- VII -
- To wcale nie wygląda dobrze – mruknął pod nosem Ling.
On, Lan Fan i dziadek Fu stali na wysokim wzniesieniu, łagodnie opadającym na rozświetlone przedpola Rush Valley – dokładnie w kierunku zachodnim. Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć, kłębiły się chimery. Żadna z nich nie zmierzała w stronę przybyszów; być może za bardzo zależało im na zdobyciu warownego miasta ludzi. Ozłocone blaskiem popołudniowego słońca szczyty murów z trudem wynurzały się ponad szarymi, skłębionymi masami potworów. Odległe wrzaski i huki wystrzałów, choć stłumione, przyprawiały o drżenie.
- Cóż... nie pozostaje nam nic innego, jak przyłączyć się do zabawy – oznajmił stary ninja dość bezbarwnym tonem. - Jeśli wierzyć naszemu towarzyszowi, te diabelskie hordy mogą być nieudanym efektem eksperymentów, przeprowadzanych w celu odkrycia tajemnicy nieśmiertelności... mam rację, dobry człowieku? - rzucił przez ramię z nikłą ironią.
Augustus Reiner kulił się na siedzeniu swego pojazdu, z trzęsącym się i piszczącym jamnikiem na kolanach.
- Jako były żołnierz z Central City, wiedział pan o tych eksperymentach?
- To było dawno i nieprawda! - zaprotestował starzec. - Ja już nic nie wiem! Coś tam mówiono o duchach w Piątym Laboratorium, ale tylko tyle! Nigdy tam nawet nie byłem! To na pewno nie ma nic wspólnego z tym, co się teraz dzieje tu na Wschodzie!
- Godzinę temu mówił pan co innego.
- Dalej nigdzie nie jadę! Zawiozłem was do Rush Valley i basta! Na dodatek przez was i waszego żarłocznego księciunia jestem doszczętnie spłukany! Gdzie ja się teraz podzieję?!
- Więc nie ma pan wyboru. Musimy wspólnie przedostać się do miasta.
- Nie zamierzam razem z wami popełniać samobójstwa!
- Trzeba dowiedzieć się, co tu jest grane – przerwał im nagle Ling, z zadumą patrząc na rozgrywającą się przed nim bitwę. - Te alchemiczne eksperymenty z pewnością są kluczem do rozwikłania zagadki nieśmiertelności. Poza tym – dodał, odwracając się do Augustusa z uśmiechem – odnalezienie w takich okolicznościach jakiegoś państwowego alchemika nie powinno być dla nas większym problemem!
- Jesteście chorzy... - wymamrotał starzec.
- Nie, po prostu ciekawi. A zwłaszcza tej legendy, którą podobno każdy alchemik w tym kraju dobrze zna. - Chłopak zbliżył się, z twarzą osłoniętą cieniem, rzucanym przez światło zamierającego dnia. - Proszę, opowiedz nam coś więcej o tym Kamieniu Filozoficznym... alchemiku.
.
.
.
- Biedny pułkownik... - mruknął nowicjusz z wyraźną nutą troski w głosie.
- Tia... tak pracowitego dnia nie miał chyba w całej swojej karierze. - Podporucznik Heymans Breda zerknął znad pliku papierów. - I żadnych widoków na premię za nadgodziny. Chyba że za nagrodę uznamy to, że jakimś cudem przeżyjemy ten cały galimatias.
Obaj mężczyźni z pewnej odległości obserwowali przełożonego, od kilku dobrych minut stojącego z twarzą ukrytą w notatniku. Koniec długopisu śmigał tuż przy jego nosie ze stałą, kosmiczną prędkością.
On sam miał wrażenie, jakby z ledwością dostrzegał to, co pisze. Jego myśli pędziły bezładnie we wszystkich możliwych kierunkach, szukając ucieczki przed tym podstawowym, zaprzątającym mu głowę dylematem, którego za nic nie potrafił rozwiązać. Niecałe pół godziny temu otrzymał telefon od majora Armstronga i z jego krótkiej, nerwowej i lakonicznej relacji wywnioskował, że przez najbliższe godziny nie będzie miał żadnej możliwości na połączenie się z kimkolwiek z Rush Valley i jego okolic. Łącznie z tym wrednym, nieogarniętym gówniarzem, który pomimo jego wyraźnych, usilnych próśb nadal nie raczył dać żadnego znaku życia!
To właśnie brak telefonicznego kontaktu ze swoim najmłodszym podwładnym tak bardzo wytrącił pułkownika Mustanga z równowagi, że musiał maksymalnie skupić się na swoich obowiązkach, by jakoś zapanować nad ogarniającym go rozgoryczeniem. Otrzymana niedawno informacja o rozpoczęciu kolejnej bitwy o miasteczko Rush Valley absolutnie w tym nie pomagała. Najgorsze, że czuł się przy tym wszystkim tak, jakby to właśnie on tu zawinił – choć bez przerwy przekonywał się w duchu, że nie mógł przecież postąpić inaczej. Wciąż jednak miał w pamięci pełen niedowierzania i rozczarowania głos Ala. A uparte milczenie Stalowego mówiło więcej, niż jakiekolwiek słowa.
Wokół niego, lecz jakby w zupełnie innym świecie, nieustannie krążyli ludzie, przezornie nie przeszkadzając mu w skupieniu; ci nie mieli dla niego żadnego znaczenia. Od razu jednak wyczuł pojawienie się czyjejś naglącej obecności. Zacisnął zęby i zerknął znad notatnika. To była porucznik Riza Hawkeye.
- Jest pan bardzo zajęty? - zapytała tym swoim osobliwym tonem, w którym szczery szacunek do przełożonego miał bardzo po drodze z uszczypliwą ironią.
- Jak widać – odburknął. - O co chodzi?
- Z całym szacunkiem – podjęła po chwili milczenia Riza – ale nie tu powinien pan teraz być.
Oczywiście, ona też wiedziała o najnowszych manewrach frontu, dowodzonego przez majora Armstronga. Ostatnie minuty spędziła w pewnym oddaleniu od Roya, przyglądając się pracom nad załadunkiem różnego rodzaju materiałów, broni, prochu i amunicji, oraz przygotowywaniu coraz to nowych dostaw, mających wesprzeć żołnierzy odpierających obecny atak Plagi – lecz najwidoczniej uznała, że dała już pułkownikowi wystarczająco dużo czasu na to, by ten należycie przemyślał swoje postępowanie.
- Właśnie wykonuję przydzielone mi obowiązki.
Na chwilę przymknęła oczy. Chyba będzie musiała mu odrobinę w tych przemyśleniach pomóc.
- Dobrze pan wie, że Rush Valley upadnie. Tamtejszy rejon nie otrzymał wystarczającego wsparcia, tego faktu nie zmieniła nawet pańska dotychczasowa tam nieobecność. Władza wyrzekła się swoich żołnierzy i alchemików i uważa pan, że tak jest w porządku?
- Nic na to nie poradzę! - warknął Roy, wracając do notatek. - Mam odrzucić rozkazy? O to pani chodzi? Nie mogę być w kilku miejscach naraz!
- Wcale nie musi pan niczego odrzucać – mruknęła porucznik. Jej ciemne, pełne ponurej determinacji spojrzenie jeszcze bardziej pociemniało. - Nadal ma pan przy sobie kilku swoich podwładnych, czyż nie?
Roy zamrugał. Po chwili rozejrzał się i napotkał spojrzenie nieopodal stojącego Bredy; tamten błyskawicznie odwrócił się, zaaferowany przeglądaniem dokumentów.
- Proszę o przekazanie mi pańskiego rozkazu, pułkowniku – kontynuowała tymczasem Hawkeye. - Ja i podporucznik Heymans wszystkim się tu zajmiemy. Niech pan jak najszybciej jedzie do Rush Valley.
- Nie mogę się na to zgodzić. - Roy starał się, jak mógł, by jego głos nie zdradzał emocji. - W każdej chwili mogą mi kazać wracać na front...
- ...więc wtedy pana zastąpię...
- Proszę mi tu nie opowiadać bzdur! - Notatnik zatrzasnął się z hukiem. Gdyby mógł sobie na to pozwolić, rzuciłby nim z całej siły o ziemię. Zamiast tego schował go za pazuchę i zacisnął kurczowo dłonie w pięści, przybierając twarz w złowrogą maskę. - To nie pora na żarty! Nie po to trzymam panią przy sobie, żebym teraz miał dopuścić, aby trafiła pani na front!
- Jestem żołnierzem...
- I jesteście też moją podwładną, poruczniku! Zabrano mi Fuery'ego i Falmana, nie chcę stracić z oczu nikogo więcej!
- Więc tym bardziej musi pan jechać do Rush Valley!
Większość ludzi wokoło zatrzymała się, z niemałym zdumieniem obserwując tę scenę. Wielu z nich znało przynajmniej ze słyszenia Rizę Hawkeye, „Sokole Oko", osławioną młodą snajperkę, znaną ze swych wybitnych umiejętności, wykazanych podczas Anihilacji Ishvaru. W panującym o niej wyobrażeniu miała być kobietą twardą, niezłomną, a jednocześnie milczącą, chłodną i niezwykle opanowaną. Tymczasem jednak mieli przed sobą widok, który temu wyobrażeniu zdecydowanie przeczył, a jednocześnie w zadziwiający sposób do niego pasował.
Roy nie potrafił już ukryć zaskoczenia. Hawkeye od kilku dni nie opuszczała go ani na krok, sumiennie wypełniając obowiązki wobec tego, którego dawno temu postanowiła chronić za wszelką cenę – lecz teraz nalegała na coś zdecydowanie innego.
Sam wyraz jej oczu budził nie mniejsze zdumienie.
- Chce pan chronić swoich podwładnych?! Właśnie jeden z nich walczy o życie w Rush Valley, w każdej chwili może tam zginąć! A także jego brat, pozostali żołnierze i tysiące cywili, którzy wciąż liczą na pańską pomoc! Proszę tam jechać, pułkowniku – a ja i Breda wszystkiego tu dopilnujemy!
Mijały długie chwile, w czasie których Roy Mustang nie potrafił znaleźć słów odpowiedzi. Chciał z uporem trwać przy swoim, a jednocześnie wiedział, że porucznik Hawkeye ma rację.
Wszyscy w Rush Valley czekali na jego interwencję.
Bez niego wszyscy tam wkrótce zginą.
Na wiele spraw nie miał wpływu – lecz jeśli teraz zrezygnuje z działania, z pewnością będzie tego później żałował.
Nagle przypomniał sobie mrożące krew w żyłach słowa majora. Edward, jako jedyny państwowy alchemik, stanął na czele znacznie osłabionej nowymi manewrami obrony, by wziąć na siebie rozciągnięty na stu pięćdziesięciu metrach szerokości atak Plagi. Bez wsparcia Armstronga.
To się dzieje właśnie TERAZ. W TEJ CHWILI.
I jeszcze to pytanie...
„Wolałbyś już nigdy więcej nie usłyszeć jego głosu...?"
.
- Heymans Breda! Do mnie!
Wezwany mężczyzna zbliżył się w pośpiechu, a na jego twarzy gotowość do działania mieszała się z niemałym lękiem.
- Przejmujesz mój rozkaz skontrolowania dostaw – oznajmił Roy.
- Tajes...!
- Tylko niczego nie spieprz! Pilnuj, by każdy oddział dostał wystarczającą ilość amunicji... nie będzie mnie tu przez jakiś czas. Macie nie dopuścić do załamania obrony!
- Tajes! Znaczy się... że co...?!
- A pani jedzie ze mną – tym razem pułkownik zwrócił się do Rizy. - Ktoś musi przecież pilnować moich pleców – dodał z nikłym uśmiechem.
- Nie mogę... - zaprotestowała. - A kto będzie kontrolował sytuację na froncie?
- Będzie pani powiadamiać Bredę o zagrożeniu poprzez wojskową linię. Tak będzie szybciej i skuteczniej. Wy, Breda, macie natychmiast dostosowywać się do usłyszanych wskazówek!
- Ale z całym szacunkiem, pułkowniku... - Heymans Breda sprawiał wrażenie autentycznie przerażonego. - Nie sądzę, abym miał wystarczające uprawnienia do...
- Więc najwyższy czas zaznajomić się z odrobiną techniki, Breda! To rozkaz!
- Ale... - zaczęła Riza.
- Bez dyskusji! Jedziemy!
.
.
.
Ewakuacja trwała w najlepsze. Ludzie kłębili się w ciasnocie, nerwowo oczekując w kolejce do przejścia na drugą część miasta. Ogromna ilość żołnierzy i, wydawałoby się, idiotyczne procedury spowalniały cały proces, lecz przynajmniej nie dopuszczały do wybuchu powszechnej paniki i związanego z tym zagrożenia dla starców i dzieci.
Winry stała tuż za Paninyą. Niedaleko od siebie widziała fragment wojskowej furgonetki, którą tu przyjechała. Zewsząd ją otaczający i przytłaczający zgiełk nie pozwalał dziewczynie skupić się na własnych myślach. Sparaliżowana lękiem, niezdolna do działania, czekała już tylko biernie na dalszy rozwój wydarzeń.
Niektórzy ludzie mówili, że pierwsze chimery zdołały już przedostać się przez mur. Byli i tacy, którzy utrzymywali, że je widzieli. To dlatego słychać te nieustające hałasy i eksplozje – przekonywali. Nie chciała im wierzyć. Kurczowo ściskając dłoń przyjaciółki, ze strachem rozglądała się na wszystkie strony, oczekując nagłego zamieszania wywołanego pojawieniem się bestii. Nie, to niemożliwe...! Przecież wszędzie są żołnierze! Lecz i na nich mieszkańcy nie pozostawiali suchej nitki. Mówili, że za murami potwory robią sobie, co chcą, a ludzie padają jak muchy. To tylko kwestia czasu, kiedy zginą tam wszyscy.
Z najwyższym trudem panowała nad oddechem. Podobno coraz rzadziej widać i słychać wyładowania towarzyszące transmutacjom. Wraz z żołnierzami giną alchemicy.
- Nie... Boże... błagam... - szeptała gorączkowo zbielałymi wargami, pochylona i drżąca, z włosami opadającymi na mokrą twarz. Pomimo tego wszystkiego, co w tej chwili czuła, od momentu opuszczenia warsztatu pana Garfiela nie uroniła jeszcze ani jednej łzy.
Choć dobrze wiedziała, że to absurdalne i niedorzeczne, co i rusz rozglądała się na wszystkie strony, szukając charakterystycznej, dominującej nad ludźmi zbroi. To absurdalne! - lecz tak bardzo pragnęła w tym obcym, przerażającym tłumie dostrzec wreszcie znajomą, ukochaną twarz...!
Nie myślała o cudzie – lecz nieustannie go wypatrywała.
Czasem bywa i tak, że tyle wystarczy.
Poczuła nagle na ramieniu czyjś dotyk. Odskoczyła jak oparzona, szarpiąc dłoń przyjaciółki.
- Au...! Co jest?! - krzyknęła ze strachem i złością Paninya, lecz zaraz zamarła, tak samo jak Winry.
Przed nimi stał żołnierz.
- Przepraszam... Panienka Rockbell? - zapytał, chyląc nieco głowę.
- T... tak... – odparła dziewczyna. Jej oczy rosły, jakby już słuchała strasznych wieści.
- Proszę za mną.
Zawahała się.
- Ej, o co chodzi? - warknęła Paninya.
- Dziewczyny, co tam się dzieje? - rozległ się z przodu głos pana LeColte. Drugi z żołnierzy wyłonił się z tłumu i do niego podszedł.
- To nie potrwa długo – tłumaczył cierpliwie pierwszy mężczyzna. - Chcemy tylko z panienką porozmawiać. Mamy do przekazania ważną wiadomość.
- Od... od kogo...?
Zauważyła, że rozejrzał się dyskretnie na boki.
- Byłoby lepiej poza tłumem... jeśli nie ma panienka nic przeciwko...
Paninya złapała dziewczynę za ramię.
- Kurde, Winry... Nie idź! - syknęła jej do ucha.
- Daj spokój! Zaraz przyjdę.
I niewiele myśląc, poszła za żołnierzem. Serce waliło jej jak młotem. Intuicyjnie przeczuwała, że to, co miała za chwilę usłyszeć, jest w jakiś sposób związane z Edem lub z Alem.
Nie pomyliła się.
- Czeka tuż pod murem miasta – mówił mężczyzna. Stanęli poza rozpychającą się na wszystkie strony kolejką, a tuż obok warczał zaparkowany wojskowy furgon, w którym siedziało jeszcze dwóch innych żołnierzy. - Z przedpola wycofywane są wszystkie siły, mają one wzmocnić obronę muru od wewnątrz. Stalowy Alchemik chciał, abym panienkę odszukał i przekazał jej, że chce on się z panienką zobaczyć... zanim wejdzie na mur.
Na chwilę zapadło milczenie. Winry zacisnęła zęby.
- Nie będzie on mógł sam tutaj przyjść? - zapytała, patrząc w jego ciemnobrązowe oczy. Tamten westchnął.
- Nie wiem, panienko... Minie trochę czasu, zanim go tu przepuszczą. To nie jest proste, oczywiście z powodu chimer. Sam czekałem pod murem prawie pół godziny. Nie chciałbym też panienki straszyć... ale możliwe, że został ranny, na pewno niegroźnie i z całą pewnością nadal chce on z panienką rozmawiać, ale przypuszczam, że nie chce też tracić czasu na poszuki-
- Jest... jest ranny?! - wyjąkała Winry, blednąc jeszcze bardziej. Natychmiast dodała, nie czekając na odpowiedź mężczyzny: - Proszę, niech mnie pan do niego zawiezie!
- Oczywiście... dlatego tu jestem – uśmiechnął się żołnierz. - Możemy jechać natychmiast na miejsce i zaczekać w kryjówce na telefon. Mają mnie powiadomić, gdy tylko wpuszczą pana Edwarda do miasta.
- Dobrze! Proszę mnie tam zawieźć!
Mężczyzna bez słowa otworzył przednie drzwi wojskowego samochodu i gestem zaprosił ją do środka.
Jej palce wyraźnie drżały, gdy zapinała pas. Pojazd dość gwałtownym zrywem ruszył z miejsca i skierował się na południe – w stronę unoszących się nad murem, gęstych pióropuszy dymu.
Czasami wystarczy wierzyć i cierpliwie czekać na cud.
Lecz nie tym razem.
.
.
.
Dzieciak wyrósł przed nimi jak spod ziemi. Sünner w pierwszej chwili chciał na niego krzyknąć, lecz szybko zdusił w ustach przekleństwo, przypominając sobie, że to przecież Stalowy Alchemik.
- No i mamy pozamiatane... - Klęczący tuż obok niego żołnierz spojrzał przez lunetę swojego karabinu, kryjąc przed szefem ironiczny uśmieszek.
Ostrzał przerwano, nie czekając na rozkaz kapitana. Wszyscy obserwowali ze swoich stanowisk, jak chłopak zatrzymuje się, czeka na coś przez chwilę... aż wreszcie zupełnie nagle, bez wyraźnego powodu czy ostrzeżenia, upada na kolana.
Ziemią i powietrzem wstrząsnął ogłuszający wybuch, podniosły się też tumany kurzu i pyłu, natychmiast rozwiewane przez porywiste uderzenia wiatru. Szara, mieniąca się w słońcu Fala ustała, skłębiona, jakby napierająca na niewidzialną barierę długości co najmniej kilkudziesięciu metrów. Coś krótko błysnęło i hałas powtórzył się, stłumiony dzikim, zwierzęcym rykiem.
Kapitan zagryzł wargi.
- ...Na co czekacie, do cholery?! Zbierać manatki, migiem!
Rozkazu przełożonego nie trzeba było sobie dwa razy powtarzać. Żołnierze opuścili zaciekle bronione okopy i cofali się po wznoszącym, usypanym skałami terenie dotąd, aż natrafili na kolejne, stworzone przez samą naturę miejsce, które pozwoliło im na uformowanie obronnego szyku. Podczas wykonywania tego manewru nie oglądali się na chimery, lecz te straszne i nieludzkie, pełne bólu i wściekłości wrzaski nie pozostawiały w nich cienia wątpliwości – bestie właśnie dostawały nauczkę, na jaką w pełni zasłużyły. Swój własny, prywatny fragment Piekła, jakie same tu wszystkim urządziły.
W ruch poszły nowe rozkazy. Niektórzy zostali na swoich miejscach. Niełatwo przychodziło dowodzącym pogodzić się z utratą kolejnego skrawka ziemi.
Sünner przez co najmniej kilkanaście minut nie odrywał ucha od słuchawki telefonu. Wydając swym kolejnym rozmówcom polecenia, marzył skrycie o tym, by bezpiecznie dotrzeć do miasta... jak najszybciej i to najlepiej w jednym kawałku, co niestety kłóciło się z jego nowymi obowiązkami, które mu odgórnie narzucono. Musiał być tam, gdzie działo się najwięcej – na pierwszej linii kurczącej się obrony – a powód, dla którego zlecono mu takie zadanie, nie był nawet, w jego mniemaniu, szczególnie istotny, zwłaszcza w obecnych, dość mocno apokaliptycznych okolicznościach.
Podobno, zdaniem Führera, życie każdego człowieka przedstawia dokładnie taką samą wartość, bez wyjątku. Więc dlaczego...
Poczuł energiczne klepnięcie po ramieniu. Odwrócił się i bez wahania przywołał na ogorzałą twarz uśmiech pełen radosnej, ojcowskiej ulgi, gdy zobaczył przed sobą podtrzymywanego przez żołnierza, słaniającego się na nogach nastolatka. Jednocześnie jego oczy o tęczówkach barwy brudnego złota zwęził impuls wrogiej podejrzliwości.
O wilku mowa.
- Posadźcie go na ziemi – polecił z niedbałym machnięciem dłoni. Pomysł na granie opiekuńczego tatusia wyparował mu z głowy równie szybko, jak się pojawił. Nie znosił gówniarza, w ogóle nie lubił dzieci. Ten tutaj miał jeszcze w sobie to coś, co już pierwszego dnia ich znajomości zasłużyło na zdecydowaną nieprzychylność Sünnera. Czy te szczeniaki zawsze muszą mieć takie przenikliwe, zarozumiałe i pewne swego spojrzenia?
Stalowy należał, co prawda, do Armii, lecz zdaje się, że tylko pozornie. Do teraz.
Z niewymuszonym uśmieszkiem przysiadł na gołym klepisku, tuż przed pochylonym, ciężko dyszącym alchemikiem, który swoje metalowe, dobrze widoczne zza rozdartego rękawa kurtki przedramię przyciskał do brzucha. Jakaś rana, ból wywołany uderzeniem, może najzwyklejsza w świecie kolka...?
- Nie stosujesz się do podstawowych zasad przetrwania, młody – zaczął Sünner, mimowolnie uśmiechając się jeszcze szerzej. - Wbieganie na linię ostrzału i to bez żadnego ostrzeżenia...
Przerwało mu charknięcie. Elric rozkaszlał się, na moment schylając się niemal do samej ziemi. Zaraz podparł się ręką, lecz wyglądał, jakby z trudem bronił się przed omdleniem... lecz po dłuższej chwili uspokoił się, splunął w bok i odetchnął głębiej. Sünner skrzywił się z niesmakiem.
- Idioci – warknął Ed suchym, chrapliwym głosem, siląc się na podniesiony ton – zabiją was, jeśli zaraz stąd nie uciekniecie!
Mężczyzna spochmurniał, przeszyty wściekłym spojrzeniem dziecka.
- Lada moment rozładują wozy dostawcze z amunicją, to kwestia kilku minut. Potem zawiozą nas nimi pod mur miasta. Ciebie też – dodał z naciskiem.
- ...Jak to?
- Taki mamy rozkaz. Zrobiło się tu zbyt niebezpiecznie, sam przyznajesz. Musimy połączyć siły z obrońcami Rush Valley... pozostali alchemicy również tam zmierzają...
- Bzdury – przerwał mu Ed. - A niby kto rozbija te chimery i łamie ich szyki? Właśnie w tej chwili? Bez alchemików wy, żołnierze, zginęlibyście już w pierwszym starciu! - Nagle jakby coś sobie przypomniał; z sykiem chwycił się pod żebra. - ...Kto zabił te największe potwory, zanim mieliście okazję się z nimi zmierzyć? - kontynuował już znacznie ciszej i ostrożniej. - Na pewno nie wasze cudowne armaty!
- ...Jesteście niezastąpieni, to fakt – mruknął kapitan, walcząc ze sobą jednocześnie o zachowanie spokoju. Nie mógł teraz dać się wyprowadzić z równowagi... to nie byłoby korzystne, dla żadnej ze stron. - Dlatego staramy się przynajmniej część z was ocalić i przegrupować... Wy oraz wasze umiejętności są dla nas zbyt cenne, byśmy mogli pozwolić sobie na ich stratę. Jesteś jednym z najlepszych, więc pewnie rozumiesz, jakie to ma znaczenie – mówił bez słodzenia, częściowo powtarzając jeden z argumentów usłyszanych wcześniej z ust samego Bradleya. Na tyle mógł sobie pozwolić.
Chłopak prychnął.
- Co się stało? Nagle tak bardzo nas doceniacie? To przecież WY panujecie nad sytuacją! - prawie krzyknął i zakreślił ręką szeroki łuk w powietrzu.
Dłoń mężczyzny była szybsza niż myśl. W jednej sekundzie coś zgarnęło i ścisnęło mu kołnierz w miejscu zapięcia, kołnierz ścisnął szyję, a serce ścisnęła znajoma, wezbraną falą rozlewająca się po ciele panika. Przymknął na moment oczy, jak przed nagłym, oślepiającym błyskiem światła, czekając na uderzenie... Nigdy do tego nie przywyknie...
- ...Wara mi z tą łapą...!
Pięść Sünnera zmusiła go do patrzenia mu prosto w oczy. Słońce przygasło. Twarz omiótł ciepły oddech.
- Za dużo szczekasz, psie – oznajmił żołnierz jadowitym szeptem. - Poszczekaj jeszcze trochę, a zamiast ukochanego braciszka zobaczysz sąd wojskowy. Kara za niesubordynację... jakiś dodatkowy powód też się znajdzie...
Chwila, moment...
Znaczący uśmiech?
Ed wstrzymał oddech – serce stanęło w ogniu.
„Nie, to niemożliwe! On nie mógłby wiedzieć... nie o TYM...!"
Jednak na pochylonej nad nim, pogrążonej w cieniu twarzy nie drgnął żaden mięsień, najmniejszy błysk aluzji nie zdradził myśli, ukrytej za tymi oczami barwy brudnego złota. Nie był to żaden dowód... lecz czy oznaczało to brak powodów do obaw?
Starał się nawet przez moment nie pomyśleć o swoim czynie, za który już dawno powinien zostać skazany na rozstrzelanie.
Chciał milczeć, przeczekać chwilę grozy, lecz okazało się to dla jego temperamentu zbyt trudne.
- Jestem wam tu potrzebny, zapomniał pan...? - syknął, ignorując narastający w nim ból; brudną, mokrą, rozpaloną twarz przecięła z boku chłodna kropelka potu.
To zdawało się trwać w nieskończoność. Czuł głuche, pulsujące uderzenia tętna w skroniach - zmrużył oczy, gdy zaatakowały je promienie popołudniowego słońca. Mężczyzna poruszył się; wyraźnie poszukiwał w zasobach swego umysłu jakiejś ciętej riposty. Nie znalazł.
- Nie próbuj mi tu pyskować! - nagle warknął i podniósł się z ziemi, jednocześnie odpychając od siebie dzieciaka i przy okazji prawie przewracając go na ziemię. „Głupi gówniarz", pomyślał z trudem skrywaną odrazą, patrząc przez chwilę na tego mizernego, kulącego się u jego stóp chłopca. Wiedział, że widzi tylko pozory. Drzemiąca w nich siła rosła i rozwijała się w przekonaniu, że jest zdolna do dokonywania rzeczy niemożliwych. Sama, bez niczyjej pomocy. Bez Armii. I to było coś, co Sünnerowi stanowczo się nie podobało.
On sam nie widział świata poza Armią. Wściekłość budziło w nim patrzenie na takich, co nie potrafią docenić tej potężnej, opiekuńczej Matki, obejmującej i przenikającej swymi dobroczynnymi wpływami calutkie państwo... niestety, po brzegi wypełnione zepsutymi, niewdzięcznymi ludźmi. Lecz Armia nie odwracała się od nikogo, dawała szansę każdemu, nawet najgorszym typom spod najciemniejszej gwiazdy. Sünner był jej wdzięczny.
Nagle poczuł na sobie czyjeś wyczekujące spojrzenie. Skinął z roztargnieniem głową żołnierzowi, nie zadając sobie trudu przypomnienia jego imienia; mężczyzna natychmiast uklęknął, z przygotowaną dużo wcześniej szklanką wody.
.
- Gdzie jest Travis?
Było to pierwsze pytanie, jakie zadał normalnym głosem.
Ludzie ogarniali się – jego zdaniem – stanowczo zbyt opieszale. Mijały minuty, w czasie których bez przerwy oglądał się za siebie, lada chwila spodziewając się ataku Fali. Starał się przygotować do tego „wydarzenia" jak najlepiej, lecz psychika stopniowo go zawodziła, na równi z ciałem.
Żołnierze pakowali się do wozów i odjeżdżali, zostawiając po sobie skrzynki z amunicją oraz pozostałych, pilnujących tego towaru ludzi. Fala nie nadchodziła. Zmarszczył brwi. To nie wyglądało na całkowitą ewakuację.
Lecz gdy wreszcie padł na ławkę w jednej z wojskowych furgonetek, w cieniu, z dala od wciąż męczącego skwaru i hałasu, wyczerpanie okazało się ciężarem, któremu w pierwszych chwilach musiał bez oporów ulec. Zamknął oczy, tracąc kontakt z rzeczywistością, konsekwentnie zrywając z nią wszelką myśl...
Nagły ból sprowadził go na ziemię.
- A...! Kurde... co robisz?
- Zakładam ci porządny opatrunek. Chyba nie chcesz dostać zakażenia, prawda?
Ed zmrużył oczy. Wydawało mu się... tak, z całą pewnością – ten typ, który teraz zajmował się jego raną, należał do oddziału Travisa. Byli oni nawet kumplami, co wywnioskował już dużo wcześniej, patrząc na ich przyjacielską relację.
- Jak się nazywasz?
- Dave, szefie.
- Nie wiesz może, gdzie się podziewa Travis? - powtórzył z lekkim rozdrażnieniem pytanie, na które nikt wcześniej nie umiał mu jednoznacznie odpowiedzieć. - Powinien tu z wami być, przynajmniej tak mi mówiono.
- Pytasz o swojego szofera? - Dave zerknął na niego, szczerząc zęby. - Zakładając, oczywiście, że nadal jest on w naszych szeregach...
Ed zrozumiał aluzję. W ferworze walki trudno o uniknięcie rotacji wśród żołnierzy, jednak w miarę możliwości starano się, by każdy trzymał się swojego oddziału.
- ...Nie ma go tu, więc myślę, że kazano mu zostać na „stanowisku".
Chichot. To samo wyzywające spojrzenie lekko rozszerzonych oczu. Facet z kpiącym uśmieszkiem czekał na jego reakcję.
- ...Na jakim stanowisku?
- Nie wiesz? Myślisz, że te grzeczne chimery same zaczekają, aż sobie stąd spokojnie odjedziecie?
- O czym ty mówisz?! Przecież wszyscy przygotowujemy się do odwrotu!
- A kto będzie w czasie tego odwrotu pilnował waszych tyłków? Nie ma mowy o całkowitej, jednoczesnej ewakuacji. Pewni eksperci już za nas wyliczyli, że zginie tu około siedemdziesiąt procent żołnierzy z naszych oddziałów, zanim ty i pozostali - a przede wszystkim ci „najważniejsi" - zdołają bezpiecznie dotrzeć do murów miasta. To tak zwana strategia, chłopczyku.
Ed milczał, zdezorientowany; słowa Dave 'a trąciły absurdem i szaleństwem, lecz dziwnym sposobem nie wykluczało to prawdy, o jakiej mówiły.
Siedemdziesiąt procent. Straceni. Poświęceni.
Wszystko zaplanowano.
Oczywista oczywistość... w świecie dorosłych.
- Bzdury! - warknął nagle, zrywając się na równe nogi. Dave odchylił się gwałtownie i przewalił na plecy, z twarzą pełną zaskoczenia.
- Kto powiedział, że muszą zginąć?! Jestem alchemikiem, do ciężkiej cholery!
Klnąc pod nosem i sycząc z bólu, po omacku dotarł do wyjścia i zeskoczył na ziemię. Za nim na czworakach dreptał Dave.
- I co niby zamierzasz z tym zrobisz? Masz inne rozkazy, zapomniałeś?
- Chrzań się! - odparował chłopak. Przez moment jego przymrużone oczy śledziły mężczyznę, zdawały się go oceniać. - …Łatwiej po prostu pozwolić mu umrzeć, tak?
Twarz Dave 'a wykrzywił nagły grymas.
- Masz mi za złe to, że nie potrafię mu pomóc?!
Ed prychnął.
- Za złe mam to, że tak twierdzisz!
I pobiegł przed siebie, bez przygotowania, kurczowo zaciskając zęby. Mijał ludzi, którzy stawali i oglądali się na niego ze zdumieniem, pojazdy, które z warkotem zmierzały w przeciwną stronę; zbiegał w dół, aż po kilku minutach dotarł do tego miejsca w skalnym usypisku, gdzie w oczekiwaniu na kolejny atak wroga kulili się ostatni żołnierze. Pierwsi z Poświęconych.
Zawahał się, zdyszany, jedyny wśród nich bez broni, bez munduru, bez osłony. Niektórzy otrząsnęli się z odrętwienia i zerkali, zaskoczeni tym widokiem.
.
.
.
- Chwilunia... to przecież Stalowy!
Z dołu, niczym mroczna, podnosząca się woda powodziowa, z narastającym rykiem zbliżała się ku nim Fala.
- Gdzie...?! ...O cholera! Dzwoń do Sünnera, szybko!
.
.
.
Małe, wstrętne i straszliwe potworki, gorsze w swej przytłaczającej liczbie nawet od tych największych, najbardziej żywotnych bestii. Pędzące po sobie nawzajem z zawrotną prędkością, zwinne jak jaszczurki, nie pozostawiały za sobą żadnych - żywych czy martwych - ciał. Ani jednej kropli krwi.
Ed wybiegł naprzód, skracając dystans z koszmarem do paru sekund. Tracił oddech. Chyba umierał... tak, to dobre słowo! - lepszego nigdy nie było i nie będzie... Cholera! W przeciągu tych dni czuł się tak już co najmniej kilka razy.
I tylko dzięki temu doświadczeniu wiedział, że to wcale nie musi być koniec.
.
.
.
Sünner słuchał relacji podenerwowanego rozmówcy, wyciągnięty w fotelu. Nogi daleko przed siebie. Oczy przymknięte, głowa na wygodnym oparciu. Żwir szemrzący pod kołami rozpędzonego wozu.
.
.
.
Ręce uniesione. Wzrok utkwiony w jednym, martwym punkcie. Sekunda granicą błędu.
(nie)
.
.
.
Gdy minęła mu pierwsza złość, Sünner stwierdził nagle, z pewnym zaskoczeniem, że w sumie nie wyszło aż tak źle, jak się tego obawiał. Racja, że interesy Armii musiały teraz zejść na dalszy plan, co na pewno nie spodoba się Führerowi... lecz porywczość chłopaka miała i swoje dobre strony.
Sünner uwielbiał zadawać ból. Co prawda w tym przypadku delikwent mógł w każdej chwili najzwyczajniej w świecie zdechnąć, ale nawet jeśli jego własna głupota go dzisiaj nie zabije... no cóż, Sünner dobrze wiedział, jak na przyszłość przywołać gówniarza do należytego porządku.
Tak łatwo manipulować tymi, którymi rządzą silne emocje!
Westchnął, z leniwym uśmieszkiem błąkającym się na ustach. Przypomniał sobie wściekłe, zuchwałe spojrzenie młodego alchemika.
„No, teraz zobaczymy, cwaniaczku..."
.
.
.
(nie chcę)
- lecz wszystko stało się wbrew lękowi.
Wezbrana w nim energia z oślepiającym błyskiem rozpruła skalne podłoże, mknąc przed siebie w dwóch kierunkach; niczym wznoszące się i opadające w strumieniach iskier, stumetrowe ramiona z gruzu i pyłu, niemal całkowicie obejmujące wysunięte – zupełnie jak szpikulec - czoło mieniącej się Fali. Widok na moment przesłoniła piekielna kurzawa, z której jednak w następnej chwili wyskoczyły na podbój świata pierwsze, maleńkie chimery. Huknęły strzały.
.
.
.
- Dobra, zaraz powiadomię Yumana.
.
C. D. N.
