- VI -
W pobliżu zakładu protetycznego roiło się od ludzi. Stał przy nich duży, kryty, wojskowy furgon, zdolny do pomieszczenia w sobie około dwudziestu osób wraz z pewną ilością podręcznych bagaży. W pośpiechu ładowano do niego paczki i torby, a niektórzy zajmowali już swoje miejsca z ukrytą obawą, że coś zaraz przeszkodzi im w ucieczce. W niewielkim oddaleniu od tego zamieszania stała inna grupa ludzi; ci musieli czekać na swoją kolej. Wozu strzegło kilku uzbrojonych żołnierzy.
Przez otwarte okno wyglądała młoda blondynka, oparta o framugę ramieniem. Nie interesowało jej to, co działo się obok. Patrzyła na mur.
Dochodziła szósta po południu.
Do wieczora było jeszcze daleko, lecz pośród wysokich gór półmrok zapadał szybciej, niż gdziekolwiek indziej.
Osnuta szarymi kłębami dymu tarcza słońca stopniowo zmieniała swój kolor; zdawała się stygnąć, oddalona od krawędzi skalistego kanionu o zaledwie parę centymetrów. Do uszu dochodziły dźwięki odległych serii strzałów, wybuchów, krzyków i nawoływań ludzi, uwijających się jak mrówki na szczytach potężnej, wzniesionej alchemią barykady.
Dziewczyna widziała i słyszała, jak stojący w pobliżu ludzie pokazywali na ten mur i szeptali między sobą o wielkim, opancerzonym wojowniku na rozkazach Armii, który dzięki swoim imponującym umiejętnościom w ciągu trzech dni zapewnił mieszkańcom Rush Valley takie bezpieczeństwo, o jakim wcześniej nawet nie marzyli.
Teraz ten wspaniały, szlachetny człowiek i bohater ludu bronił południowo-zachodniej części muru przed chimerami, które zdołały jednak tu dotrzeć. A dalej, niemal dokładnie po przeciwnej stronie miasta, najpewniej także na przedpolu Rush Valley, u boku dorosłych, doświadczonych żołnierzy walczył niepozorny chłopiec, przez wielu ludzi nadal uważany za „tego młodszego" z braci Elric – a przez niektórych nawet za bezimiennego, nic nieznaczącego towarzysza wielkiego, „Stalowego Alchemika"...
Jej okno wychodziło dokładnie na południe.
- Stłukę ich na kwaśne jabłko, jeśli nie wyjdą mi z tego cało... - szepnęła do siebie i jakby na potwierdzenie tych słów, mocniej zacisnęła ręce na swoim wielkim kluczu angielskim.
A po chwili, czując, że oczy zachodzą jej łzami...
- Pomóż im, błagam... chociaż odrobinę! Przecież widzisz, jak się starają!
Lecz nagle ogarnęło ją takie przerażenie, że aż zamarła, zapatrzona przed siebie, z sercem mocno bijącym w piersi.
Al sprawiał przy niej wrażenie jeszcze dojrzalszego, jak na swój wiek, niż wcześniej; przekonanego co do swoich działań i z wiarą patrzącego w przyszłość. Oczywiście wiedziała lub domyślała się, że lwia część tej postawy jest starannie przygotowaną dla gawiedzi pokazówką - ale przynajmniej miał on tę siłę, żeby tak udawać przed innymi. ...A co z Edem? Gdy wczoraj z nią rozmawiał, nie był sobą. Właściwie to z trudem go poznała. Zmienił się pod wpływem tego, jak sam to nazwał, „starcia", w którym wziął udział dwa dni temu. To przez te dzikie bestie, o których już raz śniła, zdawał się tracić wiarę w pomyślne rozwiązanie tej sprawy. On, jeden z najlepszych państwowych alchemików w całej Armii Amestris!
Lecz było coś, na co liczył, czego pragnął, co mogłoby choć trochę podnieść go na duchu w tych mrocznych jak dno Piekła dniach. Zaczęła drżeć. On tylko prosił, żeby stąd wyjechała, on nawet błagał, czego NIGDY w życiu nie robił, w żadnej sytuacji... a przynajmniej dotąd nie wyobrażała sobie, żeby kiedykolwiek zechciał to robić. A ona...? Zamiast mu pomóc, zachowała się jak skończona egoistka! A... a jeśli przez jej decyzję stracił on jeszcze więcej siły i woli walki...?
Ostatnie, co widziała i zapamiętała, to jego pełne bólu i rozczarowania spojrzenie oraz ciche, ciepłe łzy chłopaka na swoich ustach... Nie tak miało wyglądać ich pożegnanie!
Wtem drzwi otworzyły się i do środka zajrzał właściciel zakładu, pan Garfiel. Kilkoma szybkimi ruchami wytarła twarz.
- Ach, Winry-chan... - mruknął protetyk, patrząc na swoją zdolną czeladniczkę z głębokim smutkiem i współczuciem - wszyscy czekamy na ciebie. Nasze samochody przyjadą lada moment...
- Przepraszam, panie Garfiel...! Zaraz skończę się pakować.
Rozejrzała się po pokoju, który wyglądał jak po przejściu tornada – łóżko zasłane ubraniami, wszelkie poziome powierzchnie zawalone narzędziami i metalowymi częściami, złożone sztalugi w kącie pomieszczenia i wielka, ziejąca pustką walizka na podłodze. Westchnęła ze znużeniem. Naprawdę nie miała na to siły.
Mężczyzna po chwili milczenia wyszedł, zostawiając za sobą uchylone drzwi... przez które zaraz wślizgnęła się do środka Paninya.
Jak zwykle miała na sobie ściśle dopasowaną do ciała bluzkę na samych ramiączkach oraz długie, workowate spodnie, których nogawki osłaniały dwie znakomite i uzbrojone po zęby protezy – lecz jej poważnej twarzy nie rozjaśniał charakterystyczny, zadziorny uśmieszek. Wydarzenia ostatnich dni pozostawiały swe piętno na każdej, nawet najbardziej optymistycznie nastawionej do świata duszy.
Mimo to dziewczyna spróbowała się uśmiechnąć.
- Nie możesz się tak zamartwiać, Winry... Ed i Al na pewno by tego nie chcieli.
Winry prychnęła tylko i odwróciła się do okna.
- „Nie zamartwiaj się", dobre sobie... - burknęła pod nosem ze zgryźliwą ironią, która w jej wykonaniu zawsze brzmiała nieco komicznie... niezależnie od sytuacji. - Całą noc przez tych kretynów nie spałam!
Powietrzem wstrząsnęła potężna eksplozja, od której ściany, szyby i przedmioty niebezpiecznie zadrżały, a ludzie stojący na zewnątrz w popłochu zbili się w ciasną gromadkę; niektórzy zareagowali na ten niespodziewany hałas panicznym krzykiem. Winry jak oparzona odskoczyła od okna, lecz zaraz chwyciła ją w ramiona Paninya – i obie stały tak dotąd, aż niepokojące dźwięki całkowicie umilkły.
- Wszystko w porządku... to tylko alchemicy.
Choć każdy mieszkaniec Rush Valley domyślał się tej prawdy (a jednocześnie nikt nie wiedział o niczym na sto procent...), to te nagłe, nieoczekiwane wstrząsy i tak budziły w nich ogromny lęk oraz pragnienie ucieczki. Niektóre osoby, obezwładnione strachem, zdawały się tylko bezradnie czekać na ten moment, aż ulice zaroją się od upiorów, o których krążyły już po mieście liczne, niestworzone historie.
Przyjaciółki usiadły na łóżku, nadal przytulone do siebie, próbując wspólnie załagodzić wstrząsające nimi dreszcze strachu i rozpaczy. Obie dotkliwie czuły nieuchronnie i wielkimi krokami zbliżającą się ku nim katastrofę.
Winry przestała walczyć ze łzami.
- I oni tam teraz... właśnie w tej chwili! Nie mogę o tym myśleć...
Od wczorajszego wieczoru milczała na temat swojego „spaceru" do pierwszej linii obrony miasta – zresztą, nikt nie próbował niczego wyciągać z niej na siłę – teraz jednak, przytłoczona chwilą, czując się niejako „pod ścianą" i pragnąc jakiegokolwiek pocieszenia, przemogła się i zwierzyła towarzyszce ze swojego największego bólu.
- Rozumiem... - mruknęła Paninya, mimo powagi sytuacji nie mogąc powstrzymać cisnącego się na usta, głupkowatego uśmieszku. Całe szczęście, że Winry nie mogła go dostrzec! - Nie dziwne więc, że aż tak się o niego boisz... Ale płaczem nic nie wskórasz. Musi wykonywać rozkazy.
- A... ale... ale on... - słowa blondynki przerywało spazmatyczne łkanie - …jest... on jest taki MAŁY! - Pokazała palcami jednej ręki, jak bardzo... i rozpłakała się doszczętnie.
Paninya zachichotała przez łzy i mocniej przycisnęła głowę dziewczyny do piersi.
- Daj spokój! To twardy chłopak, na pewno sobie poradzi. Pamiętasz, jak ganiał mnie po całym Rush Valley? Pół miasta zdemolował, a chodziło mu tylko o głupi zegarek – więc sama pomyśl, co teraz musi tam wyczyniać! Założę się, że jest najlepszym państwowym alchemikiem i daje tym całym chimerom nieźle popalić!
Poczuła pod ręką, jak Winry gwałtownie kręci głową.
- Nie rozumiesz... nie widziałaś go wczoraj... Co ja mu nagadałam...!
- Nie przesadzaj. Wątpię, żeby aż tak bardzo przejął się twoimi słowami.
Winry nagle odsunęła się na długość wyciągniętych rąk i spojrzała jej w oczy, marszcząc brwi.
- ...Czemu?
- Przecież już tyle razy opowiadałaś mi o tym, jak to te chłopaki zupełnie nie słuchają twoich poleceń – a zwłaszcza Ed. Sama dobrze wiesz, jaki potrafi być wrażliwy... jak deska od podłogi. Ile razy prosiłaś go, żeby dbał o protezy i regularnie je czyścił? Zawsze masz z tym mnóstwo roboty...!
Te i kolejne, raczej banalne argumenty zdawały się, mimo wszystko, docierać do dziewczyny; przestała płakać i słuchała w milczeniu, wolnymi ruchami rozmazując łzy po policzkach.
- Tak... masz rację – szepnęła w końcu i westchnęła z głębi piersi, żeby uspokoić drżący oddech... lecz niewiele to pomogło. - Nie mogę się załamywać... muszę w nich wierzyć.
Natarczywe odgłosy niedalekiej bitwy zdawały się bez litości odzierać znaczenie tych słów z wszelkiego realizmu.
- Dobra, nie traćmy czasu! - Paninya zerwała się z miejsca i z wymuszoną energią zaczęła wrzucać do walizki wszystko, co wpadło jej w ręce. - Pospieszmy się, niedługo nas stąd zabiorą...
- Zostaw, sama to zrobię.
Uśmiech Winry miał w sobie coś zimnego i upiornego. Paninya przełknęła ślinę.
- Na pewno?
- Tak. Idź, pomóż państwu LeColte. Zaraz to wszystko ogarnę.
Dziewczyna wahała się, lecz w końcu wyszła z pokoju. Racja; w tym budynku nie były jedynymi osobami, które potrzebowały wsparcia i pocieszenia.
Po około dwudziestu minutach, gdy wóz, mający zawieźć ich wraz z dobytkiem w górę miasta (tam, gdzie przezorny Al wzniósł drugi mur) czekał już z załadowanym bagażem, a Paninya z duszą na ramieniu wpadła do pokoju przyjaciółki – huk potężniejszy niż wszystkie dotychczasowe hałasy uświadomił mieszkańcom Rush Valley, że sprawy nieodwołalnie przybierają coraz gorszy obrót. Po zachodniej stronie uderzyły w niebo kłęby gęstego, czarnego dymu. Wyły syreny, milicja bez ceregieli pchała się do domów i skłaniała każdego do natychmiastowej ewakuacji.
W pokoju protetyczki panował dokładnie taki sam bałagan, co wcześniej. Winry siedziała skulona na podłodze, jakby nagle opuściły ją siły; z nisko pochyloną głową i trzęsącymi się ramionami.
- Słowo daję, zaczynasz mnie przerażać! - jęknęła Paninya. - Rusz się, musimy uciekać!
Żadnej reakcji. Uklękła przy niej z niemal nabożnym lękiem. Gniew zniknął równie szybko, jak się pojawił.
Winry nie płakała.
Jej zazwyczaj jasne i pogodne jak bezchmurne niebo oczy zastygły w przerażeniu; źrenice kuliły się i drgały, wpatrzone w głąb siebie, w obrazy wyobraźni.
Te odległe, lecz coraz wyraźniejsze krzyki walczących...
- Winry?
Dziewczyna spojrzała na swoje drżące, puste dłonie.
- Coś mu się stało... czuję to!
.
.
.
- Noż kurna...! Puszczaj, cholero!
Ed chwycił automailem za grube, mięsiste sploty zaciśnięte na jego łydce, zamknął oczy i szarpnął z całej siły. Węzły z niewielkim oporem rozerwały się na długie, krwawe strzępy, które jednak nie odpadły od ciała.
- Co za syf...?!
Zgięty wpół, z lewą ręką dociskającą kostkę prawej nogi do ziemi, z zaciekłością wyrywał i wydrapywał z siebie resztki chimery, niczym chwasty wrzynające się pod skórę. Ból przypominający palące świerzbienie był tak intensywny, że czując go nie potrafił skupić się na niczym innym – a już zwłaszcza na tym, co działo się wokół niego. A działo się sporo.
Tkwił w samym środku wielkiej bitwy, rozgrywającej się na przedpolach Rush Valley. Miał przed sobą doskonały widok na miasto, na otaczający je mur... na rojące się pod nim chimery i broniących go żołnierzy.
„To naprawdę rzeczywistość...? Nie tak miało być... cholera, nie tak!"
Cały ten plan... – oczywiście, że spalił na panewce. Poczuł po raz kolejny zalewającą go falę bezsilnej wściekłości i goryczy. Dlaczego znowu wszystko poszło źle?! On, major Armstrong, wszyscy żołnierze i alchemicy – każdy robił, co tylko mógł, by odwrócić to fatum, nie dopuścić do przeznaczonej im porażki, nie poddać się zbierającej swe żniwo śmierci. I co z tego?!
Początkowo mogło się jeszcze wydawać, że akcja zmierza w dobrym kierunku – żołnierze zdążyli zająć swoje pozycje, wąwóz został zablokowany, a potem przez pewien czas broniony - lecz cena okazała się zbyt wysoka, potwory zbyt wielkie i zbyt liczne, by móc je w taki sposób pokonać.
Bronili z zaciekłością każdego skrawka ziemi; tym razem udało się przynajmniej uniknąć tego chaosu, jaki panował w oddziałach w poprzednim starciu. Cofali się dotąd, aż połączyli swe siły z ostatnią linią obrony. Tu, na samym przedzie robili teraz wszystko, by nie przepuścić kolejnych, wciąż masowo przybywających bestii, by nie pogłębić i tak już beznadziejnej sytuacji. Obrona miała w sobie niestety luki, które należało nieustannie zabezpieczać – to była jego robota.
Biegł właśnie, klucząc i kryjąc się wśród urozmaicających teren skał i kolein, żeby dotrzeć i pomóc oddziałowi, w którym walczył Travis – zgodnie z uzyskanymi wcześniej informacjami, on i jego towarzysze siedzieli wśród skał u stóp prawej ściany wąwozu i polowali na co sprytniejsze chimery (które ryzykowały upadek ze stromizny, by unikając głównej linii obrony, przedostać się po pochyłościach do miasta) – gdy nagle jego talent do wpadania w kłopoty ponownie dał o sobie znać. Jakżeby inaczej: to przecież oczywiste, minęło już tyle czasu, musiał w końcu wpakować się w jakieś nowe gówno!
Miał tę świadomość, że właśnie w tej chwili przez swoją nieuwagę w idiotyczny sposób ryzykuje życiem, lecz przestał rozdrapywać ranę dopiero, gdy irytujące swędzenie zastąpił „normalny" ból – jakby ktoś przypiekał go na wolnym ogniu. Spojrzał na swoją nogę, krzywiąc się i ciężko dysząc.
Była czerwona i lepka od krwi. Podobnie wyglądała dłoń automaila. Nogawka ledwie okrywała ranę, zwisała w kilku żałosnych strzępach.
„Pięknie! Tego mi jeszcze brakowało, w najlepszym wypadku paskudne zakażenie, w najgorszym – jakaś trucizna, paraliż, mutacja lub diabli tylko wiedzą, co jeszcze...!"
Pomagając sobie metalowym ostrzem, urwał resztki materiału prawie do kolana i urządził z nich prowizoryczny opatrunek, sięgający od kostki do końca łydki. Robiąc to, starał się jednocześnie rozglądać dookoła w obawie przed kolejnym zagrożeniem – na szczęście, aktualnie przebywał w miejscu bardzo sprzyjającym zachowaniu życia: w niewielkim zagłębieniu, częściowo otoczonym skałami, zasłonięty nimi od strony nacierającej Fali.
Przemykające od czasu do czasu w tumanach kurzu, pędzące przed siebie na złamanie karku chimery nie dostrzegały jego kryjówki. Nie oznaczało to jednak, że mógł czuć się tu całkowicie bezpieczny.
Spojrzał na spoczywające w pobliżu truchło chimery – a przynajmniej miał taką nadzieję, że to coś zdążyło już zdechnąć. Budziło swoim wyglądem obrzydzenie i nieprzyjemne skojarzenia... po prostu przypominało żałosny efekt zakazanej Transmutacji Człowieka.
A skoro o człowieku mowa...
Roślino-podobny stwór zdawał się zastygły w fazie rozkwitania, rozrastał się także na wszystkie strony, zupełnie jak atakujący ziemię pasożyt. W gąszczu lepkich od krwi, cielistych macek wyraźnie dostrzegał widoczne tu i ówdzie fragmenty żołnierskiego munduru.
Zacisnął szczęki, powstrzymując ich drżenie. Skarcił się w duchu. Musiał zapomnieć o sobie i skupić się na tych przerażających widokach, bo nawet najmniejszy szczegół mógł mieć w tej wojnie decydujące znaczenie. Patrzeć i zapamiętać, żeby nic z tego wszystkiego nie poszło na marne.
Teraz był alchemikiem, nie dzieckiem.
O skutecznym łączeniu gatunków zwierzęcych z roślinnymi nie słyszał nigdy, nie przeczytał też o takich przypadkach w żadnym z raportów dotyczących Plagi – więc mogła to być jedna z najnowszych „atrakcji" twórcy bądź twórców chimer, urozmaicająca wszystkim walkę o przetrwanie. Delikwent, którego miał przed sobą, nie przypominał z wyglądu żadnego ze znanych mu przedstawicieli światowej fauny czy flory; nie posiadał widocznych cech „podstawowego substratu", czyli istoty wykorzystanej jako pewnego rodzaju „rusztowanie" dla nowego organizmu, punkt zaczepienia dla pozostałych elementów... to mogło wskazywać na niemal idealne, nierozerwalne połączenie, którego jeden przykład już widział jakiś czas temu... połączenie psa i...
Zaklął, potrząsnął głową, na moment zasłaniając lewą dłonią oczy. Nie potrafił jednak oderwać ich od widoku rozpadającej się w promieniach popołudniowego słońca chimery.
Kiedy przypadkiem, biegnąc, władował się w te cieliste macki, przypominające pnącza jakiejś rośliny, stwór wyglądał dokładnie tak samo, jak teraz: wydawał się ledwie żywy... albo po prostu był sobą, czyli nieruchawym organizmem z przewagą cech roślinnych nad zwierzęcymi. Nie potrafił domyślić się, jak ta chimera zdołała dotrzeć tutaj, będąc w takim stanie. O własnych siłach?
Zagadką pozostawał jeszcze los bezimiennego żołnierza.
Jak zginął? Czym teraz jest, czym był dla tej chimery – pokarmem, może nosicielem? ...Czy chimery o cechach roślinnych mogą omijać genetyczne blokady i rozmnażać się na sposoby charakterystyczne dla roślin? Jeśli tak...
Coś nieoczekiwanie uderzyło nad nim z potężnym hukiem, aż poczuł nagły, bolesny nacisk w uszach, a niektóre skały popękały i pokruszyły się, obsypując go grubą warstwą drobin i pyłu. Jednocześnie padł na niego olbrzymi, lodowaty cień.
Ze zduszonym jękiem padł plecami na pochyłą ścianę, doskonale przy tym wiedząc, że to nie zapewnia mu żadnej osłony. Chimera natychmiast go zauważy, jeśli tylko spojrzy w dół...
Z drugiej strony, najmniejsza próba podjęcia walki lub ucieczki w tej sytuacji oznaczać będzie pewną śmierć – podpowiadała intuicja.
Wstrzymał oddech i czekał, wbrew sobie, wbrew woli przetrwania.
Kolejny nacisk z góry sprawił, że wszystko wokół zadrżało i znowu poczuł na sobie ciepło słońca, gdy cień pomknął daleko przed siebie. A wraz z nim jego właściciel.
Chimera z hukiem wylądowała na wszystkich czterech łapach, grzęznąc nimi w skałach jak w piaskownicy. Jej długi, pokryty łuską ogon, kreśląc szeroki łuk, z chrobotem przejechał po powierzchni niecki, omijając skulone nogi Eda o centymetry. Pecha miała pierwsza, przypominająca roślinę chimera; została zgarnięta i roztarta po skałach na drobne strzępy – jej ciało rozciągnęło się w kilkunastometrowy, krwawy szlak.
Podniosły się kłęby gęstego pyłu, nad którymi gadzi pysk bestii zdawał się unosić i kręcić na wszystkie strony, wypatrując w kurzu nowych ofiar. Jej czarne ślepia przypominały ogromne, puste, wypełnione nieprzeniknionym mrokiem oczodoły, niemalże przewiercające jej czaszkę na wylot.
Wraz z pojawieniem się tej istoty opustoszała cała okolica; nawet krzyki i inne bitewne odgłosy docierały do uszu z zauważalnym trudem. Blask słońca przygasł, stłumiony pyłem i wszystko wokół zamarło w oczekiwaniu na to, co nastąpi.
Z głębi olbrzymiej piersi wydobył się niski, gruby pomruk, jak przedłużający się grom odległej, lecz mającej lada chwila nadejść nawałnicy. Stwór kilkakrotnie sapnął, zdawał się węszyć w powietrzu, wreszcie wydał z siebie coś przypominającego stłumiony, urywany jęk. Długie i pękate jak korzenie stuletnich dębów palce darły podłoże na coraz drobniejsze kamyki...
Wtem bestia ugięła łapy na nie dłużej niż kilka sekund i z gracją pantery wyskoczyła z niecki daleko przed siebie, ze wstrząsającym całą okolicą uderzeniem lądując gdzieś poza polem widzenia. Jeszcze kilkakrotnie dało się słyszeć to dudnienie, z jakim lądowała po każdym skoku, nim w końcu zmieszało się ono z hukami i wybuchami w tej trwającej w najlepsze bitwie.
Tarcza słońca dotknęła krawędzi jednej z pobliskich gór.
Ed powoli opuścił ręce, które dotąd trzymał uniesione w pogotowiu, by w razie konieczności zdążyć z alchemiczną reakcją na atakującą śmierć. Nadal trwał w pełnym napięciu; mokre ciało drżało z nagłego osłabienia i chłodu, a oddech tamowało coś jak zbyt mocno zaciśnięta na piersi obręcz. Kompletnie zapomniał o rannej nodze, czuł za to wyraźny tik w lewym oku.
- ...Co to, kurde, było...? - wydyszał ledwie słyszalnym, nawet dla własnych uszu, szeptem. Zęby dzwoniły znacznie głośniej.
Przypomniał sobie nagle swój pierwszy koszmar, jaki wyśnił minionego ranka. Wrócił w nim do Lior, do tamtego dnia, w którym on i Al przybyli do miasta, zwabieni plotkami o „cudach" ojca Cornello. Znowu był w świątyni Boga-Słońca Leto i kłócił się z tym starym cieniasem – było dziwnie i niepokojąco, lecz podsycony perspektywą rychłego osiągnięcia upragnionego celu, prawie nie zwracał uwagi na panującą wokół atmosferę. Nawet wtedy, gdy naraz rozległ się metaliczny zgrzyt podnoszonej kraty, a w ciemności błysnęły ślepia przeciwnika. Patrzył, jak bestia zbliża się do niego w biegu, zupełnie jak na zwolnionym filmie – spokojny i gotowy do działania. Czy czuł wtedy coś więcej, poza gwałtownym skokiem adrenaliny? ...I gdzie był Al?
Zderzenie z płynną granicą pomiędzy snem a jawą nastąpiło, gdy chimera skoczyła, a on, w nagłym i niespodziewanym ataku paniki, podał jej do pyska nie tę rękę, co trzeba.
Leżał na plecach, patrzył z dna okopu na poranne, blado-błękitne niebo i jeszcze przez krótką chwilę słyszał w sobie wysoki, wibrujący krzyk Rose.
Westchnął. Teraz mógł mieć tylko nic nieznaczącą nadzieję, że nie cierpiała zanadto przed śmiercią.
Lior nie istniało; stwory nie potrzebowały jedzenia czy wody, więc mogły buszować nawet po pustyni. A tamta chimera, którą stworzył wielebny... ona naprawdę nie była niczym szczególnym.
Wyglądała na całkiem sprawne połączenie co najmniej dwóch gatunków zwierząt – lwa oraz czegoś pokrytego gadzią łuską. Wtedy mogła sprawiać imponujące wrażenie, przecież stworzono ją za pomocą wszechmocnego artefaktu, o którym od setek lat krążyły po świecie legendy. Tyle że Czerwony Kamień w pierścieniu Cornello okazał się marną podróbką, kruchą imitacją, zaledwie półproduktem – takie coś nie stworzyłoby Plagi.
Gdzieś w pobliżu skalistej niecki przemykały w pełnym biegu chimery, słyszał je, choć nie mógł ich ze swojego miejsca dostrzec. Kucnął i przysiadł na piętach, rozglądając się czujnie na wszystkie strony, gotowy do walki, w razie gdyby któryś ze stworów postanowił tutaj zajrzeć. Masował też i dociskał swój prowizoryczny opatrunek, starając się przywyknąć do bólu, jaki sprawiała mu rana. Nie mógł dopuścić do tego, żeby osłabiła go w najmniej odpowiednim momencie.
Wiedział już, jak powstaje prawdziwy Kamień Filozoficzny. I co do niedawna działo się w Piątym Laboratorium. Oraz kto, a raczej CO za tym stało.
Czy podobnie było w przypadku Plagi?
Odpowiedzi wydawały się aż nazbyt proste i oczywiste. Dlatego nie mógł z miejsca dać im wiary. Potrzebował więcej informacji.
Szedł, zgięty wpół, wzdłuż najbardziej stromej ściany niecki, ku najłagodniej wznoszącemu się wyjściu, prowadzącemu na otwartą przestrzeń. Zatrzymał się przy ostatniej skale, dającej jaką-taką osłonę i przez chwilę oceniał stopień ryzyka, jakie musiał podjąć. Już zbyt długo siedział w tej kryjówce, podczas gdy wokół ginęli ludzie, a miasto atakowały rozjuszone bestie. Jedna z nich miała na oko dziesięć metrów wzrostu i sadziła ogromne susy, więc mogłaby z łatwością wdrapać się na mur, gdyby tylko zechciała.
Miał do przebycia około trzydzieści metrów dość stromej drogi, pokrytej luźnym gruzowiskiem. Trudna trasa, zwłaszcza że mógłby na niej – idąc czy biegnąc – natknąć się na jakąś chimerę. Błąd kosztujący zdrowie lub życie murowany.
Ale nie było innego wyboru. To monstrum NIE MOŻE dotrzeć do Rush Valley!
- Chrzanić to – warknął pod nosem i bez namysłu rzucił się do biegu.
.
.
C.D.N.
