betowała wrotka777:*
Derek nie spodziewał się, że Stiles punktualnie o piątej po południu pojawi się na progu jego drzwi. Słyszał, jak serce chłopaka bije nieregularnie, gdy nerwy ponosiły nastolatka, najwyraźniej niepewnego, czy może naruszyć najbardziej prywatny teren alfy. W niektórych watahach regularni członkowie nie mieli prawa do przekraczania pokojów swojego przywódcy. Derek potrafił to zrozumieć. Czasami też czuł się zmęczony natłokiem obowiązków.
- Wejdź – powiedział w końcu, decydując się, że powinni najpierw odbyć jedną z tych rozmów.
Stiles wsunął się do środka niemal bezgłośnie i stanął niepewnie w progu.
- Możesz wejść głębiej – zaprosił go Derek, nie podnosząc się, jednak z miejsca.
Stiles ostrożnie rozejrzał się wokół, starając się, jak zawsze zająć najodpowiedniejszą pozycję. Regał z książkami ze starej biblioteczki rodziny Hale zapewne wcale mu tego nie ułatwił, a jedynym miejsce siedzącym w pokoju było ogromne łóżko, które Derek zamówił wieki temu. Wataha czasami sypiała wspólnie w jego pokoju, szczególnie po męczących pełniach. Pierwsze księżyce w roku potrafiły wyssać z nich wszystkie siły.
- Możesz usiąść – poinformował go Derek spokojnie.
Przypominał sobie mgliście, że w chwilach takich, jak te, wydawanie poleceń, które nawet nie brzmią do końca jak rozkazy może zostać nieodpowiednio zrozumiane. Isaac był podobnie przestraszony przez pierwsze dni po przeprowadzce, jakby obawiał się, że naruszenie cudzej przestrzeni skończy się wyrzuceniem z tej ostoi, którą starali się stworzyć.
Stiles pociągnął nosem, starając się najwyraźniej niezbyt subtelnie zorientować, się kto sypiał tu wcześniej i odprężył się wyraźnie, gdy do jego nozdrzy dotarły zapachy pozostałych członków watahy. Niemal od razu zajął miejsce w rogu łóżka. Nie tak daleko, aby Derek nie mógł po niego sięgnąć, ale dostatecznie narzucając przestrzeń między nimi, aby obecność starszego wilkołaka nie przytłaczała go.
- Mamy kilka zasad, które powinienem zapewne wyjaśnić ci wcześniej – zaczął Derek o wiele poważniej niż miał w planach i Stiles wyprostował się nieznacznie. – Pokoje alfy, moje pokoje są dostępne dla was w każdej chwili. Możecie przychodzić tutaj, kiedy tylko chcecie, nawet jeśli nie ma mnie w środku. Proszę tylko, abyście wcześniej pukali – wyjaśnił spokojnie i Stiles kiwnął głową. – Jak zapewne zauważyłeś nie ma starszych. Nie ma starszyzny. Moja rodzina również została eksterminowana przez łowców, którzy wyrwali się spod kontroli. Nie przestrzegali kodu i zostali ujęci przez łowców, którzy żyją obecnie w Beacon Hills.
- Argentowie – powiedział Stiles odrobinę go zaskakując.
- Słyszałeś o nich? – spytał ostrożnie Derek.
Stiles równie dobrze mógł sprawdzić, co się stało z jego rodziną. Artykuły wciąż znajdowały się w internecie, a plotki krążyły po mieście.
- Scott powiedział mi, że spotyka się z Allison. Będziemy chodzić razem do szkoły. Chciał mnie uprzedzić – odparł Stiles ostrożnie. – Nie masz nic przeciwko temu… - dodał chłopak, jakby chciał dodatkowego potwierdzenia z jego ust.
Derek uśmiechnął się krzywo.
- Nie mówię, że Argentowie są bezpieczni. Polują na nas. Wciąż są łowcami, ale działają według kodu, więc jeśli nie przekroczysz granicy… - zawiesił sugestywnie głos i Stiles pokiwał głową, że rozumie. – W naszej watasze nie ma starszyzny – podjął po chwili. – Jestem do waszej dyspozycji i możecie do mnie zawsze przyjść. Rozwiązujemy nasze problemy jako wataha, a nie indywidualności – dodał.
Stiles zmarszczył brwi, jakby chciał o coś zapytać, ale jednak powstrzymywał się. Siedzieli przez chwilę w milczeniu, gdy Derek czekał, aż chłopak wykona pierwszy ruch, ale to nie nastąpiło.
- Jeśli chcesz wiedzieć coś jeszcze… - zaczął ostrożnie i Stilinski zaczerwienił się lekko, najwyraźniej orientując się, że został przyłapany na gorącym uczynku.
- Scott i reszta nie są rodzonymi wilkołakami – zauważył Stiles ostrożnie.
- Umierali – odparł Derek krótko. – Każde z nich zostało ugryzione, ponieważ nie przeżyłoby kolejnych godzin. Scott już wtedy był związany z Allison, i to ona przyszła do mnie. Erica, Boyd i Scott mają rodziny. Tylko nad Isaakiem mam pełną opiekę – wyjaśnił nie wdając się w szczegóły.
Stiles przez chwilę przyswajał informacje i w końcu kiwnął głową bez słowa.
- Chcesz wiedzieć kim jesteś w watasze – stwierdził Derek, odgadując, że chłopak wciąż próbuje, jakoś umiejscowić się w tej hierarchii.
Oczywistym było, że pewnego dnia będzie Drugim. Scott był najstarszym i najsilniejszym do tej pory, ale Stiles przebijał go doświadczeniem i był tylko cztery lata młodszy od alfy, co dawało mu niesamowitą przewagę. Musiał tylko poznać watahę i wykazać się. Przemiany tego typu przychodziły z czasem, gdy członkowie grupy wraz z samym Drugim odkrywali nową siłę, która pojawiła się między nimi.
Derek nigdy nie był zwolennikiem sztucznego narzucania władzy. Sam nigdy nie szukał siły w ten sposób, zwracając się bardziej w kierunku ciężkiej pracy i naturalnym procesom dynamiki, które zachodziły w każdej watasze.
Stiles pokiwał przecząco głową i Derek nie mógł nie uśmiechnąć się krzywo.
Chłopak był inteligentny i posiadał wyczucie sytuacji.
- Kim byłeś w swojej dawnej watasze? – spytał Derek, bo i to powinni uściślić.
Tych informacji nie podano w gazetach.
Stiles spiął się wyraźnie.
- Nie mam zamiaru… - zaczął Derek ostrożnie, gdy cisza przedłużała się.
- Alfa była moją matką – wyjaśnił Stiles, przełykając ślinę.
Łowcy zostawiali przywódców na sam koniec, aby mogli patrzeć na rozpad całej swojej watahy. Stiles widział, więc nie tylko, jak jego rodzina zostaje zamordowana, ale jak torturowano jego matkę. Nagle pożar wydał się Derekowi niezwykle łagodną formą straty rodziny.
- Jestem… Byłem najstarszym synem – dodał Stiles ostrożnie.
- Następcą alfy – dopowiedział Derek.
Status rodziny, spuścizna pokoleń, zatem przepadła wraz z ostatnią alfą Stilinskich.
Stiles kiwnął głową bardzo powoli i wziął do płuc więcej powietrza.
- Okrążyli nasz dom, mój ojciec próbował przerwać krąg – zaczął chłopak i Derek poczuł w powietrzu przebijający się zapach goryczy.
- Nie musisz mi o tym opowiadać, jeśli nie chcesz – przerwał Stilesowi zanim ten rozdygotałby się do końca.
Chłopak jednak pokiwał przecząco głową.
- Oni wszyscy mnie przesłuchiwali. Zaprowadzili mnie do psychologów, którym musiałem kłamać o tym wszystkim, co się stało – powiedział Stiles, przygryzając wargę tak mocno, że Derek zaczął martwić się, że chłopak uszkodzi wargę. – W ławie przysięgłych była beta jednej z pomniejszych watah, które nigdy nie kolidowały z naszą. Zamieszkiwali koniec stanu. Ona płakała przez wszystkie moje zeznania – ciągnął dalej Stiles. – A potem powiedziała, żebym porozmawiał z kimś, kto wie…
- Dlatego przyjechałeś tutaj? – spytał Derek niepewnie.
Stiles pokiwał przecząco głową.
- Myślałem, że Beacon Hills jest opuszczone – przyznał chłopak, co wydawało się dziwne.
- Prosiłeś o azyl – zauważył Derek przytomnie przypominając sobie, że Stiles nie zdążył się tego dnia nawet przebrać.
- Byłem tak długo wśród samych ludzi – zaczął Stilinski, drapiąc się nerwowo po dłoni. – Myślałem, że jeśli wyjedziemy gdzieś poza stan… - dodał i pokręcił przecząco głową, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że to nie był dobry pomysł. – Kiedy wjechałem tutaj poczułem, że to terytorium jest zajęte – dodał. – Odszukałem was po zapachu i… - urwał.
Derek znał dalszy rozwój wydarzeń.
- Jeśli chcesz wrócić… - zaczął Hale.
Stiles szybko pokiwał przecząco głową.
- W Kansas nie mamy już domu – przyznał cicho chłopak. – Tamta wataha lepiej zajmie się terytorium stanu. Nie ma potrzeby, żeby… - urwał.
Derek nie potrzebował, aby chłopak kończył swoją wypowiedź. Stiles zostawił swój dom, aby nie traktowano go jak złamaną sierotę. Wataha, która została sama na terytorium Kansas zapewne czułaby się w obowiązku przyjąć go do siebie. Może próbowaliby go wżenić w rodzinę, aby zapewnić sobie przyjazne spojrzenia pozostałych, okolicznych grup.
Stiles nie był idiotą, wiedział, co go czeka, jeśli zostanie w Kansas. Sam, z ojcem, którym musiał się zajmować. Melissa wcześniej poinformowała go, że stan Johna Stilinskiego miał się już nigdy nie poprawić. Mężczyzna zapadł w śpiączkę i mało prawdopodobnym było, aby obudził się, kiedykolwiek.
Ugryzienie nie było też czymś, co mogło pomóc. Stiles zapewne zorientował się już w tej sytuacji sądząc po śladach, które mężczyzna miał na sobie. Ktoś próbował ratować Johna Stilinskiego bez rezultatów i zapewne tylko cudem nie był w gorszym stanie. Na rozmowę, jednak o tym, czas miał jeszcze przyjść.
Derek wstał i wskazał dłonią na wyjście z pokoju. Sam nie kwapił się, aby czekać na Stilesa. Chciał się zorientować, jak szybki chłopak jest w rzeczywistości, gdy musi za kimś podążać. I, czy w razie potrzeby odnajdzie trop nawet na obcym, wciąż dla niego terenie. Z przyjemnością zorientował się, że nie minęła sekunda, a Stilinski stał obok niego, rozglądając się niepewnie po niewielkiej polance, na której wataha zazwyczaj ćwiczyła.
Drzewa dawały im odpowiednią ilość prywatności, a jednocześnie miejsce oddalone było od uczęszczanych szlaków.
- Czego cię uczono? – spytał Derek wprost.
Stiles stanął pewnie na nogach, jakby spodziewał się ataku w każdej chwili i może na tym naprawdę skupił się jego wcześniejszy trening. Obserwowali się przez krótki moment i Derek zdał sobie sprawę, że jest obserwowany przez młodszego wilkołaka. Stiles oceniał go tak samo, jak on oceniał jego. Zapewne chciał się wykazać na pierwszym treningu lub chodziło o zwykły pokaz siły. W normalnym starciu żadna beta nie miała najmniejszych szans z alfą, ale jednak zawsze walka mogła przebiegać różnie. Nie było powiedziane, że Stiles nie stawi większego oporu, aby udowodnić, że jest naprawdę dobrym wkładem do watahy.
Derek, nigdy nie pozwoliłby mu w ten sposób, wywalczyć sobie pozycji swojego zastępcy, ale Scott potrzebował konkurencji, z którą naprawdę mógłby walczyć.
Stiles zaatakował jako pierwszy tak, jak Derek się spodziewał. Brak cierpliwości nastolatka dał o sobie znać i Hale niemal zamarł, gdy Stilinski w połowie ruchu po prostu zatrzymał się i ręka, w której pojawiły się pazury opadła w dół. Chłopak ukląkł na trawie pachnąc nagle jak proch i krew, co było nielogiczne, bo Derek nie słyszał wystrzału. Nikogo nie było w promieniu pięciu kilometrów, bo Isaac i Scott pojechali z pozostałymi cieszyć się ostatnimi dniami wakacji.
Nie bez jego delikatnej sugestii. W przypadku Erici nie musiał, nawet używać głosu alfy.
Wiedział, że są ciekawi Stilesa, ale chłopak potrzebował przestrzeni, jak każde z nich na samym początku.
Podszedł bliżej, gdy Stiles rozdygotał się, ale Stilinski podniósł dłoń do góry, jakby chciał go powstrzymać.
- Zaraz się opanuję - powiedział chłopak wyraźnie zawstydzony. – To atak paniki – dodał, co jednak nie tłumaczyło wiele.
Derek widział kilka takich i przeważnie dotyczyły niemożliwości złapania oddechu. Czasami serce opanowanego paniką biło nierówno, a tymczasem oddech Stilesa był stabilny, a puls silny.
Nie słyszał kłamstwa w głosie chłopaka, więc może Stiles sam nie wiedział, co to jest. Chciał go dotknąć, aby odjąć trochę napięcia, które opanowało całe ciało nastolatka, ale chłopak odepchnął go w lot pojmując jego intencje.
- Zaraz – powiedział odrobinę ostrzej i Derek warknął ostrzegawczo na ten ton.
Ciało Silesa spięło się jeszcze mocniej, co wydawało się wręcz nieprawdopodobne i chłopak wydał z siebie westchnienie ulgi, nagle się prostując. Jego oczy przez krótką chwilę błyszczały lodowatym błękitem, który Derek, aż nazbyt dobrze znał.
Stiles zamrugał, a potem uciekł wzrokiem nagle speszony. Cisza zawisła między nimi, gdy chłopak żuł swoją wargę, zdenerwowany.
- Nie miałeś tego zobaczyć – powiedział Stilinski w końcu.
Derek skinął po prostu, ale się nie rozluźnił. Obserwował tylko, jak chłopak przenosi ciężar z jednej strony ciała na drugą, pokonany.
Obaj wiedzieli, że nie mówią o niewielkim załamaniu, którego Derek był świadkiem. Po traumie takiej, jak ta, wilkołaki miewały problemy z kontrolą. Czasami nie potrafiły się przemóc, kiedy instynkt nie pozwalał im się schować i kazał walczyć, jak wilk, który ich kontrolował. Ich natura była skomplikowana. Byli drapieżcami, ale nie mordercami. Musieli być w pogotowiu i bronić się, walczyć, gdy zajdzie taka potrzeba.
Wilkołaki, które w jakiś sposób same eliminowały się z walki, uważano za słabe. W dawnych czasach Stilesa wypędzono by z każdej watahy. A sam nie przeżyłby zbyt długo pozbawiony stabilizacji.
Byli jednak ludźmi i cywilizacja wiele zmieniła. Nie walczyli codziennie o pożywienie i przeżycie. Nie musieli być silni w każdej sekundzie swojego życia. Stiles wstydził się swojej słabości i Derek nie był zaskoczony.
Obaj jednak wiedzieli, co oznacza niebieski błysk w oczach wilkołaka.
- Nie wszyscy członkowie mojej rodziny umarli od razu – wyszeptał cicho Stiles i Derek sądził, że się przesłyszał.
Śmierć z litości.
Spojrzał na chłopaka, kiwnąwszy tylko głową. Nie pytał, jak wiele cierpienia musiał skrócić Stiles. Nie chciał wiedzieć ilu łowców zginęło z jego ręki.
- Chcę spróbować jeszcze raz – powiedział chłopak, patrząc na niego z wyzwaniem w oczach, jakby spodziewał się, że Derek odmówi mu i nazwie go słabym.
- Myślisz, że będzie lepiej, jeśli to ja cię zaatakuję? – spytał Derek bez najmniejszego wahania w głosie.
Przechodzili, to z Isaakiem przez kilka tygodni.
Stiles pokiwał przecząco głową.
- Byłem ofiarą zbyt długo - powiedział chłopak, podejmując jakąś decyzję, której Derek nie zamierzał dociekać.
Sam składał sobie kiedyś tysiące obietnic i większości nie dotrzymał.
Stiles wyprostował się i tym razem ustawił tak, jak Derek kilka minut wcześniej. Spiął mięśnie szykując się do ataku i może czekając, aż jego alfa będzie w mniej dogodnej pozycji. Ruszył do przodu ze zbyt małą pewnością i Derek złapał go za nadgarstek, przerzucając za siebie. Nie wbił mu zębów w kark, ale chwycił za skórę na szyi na tyle mocno, aby chłopak policzył to za swoją niewielką porażkę.
Z przyjemnością poczuł, że Stiles nie panikuje, że jego serce bije stabilnie i silnie, z determinacją, a nie goryczą przegranej, która tu i teraz nie miała znaczenia.
- Jesteś wykuty w ogniu i krwi – powiedział Derek, przypominając sobie słowa, które kiedyś przed laty wypowiedziała Laura.
Nigdy dotąd tego nie rozumiał.
Stiles spojrzał na niego z czystym zaskoczeniem na twarzy, gdy podnosił się z trawnika.
- Jesteś wykuty w ogniu i krwi – powtórzył Derek. – Wiesz, jak wykuwa się najmocniejszą stal? – spytał retorycznie.
Stiles wydawał się nagle rozumieć o, co chodzi Derekowi, bo ruszył do przodu bez ostrzeżenia i tym razem udało mu się dosięgnąć jednego z żeber Hale'a. Derek, jednak z łatwością znowu przerzucił go za siebie.
- W ogniu, krwi i pocie – powiedział Stiles, ocierając czoło.
