John wiedział, że coś jest nie tak od samego początku. Podejrzewał to w zasadzie, ponieważ znał Rodneya jak nikt inny, może poza Zelenką, który miał wątpliwą przyjemność pracować z McKayem wtedy, kiedy John nie zabierał go na misję. Nie był pewien dlaczego początkowo nie zareagował. Możliwe, że nie wierzył, że urządzenie Starożytnych potrafiłoby zmienić charakter, a Rodney naprawdę pozostał Rodneyem. Był nadal geniuszem, za którym nadążenie sprawiało trudności nawet jego własnym współpracownikom. Wykonywał swoją pracę bez zarzutu, a Zelenka dodatkowo patrzył McKayowi na ręce, chyba nie wiedząc dokładnie z czym mają do czynienia.
Jedyne co wydawało się zmienić to stosunek Rodneya do świata. Stał się uprzejmy tak jak inni Kanadyjczycy, których znał John. I Sheppard naprawdę nie spodziewał się, że tak niewielka zmiana sprawi, iż nie będzie potrafił spuścić Rodneya z oka. A jeśli urządzenie sprawiło, że McKay stał się nagle pacyfistą? Nie miał pewności czy Rodney obroni się sam przed hordami strasznych obcych, z którymi mogli musieć się zmierzyć. Nie wszystkie ludy bywały przyjazne. I nie chciał nawet myśleć o widmach.
Nigdy nie sądził, że posiada coś podobnego do instynktu macierzyńskiego, ale wypuszczanie Rodneya na tamten zły, podły świat pod nikłą ochroną wydawało mu się naprawdę nieodpowiedzialne.
ooo
- John, chyba żartujesz – westchnęła Elizabeth.
- Nie ma takiej możliwości, żeby uczestniczył w misjach. Wczoraj widziałem go podlewającego kwiatki! Z własnej woli zszedł do urzędujących botaników. Tak bardzo wystraszył tamtego Greka, że Carson musiał mu dać tabletki na uspokojenie – poinformował ją.
Elizabeth zbiła usta w wąską kreskę.
- Carson twierdzi, że Rodney jest kompletnie zdrowy. Trzy razy badał jego DNA, aby się upewnić, że naprawdę mamy do czynienia z naszym Rodneyem – przypomniała mu Weir niepotrzebnie.
Początkowo zalecił podobne badanie, aby czuć się spokojnym. Każde kolejne miało sprowokować Rodneya, ale mężczyzna po prostu przyznał, że trzymanie się protokołu jest zacne z jego strony. John miał ochotę wybiec z laboratorium i sprawdzić jak daleko poprowadzą go nogi.
- Dodatkowo prześwietliłeś urządzenie i nie wydaje się zepsute – ciągnęła dalej Weir.
To wszystko była prawda, ale nadal coś było takiego w tym Rodneyu, co sprawiało, że miał dreszcze.
McKay przestał robić burdy w mesie o brak niebieskiej galaretki. W zasadzie dzięki szerokiemu uśmiechowi, który przyprawiał wszystkich o dreszcze, dostawał ją poza kolejką. Ford nie potrafił siadywać przy ich stole jak dawniej i John czuł wyrzuty sumienia, ponieważ jeśli coś faktycznie stało się z Rodneyem – to była totalnie jego wina. To on włączył to urządzenie i może nawet zepsuł je częściowo zaraz potem. To nie byłby pierwszy raz. Nie nawykł jeszcze do technologii Starożytnych i jeśli to nie była broń albo pojazd latający – nie radził sobie już tak powalająco. Rodney zauważył to jako pierwszy i kazał wziąć mu się w garść, zanim kogoś zabije. John jednak nigdy nie brał pod uwagę tego, że McKay może mieć rację, ponieważ jak wiele złego może uczyć przestarzała maszyna do lodu?
- Doktor Heightmeyer wręcz twierdzi, że teraz mamy do czynienia z prawdziwym Rodneyem. Jest odprężony i szczęśliwy – dodała Weir i zerknęła na niego podejrzliwie.
- To nie jest prawdziwy Rodney! – zaprzeczył pospiesznie. – Posłuchaj mnie, zanim cokolwiek powiesz. Heightmeyer może i się cieszyć, że jej psychoanalityczne voodoo na nas podziałało, ale nie zna Rodneya tak jak znam go ja czy Zelenka. Widziałem, że też cię zaniepokoiło, gdy wspomniał o wolnym…
- Zaniepokoiło i owszem, ale podał całkiem logiczne argumenty, John. On musi kiedyś odpoczywać. Wiem, że wszyscy przyzwyczailiśmy się do Rodneya, który nie sypia, ale w tej sytuacji nawet jeśli mamy do czynienia z efektami urządzenia; prawdę powiedziawszy nie widzę w tym nic złego – oznajmiła mu Elizabeth.
I naprawdę nie wierzył w to co słyszał.
- Zwariowałaś?! – wyrwało mu się z ust.
Brew Elizabeth nawet nie drgnęła.
- Czy uważasz, że Carson, Zelenka i Heightmeyer się mylą w swojej ocenie stanu zdrowia Rodneya? – spytała Elizabeth.
- Nie, ale… - zaczął John.
- Czy Rodney wykonuje swoje obowiązki?
- Tak, ale…
- Czy w twojej ocenie Rodney jest niebezpieczeństwem dla misji?
- Nie, ale…
- Ale uważasz, że nie może być szczęśliwy? – podchwyciła Weir. – Bo taki jest teraz. Odprężony i szczęśliwy. Może urządzenie sprawiło, że część nagromadzonego stresu zniknęła, ale…
- Zmieniło jego charakter – wszedł jej w słowo John.
Miał co do tego pewność. Uprzejmość Rodneya nie wynikała z czegoś normalnego. Po prostu zachowywał się jak nie on. Znaczy jak on – z równym geniuszem i elokwencją, ale nie obrażał nikogo, a to już sprawiało, że odczuwało się wyraźną zmianę. John nigdy nie sądził, że tak drobny szczegół tak wiele zmienia.
- Nie znałeś Rodneya przed jego doktoratami i ja też go wtedy nie znałam – powiedziała Elizabeth i uśmiechnęła się lekko. – Nie zawracaj mu głowy, to zajęty człowiek – dodała i mrugnęła do niego porozumiewawczo.
ooo
John spodziewał się właśnie takiego rozwoju sytuacji. W jednej chwili przechodzili przez wrota i witali się z miejscowymi, aby wymienić się na coś, co w smaku przypominało ziemniaki. W drugiej Widma okrążały wioskę. Zerknął nerwowo w stronę Rodneya, który na twarzy nadal miał ten łagodny uśmiech. W jego oczach nie było niepewności, co tylko pocieszyło Shepparda. McKay ściskał pewnie swój karabin, który zawsze mu ciążył odrobinę za mocno i John nie bez zaskoczenia zauważył, że członkowie ich drużyny zamknęli Rodneya w środku, instynktownie decydując się na obronę czegoś, co uznali za słaby punkt zespołu.
Należało bronić Kanadyjczyków.
Kilka pierwszy Widm trafiło na piach, a ludność cywilna ukryła się w jakiś wcześniej przygotowanych kryjówkach. Nieliczni przeszkoleni do walki z potworami wojownicy, wychynęli z chat z taką bronią, jaką mieli pod ręką. John był pod wrażeniem ich zręczności i nawet zdecydował szybko, że należało na Atlantydzie zrobić pewne przeszkolenia w tym względzie – może nawet dla obcych z innych planet. W końcu walczyli przeciwko wspólnemu wrogowi.
Rozpierzchli się. Stojąc w jednym miejscu, stanowili łatwy cel. Poruszali się z łatwością pomiędzy budynkami, uspokojeni tym, że miejscowi cywile ukryli się gdzieś i nie wejdą im pod nogi. Przeważnie nie miewali tego komfortu.
Starał się trzymać blisko Rodneya, ale mężczyzna nie był tak szybki jak on i szybko stracił go w oczu. Jego serce zaczęło bić tak szybko, że jedynym dźwiękiem, który docierał do jego uszu było miarowe bum bum-bum. Krew rozgrzewała jego ciało, ciśnienie rosło i sądził, że kolejna fala wystrzałów przyprawi go o zawał, gdy nagle przed odgłos bitwy przedarł się ten specyficzny głos.
- Och, ależ nie jestem do końca przekonany czy będę ci smakował. Zostało mi niewiele lat życia. Carson cały czas twierdzi, że wykończę się tym brakiem ruchu – Rodney perorował i John po prostu wiedział, że to oznacza kłopoty.
Minął Widmo, które Ford właśnie dobijał i wbiegł za jedną z chat. Rodney stał kilka metrów od Widma, które przyglądało mu się w szoku.
- Uhm – wyrwało się samcowi.
Facet był naprawdę wielki i brzydki. Wyglądał na Alfreda i tak w myślach zaczynał go już nazywać John. McKay tymczasem stał naprzeciwko niego kompletnie niezaniepokojony.
- Pomyślałem, że gdybyśmy zostali przyjaciółmi, to naprawdę wiele dałoby naszym rasom. Uwielbiam waszą technologię… - ciągnął dalej McKay, a Widmo przyglądało mu się zszokowane.
W końcu kosmiczny wysysający życie wampir ruszył do przodu i to z taką szybkością, że John wiedział, iż nie zdąży osłonić Rodneya. Kanadyjczyk jednak nawet nie mrugnął okiem, gdy jego karabin wystrzelił kilka razy, pozbawiając Widmo sił witalnych.
- Och, skoro jednak nie – westchnął Rodney i uśmiechnął się szeroko. – John! – krzyknął radośnie, jakby właśnie nie stanął ze śmiercią twarzą w twarz.
Ku zaskoczeniu Shepparda nawet pomachał mu wolną ręką.
ooo
- Ma tendencje samobójcze – powiedział do Weir, ponieważ kobieta musiała w końcu zareagować.
Elizabeth uśmiechnęła się krzywo.
- Chcesz mi powiedzieć, że rozproszył Widmo swoim gadulstwem i ofertą przyjaźni, a potem i tak sobie poradził, gdy to nie poskutkowało? – upewniła się kobieta.
Można było to i tak ująć. Kiedy jednak ktokolwiek widział Widmo – należało albo szybko uciekać, albo łapać za najbliższą broń. To był schemat, który należało wykorzystywać. McKay zdawał się do końca tego nie pojmować, więc…
- Miałam ci tego nie mówić – westchnęła Elizabeth.
- Co? – spytał może odrobinę za ostro.
Kąciki ust Weir drgnęły lekko.
- Zelenka jeszcze raz zbadał urządzenie, przez które rzekomo zmieniłeś charakter Rodneya – poinformowała go Elizabeth. – Zapominacie czasami, że on też jest człowiekiem…
- Co chcesz przez to powiedzieć? Że sam je jakoś nastawił tak, żeby… - zaczął John, ale machnęła ręką.
- Nie, bynajmniej. To urządzenie ma wyczerpane baterie od tysięcy lat. Nie mogłoby zadziałać, choćby nie wiem co. Taka jest opinia naszego czeskiego eksperta i zaraz potem ruszył badać każdy centymetr laboratorium w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby wpłynąć na Rodneya – oznajmiła mu Elizabeth.
- Jeśli to nie urządzenie, to co? – spytał John.
Elizabeth spojrzała na niego i uniosła lekko brwi.
- Zapominacie, że Rodney ma uczucia – westchnęła. – Nie jest maszyną. Nie możesz nacisnąć tutaj i tutaj i żądać efektów. Nie byłeś dla niego ostatnimi czasy niemiły?
John zamrugał zaskoczony.
- Ma załamanie nerwowe, bo ja byłem dla niego niemiły? – wyrwało mu się, zanim zdążył to przemyśleć.
Faktycznie na wszystkie zgryźliwości Rodneya reagował podobnymi docinkami, ale zawsze sądził, że to po prostu taka ich rzecz. Coś, co identyfikowało ich wzajemne stosunki. Nikt inny nie miał takich jaj, żeby McKayowi odpowiadać, a jego nie interesowało czy Rodney nazwie go imbecylem. W zasadzie McKay robił to niezwykle rzadko.
- Załamanie nerwowe – prychnęła Weir. – Nie przyszło ci do głowy, że on robi to specjalnie?
- Specjalnie? – wyrwało mu się, ponieważ jakoś nie potrafił w to uwierzyć.
