John początkowo nie wierzył. Nie wiązało się to z tym, że miał jakieś wyjątkowo wysokie mniemanie o McKayu. Po prostu nie sądził, aby Kanadyjczyk potrafił tak długo udawać uprzejmego. Znał faceta przez kilka tygodni i Rodney po prostu zdążył obrazić go na niezliczone sposoby i to nawet wtedy, gdy pozornie go komplementował. John oczywiście uważał to za całkiem zabawne, chyba że w stresowych sytuacjach – jak strzelające do nich Widma – McKay przestawał naprawiać hipernapęd i skupiał się głównie na nie całkiem aluzjach w stosunku do jego funkcji mózgowych lub ich kompletnego braku.
Może John nie powinien był zaczynać krzyczeć na niego albo uruchamiać nieznanego urządzenia na tamtej planecie, ale no cóż – stało się. I to McKay głównie był powodem ich opóźnionego odlotu.

Prawda jednak była taka, że Rodney – nawet w sytuacji kryzysowej znalazł minutę lub dwie na to, aby mu uwłaczyć i to w pewien sposób zbudowało ich relacje. John nie potrafił odnaleźć się w świecie, gdzie McKay był dla niego miły i mówił mu po imieniu. Uprzejmość Kanadyjczyków nagle wydała mu się mocno przereklamowana.

ooo

Zelenka wpatrywał się w niego z niedowierzaniem przez pierwsze kilka minut, jakby nie dochodziło do niego, co John tak naprawdę mu mówił.

- Udaje? – spytał Czech.

- Oczywiście, że udaje – powtórzył John.

I naprawdę przestawał się dziwić, że Rodney nerwowo reagował na Zelenkę. Z drugiej strony facet dostał się do grupy badawczej wyruszającej na Atlantydę, a to oznaczało, że musiał być przynajmniej ponad przeciętnie inteligentny. John miał jednak nadzieję, że te normy nie odnosiły się tylko do Czech, ale i pozostałej części globu.

- Dzisiaj z nim porozmawiam. Skoro już wiemy…

- Nie – powiedział pospiesznie Zelenka, kompletnie go zaskakując. – Dzisiaj rano mnie skomplementował – wyjaśnił doktor i rumieniec zawstydzenia pojawił się na jego twarzy. – Wyobraź sobie, że nie będzie nas obrażał. No tylko sobie wyobraź – prosił Czech.

John zamknął oczy na chwilę i szybko otworzył je kompletnie przerażony. Zelenka nadal wpatrywał się w niego z nadzieją, że wszystko pozostanie takie samo. Rodney ćwierkający o pięknym dniu na Atlantydzie i szepczący mu komplementy do ucha nawet za podanie mu długopisu w odpowiedniej chwili – tak John usłyszał piękne i soczyste dziękuję, za którym szła pochwała jego inteligencji. Nigdy wcześniej nie poczuł się tak bardzo obrażony brakiem sarkazmu w cudzym głosie. McKay wydawał się faktycznie szczęśliwy i szczery.

Zelenka oczywiście był bardziej obciążony nagłą zmianą charakteru Rodneya, ale najwyraźniej mu to odpowiadało. John do końca sam nie wiedział, dlaczego jego ta zmiana tak kłuła. To mogło mieć coś wspólnego z tym, że pracowali lepiej, gdy na siebie krzyczeli. Albo tym, że jeśli nie wymieniał z Rodneyem wzajemnych uszczypliwości – nie mieli zbyt wielu tematów do poruszenia. A mocno zaskoczyło go to, że po prostu tęsknił za starym McKayem przez ostatni tydzień. Teyla nie rozumiała jego żartów, a na uszczypliwości reagowała zbiciem ust w wąską kreskę i milczeniem. Podwładnych nie chciał nazywać idiotami, a podejrzewał, że Elizabeth nie byłaby zadowolona z tego, że stała się jego nowym McKayem.

Zelenka nadal wpatrywał się w niego z nadzieją.

- Wiesz, że to i tak nie miało trwać wiecznie. Jakikolwiek numer nam wywijał, zamierzał go pewnie jakoś spektakularnie zakończyć – poinformował Czecha Sheppard, nie wiedząc w czyich uszach chce się bardziej usprawiedliwić.

- Każda minuta bez jego humorów jest na wagę złota – zaczął Zelenka, ale John miał wrażenie, że dla niego było wręcz odwrotnie.

ooo

Znalazł McKaya na jednym z balkonów, co zapewne nie powinno go dziwić, skoro Rodney nadal nie był świadom tego, że jego gierka została przejrzana. W zasadzie, gdyby nie Elizabeth - John pewnie nadal obwiniałby kosmitów.

- McKay – przywitał się cicho i rozejrzał wokół.

Wyglądało na to, że byli sami. I dobrze. Nie chciał przeprowadzać tej rozmowy przy Zelence. Mężczyzna już wcześniej wyglądał tak, jakby zabrano mu Nobla sprzed nosa. Albo dwa MPZty.

- Och John. Jakiś cudowny dzień, czyż nie? – spytał Rodney o wiele zbyt szczęśliwym tonem.

Sheppard wziął głębszy wdech.

- Elizabeth mi powiedziała – poinformował mężczyznę grobowym tonem.

Sądził, że Rodney będzie dalej utrzymywał tę farsę, ale McKay skrzywił się lekko i z jego twarzy niemal od razu spełzł ten głupawy uśmieszek. Nadal jednak brakowało tego charakterystycznego spięcia mięśni.

- A skąd ona może wiedzieć? – spytał Rodney, nie udając nawet, że nie wie o czym rozmawiają.

John wzruszył ramionami. W zasadzie nigdy się nad tym nie zastanawiał. Weir po prostu wiedziała o nich dziwne rzeczy.

- Możesz przestać udawać. Powiedziałem Zelence. Nie był szczęśliwy, ale skoro wcześniej dawał radę… - zaczął John i urwał.

Rodney kręcił głową tak mocno, że niemal jemu samemu robiło się niedobrze od tych gwałtownych ruchów.

- Nie, nie mogę. Nie rozumiesz. Wydajność spadła nam o dwadzieścia procent – wyjaśnił McKay i tego John nie pojmował do końca.

- Co? – wyrwało mu się z ust.

Rodney westchnął.

- Kiedy jestem miły dla ludzi, gorzej pracują. Potrzebuję trzymać ich na palcach i cały czas w pełnej gotowości – oznajmił mu Rodney.

Mózg Johna starał się to przetworzyć, ale nie do końca pojmował, co jeszcze przed chwilą usłyszał.

- Spadek wydajności – powtórzył tempo.

Spodziewał się jakiejś nieprzyjemnej uwagi, ale Rodney tylko spojrzał na niego z wyraźnym zawodem w oczach.

- O czym my rozmawiamy? – spytał w końcu szczerze.

- O potwierdzaniu mojej teorii, którą wysunąłem kilka lat temu pracując w Toronto – poinformował go Rodney lekko.

- Słabiej pracujecie, gdy jesteś miły dla Zelenki? – spytał z niedowierzaniem John.

Oczywiście to oznaczało, że Rodney był u fundamentów uprzejmy. A to z kolei przeczyło jego własnej teorii, którą wysnuł na podstawie tygodni obserwacji. Patrzył więc z niedowierzaniem na Rodneya, czekając na pierwszy wybuch śmiechu, ale McKay wyglądał bardziej na przybitego.

- Dwadzieścia procent wolniej, jeśli być dokładnym – ciągnął Rodney. – I oczywiście nie umknęło mojej uwadze, że jestem o wiele mniej interesujący, gdy nie rzucam inwektywami na prawo i lewo – dodał z westchnieniem.

John przypomniał sobie ostatni tydzień, gdy unikał McKaya za wszelką cenę. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że to było nie fair w stosunku do Rodneya, ale przerażał go ten ciągły uśmiech i sztucznie brzmiące radosne John, które witało go każdego poranka.

Nie bardzo wiedział co powiedzieć, co wcale nie było niczym nowym.

- Więc nie udawałeś miłego – rzucił, ponieważ należało czymś wypełnić ciszę.

- Nie, niezupełnie – odparł Rodney i coś dziwnego pojawiło się w jego oczach, jakby rezygnacja. – Jestem standardowym Kanadyjczykiem.

I John przypomniał sobie nagle każde jedno słowo o Kanadyjczykach, które powiedział do McKaya przez ostatnie tygodnie. Powtarzane do znudzenia stereotypy. Nawet opowieść o poprzednich Kanadyjczykach, których John znał, a którzy nie do końca poradzili sobie w obliczu wojny.

- Uhm – wyrwało mu się z ust. – Więc dwadzieścia procent. Wiesz… To nie tak, że nie jesteś interesujący. Nie miałem do czynienia z uprzejmym McKayem, a teraz skoro wiem, że nawet po rozmowie z Widmem nie dasz się tak łatwo zabić mógłbyś… - urwał.

Nie bardzo chciał znowu używać słowa 'uprzejmy', ale ono cisnęło mu się na usta niemal cały czas.

- Przestać udawać tak fascynujący okaz? – zakpił McKay.

Raczej nie tego spodziewał się John. Spojrzał na Rodneya, którego ramiona zwisały wzdłuż tułowia, zrezygnowanego, zdradzonego – jakby ktoś na światło dzienne wysunął największą tajemnicę jego życia. McKay wspomniał, że odkrył już dawno tajemnicę sukcesu największych naukowców – najwyraźniej. Jak długo udawał zatem dupka, aby osiągnąć dla programów rządowych dobre efekty? Wydawał się przywiązany do swojego imageu, który wypracowywał przez lata i John naprawdę rozumiał dlaczego. Świat bez wrednego McKaya tracił część barw, chociaż już co do tego nie był tak pewny. A przynajmniej, nie kiedy on sam patrzył na ten świat.

- Powiem Zelence, że to jednak urządzenie – powiedział nagle podejmując decyzję.

McKay najwyraźniej wziął sobie urlop od bycia dupkiem i powrócił do bycia Kanadyjczykiem. A przecież każdemu należało się wolne.

Rodney zresztą spoglądał na niego kompletnie zszokowany.

- Pójdziemy dzisiaj albo jutro do laboratorium i znowu dotknę tego urządzenia przez przypadek, a ty na mnie nawrzeszczysz albo coś. Zelenka zmarnotrawił prawie cały tydzień. Trzeba go pogonić, bo dwa kolejne skoczki utknęły w hangarze – zdecydował wzruszając ramionami.

- Zdajesz sobie sprawę, że uruchomisz tylko diodę, prawda? – spytał McKay.

John ponownie wzruszył ramionami i wydął wargi.

- I wiesz, mógłbyś powpadać do mnie wieczorami. Poudawać uprzejmego Kanadyjczyka – zaproponował mu niby od niechcenia. – Mógłbym chcieć poznać tego drugiego Rodneya McKaya.

- On też jest doktorem – przypomniał mu mężczyzna, ale było tam więcej humoru niż zgryźliwości.

- Doktora Rodneya McKaya, uprzejmego Kanadyjczyka – poprawił się John od razu.

Rodney uśmiechnął się lekko, ale ten grymas szybko znikł przekształcony w zwykłe zmartwienie, które tak często widział na tej przemęczonej twarzy. McKay potrząsnął ponownie głową, jakby chciał się uwolnić od niepotrzebnych myśli.

- To się nie uda – powiedział Rodney.

John nie wiedział do końca do czego McKay się odnosi.

- Co z tego, że Radek będzie pracował na pełnych obrotach podobnie jak pozostali, jeśli ty… - urwał Rodney.

Tego John nie wziął pod uwagę i gdy tak analizował wszystkie poprzednie misje, zdawał sobie sprawę, że inwektywy McKaya zawsze doprowadzały do tego, że strzelał odrobinę szybciej, odrobinę celniej, jakby cała ta adrenalina działała na niego zbawiennie. Może i zwiększając szanse ich przeżycia o całe dwadzieścia procent.

Kiedy byli uwięzieni w skoczku, a Rodney naprawiał hipernapęd w końcu przecież zestrzelił statki Widm. Rodney motywował go do zwiększonego wysiłku i może on sam dawał nieświadomie McKayowi podobnego kopa.

- Nie wymyśliłeś w tym Toronto innej metody niż ciągłe obrażanie? – spytał ciekawie John.

W końcu Rodney znany był z posiadania wielu opcji nim wybierał tę najbardziej optymalną. Mina Mckaya zresztą odpowiedziała mu na to pytanie w sekundzie. Oczy Rodneya zwęziły się lekko jak zawsze, gdy zamierzał zrobić coś niespodziewanego i chciał dostrzec każdy najmniejszy nawet skutek.

John poczuł nagle nie tak znowu lekkie klepnięcie w pośladek i poczuł znajomy skok adrenaliny.

Rodney przypatrywał mu się ciekawie z rumieńcem na policzkach.

- Nie sądziłem, aby uniwersytet w Toronto zgodził się na podobne traktowanie doktorantów – wyjaśnił McKay.

John nie mógł nie parsknąć ze śmiechu.

- To nie było zbyt uprzejme – stwierdził, a Rodney przewrócił oczami.

- Dlatego wyprowadziłem się z Kanady – zauważył McKay.