Ethan pojawił się na jego progu kolejnego poranka i Derek wpuścił go do środka trochę zaskoczony. Kali miała jego numer telefonu, więc mogli zadzwonić zamiast wysyłać oficjalnego posłańca.

Chłopak nie usiadł, ale pozwolił za sobą przynajmniej zamknąć drzwi.

- Ojciec informuje, że opuścimy was już pojutrze – powiedział Ethan.

Derek z całych sił starał się nie pokazać jak bardzo mu ulżyło.

- Chciał się spotkać w bardziej okrojonym gronie na kolacji pożegnalnej – ciągnął dalej chłopak, i to już oznaczało pewne kłopoty.

Nie uzgodnili niczego podczas poprzednich spotkań, więc jeśli jakiekolwiek propozycje miały być wysunięte, miało się to stać właśnie wtedy.

- Nie ma sensu, żebyśmy wszyscy okupowali restaurację. Nie jest to przestrzeń do rozmów – odparł, wiedząc, że właśnie na to liczył Deucalion.

Ethan uśmiechnął się odrobinę szerzej potwierdzając jego przypuszczenia. Istniało kilka metod delikatnego wproszenia się do domu watahy i ten był jednym z nich.

ooo

Stiles chodził nerwowo tam i z powrotem, wyprowadzając z równowagi całą resztę. Do przybycia Deucaliona zostało kilka minut, więc Derek położył dłoń na ramieniu chłopaka z nadzieją, że to pomoże. Stiles, jednak spiął się jeszcze bardziej.

- Wyjadą i będziemy mieć święty spokój – zawyrokowała Erica. – To tylko jedna kolacja, co może się zdarzyć? – spytała retorycznie i Derek właśnie miał zganić ją za pochopność oceny sytuacji, gdy wyraźnie usłyszał podjeżdżające samochody.

- Są – oznajmił wszystkim i Stiles wziął kilka uspokajających oddechów.

ooo

Kali wyglądała naprawdę pięknie, co tylko potwierdziło jego podejrzenia. Deucalion usiadł u szczytu stołu i splótł przed sobą dłonie.

- Obowiązki wzywają – powiedział alfa wzruszając ramionami.

- Niestety, każdego z nas to dotyczy – przyznał rację starszemu mężczyźnie.

Scott poruszył się niespokojnie, jakby oczekiwał, że w każdej chwili nastąpi załamanie. Co zaskakujące Stiles, jako jeden z nielicznych wyglądał na całkowicie opanowanego. Chłopak spoglądał tylko ukradkiem na Kali, która bawiła się wisiorkiem spoczywającym pomiędzy całkiem zgrabnymi piersiami.

- Obowiązki wykonuje się lepiej, kiedy można je z kimś dzielić – podchwyciła kobieta, lekko go dezorientując.

- Dlatego watahy mają stałą, łatwo rozpoznawalną hierarchię – wszedł jej w słowo Stiles.

Kali uśmiechnęła się sztucznie i Derek przysiągłby, że nie drgnęła jej nawet powieka.

- Niełatwo zapewne było pogodzić się z tym, że z zastępcy alfy stałeś się najniższą stopniem betą – zaczęła kobieta konwersacyjnym tonem i Derek poczuł, jak jego ciało sztywnieje.

Stiles zacisnął wargi w wąską kreskę.

- Sądzę, że… - zaczął Scott nerwowo, gdy przy stole zrobiło się ciszej.

- Uczono mnie, że każda funkcja w watasze jest równie ważna – odparł Stiles zaskakująco spokojnie. – Dobrego alfę cechuje świadomość tych zasad. Ojciec powinien ci je wpoić już dawno. Moja matka mawiała, że on był pionierem nauki o dynamice grup takich jak nasze – dodał, przekrzywiając głowę w lekkim wyzwaniu.

- Pan Stilinski ma jak najbardziej rację – wtrącił się szybko Deucalion, odchrząkując. – Nigdy nie sądziłem, że wśród bet panuje taka konkurencja – dodał mężczyzna, starając się zażartować, ale nie wyszło to za dobrze.

Napięcie, które odrobinę opadło, gdy dowiedzieli się o wyjeździe Deucaliona, ponownie wróciło, sprawiając, że Derek miał gęsią skórkę.

Coś przestało się kleić. Kali oficjalnie zaatakowała Stilesa, więc raczej nie próbowali chłopaka zjednać do siebie, jak początkowo się obawiał. Stiles siedział sztywno na swoim krześle starając się nie wykonywać zbyt wielu ruchów. Ta oszczędność świadczyła tylko o tym, że szykował się do ataku. A tego właśnie Derek na terytorium ich watahy chciał uniknąć…

Wiedział, że Deucalion jest rozsądnym człowiekiem, ale nie miał tego samego zdania na temat Kali.

- Obowiązki alfy faktycznie są dość specyficzne – podjął mężczyzna, starając się nie zwracać uwagi na napięcie, które panowało.

- Przygotowany do roli alfa wraz z dobrym zastępcą są w stanie im sprostać – rzucił Stiles niby mimochodem.

Kali spojrzała na niego z krzywym uśmieszkiem.

- Tymczasem w waszej watasze pierwszym po alfie jest kilka lat temu ugryziony nastolatek, który nie zna naszych zwyczajów – powiedziała kobieta, pijąc najwyraźniej do Stilesa.

Chłopak skurczył się trochę i Kali zauważyła, że trafiła na podatny grunt.

- Alfa powinien mieć partnera, który jest mu równy stopniem – podjęła kobieta. - Najlepiej pochodzącego z szanującej się rodziny. Wielkość watahy, która stoi za nim też na pewno jest pewnym atutem – dodała.

Stiles podrapał się nerwowo po przedramieniu.

- Jestem następcą mojego ojca – poinformowała wszystkich bez cienia skromności w głosie i Derek nagle wiedział do czego, to wszystko zmierza.

- Kali – zaczął ostrożnie, ale kobieta spojrzała na niego wyczekująco, jakby spodziewała się odpowiedzi na pytanie, którego przecież nie zadała. – Źle zrozumiałaś moją przyjaźń, chyba powinniśmy porozmawiać na osobności – dodał, starając się być delikatnym, ale policzki kobiety poczerwieniały.

Deucalion zmarszczył brwi, odwracając głowę w jego stronę.

- Fuzja naszych watah – zaczął starszy alfa.

- Beacon Hills jest moim dziedzictwem, a wataha panująca nad tym terytorium nie może być zbyt duża. Żyjemy w równowadze z łowcami, więc to uniemożliwia ekspansję. Jedyna sensowna polityka, jaką moglibyśmy prowadzić to handlowa. A w tej chwili moje bety są zajęte egzaminami w szkole, a nie planami zakładania własnych firm – wyjaśnił i Deucalion kiwnął głową.

Kali patrzyła na niego wściekle przez krótką chwilę, a potem zwróciła się w stronę Stilesa.

- Partner alfy musi być równie silny, co on – warknęła kobieta, sprawiając, że Stiles podskoczył na swoim krześle. – Możesz krążyć wokół niego… - ciągnęła dalej i Stiles zaczerwienił się wściekle, wciskając się głębiej w fotel.

- Kali – warknął jej ojciec, starając się doprowadzić ją do porządku.

- Możesz być na każde zawołanie i grzać mu łóżko, ale pamiętaj, że jesteś tylko mała sierotą, która straciła jedyną nadzieję swojego rodu wraz z matką – dodała kobieta, podnosząc się odrobinę na krześle.

Stiles wpatrywał się w nią w czystym szoku, a potem jego serce zaczęło bić z szaleńczą prędkością, gdy złość zagościła w jego oczach. Chłopak starał się oddychać, ale ewidentnie miał z tym problem.

Scott zerwał się z krzesła, ale Stiles odepchnął go z siłą, której raczej nikt się nie spodziewał. Młody wilkołak spojrzał na kobietę, błyskając na przemian błękitem tęczówek i czerwienią, której Derek się nie spodziewał.

- Cholera – stwierdził Isaac, pomagając wstać Scottowi.

Stiles wciąż wgapiał się w Kali, a jego ciało wibrowało i Derek zdał sobie nagle sprawę, że ten jeden, jedyny raz gdy chłopak trząsł się podczas burzy, nie był ze strachu.

Powstrzymywanie przemiany tak drastycznej jak ta, bolało. Pamiętał pierwsze dni agonii, gdy przyzwyczajał się do nowej pozycji w grupie i zmian, które zaszły w jego ciele.

Stiles był szczupły, a forma alfy naprawdę ogromna. Ból, który niosła przemiana musiał być przerażający.

- Odejdziesz – warknął chłopak, wciąż wyglądając jak człowiek, chociaż jego twarz balansowała niebezpiecznie na granicy beta formy.

Dzieci Deucaliona odciągnęły go od stołu, co było raczej rozsądnym pomysłem, bo Stiles w każdej chwili mógł stracić kontrolę.

Kali wpatrywała się w niego w niemym przerażeniu, chyba nagle zdając sobie sprawę, że cały ten czas prowokowała alfę. Kogoś, kto był dziesiątki razy silniejszy od niej.

- Stiles – powiedział Derek.

Chłopak odwrócił się nagle w jego stronę i jego oczy na tę krótką chwilę wyglądały na ludzkie.

- Przepraszam – wyrwało się z ust młodego wilkołaka, gdy bezceremonialnie wybiegł z kuchni.

Drzwi wyjściowe trzasnęły nim, ktokolwiek zdążył zareagować.

- Spotkanie skończone – warknął, spoglądając na Kali.

Deucalion chyba zamierzał coś powiedzieć, ale kolejny trzask drzwiami musiał go przekonać o bezcelowości.

ooo

Nie było takiej możliwości, aby dogonić Stilesa. Isaac i Scott zgubili trop i nic nie wskazywało na to, że chłopak zamierzał posłuchać nawoływań Eriki. Derek najdłużej został w lesie jeszcze raz analizując wszystko, co wiedział.

Stiles nie mógł zaatakować alfy na ich terytorium, bo dowiedziałby się o tym bardzo szybko. Balans sił był w naturze stały.

Musiał zatem pojawić się już takim i Derek do końca nie rozumiał, dlaczego Stiles pierwszego dnia nie przyznał, że jest alfą szukającym po prostu wytchnienia. Nie wyrzuciliby go. Nie próbowaliby zabić. Istniał kodeks między watahowy, który wyraźnie uwzględniał takie przypadki.

Teraz nie dziwiło go, że Stiles nie był w stanie okazać mu uległości. Scott odniósł też dobre wrażenie w kwestii balansu sił. Wszystko zaczynało układać się w logiczną całość.
Derek nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jakąś częścią swojej osobowości podejrzewał, że w Stilesie jest coś więcej.

Nie wiedział dokładnie, w którą stronę biegł, ale nie było, to ważne. Nigdzie nie było ani śladu po chłopaku. Skoro tak dobrze ukrywał fakt, iż jest alfą, zamaskowanie drogi ucieczki, zapewne było dla niego drobną igraszką.

Derek nie mógł przestać podziwiać jego sprytu i inteligencji.

- Zamierzasz się mnie pozbyć? – spytał chłopak zaskakując go w ciemności.

- Nie bądź śmieszny – westchnął Derek.

Stiles podszedł bliżej już w ludzkiej formie. Spodnie luźno zwisały mu na biodrach, a koszulka zapewne leżała rozerwana gdzieś na strzępy. Derek, i to znał z autopsji.
Chłopak wydawał się niemal drobny, gdy robił niewielkie kroki w jego stronę.

- Nie mogę wyjechać bez mojego ojca – powiadomił go Stiles, przygryzając wargę.

- Szukasz terytorium do zajęcia, o to ci chodziło? – upewnił się Derek.

Stiles pokręcił przecząco głową.

- Nie. Gdybym chciał watahy… Gdybym chciał swojej własnej watahy – poprawił się chłopak. – Zostałbym w Kansas – wyjaśnił.

Derek kiwnął głową.

- Dlaczego nie zostaniesz u nas? – spytał wprost.

Stiles spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.

- Mógłbym dalej udawać twoją betę – zaczął chłopak wyraźnie źle odczytując jego intencje.

- Dlaczego miałbyś to robić? – spytał Derek. – Widziałem, co się działo tamtej nocy, gdy była burza…

- Bardzo rzadko tracę kontrolę, przysięgam… - zaczął Stiles.

- Nie o to mi chodziło – przerwał mu.

Chłopak wpatrywał się w niego z niedowierzaniem i Derek nie bardzo wiedział, jak powinni, to wszystko rozegrać. Od samego początku bał się, że Stiles odejdzie. Słowa Kali wróciły do niego niemal natychmiast. Wcześniej działo się tak wiele, że nie zdążył nawet wszystkiego przeanalizować.

- Czy to, co powiedziała Kali jest prawdą? – spytał ostrożnie, nie chcąc spłoszyć chłopaka.

- Nie straciłem dziedzictwa mojego rodu – sarknął Stiles. – Jestem… jestem alfą Stilinskim, synem Claudii. Nikt tylko nie rozumie, że nie chcę mojej rodziny zastępować kimś innym – powiedział i Derek wyczuwał jego gorycz.

- Nie o tym mówiłem – zaczął, robiąc kolejny, ostrożny krok.

Serce Stilesa znowu zaczęło bić szybko, gdy zdał sobie sprawę, co tak naprawdę miał na myśli Derek.

- Przeniosę się do swojego pokoju na stałe – obiecał chłopak bardzo szybko.

- Dlaczego cały czas wyciągasz pochopne wnioski? – zirytował się Derek. – A może ja chcę, żebyś został w moim pokoju. Kali wspominała, że alfie potrzebny jest silny partner i za takiego cię uważałem już w chwili, gdy pojawiłeś się na podjeździe naszego domu. Nie liczy się dla mnie czy jesteś betą, czy alfą, czy omegą – wziął głębszy wdech przerywając na chwilę.

Stiles wciąż stał naprzeciwko niego, przyglądając mu się, jakby widział go po raz pierwszy.

- Powiedziałeś Scottowi, że się zakochałeś – podjął Derek, korzystając z okazji. – To nie był chłopak spod trybun.

Stiles spuścił głowę, jakby wstydził się całej historii. I dobrze, bo Derek zaczynał jej nienawidzić. Temperatura ciała chłopaka wzrosła odrobinę, gdy milczeli po środku niczego.

- Jesteś dla mnie kimś ważnym. Zdałem sobie z tego sprawę, gdy myślałem, że Deucalion przyjechał tu za tobą – przyznał, bo w ten sposób chyba lepiej szła im komunikacja.

- Kali wbiła sobie do głowy, że będziesz wraz z nią prowadzić watahę – prychnął Stiles, nagle zirytowany i Derek poczuł przyjemne ciepło, które rozlało mu się po ciele.

- To, dlatego tak bardzo byłeś niezadowolony z jej widoku – odgadł.

Nikt jeszcze nigdy nie był o niego zazdrosny i musiał przyznać, że to było przyjemne uczucie.

- Myślałem, że chcą ci zaproponować przeniesienie się na ich terytorium. I nie wiedziałem, co odpowiesz, bo wiem, jak mnie brakuje rodziny… - wyznał Derek.

- To nie byłaby moja rodzina – odparł Stiles, przysuwając się tak blisko, że stali ze sobą twarzą w twarz.

- Pójdziesz ze mną do domu? – poprosił Derek.

Chłopak objął go ostrożnie, jakby wciąż się bał tego wszystkiego.

- Naszego domu – powiedział Stiles, kiwając lekko głową na znak zgody.

Derek zaciągnął się mocniej zapachem jego ciała, prochu i krwi.