Stiles ponownie wstał tak, że Derek obudził się dopiero na dźwięk silnika. Isaac pomachał mu nawet, gdy dostrzegł go w oknie. Pozostali jeszcze poprzedniego wieczoru wrócili do swoich domów, odkąd następnego dnia normalnie odbywały się zajęcia. Cicha umowa z rodzicami całej trójki polegała na tym, że rozkazem alfy popędzał ich do nauki. Obecność Stilesa też wpływała na nich ambicjonalnie. Szczególnie Isaaka, który uważany był do tej pory za tego, który przeszedł najwięcej.

Derek nie był nawet zdziwiony, gdy podczas zakupów w mieście dołączyła do niego Kali. Nie wiedział, jak wilkołaczyca wyśledziła go na otwartym terenie, ale zapewne Deucalion miał swoje sposoby.

- Derek – przywitała się uprzejmie kobieta, ale w jej głosie słyszał charakterystyczną nutkę szacunku, który cechował wszelkie kontakty pomiędzy betą a alfą.

Przebywając wśród ludzi nie używali tytułów.

- Kali – odparł krótko i zerknął na listę zakupów, którą zrobił Stiles.

Nie wiedział, nawet, kiedy chłopak przejął jeden z domowych obowiązków. Wiele umknęło mu przez ostatnie tygodnie i od rana nie mógł przestać myśleć o Stilesie. To, jak się do siebie odnosili, wydawało mu się teraz takie naturalne. A jednocześnie wciąż czegoś mu brakowało. Coś umykało mu przez ten cały czas i teraz wiedział już, dlaczego.

Nie mógł pozbyć się tej myśli z głowy i czuł się tak, jakby znowu byli na dzień przed pełnią.

- Wiele na głowie – rzuciła kobieta, idąc wraz z nim wzdłuż półek. – Wyobrażam sobie, że ta funkcja spadła na ciebie niespodziewanie – dodała na tyle enigmatycznie, żeby matki z dziećmi nie zainteresowały się jej słowami.

- Raczej nikt nie wygląda takiego awansu – odparł szybko, biorąc głębszy wdech.

Rozmowa o zmarłej rodzinie na środku warzywniaka wydała mu się nie na miejscu, ale Kali najwyraźniej zamierzała nadal mu towarzyszyć. Nie wiedział dokładnie, gdzie jest Deucalion, ale w Beacon Hills nie było, aż tak wielu hoteli.

- Masz ochotę na kawę? – spytał, decydując, że jeśli Kalia chciała wypytywać go o bliskich, zamierzał, przynajmniej rozmawiać w komfortowych warunkach.

Kobieta uśmiechnęła się do niego szeroko.

ooo

Kali wychodziła akurat wtedy, gdy Stiles parkował na podjeździe. Isaac zabrał swoją torbę z tylnego siedzenia, rzucając zaciekawione spojrzenie w stronę kobiety, ale nie zatrzymał się ani na chwilę.

- Wiem, że powiesz mi, że nie możemy zabić Harrisa, ale koleś doprowadzi do mojego końca. Sprawdzian! Jutro! – rzucił chłopak, znikając we wnętrzu domu.

Kali zaśmiała się lekko.

- Cześć – przywitał się Stiles, stając koło nich niepewnie. – Nie wiedziałem, że mamy gości – dodał tonem, którego Derek do końca nie rozszyfrował.

- Wpadłam tylko na kawę – wyjaśniła Kali szybko. – Zawsze lepiej pewne sprawy omówić tylko we dwoje – ciągnęła dalej. – Szczególnie, gdy masz dom wypełniony po brzegi nastolatkami – dodała.

Stiles zmarszczył brwi, jakby ten komentarz do końca mu się nie podobał. Zacisnął dłoń mocniej na ramiączku plecaka, gdy wzruszył ramionami uśmiechając się wymuszenie.

- Pewnie masz rację – odparł chłopak, zostawiając ich samych.

Wzrok Kali podążył za szczupłą sylwetką i Derekowi nie spodobało się, jak kobieta obserwuje Stilesa. Zauważył, to już poprzedniego dnia, ale wtedy sądził, że mu się przewidziało.

- Chyba ciężko zniósł stratę rodziny – podjęła Kali konwersacyjnym tonem.

Derek instynktownie miał ochotę stanąć w obronie Stilesa, ale przypomniał sobie, dlaczego tak naprawdę Deucalion tutaj był. Nie wiedział, jak chłopak zareagowałby na taką propozycję. Nie chciał tracić kolejnego członka watahy. I przede wszystkim, nie Stilesa. A nie miał pewności, czy chłopak nie wolałby życia w większej nie tak odciętej społeczności.

Nie miał wątpliwości, że jego wataha na Stilesie nie zrobiła zbyt wielkiego wrażenia. Byli zgrani i czynili postępy, ale wciąż brakowało im struktur i doświadczenia. Nie byli rodziną, którą Stiles znał z dzieciństwa, a za którą Derek też czasami tęsknił.
Stilinski mógł odejść z Deucalionem, nawet tylko porwany potrzebą uczestniczenia w czymś większym. Może nie miałby nawet łowców pod samym nosem, którzy spędzaliby mu sen z powiek.

- Wciąż nad tym pracujemy – odparł zatem Derek, rejestrując z przyjemnością, że jego serce nie drgnęło.

Nie było, to w końcu kłamstwo.

ooo

Stiles kręcił się po salonie odrobinę nerwowo. Isaac zamknął się w swoim pokoju nad podręcznikami z chemii, więc starali się dać mu przestrzeń, ale najwyraźniej, nawet to nie pomagało.

- Starałem się mu wyjaśnić różnicę między ketonami i aldehydami, ale to bezskuteczne – przyznał Stiles z westchnieniem.

Derek opadł na kanapę, starając się wygłuszyć dźwięki nerwowego stukania, które dochodziły z piętra.

- Rozmowa się udała? – spytał Stiles ciekawie, zaskakując go.

Chłopak przeważnie nie interesował się jego rozmowami. Nie odbywał takowych wiele, ale ta z Kali na pewno należała do prywatnych i Stiles musiał o tym wiedzieć. Jeśli właśnie ignorował jedną z zasad dotyczących nie wtrącania się w cudze życie, musiał mieć naprawdę dobry powód,

- Kali jest dość… - zaczął Derek i nie wiedział, nawet jak to określić.

Dziewczyna wydawała się miła i szczera. Rozmowa z nią naprawdę przyniosła mu przyjemność. Jednak było w niej coś lekko odpychającego.

- Ofensywna – odparł Stiles.

Musiał przyznać mu rację. Tego właśnie mu brakowało.

- Długo zostaną w mieście? – pytał dalej Stiles.

Derek wzruszył ramionami.

- Deucalion nigdy otwarcie nie wyznaczył daty – przyznał z westchnieniem.

Stiles kiwnął głową, przyjmując to do wiadomości.

- Spróbuję wytłumaczyć mu, to jeszcze raz – zaczął chłopak i sugestywnie zerknął w sufit.

Isaac właśnie rzucił książką do chemii, o ile słuch nie mylił Dereka.

ooo

Kali pojawiła się z ojcem na ich progu w kilka godzin później. Stiles wpuścił ich do środka równie zdziwiony jak Derek. Nie umawiali spotkania, ale kobieta trzymała w dłoniach kilka pudełek pizzy.

- Wiem, że to żadna kolacja, ale chcieliśmy się odwdzięczyć za wczorajsze zaproszenie – zaczął Deucalion. – Jeśli tylko będziecie w naszej okolicy, zapraszamy – dodał, kierując się po omacku w stronę kuchni.

Stiles niemal natychmiast podał mu ramię, a Derek pomógł Kali z pizzami. Wątpił, aby dali radę zjeść wszystko. Isaac kiedy był zdenerwowany prawie niczego nie mógł przełknąć.

Stiles nie wydawał się mieć takich problemów. A może Derek po prostu po raz pierwszy zauważył, jak wiele potrafi zjeść chłopak. Stilinski sam pochłonął prawie trzy pizze i wszystko byłoby w porządku, bo Derek zjadł tylko odrobinę mniej, ale wciąż miał przed oczami wystające żebra chłopaka.

- Ech, młodzież – westchnął Deucalion. – Gdzie im się, to wszystko mieści – dodał mężczyzna.

- Dorastam – poinformował wszystkich Stiles i brzmiało to, jak stała wymówka, której używał.

Może wcześniej, w Kansas też dokuczano mu z powodu szczupłej sylwetki i ogromnego apetytu. Derek zastanawiał się, czy za kilka lat, kiedy jego metabolizm zwolni, Stiles nabierze okrąglejszych kształtów, ale mocno w to wątpił.

Chłopak miał szczupłe nadgarstki i składał się wyłącznie z długich, chudych kończyn.

- Idealnie wpasowałeś się w watahę, którą tworzy Derek – powiedziała Kali tonem, którego do końca nie rozumiał.

Nie brzmiało to jak obraza, ale też nie do końca komplement w stronę Stilesa. I najwyraźniej kobieta czekała na jakiś komentarz, bo cisza zaczynała się przedłużać i Deucalion też nie wydawał się zainteresowany jej przerywaniem.

- Dobrze jest poznać swoje miejsce – powiedział Stiles spokojnie, chociaż Derek doskonale widział, jak zaciśnięte miał szczęki.

Kali kiwnęła głową, jakby w pełni się z nim zgadzała.

- Poczucie przynależności jest najważniejsze – odezwał się w końcu Deucalion, przerywając napięcie, które zawisło w powietrzu. – Tak mawiała twoja matka, alfo Hale – powiedział całkiem poważnie mężczyzna.

- Pamiętam wszystkie słowa swojej matki – odparł Derek, robiąc głębszy wdech.

Stiles wstał od stołu bez słowa i zabrał się za sprzątanie. Puste pudełka trafiły do kosza niemal natychmiast i zrobiło się o wiele więcej miejsca.

- Kawy? Herbaty? Cokolwiek do picia? – spytał chłopak, podchodząc bliżej.

Deucalion akurat ponownie zaczął opowiadać o czasach, gdy dobrze znali się z jego matką. Derek słyszał te opowieści dziesiątki razy z ust matki i jakąś dziwną przyjemność sprawiało mu, że ktoś jeszcze tak dobrze ją wspomina.

- Wody – poprosiła Kali, nie odrywając od Stilesa spojrzenia.

Derek mógł przysiąc, że kobieta przyszpilała Stilinskiego wzrokiem do każdej płaskiej powierzchni i wilk w nim nie był z tego zadowolony. Odkąd doszli do wewnętrznego porozumienia, starali się trzymać od Stilesa na taką odległość jaką narzucił chłopak. Krępowali go, czuli to obaj. Stiles, przecież nie od początku chciał biec u jego boku podczas pełni. Wymanewrowali sytuację tak, że zostali sami.

Stiles przyniósł dzbanek z wodą i szklanki, chociaż Deucalion odmówił. Przed nim położył filiżankę z herbatą i cytryną, dokładnie taką, jak pijał Derek.

Dłoń chłopaka musnęła jego ramię i zerknął wyżej, dostrzegając, że Stiles nie zwraca na niego najmniejszej uwagi, pochłonięty składaniem serwetek.

Kali jednak nic nie umknęło, więc szybko wrócił do rozmowy ze starszym alfą.

ooo

Kiedy położyli się wieczorem do łóżka, Stiles obrócił się na bok, spoglądając na niego w milczeniu. Przeważnie zamieniali ze sobą słowo lub dwa, a teraz panowała między nimi nieprzyjemna cisza.

- Martwisz się – stwierdził chłopak, jak zawsze po mistrzowsku odczytując jego emocje.

Derek przygryzł wargę. Nie powinien okazywać słabości przy nikim – tak zawsze działała jego matka. Każdy członek ich rodziny wiedział, że jej oschłość była tylko pozorna, ale w chwilach załamania zawsze na niej polegali. I nikomu nigdy nie przeszło przez myśl, że ona też jest człowiekiem.

Stiles wydawał się naprawdę mocno zaniepokojony.

Jego oczy nie były już jasnobrązowe i ciepłe. Przypominały kolor gliny po deszczu. I to nie było przyjemne skojarzenie.

- Sądzisz, że długo tutaj zostaną? – spytał Stiles wprost, gdy nie doczekał się odpowiedzi na poprzednie pytanie.

Uniósł się na łokciach, spoglądając na chłopaka z góry.

- Nie dłużej niż to konieczne – odparł Derek.

Stiles prychnął, jakby nie spodziewał się żadnej, innej odpowiedzi.

ooo

Wpadał na Kali przypadkowo kilka razy. Kobieta podjechała parę razy do niego do domu, gdy bety były w szkole i Stiles zawsze marszczył nos, gdy wyczuwał zapach Kali. Przynajmniej, to stanowiło pewną pociechę, bo wilkołaczyca musiała wiedzieć, że nijak nie interesuje Stilinskiego. I zapewne, to przekazała ojcu.

Scott robił się coraz bardziej nerwowy. Bety instynktownie szukały u niego oparcia, gdy ich alfa zajęty był rozmowami z gośćmi, a on sam nie czuł się już pełnoprawnym zastępcą.

W ich domu pojawiło się dziwne napięcie, którego z początku nie byli do końca świadomi. Narastało z dnia na dzień i nawet treningi nie pomagały. Stiles sypiał coraz gorzej, chociaż nie budził się w środku nocy z krzykiem, jak Derek miał w zwyczaju tuż po pożarze. Derek, jednak coraz częściej łapał go na przyglądaniu mu się, gdy Stiles sądził, że nikt nie widzi.

- Chcesz porozmawiać? – zaproponował więc, gdy tylko zdał sobie sprawę, że wszyscy już śpią.

Stiles przewrócił się na bok, ignorując fakt, że kołdra zsunęła mu się z bioder. Chłopak pokręcił przecząco głową i wypuścił nadmiar powietrza z płuc, przysuwając się bliżej.

Derek nie sądził, aby wziął chociaż jeden wdech, gdy obserwował, jak Stiles zamyka przestrzeń pomiędzy nimi. Ciało chłopaka było przyjemne ciepłe i wypełniało go spokojem, którego do końca nie rozumiał.

Stiles też zdawał się rozluźniać pod wpływem jego dotyku.

- Jestem gotowy – powiedział chłopak tak cicho, że Derekowi niemal wydawało się, że się przesłyszał.

- Na, co? – spytał kompletnie nie rozumiejąc.

Czuł, jak Stiles nabiera powietrza do płuc.

- Myślę, że mogę ci się poddać – powiedział ostrożnie chłopak i Derek nigdy nie słyszał piękniejszych słów.

Starał się uspokoić swoje serce, ale Stiles na pewno zauważył zmianę w jego zachowaniu, bo zesztywniał z jego objęciach.

- Jeśli chcesz – zaczął niepewnie chłopak. – Wiem, że to tylko stary zwyczaj, ale wtedy, gdy widzieliśmy się po raz pierwszy… - tłumaczył dalej.

- Chcę – wszedł mu w słowo z nadzieją, że Stiles nie zrozumie tego niewłaściwie.