak zwany „podest" - długą i wąską, lecz całkiem obszerną, skalną półkę, po której z zauważalną ostrożnością kręciło się wielu, okrytych szarawymi płaszczami, wojskowych. Pod jej nieco wznoszącą się nad poziomem powierzchni, wychyloną na zewnątrz krawędzią wylegiwało się kilku leserów.
Wszyscy natychmiast zauważyli przybyszów, kiedy tylko ci wyszli z cienia na słoneczny żar. Twarze żołnierzy wyrażały napięcie i oczekiwanie – wiedzieli, że ten niski, jasnowłosy chłopak przyszedł tu, żeby rozpocząć całą zabawę.
Jak spod ziemi wyrósł przed Edem młody i wielce zaaferowany sytuacją oficer.
- Tędy, panie Stalowy – mruknął, wskazując ruchem głowy jakiś nieokreślony punkt.
We trzech przemknęli po nieco chylącym się podeście. Ed narzucił kaptur na głowę. Padli u stóp skalistego „murku", tuż obok leserów.
- Tam jest zejście. - Mężczyzna wskazał na miejsce oddalone o kilkanaście metrów, gdzie kończyła się ścianka. - Trzeba uważać, jest dość stromo... Ma pan jakąś broń? - zapytał nagle, marszcząc krzaczaste brwi.
- Tak. - Ed uniósł obie dłonie. - Stale przy sobie.
- Pistolet też bywa przydatny...
- Gnat mi niepotrzebny, tylko by przeszkadzał. - Alchemik nagle wstał, co wywołało pośród żołnierzy niemałe poruszenie. - Rozejrzę się. Można na to wejść? - Wskazał kciukiem ściankę.
- Tak, jest solidna...
Ed nie czekał. Już po chwili, leżąc, trzymał się lewą dłonią za krawędź skały; podparty prawym przedramieniem, podciągnął się, wychylił i zerknął w dół.
Znajdował się nad miejscem walk sprzed dwóch dni. Nosiło ono liczne ślady tamtych wydarzeń. Ciała poległych zabrano, zaś truchła chimer osobiście pogrzebał minionej nocy. Pozostałe trupy spalono – rozdartą, umęczoną, tu i ówdzie skrwawioną ziemię znaczyły liczne ślady po ogniskach i rozwianych wiatrem popiołach; w czyste powietrze uderzał ciężki, smrodliwy zaduch. Patrzył coraz dalej w lewo, szukając kresu tych ran... aż nagle zobaczył wrogów.
Byli daleko, dopiero wyłaniali się zza najdalszego, górskiego filaru, lecz zdawali się jednocześnie rosnąć w oczach...
Poleżał przez chwilę. Pozycja ta i brak oparcia dla stóp potęgowały w nim uczucie lęku przed niepewnym podłożem oraz wrażenie rychłego upadku; skłaniały do szybszego oddechu. Serce coraz nachalniej domagało się jego uwagi.
„Spokojnie... przyda ci się mała rozgrzewka", pomyślał ze świadomą, okrutną autoironią.
Gdy zszedł z powrotem na podest, jego nogi drżały.
- Widać chimery – burknął pod nosem. „Śmieszny jesteś, panie alchemiku", dodał też w myślach; usta na moment wykrzywił grymas.
- Wszyscy są już gotowi, czekają na stanowiskach. - Oficer wskazał na poszarpaną ścianę kanionu.
Ed spojrzał tam, dłonią osłaniając oczy przed słońcem. Cóż... Świetna robota, bez dwóch zdań. Nie mógł dostrzec nawet jednego, zdradliwego odbicia promieni od metalowej powierzchni – żołnierze zapewne trzymali broń ukrytą pod płaszczami. Oby tylko chimery nie miały lepszego wzroku. Co było nawet prawdopodobne... Ech, dość już tego czarnowidztwa!
- Zobaczy pan ich tylko z lornetki - chwalił się tymczasem oficer. - Podobnie jak na przeciwległej ścianie...
- Która godzina?
- Ehm... Za... za siedem czwarta.
Zaraz potem mężczyzna odwrócił wzrok. Od pewnego czasu patrzyli Edowi w oczy tylko ci ludzie, z którymi akurat rozmawiał. I nie dłużej, niż to było konieczne.
Lecz gdy chłopak obejrzał się na Travisa, ten spokojnie czekał na niemy znak.
Razem podeszli do miejsca, z którego mieli zejść na dół.
Ed już wcześniej przyglądał się tej drodze. Nie poprawiał jej, by sztucznością nie rzucała się zanadto w oczy (kto wie, jak dobry wzrok miały chimery...), zamierzali ją zresztą przebyć tylko raz. Po zejściu na dół czekało jeszcze na nich do przebycia około dwieście metrów – nagrodą był zaparkowany wśród skał wóz z wyłamanymi drzwiami po stronie pasażera. Zanim jednak go dopadną i ruszą nim w trasę, Travis poczeka z zapalonym silnikiem i nogą na gazie, aż Ed wykona swoje zadanie – będzie on musiał wspiąć się na znane sobie miejsce i zbawienną mocą alchemii jednym, silnym, precyzyjnym atakiem przebić się przez warstwy skał i ruszyć podwaliny przyszłej lawiny. Potem szybka ucieczka.
Dalszych działań wolał sobie nie wyobrażać. Wszystko jakoś wyjdzie w swoim czasie... oby.
- Zejdź pierwszy – mruknął do Travisa. - Widzisz tę skałę? Zaczekasz tam na mnie, a dalej pójdziemy razem, jeden za drugim.
- Okej – i facet siedział już na początku zjazdu, podpierając się nogami i biorąc swój karabin przed siebie; obejrzał się z uśmiechem w oczach. - Jakby co, będę cię łapać.
- To miło.
Zielone oko posłało mu bezbłędne mrugnięcie i Travis zaczął powoli, częściowo schodząc, a częściowo zsuwając po skałach, zbliżać się do umówionego punktu. Gdy w końcu tam dotarł, krótko pomachał im wolną ręką. Żołnierze westchnęli z ulgą.
- No dobra – powiedział wolno Ed, czując już znajomą żyłkę, powolutku rozsadzającą mu skroń. - Trochę tu ciasno, chłopaki.
To było dosyć niekomfortowe, być popychanym prosto w przepaść przez taki - w napięciu obserwujący „akcję" Travisa - tłum przerośniętych wojskowych!
Wszyscy natychmiast i w popłochu rozstąpili się, co też było dziwnie nieprzyjemne. Przecież na nikogo jeszcze nawet nie nawrzeszczał!
- Jest już czwarta, panie Stalowy – wtrącił nieoczekiwanie stojący w pobliżu oficer. Zrobiło się cicho.
Ed rozejrzał się. Kurde, jak na własnym pogrzebie. Co za idioci.
- No co się tak gapicie?! - warknął. Spostrzeżenie było raczej nietrafione, bo ludzie konsekwentnie unikali jego wzroku. - Weźcie się lepiej za coś konkretnego do roboty! Jesteście potrzebni, jakbyście nie zauważyli.
A jednak byli tu i tacy, którzy zdołali wyłamać się z tego schematu. I nawet się przy tym uśmiechnęli. Odwzajemnił im się tym samym – myśląc jednocześnie, że być może widzi tych ludzi po raz ostatni. A oni jego.
Z westchnieniem spojrzał w dół: Travisa zobaczył jak przez mgłę.
- No to hop – burknął i podparty ręką o skałę, zrobił pierwszy krok.
.
- STALOWY ALCHEMIK?! Czy jest tu Stalowy Alchemik?! Pilny telefon do Stalowego-
Stopa ześlizgnęła się z kamienia i o krok dalej utknęła przodem w szczelinie – Ed zachwiał się i stracił równowagę, lecz nim zdążył runąć jak długi i zjechać po stromej drodze, ktoś chwycił go pod lewe ramię i mocnym szarpnięciem powalił na ziemię.
„Co jest, do cholery...?!"
- IDIOTO! - ryknął trzymający go oficer, nie mogąc się powstrzymać. - Jak śmiesz przerywać w takim momencie?! Dzieciak mało przez ciebie...
- Przepraszam...! J-ja tylko... Jest pilny telefon...
- Nie mamy czasu na telefony! - warknął wściekły Ed, podnosząc się na nogi. - Jeśli to znowu ten skretyniały pułkownik, to przysięgam, że zatłukę gada...!
- Ale to pański brat! Mówi, że chce koniecznie z panem rozmawiać.
Twarz chłopaka natychmiast straciła kolor.
- ...Co...?
.
Znów stał na krawędzi. Tym razem jednak kucnął i ostrożnie opuścił nogi, szukając dla nich lepszego oparcia.
Żołnierz z telefonem stał tuż za jego plecami.
- Nie mam czasu – mruknął wyłącznie do siebie Ed, z nikłym uśmiechem zapatrzony w przepaść. Nagle oderwał od niej wzrok i obejrzał się na zaskoczonego mężczyznę.
- Proszę mu powiedzieć... że wszystko jest pod kontrolą. Przejmujemy inicjatywę.
Żołnierz powoli przyłożył słuchawkę do ucha, by spełnić jego prośbę.
Ed schodził na dół sprawnie i bez zbędnego namysłu, jego ruchy były szybkie i pewne. Wyprzedziła go zaledwie garstka osuwających się drobin i pyłu.
Travis od razu dostrzegł zmianę na twarzy towarzysza. Mówiła ona, że będzie dobrze.
.
C.D.N.
