ROZDZIAŁ CZTERNASTY
Shelby Corcoran, postanowiła rozpocząć przyjęcie swej adopcyjnej córki, Beth punktualnie o 15:00. Dla dziewczynki było to wielkie wydarzenie, gdyż to właśnie dzisiaj kończy dziesiąte urodziny (to niczym słodka szesnastka lecz w wersji mini). Oprócz zaproszonych przez samą solenizantkę, grupy rówieśników - Shelby zaprosiła również Quinn i Pucka. W oczach małej blondynki, byli oni zaledwie „przyjaciółmi rodziny". Nie była ona świadoma ich prawdziwego pokrewieństwa. Shelby nie zamierzała ukrywać prawdy przed nią, lecz musiała poczekać aż ta dorośnie by w pełni zrozumieć znaczenie słów „adopcja" czy też „biologiczni". Świadoma była również, iż z czasem jej nader rozwinięta intelektualnie - jak na swój wiek – Beth, zacznie snuć swe podejrzenia.
Na zegarze pozostał jeszcze kwadrans do oficjalnego rozpoczęcia ów wydarzenia, lecz mimo wcześniejszej pory, w Bronxowskim mieszkaniu – rozległ się pierwszy dźwięk pukania – sugerujący nadejście pierwszych gości.
Shelby ochoczo otwarła drzwi by po chwili powitać znajome jej twarze, uprzednio zostając prawie stratowana przez wbiegające entuzjastycznie dzieci. Rodzice dwóch rudowłosych bliźniaczek, uśmiechnęli się na widok reakcji własnych córek a po przywitaniu przez Shelby, automatycznie ruszyli w kierunku solenizantki. Po złożeniu życzeń oraz wręczeniu prezentu – za który Beth grzecznie podziękowała – powrócili do gospodyni by dogadać szczegóły dotyczące godziny, na którą powinni stawić się w celu odebrania pociech. Takową rutynę, wykonało większość rodziców. Jedynie kilkoro postanowiło zostać na drobnym poczęstunku. Takowe wizyty jednak nie trwały długo, gdyż nie chcieli psuć dzieciom zabawy.
Nikotyna, która powoli lecz intensywnie zaczęła kursować w jej krwiobiegu, nigdy nie wydawała się Quinn aż tak kojąca. Stojąc na schodach, prowadzących ku głównemu wejściu budynku mieszkalnego w nowojorskiej dzielnicy Bronx – Quinn oparła się o barierkę by co jakiś czas zwolnić drogę, mijającym ją rodzinom. Zauważyła jak to na twarzy każdego dziecka, malował się szeroki uśmiech podczas gdy w dłoniach trzymały przeróżne podarki. Takowe zamieszanie, utwierdziło ją o tym iż to właściwy adres. Pomimo iż impreza trwała od pół godziny, Puck wciąż był nieobecny. Fakt ten, dodatkowo targał nerwami Quinn która już i tak była kłębkiem nerwów. Będąc jeszcze na lotnisku Londyn Luton, kilka dni temu, obiecała sobie nie palić podczas urlopu. Przez pierwsze dni dobrze jej szło lecz teraz … nerwy spowodowane ową wizytą plus nieobecność Pucka, zmusiły ją do kupna paczki. Będąc w połowie drugiego papierosa, odczuła delikatną ulgę gdy z parkującej taksówki wysiadł Puck. Quinn nie musiała nic mówić. Po uregulowaniu płatności, Puck ruszył w jej kierunku z podniesionymi dłońmi w geście poddania się. Zaczął ją szczerze przepraszać za spóźnienie, tłumacząc się korkami. Dla niej powód był jednak nieważny. Najważniejsze było to, że w końcu się zjawił. Obiecała sobie wcześniej, że po skończeniu papierosa sama wejdzie na górę. Nie chciała tego jednak. Trema i nerwy były już i tak wystarczająco wysokie by jeszcze dodatkowo wzmacniać je faktem, iż będzie musiała sama stawić im czoła.
Nagle, solidarnie do jej ostatniego bucha, zawibrował również jej telefon. Po wyrzuceniu kiepa, sięgnęła do lewej kieszeni płaszcza by odczytać nową wiadomość:
„Powodzenia u Shelby. Spokojnie, bez nerwów dasz radę. Wierzę w Ciebie. Pamiętaj, ze trzymam kciuki a myślami jestem tuż obok. Postaraj się dobrze bawić i do zobaczenia wieczorem xo S".
Podczas drugiego odczytywania wiadomości, po usłyszeniu z ust Pucka – Gotowa? - Quinn, z czystym sumieniem i delikatnym uśmiechem na twarzy, odpowiedziała twierdząco. Kilka minut później, kroczyli już klatką schodową w stronę mieszkania Shelby.
Ku jej własnemu zaskoczeniu, Shelby bardzo ucieszyła się na widok starych znajomych. Po powitalnych uściskach, Puck ruszył w głąb mieszkania by złożyć życzenia Beth. Tymczasem Quinn nerwowo rozglądała się, stojąc jeszcze w holu mieszkania.
- Quinn!... - usłyszała gdzieś z oddali. W chwili gdy spojrzała w kierunku z którego dobiegało ów wołanie, mała istota energicznie uderzyła w jej nogi, oplatając ją w pasie jednocześnie rękoma.
Beth
Quinn spojrzała w dół jak dziesięcioletnia już Beth, wtula się w nią.
- Ale super, że przyjechałaś Quinn – stwierdziła dziewczynka
- Ja też się cieszę mała
Podnosząc wzrok, Quinn zauważyła zbliżającego się z serdecznym uśmiechem Pucka. Oczy ponownie naszły jej łzami lecz tym razem były to łzy szczęścia. W końcu poluźniła uścisk by po przykucnięciu, spojrzeć prosto w twarz jej biologicznej córki. Jej wielkie zielone oczy aż świeciły z radości.
- Nie sądziłaś chyba, że zapomnę o tak ważnym wydarzeniu, co? To w końcu dziesiąte urodziny. Nie jesteś już dzieckiem tylko młodą panną
- Wiem – odpowiedziała dumnie solenizantka
- Tak więc młoda damo, wszystkiego najlepszego w tym wyjątkowym dniu – po tych słowach, Quinn sięgnęła do prawej kieszeni by po chwili wręczyć prezent urodzinowy. Po otwarciu zamszowego, podłużnego pudełka, przed oczami Beth ukazał się srebrny łańcuszek z - wysadzaną cyrkoniami - literką „B". Reakcją Beth było wielkie zdziwienie gdyż jej usta z szerokiego uśmiechu przeszły w literkę „o" świadcząc o stopniu podziwu w jakim się znalazła.
- Podoba Ci się? - zapytała z ciekawością Quinn
- Wooooow. To jest takie śliczne! Dziękuje Quinn
Beth ponownie przytuliła Quinn lecz tym razem zaplatając ręce na jej szyi. Na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech a po zamknięciu oczu oraz objęciu wtulonej Beth, jedna z wcześniej wstrzymywanych łez, w końcu uwolniła się by powoli spłynąć po policzku szczęśliwej Quinn.
Puck również nie pozostał dłużny. Składając życzenia małej blondynce, wręczył jej swój prezent - którym była konsola do gier xbox360. Oprócz uśmiechu oraz podziękowania, dostał również całusa w policzek. Z szerokim uśmiechem, wraz z Quinn i Shelby, radośnie obserwował jak energiczna blondynka odbiega w głąb mieszkania by dołączyć do zabawy z innymi dziećmi.
Dwie godziny minęły a w uprzednio „pełnej chacie" pozostała jedynie garstka dzieci. Dwoje z nich, zaplanowany miało nocleg. Owe dwie dziewczynki, były bowiem najlepszymi przyjaciółkami Beth. Spoglądając na dziesięcioletnią blondynkę Crystal oraz jedenastoletnią Carmen, której latynoamerykańskie, wyraziste rysy zapowiadały przyszłą urodę – Quinn aż śmiała się wewnętrznie. Czuła się niczym obserwator jej własnego życia. Widząc bowiem uderzające podobieństwo do „pewnych" jej przyjaciółek, nie mogła się powstrzymać by myślami nie krążyć wokół Santany. Pomimo iż wciąż nie podjęła decyzji odnośnie charakteru ich wieczornego spotkania – randka czy przyjacielski wypad – nie pozwalała, by negatywne myśli zepsuły jej pobyt u Shelby.
Ostatnie pół godziny przed wyjściem i powrotem do mieszkania Kurta i Rachel, Quinn spędziła na obserwowaniu - jak dziewczynki grają na przemian, korzystając z prezentu Pucka.
Podczas pożegnalnych uścisków, Beth ponownie podziękowała obydwojgu zarówno za prezenty jak i ich obecność. Shelby odprowadziła ich do drzwi, dziękując również za ich uczestnictwo w tej „uroczystości" jak również zapewnić iż, ilekroć będą chętni by odwiedzić Beth, ich osoby zawsze będą mile widziane.
Nastał już wieczór. Za oknami panowały całkowite ciemności. Zimowa atmosfera, była dość widoczna mimo, iż zegar wskazywał zaledwie kilka minut po osiemnastej.
Momentalnie po przekroczeniu progu, mieszkania Rachel i Kurta, Quinn pośpiesznie zdjęła płaszcz, czapkę i buty – praktycznie biegnąc do sypialni Rachel. Nurkując w walizce, starała się znaleźć odpowiedni strój. Wiadomość od Santany …
„coś klasycznego lecz luźnego"
... nie dawało jej zbytnio wielu wskazówek. Po kilku minutach, zdecydowała się wziąć najpierw prysznic. Mając zaledwie półtora godziny do spotkania, musiała się nieco śpieszyć. Przemyślenia co do stroju, pozostawiła na sam koniec. Wewnętrznie dziękowała losowi, że w tej chwili mieszkanie jest tylko i wyłącznie do jej dyspozycji. Nie była do końca pewna czy przed jej wyjściem, uda jej się jeszcze spotkać gospodarzy. Wiedziała wprawdzie o wkrótce kończących się zajęciach Kurta lecz nie była w stanie przewidzieć czy ten automatycznie wróci do domu czy też ma już jakieś plany. Jeśli chodziło o Rachel, to nie widziała się z nią od wczorajszego wieczorku filmowego. Jedynie słyszała ją, gdy ta nagle wparowała podczas jej rozmowy z Kurtem. Lekko się tym zasmuciła gdyż, mieszkając w UK, stęskniła się za zwariowaną divą. Ten urlop, miał między innymi, być okazją by zaspokoić ów tęsknotę na spędzeniu go właśnie w towarzystwie Rachel. Okoliczności się jednak diametralnie pozmieniały, co już zaczęło wywoływać w Quinn, wyrzuty sumienia.
Podczas gdy natrysk powoli spłukiwał resztki piany z ciała blondynki, ta wewnętrznie obiecała sobie iż naprawi ten błąd. Postanowiła, że od jutra zacznie więcej czasu spędzać z niską szatynką. Zaplanowała odwiedzić Rachel, na jednych z prowadzonych przez nią zajęć.
Teraz jednak, musiała skupić się na nadchodzącym dużymi krokami, spotkaniu z Santaną. Wciąż będąc między młotem a kowadłem, postanowiła podjęcie ów decyzji, pozostawić losowi. Będzie co będzie.
Mając zaledwie 30 minut, zanim zostanie odebrana przez Santanę, blondynka kucnęła przed swoją walizką w celu znalezieniu odpowiedniego stroju. Będąc już po wszelkich zabiegach kosmetycznych, z ułożonymi włosami oraz zrobionym makijażem – zastanawiała się dość intensywnie nad wyborem stroju. Ostatecznie już po kwadransie, zdecydowała się czarne obcisłe jeansy oraz ciemno-fioletową koszulę. Takowa była niezbyt obcisła lecz idealnie dopasowana a wycięty dekolt, eksponował odpowiednią ilość ciała. Stojąc już w pełni ubrana, dokonała kilku poprawek fryzury. Swe blond włosy postanowiła lekko podkręcić a konkretniej, pofalować. Jedynie ukośną, opadającą delikatnie na czoło grzywkę, przejechała kilkakrotnie prostownicą.
Podziwiając końcowy efekt, usłyszała jak do mieszkania wchodzi Kurt. Prędko wyskoczyła z łazienki, by go powitać. Ten widząc „komitet powitalny", po odłożeniu torby na kanapę - całkowicie skupiając się na Quinn - z wrażenia, przystanął w połowie kroku a dolna szczęka, wisiała zaledwie milimetry nad posadzką. Chwilowo zaniemówił – co było dość rzadko u niego spotykane. Dochodząc jednak do siebie, uśmiechnął się szeroko
– Quinn wyglądasz... - blondynka mu jednak przerwała – Niech zgadnę, czadowo?. Po wydobyciu delikatnego chichotu w końcu kontynuował – Dokładnie. Lepiej bym tego nie ujął. Mam przez to rozumieć, że zdecydowałaś się iść za głosem serca, tak?
Kiedy ruszył w stronę kuchni by się czegoś napić, Quinn sama do końca jeszcze nie wiedziała jak odpowiedzieć na to pytanie. Postanowiła więc takowej też udzielić odpowiedzi. Podczas gdy, tłumaczyła wszystko przyjacielowi, mieszkanie wypełnił dźwięk dzwonka do drzwi. Quinn musiała jeszcze znaleźć odpowiednie buty więc poprosiła Kurta by ten je otwarł. Wiedziała doskonale, kto stoi po ich drugiej stronie.
[PS]
No to zaczynamy …
Wciąż do mnie nie dociera, że faktycznie idę na randkę z Quinn … Quinn Fabrey na litość boską!
Oczekując na otwarcie drzwi, musiałam się jeszcze raz uszczypnąć by mieć całkowitą pewność, że to NIE sen.
A jednak nie.
To dzieje się naprawdę.
Podczas drogi z hotelu, aż do punktu docelowego – w którym akurat się znajduję – czułam jak serce coraz bardziej przyśpiesza a dłonie się coraz bardziej pociły. Nawet świat mi okazyjnie wirował. Działo się tak jedynie gdy szybkimi, płytkimi oddechami przechodziłam delikatne ataki paniki.
Denerwowałam się ...
Ale czym?
Przecież to nie jest moja pierwsza randka ...a ja nie mam „naście" lat.
Poza tym to nie jest randka w ciemno, gdzie występują wysokie szanse rozczarowania drugą osobą.
Wręcz przeciwnie.
Wiedziałam dokładnie z KIM się umówiłam … Quinn
No tak. No to mamy rozwiązanie zagadki: za kilka minut rozpocznie się moja randka z pierwszą dziewczyną, przy której opuściłam gardę i którą wpuściłam na tyle by poznała mnie … całą mnie...
Każdy kto mnie „poznał" wie, że nie zdarza się to często … jak nie „prawie nigdy". Pomijając Brittney, to właśnie Quinn wiedziała absolutnie wszystko. Każdą zaletę i każdą wadę; fobie jak i słabości. Nawet kilkuletnia rozłąka, nie osłabiła tego uczucia. Uczucia, iż w każdej chwili Quinn obnaży mnie z mych emocjonalnych barier, ukazując moje prawdziwe „ja". Jako jedyna zwinnym krokiem omijała moje ego i arogancję a maski za którymi odgradzałam się od praktycznie wszystkich, wydawały się nagle przy niej niewidzialne. Wystarczyło jedno odpowiednie spojrzenie, odpowiedni ton głosu …. i było po mnie.
Nie otrzymując odpowiedzi na dzwonek, podniosłam wolna rękę by zapukać, Z chwilą pojawienia się takowego pomysłu, drzwi nagle się otwarły.
Co do cholery?
Spodziewając się swej dzisiejszej towarzyszki, naprawdę zdziwiła mnie uśmiechnięta postać Kurta. To jednak było nic w porównaniu z jego późniejszym zachowaniem.
- Oooo Rosario! Czym to zawdzięczamy Twoją wizytę? - zapytał promiennie z szerokim uśmiechem
- Eeeee...
No i zatkało mnie.
Co ja kurwa mam mu powiedzieć?
Byłam w okolicy i postanowiłam wpaść?
Dodatkowo jego głupawy wyraz twarzy, urozmaicił wyczekujący wzrok, który nagle skierował się na – trzymany przeze mnie - bukiet lilii.
No tak, jakby tego było mało. Jasna cholera!
Myśl Lopez, myśl …
Niczym czytając w myślach i wyczuwając dość podbramkową sytuację, zza pleców Kurta dostrzegłam Quinn. Jeszcze dopinając lewego buta, podskakiwała na prawej nodze by w końcu ruszyć w naszym kierunku – Spoko San, on wie – rzuciła niewinnie, jak gdyby nigdy nic.
Z jednej strony odczułam ulgę gdyż NAPRAWDĘ nie miałam wytłumaczenia, dlaczego oraz z kwiatami, pojawiłam się w progu tego mieszkania. Z drugiej jednak, wiedziałam iż wtajemniczenie Kurta, nie jest koniecznie czymś pozytywnym.
Nie chciałam jednak martwić się przed czasem.
Dopóki co, przekroczyłam w końcu próg mieszkania HummelBerry. Chwilę po zamknięciu drzwi, tuż przede mną stanęła kobieta z którą zaplanowałam spędzić niezapomniany wieczór. Nie zdążyłam nawet skomentować jej stroju, który określiłabym jedynie krótko jako „wow". Stojąc w ciemno-zielonych bojówkach, szarej bluzce oraz skórzanej kurtce – czułam się jak bezdomna w porównaniu do Miss Ameryka, stojącej zaledwie metr ode mnie. Szerokim uśmiechem oraz cichym – Cześć – sprawiła, że również na mojej twarzy takowy się pojawił a policzka oblał rumieniec. Dzięki mej ciemniejszej karnacji, nie był on zauważalny.
Potrzebowałam chwili by odnaleźć się w tej dość specyficznej sytuacji. Wciąż odczuwając szczeniackie nerwy oraz tremę, czułam jak unosi się między nami przedziwna cisza, co automatycznie zwiększało stopień zakłopotania.
Seryjnie, jak Boga kocham: czułam się jak gimnazjalista przed pierwszą randką w życiu! Powiem nawet więcej ... nie jakiś tam przeciętniak lecz typowy frajer, który właśnie w TEN dzień dostał trądziku a w chwili obecnej stał w obecności gwiazdy filmowej.
Nigdy nie sądziłam, że stoczę się aż tak nisko.
Wiadomym było w całym zasranym Lima, iż „Santana Lopez" miała dość bogatą i barwną reputację. Chodzi tutaj konkretnie o sprawy łóżkowe, gdyż zaledwie raczkowała w tematyce uczuciowej. Pomijając to, musiała jakoś zdobyć takową reputację a jedynym na to sposobem była … praktyka.
Zaledwie jeszcze kilka lat temu, Santana była zdolna losowo wybrać kogoś w barze, klubie lub innym publicznym miejscu, by kilka godzin później „wybranka" wykrzykiwała jej imię podczas orgazmu.
Co się więc stało?
Gdzie ta wewnętrzna siła i pewność siebie?
Gdzie ta cholerna Santana „Wanky" Lopez?!
Z drugiej jednak strony - gdyby moje licealne „ja", zobaczyło strój w jakim przyszłam na pierwszą randkę z blond pięknością … Boję się nawet o tym myśleć.
Czyżby moja „moc" polegała właśnie na tym? Na seksownych i wyzywających strojach, którymi wypełniona była szafa w mym rodzinnym domu?
Czy jednak, chodzi tutaj o właśnie ów „blond piękność", która od zawsze mnie onieśmielała? Czyżby to właśnie jej dojrzałość zarówno fizyczna jak i emocjonalna, dawała jej dodatkowego powera, względem którego byłam całkowicie bezbronna?
I te oczy...
Ta szmaragdowa przenikliwość wzroku Quinn, całkowicie paraliżowała mój układ nerwowy.
Śladem myśli, skierowałam mój nieobecny wcześniej wzrok by spojrzeć w ...
- Santana?
Niczym wystrzelona armata, dotarł do mnie głos Quinn. Wybita niczym z transu, automatycznie zauważyłam jej podniesione w wyczekiwaniu brwi.
O kurwa i co teraz?
Mówiła coś? Zadała jakieś pytanie?
Jak na osobę bez kilkudniowego kontaktu z dragami, miałam teraz niezły odlot. Nawet nie wiem na jak długo …
Jedno było pewne - mój refleks co do ripost czy też szybkiego reagowania w ekstremalnych sytuacjach, nie zatarł się. Śledząc więc wzrok rozmówczyni, natychmiastowo „wróciłam" by wiedzieć, jaki jest mój następny krok.
- Proszę to dla Ciebie – podając jej bukiet, napawałam się widokiem jej coraz bardziej uśmiechniętych i błyszczących szmaragdów – Wiem, że lubisz lilie … więc …
Dobrze, że zamilkłam. Czułam nadchodzący atak jąkania. Na to jednak nie mogłam sobie pozwolić, nie dzisiaj i nie z Quinn. Po otrzymaniu podziękowania w formie kolejnego uśmiechu, Quinn ruszyła do kuchni by znaleźć wolny wazon oraz nalać wody.
Wyczuwając wolną chwilę, nawet nie wiem kiedy ale praktycznie czułam na sobie oddech Divy Hummel. Nie miał na sobie już tego głupawego grymasu. Jego twarz „starała" się wyglądać groźnie i poważnie. Z natury, dla dodania dramatyzmu, palcem wskazującym szturchnął me ramię po czym celując w moim kierunku, wypalił półszeptem – Chcę żebyś wiedziała, że jeżeli skrzywdzisz lub zasmucisz Quinn; jeżeli wywołasz u niej celowo smutek lub co gorsza, złamiesz jej serce to …. znajdę Cię. Nieważne, że jesteś osoba publiczną … Zniszczę najpierw Twoją reputację, popularność a na końcu Ciebie! Zrozumiano?
Pomimo powagi słów oraz sytuacji, ton i osoba od której wyszły te słowa – kompletnie mnie rozbawiły. Zapewne była to zupełnie odwrotna reakcja do tej, którą Lady Hummel planował. Nie kryjąc swego rozbawienia, buchnęłam śmiechem, praktycznie natychmiastowo po usłyszeniu „groźby". Twierdząc iż, mina Kurta była niezadowolona, to naprawdę mało powiedziane. Najbardziej kobiecy facet i nękana osoba McKinley GROZIŁA osobie, przed którą całe liceum aż drżało ze strachu. Już nie mogłam się doczekać, żeby opowiedzieć o tym Puckowi.
Kiedy Quinn odstawiła wazon z kwiatami, ruszyła w stronę wieszaka z płaszczami i kurtkami. Moje rozbawienie powoli opadało. Wiedziałam, iż pomimo takowej formy przekazu, Kurt nie żartował. Podobnie jak ja oraz reszta dzieciaków z New Direction, uważaliśmy się wzajemnie za rodzinę – dysfunkcyjną lecz wciąż rodzinę – co automatycznie wyzwalało w nas opiekuńczość i instynkt obronny.
- Jestem gotowa. Idziemy?
Potwierdziłam uśmiechem i przytaknięciem głowy. Podczas gdy przez otwarte drzwi przepuściłam Quinn, spojrzałam w stronę kanapy na której już rozsiadał się Kurt
- Psst – syknęłam by zwrócić jego uwagę – Obiecuję, że nie pozwolę jej nikomu skrzywdzić. Zrozumiałam i masz moje słowo – akcentując to ciepłym uśmiechem, takowy również otrzymałam jako nieme porozumienie między nami. Chwilę później, zamknięte drzwi mieszkania, rozpoczęły moją pierwszą randkę z Quinn Febrey.
- San, jesteś zła że mu powiedziałam o nas? - zapytała Quinn, wciskając przycisk przywołania windy
Kiedy stanęłam już koło niej a windy wciąż nie było, postanowiłam odpowiedzieć na jej pytanie.
- A co dokładniej mu powiedziałaś?
- No wiesz … wszystko
Widząc jej zmartwioną minę, wiedziałam iż zależało jej na tym bym jednak nie miała jej tego za złe. I tak było. Jeżeli ten wieczór będzie zapoczątkowaniem czegoś fantastycznego, zdecydowanie chciałabym by cały świat się o tym dowiedział. W myślach już planowałam by wykrzyczeć z dachu budynków „Ja Santana Lopez jestem z Quinn Fabrey – czy wam się to kurwa podoba czy nie. Mam wyjebane!". Poza tym, wolałam iż to on wiedział niżeli Rachel. Z czasem oczywiste było uświadomienie również jej, co automatycznie przerażało mnie bardziej niż sama Sue Sylwester. Poza jej ultradźwiękowymi piskami oraz nadludzką ekscytacją, bałam się iż to w jakiś sposób może namieszać lub zapeszyć moje plany względem blond piękności.
Już miałam skomentować dzisiejszy ubiór Quinn, pozwalając sobie na skierowanie komplementu z nutą flirtu, lecz w momencie gdy otwarłam usta – również i drzwi windy się otwarły.
W milczeniu weszłyśmy do środka. Winda miała już jednego pasażera. Był nim starszy facet. Oparty o tylną poręcz, uniemożliwił mi na stanięciu obok Quinn. Biorąc jednak pod uwagę, zwiększające się we mnie podniecenie – wynikające z ubioru Quinn – mało brakowało, bym już tu i teraz rzuciła się na nią. Dzięki Bogu, obecność tego gościa, blokowała me zwierzęce odruchy. Zmuszona byłam zając miejsce po drugiej stronie windy lecz wciąż delikatnie skierowana w stronę, naprzeciw stojącej Quinn. Ta spokojnie spoglądała to na podłogę, ściany czy sufit. Jedynie raz spojrzała w moją stronę. Czyniąc to, obdarowała mnie ciepłym uśmiechem co wcale nie ułatwiało mi „hamowania".
Podróż z siódmego piętra, wydawała się trwać wieczność. Wykorzystałam więc to na wykonanie telefonu – Jedziemy już na dół. Wypowiedzenie ów słów, zwróciło uwagę zarówno Quinn jak i obcego mi faceta. Wciąż utrzymując milczącą atmosferę, jedynie uśmiechnęłam się do Quinn, która z zaciekawieniem i zmarszczonymi brwiami, wyczekiwała jakiejkolwiek odpowiedzi.
Kiedy w końcu dotarłyśmy na parter, kulturalnie oddałam staruszkowi, pierwszeństwo opuszczenia windy. Tuż za nim, w stronę głównego wyjścia, ruszyła Quinn. Musiałam ją uświadomić iż nie tędy droga.
- Q, nie tamtędy
Ta odwracając się, ponownie zmarszczyła brwi
- Ale wyjście jest tam – wskazała w stronę drzwi, które zdążyły się już zamknąć po wyjściu poprzednika
- Wiem ale wyjście przeciwpożarowe jest tam – wskazałam jej przeciwny kierunek. Ewidentnie nie była nawet świadoma, istnienia takowej alternatywnej drogi na opuszczenie budynku. Z lekkim wahaniem, ruszyła w końcu za mną.
Pokonując dwie pary drzwi, znalazłyśmy się w końcu u progu trzecich. Czekał już tam jeden z moich ochroniarzy. Widząc nas, potwierdził jedynie – Teren czysty. Samochód będzie za minutę.
Przytaknęłam jedynie na znak przyjęcia informacji. Quinn wciąż milcząc, stała u mego boku. Wiedziałam iż z chwilą gdy wejdziemy do auta, zasypie mnie pytaniami, które zapewne kłębią się w jej blond główce.
[koniec PS]
